26 września 2026 roku w Skarżysku Kamiennej lokalny bohater wejdzie do klatki, choć nie w swojej dyscyplinie. Miłosz Kruk, mistrz wagi piórkowej i chłopak stąd, miał tego wieczoru bronić wakującego pasa wagi lekkiej w formule K-1, mierząc się z Michałem Miłkiem. Plany pokrzyżował uraz odniesiony podczas przygotowań. Zamiast tego Kruk stoczy walkę wieczoru gali FEN 63 w formule boksu w małych rękawicach – jego rywalem będzie Artur Sowiński, były mistrz KSW, który ostatnio próbował sił w formule na gołe pięści.
Transmisja rusza w sobotę o 19:00.
Co-main event i walki o pasy
Drugim najważniejszym starciem wieczoru będzie pojedynek o wakujący pas kategorii półciężkiej. Marcin Filipczak (bilans 10-4) zmierzy się z Łukaszem Olechem (7-2) w limicie wagowym do 93,0 kg. Stawką kolejnej walki będzie tymczasowy pas wagi piórkowej – Michał Borowski (5-1) wyjdzie naprzeciw Gracjanowi Misiowi (5-3) w kategorii do 65,8 kg. To rewanż sprzed roku – w marcu, na gali FEN 58, Miś wygrał po przerwaniu starcia przez lekarza już w pierwszej rundzie.
Na karcie znalazły się też pojedynki Marcina Jabłońskiego (14-4) z Lukasem Cruzem (11-3) w kategorii do 70,3 kg oraz Filipa Szostaka (5-3) z Kryspinem Karbownikiem (2-1) w limicie do 65,8 kg. Część zawodową zamknie starcie debiutantów: Oskar Buga (0-0) zawalczy z Faridem Gasimovem (0-1) w kategorii do 65,8 kg.
Kartę wstępną wypełnią trzy walki na zasadach semi-pro. Piotr Waśniowski zmierzy się z Damianem Kowalewskim do 93,0 kg, Tobiasz Ćwieluch z Janem Kurowskim do 77,1 kg, a Wiktor Przeworski z Oskarem Chrzęszczykiem do 70,3 kg. Licząc walkę wieczoru w boksie w małych rękawicach, kibice zobaczą łącznie osiem pojedynków MMA – pięć zawodowych i trzy semi-pro.
Gdzie oglądać transmisję
Galę FEN 63 na żywo pokaże Canal+Online, gdzie dostęp kupimy już od 49 zł. Wydarzenie wchodzi też w skład pakietu CANAL+ ULTRA za 79 zł miesięcznie. Taniej wyjdzie sam pakiet Seriale i Filmy – 49 zł. Ci, którzy nie zdecydują się na płatny dostęp, obejrzą za darmo ważenie, studio oraz trzy pierwsze walki gali na oficjalnym kanale Fight Exclusive Night na YouTube.
19 stycznia 2026 roku Jimmy Butler zerwał więzadło krzyżowe przednie w prawym kolanie. Od tamtego dnia gwiazdor Golden State Warriors przeszedł długą drogę rehabilitacji. Teraz pojawiły się pierwsze konkretne sygnały, kiedy może wrócić na parkiet.
Anthony Slater z ESPN przekazał, że 37-letni skrzydłowy miał dobre lato pod względem rehabilitacji. Według dziennikarza Butler jest teraz mniej więcej w połowie długiego procesu powrotu po zerwaniu ACL. Do pełnej gotowości wciąż daleko, ale postęp widać gołym okiem.
„Słyszałem dobre informacje o postępach we wzmacnianiu kolana, ale do powrotu na parkiet NBA wciąż brakuje kilku miesięcy” – relacjonował Slater. Za kilka tygodni Warriors rozpoczną obóz treningowy na Hawajach i, jak wynika z przekazu dziennikarza, Butler powinien już wtedy wykonywać część indywidualnych ćwiczeń z boku. Kolejny krok na drodze do pełnego powrotu.
Styczeń albo luty 2027 roku
Najbardziej realny termin powrotu Jimmy’ego Butlera do gry to styczeń lub luty 2027 roku. Od feralnej kontuzji do pierwszego meczu minęłoby więc niemal dokładnie rok – być może nawet nieco więcej.
Sam zawodnik nie zamierza jednak siedzieć z boku i tylko czekać. W przyszłym tygodniu Butler planuje zorganizować w Kalifornii spotkanie wyłącznie dla zawodników Warriors. Sygnał jasny: mimo kontuzji chce pozostać liderem szatni i trzymać drużynę razem przed startem nowego sezonu.
Do Golden State Warriors Butler trafił w lutym 2025 roku w wielostronnej wymianie. Zanim doszło do kontuzji, zdążył pokazać, że wciąż jest jednym z kluczowych zawodników zespołu. W sezonie 2025/26 notował średnio 20,0 punktu, 5,6 zbiórki i 4,9 asysty na mecz, do tego dokładał 1,4 przechwytu. Rzucał przy tym z bardzo wysoką skutecznością 51,9 proc. z gry.
Kibicom Warriors pozostaje uzbroić się w cierpliwość. Powrót jednego z liderów drużyny nie nastąpi wcześniej niż za kilka miesięcy. Sam fakt, że rehabilitacja przebiega zgodnie z planem, daje jednak nadzieję, że Butler jeszcze w tym sezonie zdąży zameldować się na parkiecie.
Do końca pierwszej rundy brakowało mniej niż dziesięć sekund. Wtedy właśnie Damian Piwowarczyk znokautował niepokonanego wcześniej Emilio Quissuę. Był 22 września, a Polak walczył w programie Contender Series. Chwilę później na ekranie pojawił się Dana White – szef UFC osobiście pogratulował mu zwycięstwa.
„Świetna pierwsza runda. Emilio to twardy gość, który szedł mocno na ciebie, a ty co zrobiłeś? Znokautowałeś go w mniej niż dziesięć sekund przed końcem rundy. Gratuluję. Jesteś w UFC” – powiedział White wprost do Piwowarczyka. Ten jeden nokaut otworzył Polakowi drzwi do najbardziej prestiżowej organizacji MMA na świecie. Chwilę później White dodał, że angażuje go do UFC.
Piwowarczyk wywalczył więc kontrakt z UFC, choć droga do niego wymagała sporego ryzyka. Zawodnik zdecydował się opuścić organizację KSW, żeby spróbować sił w walce o miejsce w amerykańskiej federacji. Łatwo nie było – jak sam przyznał w programie Klatka po Klatce, w KSW spędził praktycznie całą dotychczasową karierę.
„Wiadomo, że spędziłem w KSW praktycznie całą moją karierę. Oni mnie wychowali jako zawodnika, a trochę nawet jako człowieka” – powiedział Piwowarczyk.
Niższa pensja, ale spełnione marzenie
Pierwszy kontrakt z UFC to dla Piwowarczyka finansowy krok w tył. Zarobi mniej, niż mógł liczyć w KSW. On sam nie kryje jednak, że nie o pieniądze mu chodziło. „Mimo wszystko kierowałem się przede wszystkim nie pieniędzmi tylko swoimi ambicjami sportowymi i marzeniami” – wyjaśnił.
Walka o kontrakt kosztowała go więcej niż tylko rezygnację z wyższej wypłaty. Podczas starcia z Quissuą Piwowarczyk złamał palec u stopy, a na razie nie wiadomo, kiedy wróci do pełnych treningów. Sam liczy jednak, że w UFC zadebiutuje za około trzy miesiące.
Ferran Torres wchodzi na boisko w finale mistrzostw świata jako rezerwowy. Kilka minut później pokonuje Emiliano Martineza i strzela jedynego gola meczu z Argentyną. Ten gol dał Hiszpanii pierwszy od 16 lat tytuł mistrza świata. I właśnie ten gol, jak twierdzi psycholog sportowy, uruchomił łańcuch zdarzeń, który kilka dni później zaprowadził Torresa z Barcelony do Paris Saint-Germain.
W nowym klubie napastnik trafił ponownie pod skrzydła Luisa Enrique, z którym pracował już wcześniej. Efekt widać w liczbach. Siedem bramek w sześciu meczach dla PSG – takiego tempa Torres nie prezentował od dawna.
O źródłach tej przemiany mówi Carles Marcos, psycholog i coach, w rozmowie z gazetą „Sport”. Jego zdaniem charakter Torresa nigdy się nie zmienił. „Ferran Torres zawsze był bardzo ambitną osobą, która chciała realizować swoje cele w maksymalnym stopniu. Mimo krytyki w Barcelonie niezmiennie pozostawał uparty w dążeniu do swoich celów” – ocenia Marcos.
Zmieniło się coś innego – pewność siebie. Marcos bez wahania wskazuje na finał mundialu jako punkt zwrotny. „Ten gol dał mu całą potrzebną pewność siebie, żeby przejść do innego zespołu i zmierzyć się tam z ogromną konkurencją” – mówi psycholog.
Uznanie, którego zabrakło w Barcelonie
Torres nie krył w Barcelonie frustracji wynikającej z krytyki, jaka go tam spotykała. Marcos widzi w transferze do PSG próbę odbudowania tego, czego katalońskiemu klubowi nie udało się dać piłkarzowi. „Szuka tego uznania, którego nie znalazł w Barcelonie” – podsumowuje.
Psycholog studzi jednak entuzjazm wokół dobrego otwarcia sezonu. Miejsce w składzie PSG trzeba sobie wywalczyć, a konkurencja w tej drużynie należy do najostrzejszych w Europie. „Musi zapracować na swoje minuty, przystosować się do nowych kolegów i walczyć o miejsce. Na razie wygląda jednak na to, że mu się to udaje” – zaznacza Marcos.
Czwartek, 24 września. Tego dnia Juergen Klopp pierwszy raz zasiądzie na ławce reprezentacji Niemiec jako selekcjoner. Mecz to jedno, ale zmiana stylu zarządzania w kadrze zaczęła się dużo wcześniej – nowy trener zdążył już wprowadzić własne zasady dotyczące dyscypliny w drużynie.
Klopp objął reprezentację Niemiec latem 2026 roku. Jak podaje „Bild”, od razu zabrał się za przebudowę reguł, które obowiązywały za kadencji Juliana Nagelsmanna. Chodzi o sprawy z pozoru drobne, codzienne – ale to właśnie z nich, zdaniem nowego selekcjonera, buduje się drużynowy porządek.
Pierwsza zmiana dotyczy wspólnych posiłków. Za Nagelsmanna zawodnicy mieli swobodę – na kolację mogli przyjść w dowolnym momencie między 19 a 20. Klopp tę dowolność skasował. Teraz cała drużyna siada przy stole punktualnie i razem.
Telefony na siłowni? Nie u Kloppa
Kolejna sprawa to elektronika. Podczas przedmeczowych sesji aktywacyjnych, gdy piłkarze rozgrzewają się na siłowni albo korzystają z masaży, telefony komórkowe są całkowicie zakazane. Rozmowy owszem – nowy selekcjoner nie ma nic przeciwko pogawędkom z kolegami przy sąsiednich stołach zabiegowych, wręcz je popiera.
Zaskakująco surowo Klopp podszedł też do fryzur. Nie zgadza się, żeby piłkarze strzygli włosy w hotelu czy w bazie reprezentacji. Argument? Porównanie do zwykłej podróży służbowej – jak tłumaczy, przed wyjazdem pracownik powinien zadbać o fryzurę we własnym zakresie, a zgrupowanie kadry nie powinno się pod tym względem niczym różnić.
Inaczej wygląda też kwestia obecności rodzin na zgrupowaniach. Za Nagelsmanna bliscy piłkarzy mogli przyjeżdżać do bazy reprezentacji, gdy tylko pozwalały na to okoliczności. Klopp chce ograniczyć te wizyty do wybranych okazji – tłumaczy to potrzebą pełnego skupienia zawodników na wspólnym celu drużyny.
Pierwszy sprawdzian nowych zasad już podczas inauguracyjnego zgrupowania. Erę Kloppa w reprezentacji Niemiec otworzy mecz z Holandią w Lidze Narodów UEFA, zaplanowany na czwartek 24 października.
25 września o godz. 20:45 w Warszawie reprezentacja Polski zmierzy się z Bośnią i Hercegowiną w 1. kolejce dywizji B Ligi Narodów UEFA. Kilka dni przed spotkaniem UEFA podała skład sędziowski – i tu żadnej niespodzianki: całą obsadę arbitrów wystawiła Grecja.
Sędzią głównym będzie Anastassios Papapetrou. To 41-latek, który wcześniej nigdy nie prowadził meczu z udziałem biało-czerwonych – w Warszawie czeka go więc debiut przy polskiej kadrze.
Nazwisko Papapetrou nie jest jednak zupełnie obce kibicom znad Wisły. W 2023 roku sędziował spotkanie Ligi Europy między Rakowem Częstochowa a Sportingiem Lizbona – mecz zakończył się wynikiem 1:1. Dwa lata wcześniej, w 2021 roku, prowadził eliminacje Ligi Mistrzów, w których Flora Tallin przegrała z Legią Warszawa 0:1.
Kto jeszcze pojawi się na boisku w Warszawie
Sam sobie nie poradzi – i nie musi. Na liniach pomogą mu rodacy: Tryfon Petropoulos i Petros Patras. Techniczną stroną spotkania zajmie się z kolei Fotios Polychronis.
System VAR obsadzi Ioannis Papadopoulos, jego asystentem będzie Spyridon Zabalas. Cała szóstka przyleci więc z Grecji – kluczowe decyzje w meczu Polski z Bośnią i Hercegowiną spoczną w rękach jednej ekipy, która dobrze się zna z boiska.
Nokaut spadł już w pierwszej rundzie. Damianowi Piwowarczykowi wystarczyło kilka minut, żeby rozprawić się z niepokonanym dotąd Emilio Quissuą i wywalczyć kontrakt z UFC podczas gali Contender Series 22 września w Las Vegas.
Radość ze zwycięstwa miała jednak gorzki posmak. Polak zszedł z klatki ze złamanym trzecim palcem u stopy — sam poinformował o tym krótko po walce. „Złamałem trzeci palce u stopy, ale kto by się tym teraz przejmował” — napisał w relacji na Instagramie.
W tej samej relacji podsumował wieczór krótko, bez zbędnych emocji. „Żyję, wszystko jest ze mną ok, prawie wszystko” — przekazał. Nie zapomniał też o podziękowaniach. „Dziękuję bardzo wszystkim za wsparcie. Widziałem duże poruszenie w internecie: znajomi, rodzinka, fani MMA” — dodał Piwowarczyk.
Debiut w Europie, może na początku 2025 roku
Na pogalowej konferencji prasowej zawodnik zdradził, kiedy chciałby po raz pierwszy stanąć w oktagonie UFC. „Jeśli okaże się to możliwe, chciałbym zawalczyć za trzy lub cztery miesiące. Być może na początku przyszłego roku” — powiedział. Zdradził też, gdzie marzy mu się debiut. Wymienił Londyn lub Paryż jako możliwe lokalizacje europejskiej gali.
Do UFC Piwowarczyk doszedł przez KSW, gdzie rywalizował w ostatnich latach. Zawodowo boksuje w MMA od 2019 roku, a bilans szesnastu walk i dwunastu zwycięstw mówi sam za siebie. W KSW zdążył też powalczyć o pas mistrzowski wagi półciężkiej jako pretendent.
Sędzia w ringu liczył Natalię Kuczewską dwukrotnie. Werdykt był jednoznaczny – 5:0 dla Turczynki Hatice Akbas, wicemistrzyni olimpijskiej z Paryża. Dla 23-letniej Polki to koniec drogi do finału mistrzostw Europy w kategorii do 51 kg. Turniej mimo to skończył się dla niej sukcesem – półfinałowa porażka z Akbas i tak dała jej brązowy medal.
Do tej walki Kuczewska podchodziła w dobrej dyspozycji. Miała już na koncie dwa zwycięstwa w Sofii, co samo w sobie gwarantowało jej miejsce na podium jeszcze przed starciem z Turczynką. Rywalka okazała się jednak zbyt mocna. Dwa liczenia w trakcie walki przesądziły sprawę – sędziowie byli jednomyślni.
Krówka też musiała uznać wyższość rywalki
Drugi brązowy medal dla Polski tego dnia zapewniła 19-letnia Kinga Krówka. W półfinale kategorii do 65 kg trafiła na Węgierkę Lucę Hamori i przegrała. Sędziowie w zasadzie mówili jednym głosem – 1:4 nie pozostawiało wątpliwości, a punktacja poszczególnych rund wyglądała tak: 27-30, 27-30, 28-29, 29-28, 27-30.
Podobnie jak u Kuczewskiej, przegrana o finał nie zamknęła drogi po medal. Taka jest formuła turnieju bokserskiego – porażka w półfinale wciąż oznacza brąz mistrzostw Europy. Obie Polki wracają więc z Sofii z krążkami na szyi, choć żadna z nich nie walczyła o złoto.
W bułgarskiej stolicy rywalizacja toczyła się dalej. Tego samego dnia na macie zaplanowano jeszcze ćwierćfinały Pawła Bracha w kategorii do 60 kg oraz Michała Pierzchały w kategorii do 80 kg.
Na środku tafli krakowskiego lodowiska, w przerwie meczu rozgrywanego w ramach obchodów 120-lecia Cracovii, wydarzyło się coś, na co kibice czekali osiem lat. Rudolf Roháček podał rękę Rafałowi Radziszewskiemu. Panowie zamienili kilka serdecznych zdań, było widać, że wspomnień nie brakowało. Moment uwiecznili fotoreporterzy obecni na trybunach.
Uroczystość miała szerszy wymiar niż tylko prywatne pojednanie dwóch mężczyzn. W ubiegłą niedzielę klub postanowił oficjalnie podziękować drużynie mistrzów Polski z 2006 roku i zaprezentować dawnych bohaterów przed publicznością na lodzie. Właśnie w przerwie tego spotkania na tafli stanęła cała mistrzowska ekipa sprzed dwóch dekad.
Korzenie tego chłodnego dystansu sięgają 2018 roku. Po sezonie bez medalu sztab trenerski Comarch Cracovii zdecydował się na gruntowną przebudowę szatni i pożegnał wielu zasłużonych zawodników. Wśród nich był Rafał Radziszewski, bramkarz związany z klubem przez czternaście lat. Dostał wtedy dwutygodniowe wypowiedzenie kontraktu.
W kuluarach szybko zaczęto mówić o konflikcie między bramkarzem a trenerem Roháčkiem, o braku wzajemnych podziękowań po latach współpracy. Bez pracy Radziszewski długo nie pozostał – w kolejnej kampanii trafił do Zagłębia Sosnowiec.
Pożegnanie bez uścisku dłoni
Zanim odszedł na dobre, klub zorganizował uroczyste pożegnanie legend przed ligowym meczem właśnie z Zagłębiem Sosnowiec. Na środku tafli Radziszewski i Damian Słaboń odebrali z rąk ówczesnych władz Cracovii symboliczne patery oraz pamiątkowe bluzy. W ceremonii uczestniczył także Rudolf Roháček.
I wtedy właśnie kibice i media zauważyli coś, co na lata zapadło w pamięć środowiska: trener i bramkarz nie podali sobie rąk. Gest, którego zabrakło, powiedział więcej niż jakiekolwiek słowa.
Osiem lat później, przy okazji rocznicowych obchodów, obaj panowie nadrobili tę zaległość. Symboliczny uścisk dłoni na tafli, gdzie kiedyś zabrakło go najbardziej, zamknął rozdział, o którym w Krakowie nikt nie zdążył zapomnieć.
Już pierwsza runda dała jasny sygnał – wszyscy pięciu sędziów punktuje ją 10:9 na korzyść Julii Czumgałakowej. Środowy półfinał mistrzostw Europy w boksie w kategorii do 48 kg zaczął się więc dla Angeliki Krysztoforskiej pod górkę – musiała gonić wynik. Nie udało się. Straty do Rosjanki nie odrobiła i walkę ostatecznie przegrała.
Druga runda niewiele zmieniła na kartach sędziowskich. Czterech arbitrów wciąż wskazywało Czumgałakową, tylko jeden przyznał punkty Polce. W trzeciej rundzie przełomu też zabrakło. Werdykt okazał się jednomyślny – czterech sędziów wystawiło noty 30:27 dla Rosjanki, piąty 29:28.
Porażka w półfinale nie oznacza jednak pustych rąk. Krysztoforska wraca z turnieju z brązowym medalem mistrzostw Europy.
Kolejne rozczarowania biało-czerwonych
Cała środa była dla polskiej ekipy ciężkim dniem. Wcześniej w tej samej sesji swoje walki przegrały Natalia Kuczewska w kategorii 51 kg i Kinga Krówka w kategorii 65 kg. Z turnieju pożegnał się też Paweł Brach – w 1/8 finału kategorii do 60 kg przegrał z Ukraińcem Aiderem Abduraimowem.