⚡ Aktualnie:
Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Ile razy trafiono w światło bramki w Zabrzu? Zero. Górnik – Legia 0:0 Fedor może wrócić do walk. Zdradził, z kim chciałby się zmierzyć Renato Moicano może odejść z UFC. Postawił warunki Polskie ekipy na plus w EuroCupie. Tylko Ślęza nie dała rady Dwa gole młodego napastnika! Poprowadził Unię do wygranej. „Mogę pokazać więcej” Czy Antonelli wzniesie mistrzowskie trofeum? Zapowiedź GP Miasta Meksyk Hamilton czuje się wyjątkowy? „Nigdy nie było nikogo takiego jak ja” Kto zagra w finale PGL Masters Bucharest? FURIA kontra Nemiga, Eternal Fire triumfuje w Stake Ranked 5 George Groves: Fury pierwszym czystym ciosem może skończyć walkę z Joshuą Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju

Po pierwszej tercji tablica w Bytomiu pokazywała już 2:0 dla gospodarzy. GKS Katowice, wicemistrz Polski, gonił wynik aż do końcowej syreny, lecz 22 września 2026 roku musiał uznać wyższość BS Polonii Bytom. Padł wynik 3:5.

Przebieg meczu przypominał jazdę na rollercoasterze. Po fatalnym otwarciu i dwóch straconych golach w pierwszej odsłonie katowicka drużyna odpowiedziała w drugiej tercji, którą wygrała 2:2. To jednak nie wystarczyło, by odwrócić losy spotkania — trzecia tercja zakończyła się wynikiem 1:1, a zwycięstwo do końca dowiozła Polonia.

Jednym z jaśniejszych punktów w grze gości był Kacper Maciaś. Obrońca GKS-u zanotował asystę przy trafieniu Stephena Andersona, które doprowadziło do wyrównania na 1:1.

Po stronie zwycięzców trudno nie zauważyć przemiany, jaką przeszła drużyna prowadzona przez Białorusina Andrieja Gusowa. Jeszcze w poprzednim sezonie Polonia Bytom była beniaminkiem TAURON Hokej Ligi, a w meczu inauguracyjnym obecnych rozgrywek pokonała również Unię Oświęcim. Bilans po czterech kolejkach mówi sam za siebie — bytomianie zajmują 3. miejsce w tabeli THL, mają 9 punktów i bramki 13:9.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja katowiczan. Po czterech spotkaniach GKS ma 6 punktów, bilans bramkowy 20:13 i 4. lokatę w tabeli.

Maciaś: „Brakuje nam konsekwencji”

Kacper Maciaś nie krył rozczarowania po spotkaniu. „Nie weszliśmy dobrze w to spotkanie. Powtarza się sytuacja z pojedynku z Tychami, gdzie w naszej grze od początku meczu brakuje nam konsekwencji. Mamy jeszcze wiele do poprawy w niektórych elementach, żeby to zaczęło dobrze funkcjonować w naszej grze” — przyznał obrońca.

„Przede wszystkim musimy wyciągnąć wnioski z błędów, jakie popełniamy. Musimy trzymać się naszego systemu gry, bo wtedy nasza gra wygląda tak, jak powinna, a to daje nam zwycięstwa” — dodał zawodnik GKS-u.

Te słowa Maciasia pochodzą z oficjalnej strony internetowej klubu GKS Katowice. Na wyciąganie wniosków czasu jest niewiele — już w piątek katowicka drużyna podejmie w hali Satelita ECZD Zagłębie Sosnowiec.

Nagranie trwa kilkadziesiąt minut. Jedno zdanie wybija się jednak ponad resztę. „Nie sądzę, żeby Sabalenka wygrała jeszcze jakikolwiek turniej wielkoszlemowy” – mówi w podkaście Rennae Stubbs Caitlin Thompson, dziennikarka i twórczyni magazynu „Racquet”. Gospodynią rozmowy jest była trenerka Sereny Williams, a temat schodzi na Arynę Sabalenkę niemal sam z siebie.

Punktem wyjścia jest wrześniowy finał US Open, w którym Białorusinka przegrała z Eleną Rybakiną. Porażka kosztowała ją coś więcej niż jeden tytuł – Sabalenka straciła po niej fotel liderki rankingu WTA właśnie na rzecz Rybakiny. To był już drugi taki scenariusz w tym sezonie. Wcześniej, w Australian Open, Kazaszka pokonała ją w finale, a we wrześniu w Nowym Jorku powtórzyła ten wynik. W sumie w 2025 roku Sabalenka dotarła do dwóch wielkoszlemowych finałów i oba przegrała z tą samą rywalką.

Dla Thompson to nie przypadek, lecz wzorzec, który się powtarza. „Uważam, że jest w odwrocie. Myślę, że wszyscy pozostali już ją rozpracowali, więc pokazała, że jest bardzo podatna na problemy w trudnych momentach” – ocenia dziennikarka. Jej zdaniem rywalki znalazły sposób na grę Sabalenki i wiedzą, jak wywierać presję dokładnie w tych momentach meczu, w których Białorusinka najczęściej się łamie.

Gauff jako kontrapunkt

Żeby pokazać różnicę, Thompson sięga po przykład Coco Gauff. „Wiecie, kto nie jest? Coco Gauff. Może nie wygra każdego meczu ani nie dotrze do każdego finału, ale wiecie, że będzie walczyć do końca” – mówi, zestawiając Amerykankę z 28-letnią Sabalenką. Ta walka do ostatniej piłki to, zdaniem dziennikarki, właśnie to, czego dziś brakuje liderce z Białorusi.

Thompson nie poprzestaje na taktycznej analizie – idzie dalej i wskazuje na głowę zawodniczki. „Jest coś dziwnego w jej głowie, co moim zdaniem jest bardziej wymowne i niepokojące niż wtedy, gdy miała problemy mentalne czy blokadę w półfinale kilka lat temu, którą ostatecznie przezwyciężyła i dotarła na szczyt. Uważam, że musi dokonać znaczących zmian” – stwierdza. Porównanie do wcześniejszego kryzysu Sabalenki ma jeden cel: pokazać, że obecna sytuacja niepokoi ją bardziej niż tamta, mimo że ta pierwsza skończyła się dla Białorusinki wejściem na szczyt rankingu.

Rennae Stubbs, gospodyni podkastu, nie kupuje jednak tej diagnozy w całości. Jej zdaniem Sabalenka wciąż ma na tyle dużo talentu, by wyjść z obecnego dołka. Spór między obiema kobietami zostaje nierozstrzygnięty – jedna widzi zawodniczkę w odwrocie, druga wciąż wierzy w jej powrót na szczyt.

Siedem meczów. Tyle Buddy Hield zdążył rozegrać w koszulce Atlanta Hawks, zanim znów musiał pakować walizki. Atlanta Hawks i Charlotte Hornets sfinalizowali bowiem wymianę zawodników tuż przed sezonem 2026/2027.

Do Charlotte wędrują Buddy Hield, Ryan Nembhard oraz gotówka. W drugą stronę, do Atlanty, trafia Dorian Finney-Smith. Ciekawostka: Nembhard, mimo że transakcja jest już dopięta, ma zostać przez Hornets zwolniony niemal od razu.

Liczby, które stoją za transakcją

Ta wymiana ma też swoją finansową stronę. Atlanta zyskuje dzięki niej wyjątek transferowy wart 2,1 mln dolarów, Charlotte może liczyć na wyjątek rzędu około 4,5 mln dolarów. Oba kluby zyskują więc dodatkowe narzędzie na przyszłe ruchy transferowe.

Epizod Hielda w Atlancie okazał się krótki, wręcz symboliczny. Do Hawks trafił wcześniej przy okazji innej wymiany — tej, w której Kristaps Porzingis powędrował do Golden State Warriors. W tym sezonie miał zarobić około 9,5 mln dolarów, a jego kontrakt zawiera opcję zawodnika na kolejny rok.

Finney-Smith, nowy nabytek Atlanty, sam jeszcze niedawno pakował walizki — do Charlotte trafił latem z Houston Rockets. Skrzydłowemu zostały jeszcze trzy lata kontraktu wartego łącznie 53 mln dolarów, w tym opcja zawodnika na sezon 2028/29.

Nembhard ma 23 lata i poprzedni sezon spędził w Dallas Mavericks — średnio 6,6 punktu i 5,3 asysty przy 19,5 minuty na parkiecie. Do Atlanty trafił w ramach trójstronnej wymiany z udziałem Mavericks i Oklahoma City Thunder. Teraz, zanim zdążył zagrać choć jeden mecz dla Hawks, czeka go kolejna przeprowadzka — i zwolnienie przez nowy klub.

A wszystko to na chwilę przed startem nowych rozgrywek. Sezon zasadniczy NBA 2026/2027 rusza 20 października, więc kluby do ostatnich dni dopinają składy pod nadchodzące miesiące.

Kapituła plebiscytu PLK oddała mu 73 na 75 możliwych punktów w głosowaniu na najlepszego obrońcę sezonu. Kilka dni później Quanterrius Jackson podpisał kontrakt z zupełnie nowym klubem. Dziki Warszawa ogłosiły transfer koszykarza, który jeszcze niedawno bronił barw Tasomix Rosiek Stali Ostrów Wielkopolski.

Liczby z minionego sezonu same tłumaczą pośpiech stołecznego klubu. Jackson notował średnio 13,1 punktu na mecz, do tego 6,3 zbiórki i aż 3,3 przechwytu na spotkanie. To właśnie ta ostatnia liczba w dużej mierze przesądziła o jego tytule najlepszego obrońcy ligi.

Do przedłużenia umowy ze Stalą nie doszło głównie z powodu oczekiwań finansowych zawodnika — a trener Andrzej Urban wcale nie chciał z nim się rozstawać. Ostrów Wielkopolski stracił więc lidera formacji defensywnej. Warszawa zyskała gracza, który dopiero co udowodnił, że nie ma sobie równych w lidze na swojej pozycji.

Decyzja Dzików nie wzięła się znikąd. Klub postanowił zmienić obrońcę po tym, jak Tim Adetukasi nie zrobił wrażenia podczas turnieju kwalifikacyjnego do Basketball Champions League. W kluczowym momencie sezonu zabrakło przekonującej gry — i to właśnie przyspieszyło transfer, który dziś ogłasza klub.

„Negocjacje były bardzo krótkie i konkretne”

Prezes Dzików Warszawa, Michał Szolc, nie krył zadowolenia z tempa rozmów. „Negocjacje były bardzo krótkie i konkretne. Nasz wynik w kwalifikacjach BCL poniósł się szerokim echem w koszykarskim świecie, a to bardzo ułatwia wszelkie rozmowy” — powiedział w rozmowie z Interią.

„Tytuł najlepszego obrońcy ligi mówi wiele o jego umiejętnościach i mam nadzieję, że potwierdzi je w barwach naszego klubu” — dodał Szolc.

Na aklimatyzację czasu nie będzie. Już w sobotę Dziki Warszawa zagrają w Sosnowcu w półfinale turnieju o Superpuchar Polski przeciwko Zastalowi Zielona Góra — pierwszy sprawdzian nowego nabytku wypadnie właściwie natychmiast.

Trzecia runda dobiegała końca. Paweł Brach wciąż napierał, szukał ciosu, który mógłby odwrócić losy walki. Nie znalazł go. Gdy sędziowie podnieśli ręce, w górę powędrowało nie jego ramię – polski pięściarz odpadł z mistrzostw Europy w boksie w kategorii do 60 kg w Sofii, przegrywając w 1/8 finału jednogłośną decyzją sędziów.

Naprzeciw Bracha stanął Ukrainiec Aider Abduraimow, zawodnik, który jeszcze niedawno walczył na igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Pierwsza runda skończyła się jednomyślnym werdyktem – wszyscy trzej sędziowie ocenili ją tak samo, 9:10 dla Ukraińca. W drugiej zrobiło się mniej oczywiście: dwóch arbitrów widziało remis, trzech uznało, że to Brach musiał ustąpić.

Właśnie ten fragment walki rozpalił komentatorów TVP Sport. „Wydawało się, że wystarczająco dużo zrobił Brach” – mówił po drugiej rundzie Mateusz Hencel. Piotr Jagiełło poszedł o krok dalej: „Moim zdaniem lepszy w tej części był Paweł Brach”.

W trzeciej rundzie inicjatywę przejął Polak – napierał, szukał okazji do ataku, był stroną wyraźnie aktywniejszą. Na wynik to jednak nie wpłynęło. Po ogłoszeniu werdyktu Jagiełło podsumował starcie z wyraźnym żalem: „Wiemy, że nie wygra, a wielka szkoda. Brach nie był boksersko gorszy od tak utytułowanego pięściarza, olimpijczyka z Paryża”.

Pierzchała trafił na kandydata do złota

Drugim Polakiem, który pożegnał się z turniejem w Sofii, był Michał Pierzchała. W kategorii do 80 kg trafił na Sziraw Aszalajewa z Rosji – zawodnika, którego eksperci jeszcze przed startem mistrzostw typowali do złota.

Tu wątpliwości sędziowie nie mieli żadnych. We wszystkich rundach jednogłośnie wskazywali przewagę Rosjanina. Pierzchała odpadł w 1/8 finału – choć sam awans do tej fazy turnieju i tak liczy się jako jego osobisty sukces.

Bilans obu walk wyszedł identyczny: porażka, pożegnanie z turniejem. Po występach Bracha i Pierzchały polscy pięściarze wciąż czekają na pierwszy medal mistrzostw Europy w Sofii.

Koniec sezonu 2024. Potwierdza się to, o czym mówiono od miesięcy — Lewis Hamilton odchodzi z Mercedesa do Ferrari, a w Brackley zwalnia się fotel, o którym marzy niemal cała stawka. Miejsce obok George’a Russella. I jak ujawnia motorsport.com, akurat wtedy do niemieckiego zespołu zadzwonił człowiek, który od lat prowadzi karierę Charlesa Leclerca.

Nicolas Todt, menadżer Monakijczyka, miał wybadywać u Mercedesa, czy jego zawodnik mógłby zająć miejsce po siedmiokrotnym mistrzu świata. To nie była kolejna plotka krążąca po paddocku — portal potwierdził, że Todt naprawdę sprawdzał możliwość przenosin swojego podopiecznego do innych zespołów. Leclerc jeździ dla Ferrari od 2019 roku, na starcie dzielił garaż z czterokrotnym mistrzem świata Sebastianem Vettelem — i, jak się okazuje, miał realną, choć niejawną, drogę do Mercedesa.

Sam kierowca stawia jednak wyraźną granicę między tym, czym zajmował się jego menadżer, a tym, w co sam się angażował. W podcaście F1 „Beyond The Grid” powiedział to bez owijania w bawełnę: „Nie prowadziłem żadnych osobistych rozmów, ale mój menadżer tak”. Do transferu ostatecznie nie doszło.

Aston Martin i McLaren też pytały

Mercedes to nie jedyny trop w tej historii. Pod koniec 2025 roku do otoczenia Leclerca zgłosił się także Aston Martin — ekipa, która od 2026 roku korzysta z jednostek napędowych Hondy i buduje swój projekt techniczny wokół Adriana Neweya. Na papierze brzmi to kusząco. W rzeczywistości zespół z Silverstone, mimo gigantycznych pieniędzy wpompowanych w fabrykę, uzbierał w tym sezonie zaledwie trzy punkty i zamyka stawkę.

Todt rozglądał się jednak jeszcze szerzej. Przez ostatnie lata utrzymywał kontakt z przedstawicielami innych ekip, w tym McLarena — rozmawiał bezpośrednio z Andreą Stellą i Zakiem Brownem.

Mimo tych wszystkich sondaży Leclerc został w Maranello. We wrześniu 2026 roku tłumaczył, że dużą rolę odegrała wiara w projekt Ferrari i w szefa zespołu Frederica Vasseura. Jego nowy kontrakt ma wiązać go ze Scuderią do wczesnych lat 30. — pod warunkiem spełnienia określonych wytycznych.

Nie chcę rezygnować z mojego ostatecznego celu, którym jest zostanie mistrzem świata z Ferrari

To jedno zdanie tłumaczy więcej niż jakakolwiek kulisowa rozmowa prowadzona w Brackley czy Silverstone. Leclerc mógł zmienić barwy — miał ku temu konkretne okazje ze strony Mercedesa, Aston Martina i McLarena. Wybrał jednak dokończenie historii zaczętej w 2019 roku. Tytuł mistrzowski pozostaje jedynym celem, który się dla niego liczy.

Pierwszy set powędrował do tie-breaka, który zakończył się wynikiem 7-3. Właśnie wtedy Filip Pieczonka i Aleksander Donski, grający razem w deblu po raz pierwszy, postawili fundament pod zwycięstwo w I rundzie Challengera ATP w Saint Tropez. Ostatecznie pokonali Nicolasa Barrientosa i Jarno Jansa 7:6 (3), 6:3.

W drugim secie wystarczyło jedno przełamanie – i to od razu na samym początku. Polsko-bułgarska para wykorzystała okazję, obejmując prowadzenie 3:0. To jedyne przełamanie w całym meczu ostatecznie zdecydowało o losach spotkania.

Do Francji Pieczonka przyjechał w dobrej formie. Chwilę wcześniej występował na Challengerze w Szczecinie, gdzie do turnieju głównego w singlu przebił się przez kwalifikacje. Doszedł tam do II rundy, w której trafił na Marco Trungellitiego. W deblu poszło mu jeszcze lepiej – w parze z Piotrem Matuszewskim dotarł aż do ćwierćfinału.

Trzecie rozstawienie i droga do dalszej fazy

W Saint Tropez duet Pieczonka/Donski otrzymał trzeci numer rozstawienia. Wyżej w drabince deblowej znalazły się pary Arthur Reymond i Luca Sanchez oraz Jakub Paul i Matej Vocel.

O miejsce w półfinale Pieczonka i Donski powalczą z lepszą parą ze starcia Daniela Cukiermana i Fernanda Romboliego z Filipem Dudą i Stefanem Latinoviciem.

W środę, jeszcze przed Grand Prix Azerbejdżanu, Esteban Ocon stanął przed dziennikarzami i nie owijał w bawełnę: „W tej chwili zdecydowanie jestem wolnym agentem na przyszły rok”. Kilkanaście godzin później serwis planetf1.com opublikował informację, która rzuca światło na to, dlaczego Francuz mówił o sobie właśnie w ten sposób.

Dziennikarz Thomas Maher twierdzi, że Haas ma już podjętą decyzję co do składu zespołu na sezon 2027. „Dowiedzieliśmy się, że Haas podjął już decyzję w sprawie składu zespołu na rok 2027. Ocon ma zostać usunięty z zespołu, a Camara ma zostać awansowany z Formuły 2 na jego miejsce” – przekazał Maher. Na miejsce Ocona miałby wejść Rafael Camara.

Camara ma 21 lat, pochodzi z Brazylii i wywodzi się z akademii talentów Ferrari. Obecnie ściga się w Formule 2. Pod koniec sierpnia usiadł za kierownicą bolidu Haasa poprzedniej generacji podczas testów na torze Portimao. I to on – jak podają doniesienia – zrobił na zespole największe wrażenie ze wszystkich testowanych wówczas kierowców.

Portimao nie było odosobnionym epizodem. W ostatnich tygodniach Haas przepuścił przez testy kilku kandydatów do bolidu – poza Camarą na torze pojawili się także Jack Doohan, Ryo Hirakawa oraz Leonardo Fornaroli. Szef zespołu Ayao Komatsu zapowiadał wcześniej, że przy wyborze kierowcy liczyć się będą wyłącznie osiągi na torze – bez znaczenia mają być powiązania z Ferrari, Toyotą czy McLarenem.

Ocon: rozmowy trwają, ale nic nie jest przesądzone

Sam Ocon w Baku nie krył, że jego przyszłość wciąż stoi otworem. Potwierdził, że prowadzi rozmowy dotyczące dalszej kariery w F1 – zarówno z Haasem, jak i potencjalnie z innymi zespołami. Z amerykańską stajnią związał się przed sezonem 2025 i jeździ dla niej już drugi rok z rzędu.

Jego historia w Formule 1 sięga 2016 roku – wtedy zadebiutował w stawce. Jedyne zwycięstwo w karierze odniósł na Węgrzech w 2021 roku, do czego dołożył jeszcze cztery podia. W debiutanckim sezonie barw Haasa uzbierał 38 punktów, co dało mu piętnaste miejsce w klasyfikacji. Tej kampanii bilans wygląda dużo skromniej – zaledwie trzy punkty. Dla porównania jego zespołowy kolega, Oliver Bearman, ma ich na koncie 18.

Taka różnica w punktacji między kierowcami tej samej stajni rzadko przechodzi bez echa przy podejmowaniu decyzji personalnych. Jeśli doniesienia Mahera się potwierdzą, Ocon będzie musiał szukać sobie miejsca poza Haasem, a fotel obok Bearmana od 2027 roku zajmie 21-letni wychowanek Ferrari.

Piłka meczowa na Wimbledonie, walka o zwycięstwo w pierwszym spotkaniu turnieju. I nagle coś w kolanie Mai Chwalińskiej odmawia posłuszeństwa. Kilka tygodni wcześniej Polka awansowała do finału Rolanda Garrosa – największego sukcesu w swojej karierze. Kontuzja przerywa passę w najgorszym możliwym momencie.

Powrót do gry okazał się trudniejszy, niż ktokolwiek się spodziewał. Po wznowieniu rywalizacji Chwalińska w czterech kolejnych turniejach wygrała zaledwie jeden mecz. Jej trener, Jaroslav Machovsky, nie owija w bawełnę, opisując tamten okres. „Po kontuzji było bardzo trudno, bo nie mogła trenować, brakowało jej meczów, więc nie dało się startować na fali sukcesu z Rolanda Garrosa” – powiedział WP SportoweFakty.

W Singapurze forma wreszcie zaczyna wracać. W pierwszym meczu Chwalińska pokonała Rebeccę Sramkovą 6:4, 6:2. Drugie starcie było jeszcze bardziej jednostronne – Polka rozprawiła się z Oleksandrą Olijnikową, oddając rywalce zaledwie jednego gema w całym meczu. Robi to wrażenie tym większe, że Olijnikowa plasuje się w piątej dziesiątce rankingu WTA.

Nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem. W środę Chwalińska miała zagrać mecz deblowy w parze z Barborą Krejcikovą, ale spotkanie nie doszło do skutku – Czeszkę zawiodły plecy. Sztab szkoleniowy szybko przestawił się z powrotem na grę pojedynczą.

Kolejną przeszkodą na drodze Polki będzie Elise Mertens, zajmująca 19. miejsce w rankingu WTA. Belgijka przyjeżdża do Singapuru jako obrończyni tytułu wywalczonego przed rokiem. To będzie najtrudniejszy sprawdzian formy Chwalińskiej od czasu jej powrotu na kort.

„Nie ma mowy o przypadku”

Machovsky nie ma wątpliwości, że sukces w Paryżu nie był dziełem przypadku. „U Mai nie ma mowy o przypadku. Nie da się dotrzeć do finału Wielkiego Szlema tylko dlatego, że się miało szczęście” – ocenił trener Polki. Po miesiącach zmagań z kontuzją i słabszymi wynikami mecze w Singapurze mają udowodnić, że te słowa wciąż są aktualne.

Na liście zgłoszeń do turnieju WTA 500 w Ningbo pojawiło się nazwisko, którego jeszcze tam nie widziano – Iga Świątek zagra w tej imprezie po raz pierwszy w karierze. To kolejny element układanki, którą Polka buduje z myślą o jesieni 2026 roku, gdy stawką będzie miejsce w WTA Finals.

Plan jest już w dużej mierze gotowy. Najpierw Świątek zamierza wystąpić w pekińskim turnieju WTA 1000, rozgrywanym od 30 września do 11 października. Zaraz po nim, w dniach 12-18 października, ma zagrać w Wuhanie – również w cyklu WTA 1000. Ningbo Open zaplanowano na 19-25 października, czyli od razu po zakończeniu turnieju w Wuhanie. Dla Polki byłby to więc naturalny trzeci przystanek tej azjatyckiej trasy.

Nie jest w tych planach sama. Do Ningbo zgłosiła się także Maja Chwalińska, w tym sezonie finalistka Rolanda Garrosa. Jej obecna, 25. pozycja w rankingu spokojnie wystarczyła, by zapewnić sobie miejsce w głównej drabince.

Wyścig o Top 7

Cała ta układanka sprowadza się do jednego celu – kwalifikacji do WTA Finals. O awans do turnieju mistrzyń decyduje ranking WTA Race, a bilet trafia tylko do siedmiu najlepszych zawodniczek sezonu. Świątek zajmuje w nim obecnie dziesiąte miejsce. Innymi słowy: każdy kolejny turniej będzie się liczył w walce o awans.

Dwie rywalki mogą już dziś spokojnie planować wyjazd na Finały, nie oglądając się na punkty. Jelena Rybakina, liderka rankingu WTA i zarazem zawodniczka otwierająca listę zgłoszeń w Ningbo, ma zapewniony udział w WTA Finals 2026. Podobnie Linda Noskova – przepustkę do turnieju wywalczyła sobie tytułem mistrzyni Wimbledonu.

Konkurencja w Ningbo i tak zapowiada się mocna, niezależnie od kontekstu kwalifikacyjnego. Do rywalizacji zgłosiły się między innymi Jessica Pegula, Iva Jović, Belinda Bencić, Elina Switolina i Marta Kostiuk. Dla Świątek będzie to więc nie tylko debiut w nowym turnieju, ale i kolejny sprawdzian formy tuż przed finiszem sezonu.

Instalacja aplikacji
Pobierz