Enea AZS Politechnika Poznań pożegnała się z marzeniami o fazie grupowej Euroligi kobiet w koszykówce – w meczu kwalifikacyjnym uległa Kibirkstis-TOKS Wilno. Na tablicy wyników zapaliło się 91:69 dla Litewek, a poszczególne kwarty wyglądały tak: 30:20, 19:20, 20:11 i 22:18. Wicemistrzynie Polski w tym sezonie europejskiej elity więc nie zobaczą.
O losach spotkania zdecydowała przede wszystkim celność rywalek zza linii 6,75 m. Koszykarki z Wilna trafiły aż 16 trójek, a prym wśród nich wiodła Zoe Wadoux – 7 z 15 prób i 21 punktów na koncie. Francuska skrzydłowa jeszcze niedawno grała w Polsce, w barwach MB Zagłębia Sosnowiec. Najbardziej bolała pierwsza kwarta: gospodynie zdobyły w niej 24 z 30 punktów właśnie rzutami za trzy, a takiej przewagi Enea AZS już nie odrobiła.
W składzie Litewek zabrakło za to Anny Makurat. Reprezentantka Polski dołączyła do klubu latem, ale teraz leczy uraz ręki i nie mogła zagrać.
Fitzgerald i Pszczolarska bez wsparcia
Po stronie Poznanianek najlepiej prezentowała się Feyonda Fitzgerald – 22 punkty. Solidnie zagrała też Aleksandra Pszczolarska: 16 punktów, sześć zbiórek, dwie asysty i dwa przechwyty. Pod koszami mozoliły się G’Mrice Davis (6 punktów, 10 zbiórek) oraz Laura Miskiniene (6 punktów, 11 zbiórek) – to jednak było za mało, żeby odrobić stratę z pierwszej kwarty.
Kibirkstis-TOKS Wilno dzięki zwycięstwu gra dalej – w kolejnej rundzie kwalifikacji zmierzy się na wyjeździe z węgierskim Sopron Basket. Tym samym w tegorocznej Euroliedze zabraknie już drugiej, obok Lotto AZS UMCS Lublin, polskiej ekipy.
Enea AZS Politechnika Poznań musi teraz odbić piłeczkę na krajowym podwórku. Sezon Basket Ligi Kobiet poznanianki zaczną we własnej hali 4 października, mierząc się z Wisłą Kraków.
W sobotę 26 września Damian Piskorz, niepokonany zawodnik MMA z bilansem 2-0, wejdzie do klatki po raz trzeci w zawodowej karierze. Naprzeciw 28-latka stanie Kamil Turalski, który na koncie ma bilans 3-2. Scena wydarzenia to hala OSiR w Skierniewicach, gdzie odbędzie się gala Babilon 60.
Piskorz zaczynał od kickboxingu, dziś testuje się w MMA – i jak na razie wychodzi mu to bez zarzutu. Latem, na gali Babilon 59 w Międzyzdrojach, wygrał przez nokaut, co zresztą przykleiło mu łatkę „króla nokautu”. Sam zawodnik podchodzi do tego przezwiska z przymrużeniem oka.
„Król nokautu”? Podoba mi się to określenie i z miłą chęcią przyjmę ten przydomek. Tak naprawdę w sobotę idę wykonać kolejny plan, a jeśli pojawi się okazja do skończenia przed czasem, to z pewnością ją wykorzystam
Pochodzący z Bydgoszczy zawodnik trenuje w barwach Hunter Gym i Ankos. Jak zapowiada, w sobotę będzie chciał rozstrzygnąć walkę na warunkach kickboxingu – choć furtkę do niespodzianki zostawia otwartą.
Nie jest tajemnicą, że będę dążył do walki w kickboxingu, ale nie skreślam opcji małej niespodzianki. Jestem gotów na każdą płaszczyznę
Piskorz zapewnia, że jest gotowy nawet na komplet 15 minut w klatce, choć wolałby oczywiście szybszą drogę – przez nokaut. Presję przed sobotnim starciem, jak sam mówi, generuje wyłącznie sam sobie.
Zdecydowanie traktuję to jako dowód progresu oraz dobrze wykonaną robotę na sali. Poświęcam temu całe swoje życie, a sporty walki są moją pasją, więc nie widzę innej możliwości. Jedyna presja jaką czuję to ta, którą narzucam samemu sobie. Sporty walki to piękna, ale cholernie trudna przygoda i cieszę się, że właśnie tak potoczyło się moje życie
Plany zawodnika sięgają dużo dalej niż sobotni wieczór w Skierniewicach. Marzy mu się pas mistrzowski Babilon MMA w wadze średniej, a w dalszej perspektywie – miejsce wśród czołówki MMA w Europie i na świecie.
Jeśli Bóg da mi zdrowie, to widzę siebie spokojnie w europejskiej, a nawet i światowej czołówce MMA. Chciałbym dawać emocjonujące i widowiskowe walki oraz zdobywać pasy najlepszych organizacji, aby zapisać swoje nazwisko w sportowych kartach historii
Te wielkie plany poczekają jednak na razie w kolejce. Piskorz przyznaje, że cała uwaga skierowana jest teraz na najbliższego rywala, a dalsze kroki zależą od tego, jak potoczy się sobotni wieczór.
Póki co pełne skupienie na sobocie. Jeśli wszystko ułoży się według planu i nie będą doskwierały mi żadne kontuzje po walce, chciałbym wystąpić jeszcze w tym roku. Cieszę się, że Babilon MMA daje mi możliwość rozwoju i temu poświęcam całą swoją uwagę
Karta walk Babilon 60
Główną atrakcją wieczoru będzie starcie Rafała Błachuty (17-11) z Domem Norkusem (6-1) w wadze 77 kg. Na karcie głównej znajdzie się też pojedynek Krzysztofa Głowackiego (2-2-2) z Cally „Aquaman” de Oliveirą (6-3) w wadze 93 kg. Galę pokażą stacje z grupy Polsat – Super Polsat, Polsat Sport Fight oraz Polsat Box Go.
Damian Piwowarczyk zmierzył się w tegorocznej edycji Dana White’s Contender Series z szansą na kontrakt z UFC w tle. Naprzeciw niego stanął Emilio Quissua – zawodnik z Niemiec.
Jeszcze przed pojedynkiem Quissua zapowiadał, że dokładnie rozłożył styl Polaka na czynniki pierwsze. Wskazywał na jego zachowanie w stójce, opuszczanie rąk po niektórych akcjach, dość prosty repertuar ofensywny i możliwość wywierania na nim presji. Te słowa nie przeszły bez echa – po walce Piwowarczyk sam do nich wrócił.
W rozmowie w „Kanale Sportowym” przyznał, że postawa Niemca zdziwiła go jeszcze przed gongiem. „Tak mi się wydawało, że Emilio jest trochę zbyt pewny siebie, arogancki. Wiadomo, że jest zawodnikiem sztuk walki i trochę taki musi być, ale nieadekwatne jest to jego CV sportowe do tego, co myśli względem mnie i że mu łatwo pójdzie” – mówił Polak.
Padła też opowieść o dość kuriozalnej sytuacji sprzed walki. Obaj zawodnicy trafili na to samo zgrupowanie, a Piwowarczyk wspomina, że pierwszą osobą, jaką zobaczył wysiadając z auta pod hotelem, był właśnie Quissua. „Jak tu byliśmy na miejscu, to się przecięliśmy kilka raz. Zresztą pierwsze co, jak przyjechałem do hotelu, to wysiadam z auta i był tam on, pierwsza osoba, jaką widzę” – relacjonował.
Walka nie poszła po myśli Niemca
Po walce Piwowarczyk nie krył satysfakcji. Jego zdaniem scenariusz, który układał sobie rywal, po prostu się nie sprawdził. „Wydawał się być taki… cwaniakowaty może za duże słowo, ale gdzieś w połowie drogi tego słowa, ale no wyszło chyba nie do końca tak jak chciał” – ocenił Polak.
Zwycięstwo miało jednak swoją cenę. Podczas walki, w wyniku kopnięcia okrężnego dobrze zablokowanego przez rywala, Piwowarczyk złamał palec u stopy. Teraz musi chodzić w ortezie.
Pierwsza porażka w karierze zawodowej. Iwo Baraniewski przegrał na gali UFC 331, i to w okolicznościach, które dopiero teraz wychodzą na jaw. 27-letni Polak uległ Alonzo Menifieldowi niejednogłośną decyzją sędziów po trzech rundach — po raz pierwszy w organizacji musiał przejść cały dystans walki.
Powód? Problemy z robieniem wagi, i to poważne. Trener zawodnika, Kamil Umiński, opowiedział o tym na antenie „Kanału Sportowego”: proces schodzenia do limitu był wyjątkowo wyczerpujący, a organizm Baraniewskiego w pewnym momencie zaczął zatrzymywać wodę. W ciągu około 12 godzin zawodnik trafił do sauny aż osiem razy.
To było koszmarne robienie wagi. Na końcu już mu się tam woda zatrzymała i tak naprawdę w ciągu 12 godzin robiliśmy w sumie 8 wejść do sauny, więc walczyliśmy tak naprawdę o każde 100 gramów. Tam końcówka była naprawdę ciężka. (…) Robienie hydrolizy 5 razy w ciągu roku może być bardzo zgubne.
Piąty występ w rok wziął swoje żniwo
Menifield był już piątym rywalem Baraniewskiego w ciągu mniej więcej roku. Takie tempo w końcu musiało się na czymś odbić — jak przyznaje Umiński, wielokrotne robienie wagi metodą hydrolizy, powtarzane w krótkich odstępach czasu, potrafi być groźne dla zdrowia.
Kontrakt z UFC Polak wywalczył podczas Dana White’s Contender Series, a w organizacji zadebiutował starciem z Ibo Aslanem. Potem przyszły kolejno walki z Austenem Lane’em i Juniorem Tafą, zanim naprzeciw niego stanął Alonzo Menifield. Baraniewski rywalizuje w kategorii półciężkiej.
Teraz czas na przerwę. Po serii intensywnych starć zawodnik sam zapowiedział, że potrzebuje odpoczynku i nie zamierza od razu wchodzić w kolejny obóz treningowy. Na jego następny występ w klatce trzeba będzie poczekać jakieś pół roku.
Alexander Volkov walczy zawodowo w MMA od 2009 roku i ma na koncie ponad 50 pojedynków. W UFC stoczył ich 19, a ostatnio forma dopisuje mu wyjątkowo dobrze – 7 wygranych na 8 starć. Rosjanin nie przegrał od marca 2022 roku, gdy uległ przez poddanie Tomowi Aspinallowi. Teraz, tuż przed kolejnym sprawdzianem, postanowił bez ogródek powiedzieć, co myśli o sytuacji na szczycie wagi ciężkiej UFC – i o nowym mistrzu, Cyrilu Gane’ie.
24 października w Abu Zabi, na gali UFC 333, Volkov zmierzy się z Rizvanem Kuniewem. To pojedynek czwartego zawodnika rankingu wagi ciężkiej z piątym – starcie, które może realnie przetasować kolejkę do pasa. Tymczasem w listopadzie, na UFC 334 w Nowym Jorku, o mistrzostwo w tej samej kategorii zawalczą Cyril Gane i Josh Hokit.
Gdy w programie Ariela Helwaniego zapytano Volkova o to zestawienie, nie krył irytacji. Warto przypomnieć, że to właśnie Gane pokonał Rosjanina – w walce, którą wielu okrzyknęło kontrowersyjną decyzją sędziowską.
Dana ochronił mnie od tego, od wszystkich oszustw, jakie ma za uszami Cyril. Nie wiemy, czy robi to specjalnie, ale to dzieje się w każdej walce… Może on nie potrafi walczyć czysto. (…) Wykluczył z walki prawdziwego mistrza. Później w ogóle go nie karzą i dostaje walkę o pas przeciwko „świeżakowi” w wadze ciężkiej. I nawet w tej walce bił go w tył głowy, czego nie powinien robić.
Dostało się też Gane’owi za jego wcześniejsze słowa o rzekomym braku odporności psychicznej Toma Aspinalla. Volkov odpowiedział krótko: ten sam zarzut spokojnie można postawić samemu Francuzowi.
Mogę to samo powiedzieć o nim. Widzieliśmy jego walkę z Jonem Jonesem. Poddał się już przed walką. Stosuje brudne zagrywki, wsadza rywalom palce w oczy, a potem mówi, że są słabi psychicznie. To ty oszukujesz wbrew zasadom.
Ironia pod adresem Hokita i UFC
Nie oszczędził też samej organizacji za decyzję, by to Josh Hokit dostał szansę walki o pas przed nim. Ten fragment wypowiedzi aż ociekał sarkazmem.
Będę szczery. To godne podziwu, że UFC zestawiło tę walkę. Josh Hokit – z tego co wiem – ma jakieś problemy psychiczne. Oczywiście powinien dostać szansę przede mną. (…) Inspirujące jest to, że chory psychicznie gość zawalczy o pas wagi ciężkiej. To bardzo szlachetne ze strony UFC. Popieram to.
Na razie jednak priorytet jest jeden – starcie z Kuniewem w Abu Zabi. Czy słowa wypowiedziane pod adresem Gane’a i UFC odbiją się później echem w walce o kolejkę do pasa? To pokaże dopiero czas.
Międzynarodowa Federacja Hokeja na Lodzie (IIHF) podała, które państwa są zainteresowane organizacją Mistrzostw Świata Elity w 2031 roku. Termin na złożenie listów intencyjnych upłynął 1 września. Jak czytamy w dokumencie opublikowanym przez IIHF, chęć goszczenia turnieju zgłosiły trzy związki: czeski, węgierski i brytyjski.
Faworytem, i to bez większych wątpliwości, są Czechy. Nasi południowi sąsiedzi po rozpadzie Czechosłowacji organizowali już MŚ Elity trzy razy, ostatnio w 2024 roku. To akurat te mistrzostwa były jak dotąd ostatnim występem Polaków w hokejowej elicie. Turniej w Czechach pobił wtedy rekord frekwencji, przebijając wynik z rodzimych MŚ z 2015 roku. Polska grupa grała wówczas w Ostrawie, tuż przy naszej granicy.
Czeskie plany na 2031 rok są już całkiem konkretne. W czerwcu Petr Bříza, wiceprezydent Czeskiego Związku Hokeja na Lodzie (ČSLH) i zarazem działacz IIHF, zdradził, że wytypowano dwa największe miasta w kraju – Pragę i Brno. W Pradze mecze miałyby się toczyć w O2 Arenie, w Brnie – w nowej, kończonej właśnie hali T-Mobile Arena. Bříza dodał, że w razie potrzeby Czesi skorzystają z prawa zamiany drużyn między grupami, tak by gospodarze grali w Pradze, a Słowacy – w Brnie. Trudno o przypadek: Brno leży zaledwie jakieś 60 kilometrów od granicy słowackiej.
Drugim formalnym kandydatem jest Wielka Brytania, choć jej szanse trzeba oceniać raczej skromnie. Brytyjczycy nie ubiegali się oficjalnie o żaden z ostatnich turniejów MŚ Elity, mimo że wcześniej pojawiali się jako potencjalny kandydat. Mistrzostwa gościli u siebie dwukrotnie – w 1937 i 1950 roku.
Najbardziej pogmatwana jest sprawa Węgier. Okazuje się, że Węgrzy chcą postawić raczej na wspólną kandydaturę ze Słowenią do organizacji MŚ 2032. Z pomysłem wyszli sami Słoweńcy, a obie strony rozmawiały o nim podczas majowego Kongresu IIHF w Szwajcarii. Wcześniej Węgrzy prowadzili też rozmowy o ewentualnej wspólnej kandydaturze z Czechami, ale ten wątek wygląda dziś na zamknięty.
Duet węgiersko-słoweński ma już zresztą wspólną historię. Oba kraje próbowały wcześniej wspólnie przejąć organizację Mistrzostw Świata 2023, odebranych Rosji po agresji na Ukrainę. Wtedy jednak Węgrzy wycofali się w ostatniej chwili, zostawiając Słoweńców samych sobie – ostatecznie turniej odbył się w Finlandii i na Łotwie. Jak podaje IIHF, Węgrzy sami zgłosili się wstępnie do organizacji turnieju w 2032 roku, czyli rok wcześniej, niż zakłada teraz planowana wspólna kandydatura ze Słowenią.
Słoweńcy otwarcie mówią o planie B
Dejan Kontrec, sekretarz generalny Hokejowego Związku Słowenii, nie krył już w czerwcu, że wybór Czech na 2031 rok traktują niemal jak przesądzony.
Spotkaliśmy się z Węgrami na Kongresie IIHF podczas Mistrzostw Świata w Szwajcarii i wskrzesiliśmy tę chęć czy pomysł. Gospodarze są już wybrani do 2030 roku, a jest bardziej niż prawdopodobne, że Czechy zostaną wybrane na 2031. Dlatego chcemy wprowadzić w życie ten projekt na 2032. Prawdopodobnie. Nie powiemy na pewno, bo takie wydarzenie musi być zatwierdzone przez oba rządy, a w obu przypadkach jesteśmy w trakcie tego procesu.
Cała trójka kandydatów do organizacji MŚ 2031 spełnia jeden z kluczowych warunków IIHF. Przepisy federacji wymagają, by reprezentacja kraju ubiegającego się o turniej Elity występowała na tym poziomie przez co najmniej 2 z ostatnich 5 lat. Czechy, Węgry i Wielka Brytania na razie ten warunek spełniają – mimo że Brytyjczycy spadli w tym roku do dywizji I.
Warto zaznaczyć, że złożenie listu intencyjnego to jeszcze nie to samo, co oficjalne zgłoszenie kandydatury. Na przedstawienie szczegółowego planu organizacji turnieju zainteresowani mają czas do połowy stycznia. Ostatecznego gospodarza MŚ Elity 2031 poznamy dopiero na przyszłorocznym Kongresie IIHF w Niemczech.
Kalendarz najbliższych mistrzostw jest już w dużej mierze gotowy. MŚ Elity 2027 zorganizują Niemcy – mecze rozegrane zostaną w Düsseldorfie, Mannheim i Gelsenkirchen. Rok później turniej przenosi się do Francji, do Paryża i Lyonu. W 2029 roku gospodarzem będzie Słowacja z Bratysławą i Koszycami, a w 2030 roku mistrzostwa odbędą się wspólnie w fińskich Helsinkach i łotewskiej Rydze.
Piątek, 25 września 2026 roku, godzina 20:45 – tym meczem z Bośnią i Hercegowiną reprezentacja Polski otworzy tegoroczną Ligę Narodów UEFA. Dla Jana Urbana to pierwszy egzamin jesieni, i to zaraz po tym, jak nie udało się wywalczyć awansu na mistrzostwa świata.
Transmisję zobaczymy na antenach TVP 1 oraz TVP Sport. Kto woli internet, może włączyć sport.tvp.pl albo aplikację Pilot WP. A gdyby i to zawiodło – zostaje tekstowa relacja na żywo w WP SportoweFakty.
Kogo powołał Jan Urban
Na zgrupowanie selekcjoner wezwał 26 zawodników. Wśród nich Wojciech Mońka z Lecha Poznań, Kacper Potulski z 1. FSV Mainz 05 czy Norbert Wojtuszek z Jagiellonii Białystok. Jest też Tymoteusz Puchacz, dziś grający w Sabah Baku.
Nie każdy z ogłoszonej listy dotarł jednak na zgrupowanie. Z kadry wypadli Kamil Grabara, Filip Rózga i Adrian Benedyczak. Zamiast nich w poniedziałek Urban dowołał dwóch piłkarzy z ekstraklasy – Bartłomieja Drągowskiego z Widzewa Łódź i Marcela Regułę z Zagłębia Lubin.
To dopiero rozgrzewka przed prawdziwie napiętym terminarzem. Trzy dni później Polacy wyjadą do Szwecji. 2 października w Warszawie zmierzą się z Rumunią, a 5 października czeka ich rewanż z Bośnią i Hercegowiną – tym razem w Zenicy. W sumie cztery mecze Ligi Narodów w jedenaście dni – taki program czeka drużynę Jana Urbana.
Krystian Brzozowski, obrońca Zawiszy Bydgoszcz, złamał kość strzałkową prawej nogi. Do urazu doszło we wtorek, podczas treningu drużyny. Klub poinformował o kontuzji na swoim profilu na Facebooku, przypominając przy okazji, że Zawisza gra w tym sezonie jako beniaminek Betclic II ligi.
Okoliczności urazu były wyjątkowo pechowe.
w trakcie jednego z bezkontaktowych wślizgów piłkarz złamał kość strzałkową prawej nogi
Żadnego starcia z rywalem, żadnego faulu kolegi z zespołu – kontuzja miała charakter czysto bezkontaktowy.
Brzozowski ma dopiero 18 lat i gra na pozycji prawego obrońcy. Pierwsze diagnozy nie zostawiają złudzeń: młody zawodnik odpadnie z gry na co najmniej kilka miesięcy. Na boisko wróci najwcześniej wiosną, dopiero w rundzie wiosennej sezonu.
Krótki, ale obiecujący epizod w Bydgoszczy
Do Zawiszy trafił latem – wypożyczony z Motoru Lublin tuż przed zamknięciem letniego okna transferowego. Zdążył zagrać w podstawowym składzie dwukrotnie: z Hutnikiem Kraków i z Górnikiem Łęczna, oba mecze zakończyły się remisami. W sumie na boisku spędził 175 minut.
I na tym się skończyło, przynajmniej na razie. Kontuzja ucina ten obiecujący epizod, zanim młody obrońca zdążył się w nowym zespole na dobre rozkręcić. Dla beniaminka Betclic II ligi to bolesna strata akurat w momencie, gdy trwa budowa składu na sezon.
W nocy z wtorku na środę serwery Counter-Strike 2 dostały jedną z największych aktualizacji od miesięcy. Gracze, którzy odpalili grę rano, zastali nowy tryb rozgrywki, inny sposób wyboru map w Premier, a do tego ciche przeładowywanie broni – funkcję, o którą społeczność prosiła od dawna.
Największa nowość nazywa się Rush – dynamiczny tryb 3 na 3 z własnym systemem kolejkowania. Na papierze zasady wyglądają prosto: drużyny walczą kolejno na różnych arenach, próbując przebić się do zamku przeciwnika. Areny losowane są od nowa za każdym razem, więc dwóch identycznych meczów raczej nie zobaczycie. Rundę można wygrać na dwa sposoby – przejmując kontrolę nad wieżą, eliminując cały zespół rywala albo po prostu czekając, aż upłynie czas.
Premier z nowym podziałem wyboru map
Druga poważna zmiana dotyczy trybu Premier. Valve przebudowało proces wyboru map – jak tłumaczą twórcy, chodzi o to, by dać graczom więcej okazji do gry na mapach, których jeszcze dobrze nie znają. Nowy schemat jest trzystopniowy: Drużyna 1 wybiera jedną mapę, Drużyna 2 wskazuje dwie kolejne, Drużyna 3 dorzuca finałową propozycję. Z tej czwórki jedna zostaje wylosowana i to na niej toczy się mecz.
Dobra wiadomość czeka też tych, którzy od dawna narzekali na hałas przy doładowywaniu magazynka. Trzymając klawisz przeładowania, można teraz zrobić to bezgłośnie – kosztem szybkości. Do kompletu cichych poprawek doszło wyłączanie celownika w karabinach snajperskich, które przestało wydawać dźwięk.
Poprawiono też ogólną wyrazistość obrazu oraz dokładność odwzorowania śladów po trafieniach pociskami. Zmieniły się zasady zakupu granatów: ustawienie ammo_grenade_limit_total ogranicza teraz łączną liczbę granatów możliwych do kupienia w jednej rundzie, a nie tylko poszczególne typy. A w kategorii kuriozalnych poprawek – kurczaki na mapach dostają teraz obrażenia od Zeusa pomnożone aż 27 razy.
Osobny przegląd dostały celowniki. Stały się niezależne od rozdzielczości ekranu, a w menu ustawień pojawiła się nowa zakładka „Celownik/Celowniki” z odświeżonymi opcjami. Domyślnym ustawieniem jest teraz „Dynamic Quad”, który – jak zapewnia Valve – lepiej oddaje faktyczną celność broni. W tle tego wszystkiego silnik gry zaktualizowano do najnowszej wersji Source 2.
Mapy też przeszły swoją rundę poprawek. Na Ancient załatano dziury w świecie w głównym korytarzu przy „Long A” oraz skorygowano geometrię drzwi i przenikanie granatów przez elementy wnętrza Jaguara. Cache zyskało poprawione szczeliny i dopracowane przycinanie wokół niebieskich drzwi na midzie. Na Mirage wzmocniono rusztowanie przy balkonie strefy A, a na Train zablokowano szczelinę między pikselami w skrzyniach na BS A. Drobiazgi, owszem – ale to właśnie takie detale odpowiadały wcześniej za niejeden rundowy absurd.
Poza samą mechaniką rozgrywki pojawiło się kilka udogodnień społecznościowych. Gracze należący do grup Steam mogą teraz ustawić własny „tag klanu” bezpośrednio w profilu, a C4 doczekało się wreszcie obsługi naklejek. W sklepie wylądował też nowy zestaw muzyczny – Starjunk 95 – Industrial Sunset Memories, dostępny w wersji standardowej i StatTrak.
Naprawiono również kilka uciążliwych błędów. Statystyki na tablicy wyników w przerwie meczu mają teraz w pełni odzwierciedlać wynik poprzedniej rundy, a lukę pozwalającą uniknąć bana po wyrzuceniu z serwera wreszcie załatano. Doszła też możliwość osobnego ustawienia głośności muzyki dla każdego trybu gry z osobna.
Dla twórców map i modów aktualizacja przynosi garść nowych narzędzi. Wśród nich encja „minimap_volume”, pozwalająca wyświetlić niestandardowy obraz minimapy w wybranym obszarze, oraz para „sky_camera_volume” i „sky_camera_volume_target” do niestandardowego renderowania nieba w konkretnych lokacjach. Do tego dołączyły „point_deathcam_bounds”, ograniczająca zasięg kamery śmierci, oraz „env_shake_volume”, wywołująca drgania kamery wyłącznie w zadanym obszarze. W warstwie skryptowania dodano encje CSRadarPoint i CSObservablePoint, a programiści piszący własne tryby dostali nową metodę API AddTeamMoney oraz callback OnPlayerTeamChanged. Funkcja SetDialogVariableString zyskała z kolei obsługę ciągów znaków lokalizacji.
Nagranie trwa niecałą minutę. To wystarczyło, by fani tenisa znów zaczęli marzyć o wspólnym korcie dwóch legend. Rafael Nadal nagrał wiadomość głosową do Andy’ego Murraya i opublikował ją w mediach społecznościowych. Powód jest konkretny: 3 października 2026 roku minie dokładnie dziesięć lat od powstania Akademii Rafaela Nadala na Majorce, a Hiszpan chce uczcić tę datę w towarzystwie dawnego rywala.
„Świętujemy dziesięciolecie powstania akademii na Majorce. Pomyślałem, że może wpadłbyś do nas. Może zagralibyśmy mecz golfa przed całym wydarzeniem?” – zaproponował Nadal. Na tym jednak nie skończył. Zasugerował coś więcej niż partyjkę golfa – zawody drużynowe na kortach, na których Murray trenował już wcześniej. „Moglibyśmy obaj wziąć naszych przyjaciół i rozegrać zawody drużynowe, żeby odpowiednio uczcić dziesięciolecie w miejscu, w którym kilkukrotnie trenowałeś” – dodał.
Odpowiedź przyszła szybko. I była jednoznaczna. „Hej Rafa! Wchodzę w to!” – napisał Murray. 39-letni Szkot nie musiał się długo zastanawiać. Z Nadalem łączy go nie tylko rywalizacja z kortu, ale i wspólna historia ostatnich lat kariery obu zawodników.
Pożegnanie, które zapamięta cały tenisowy świat
Rafael Nadal, dziś 40-latek, zakończył karierę zawodową oficjalnie w 2024 roku. Zostawił po sobie 22 tytuły wielkoszlemowe, w tym aż czternaście triumfów na kortach Rolanda Garrosa – rekord, który przyniósł mu przydomek „Króla Mączki”. Ostatnie pożegnanie z tenisem odbyło się właśnie tam, w Paryżu, w sezonie 2025.
Na trybunach i na korcie zebrała się wtedy prawdziwa śmietanka światowego tenisa. W ceremonii wzięli udział Novak Djoković, Roger Federer i Andy Murray – rywale, z którymi Nadal stoczył setki bitew przez dwie dekady. Nie zabrakło też przedstawicieli młodszego pokolenia, w tym Igi Świątek i Carlosa Alcaraza, którzy dziś kontynuują tradycję wielkoszlemowych sukcesów.
Akademia na Majorce, którą Nadal otworzył w 2016 roku, od lat jest miejscem, gdzie młodzi zawodnicy uczą się gry pod okiem sztabu związanego z legendą hiszpańskiego tenisa. Jeśli plany się ziszczą, w październiku 2026 roku jej korty znów zobaczą Nadala i Murraya razem. Tym razem nie jako rywali w Wielkim Szlemie, lecz jako gospodarza i gościa specjalnego wielkiego jubileuszu.