Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem obaj przywitali się w tunelu, obejmując się ramionami i wymieniając kilka słów. Chwilę później na murawie Robert Lewandowski i Antoine Griezmann uścisnęli sobie dłonie – scena, która w MLS wydawała się nie do pomyślenia jeszcze rok temu.
Przez lata obaj byli wymieniani w gronie najlepszych napastników świata. Dziś ich kariery przecięły się po drugiej stronie Atlantyku. Lewandowski po rozstaniu z FC Barceloną trafił do Chicago Fire, Griezmann zaś, rozstając się z Atletico Madryt, gdzie dorobił się statusu legendy, zamienił Madryt na Orlando City SC.
W noc ze środy na czwartek czasu polskiego doszło do ich pierwszego bezpośredniego starcia w MLS – obaj wyszli w podstawowych składach swoich zespołów. Mecz Chicago Fire z Orlando City zakończył się wynikiem 2:2. Emocji nie brakowało od pierwszych minut.
Griezmann błyszczał, Lewandowski trafił w słupek
Już w 6. minucie Griezmann zaliczył asystę przy golu Ivana Angulo. Nie minęło pół godziny, a Francuz sam dopisał się do listy strzelców – w 35. minucie pokonał bramkarza Chicago pięknym strzałem z dystansu. Swoją okazję miał też Lewandowski: w 17. minucie trafił w słupek po strzale wykonanym nożycami.
Odpowiedź Chicago Fire przyszła w drugiej połowie. W 57. minucie na listę strzelców wpisał się Jonathan Bamba, a remis 2:2 ustalił Maren Haile-Selassie w 69. minucie.
Sezonowe statystyki obu gwiazd pokazują, że do nowego ligowego rozdziału podeszli z pełną powagą. Griezmann w 20 meczach dla Orlando City zdobył już 15 bramek i dodał siedem asyst. Lewandowski w 21 spotkaniach dla Chicago Fire ma na koncie siedem goli i trzy asysty.
„Jestem bardzo rozczarowana, że muszę wycofać się z turnieju w Tokio z powodu kontuzji lewego uda, której nabawiłam się w Wuhan” – napisała Maja Chwalińska. Do urazu doszło podczas startu w Chinach, gdzie Polka wcześniej zanotowała najlepszy wynik w karierze.
25-letnia zawodniczka ma za sobą sezon, o jakim jeszcze w styczniu trudno było śnić. Na początku 2026 roku Chwalińska plasowała się pod koniec drugiej setki rankingu WTA. Kilka miesięcy później triumfowała w turnieju WTA 1000 w Wuhan, a wcześniej dotarła do finału Roland Garros. Efekt tego wszystkiego? Awans na 11. miejsce w rankingu światowym.
Do Tokio przyjechała jednak nie po kolejne punkty, lecz po rehabilitację. „Przyjechałam do Tokio wcześniej, aby poddać się fizjoterapii i trenować na korcie – zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by wrócić do zdrowia, ale niestety nie jestem jeszcze gotowa do rywalizacji” – przekazała Polka. Teraz skupia się na jak najszybszym powrocie do pełnej sprawności. „Mam wielką nadzieję, że w przyszłości uda mi się zagrać w Tokio. Dziękuję wszystkim za wsparcie i zrozumienie” – dodała.
Kto może jeszcze wyprzedzić Chwalińską?
Mimo wycofania się z kortu Chwalińska praktycznie zapewniła sobie koniec sezonu w elitarnej jedenastce. Jedyną zawodniczką, która teoretycznie może jeszcze ją wyprzedzić w klasyfikacji, jest Diana Sznajder, wciąż walcząca w turnieju w Tokio. Nawet w najgorszym dla Polki scenariuszu jej sezon zakończy się na 12. miejscu.
Z rywalizacji o miejsce w TOP 11 wypadła natomiast Belgijka Elise Mertens – w czwartkową noc przegrała w 1/8 finału w Tokio z Leylah Fernandez 2:6, 6:7(8). Nawet jeśli zdecyduje się wystąpić w kolejnym turnieju, nie zdoła już wyprzedzić Chwalińskiej w rankingu WTA. Pole do odrabiania strat jest przy tym wąskie – ostatnie turnieje sezonu 2026 w kalendarzu WTA to zawody rangi 250, a te dają zdecydowanie mniej punktów niż te wyższej kategorii.
Dla Polki ten rok i tak zapisze się jako przełomowy – bez względu na to, czy sezon zamknie na 11., czy na 12. pozycji.
„Doda nam dużo swoich umiejętności i energii. Jest bardzo wartościowym zawodnikiem, czy w reprezentacji, czy w klubach, w których grał. Bardzo cieszę się, że może nas wspierać. Z nim będzie nam łatwiej o dobre wyniki” – tak Jakub Popiwczak opisał w rozmowie z „Super Expressem” wpływ Tomasza Fornala na grę Aluronu CMC Warty Zawiercie. Libero zawierciańskiej ekipy nie kryje zadowolenia z transferu.
Te słowa padły chwilę po tym, jak Aluron CMC Warta Zawiercie wygrał na wyjeździe z PGE Projektem Warszawa 3:1. Gospodarze triumfowali jedynie w pierwszym secie – potem mecz przejęli w swoje ręce przyjezdni. Dla zawierciańskiej ekipy to już drugie zwycięstwo z rzędu.
O losach meczu zdecydowała gorąca końcówka. Yuri Romano, Włoch grający dla Projektu, w kluczowym momencie zepsuł zagrywkę. Po tym błędzie warszawianie mieli aż cztery piłki meczowe – a jednak nie oni świętowali. Decydującą akcję wykończył Tomasz Fornal i to on został bohaterem całego starcia.
Transfer, który miał odmienić sezon
Oceniając samo sprowadzenie Fornala do Zawiercia, Popiwczak nie szczędzi słów uznania – nazywa ten ruch strzałem w „10”. Dla klubu, który na starcie sezonu przegrał Superpuchar Polski i niezbyt udanie wystartował w lidze, te słowa libero mają szczególną wagę.
„Nie byliśmy zadowoleni z tego wszystkiego, bo mamy duże ambicje” – przyznał Popiwczak. I dodał, że cele klubu są jasno określone: „Nasz plan jest taki, żeby wygrywać każde trofeum, o jakie gramy”.
Fornal i Popiwczak – obaj mistrzowie Europy z tego sezonu – mają być tym duetem, który wyciągnie Aluron z dołka po słabym starcie rozgrywek.
„Myślę, że zdecydowanie stać mnie na więcej” — powiedział Max Fricke, podsumowując sezon Grand Prix 2026. Australijczyk zajął siódme miejsce w klasyfikacji generalnej — nieco słabiej niż rok wcześniej, gdy skończył rozgrywki na ósmej pozycji. On sam mimo to uważa, że potencjał drużyny jest większy, niż wynika z samych liczb.
Sezon miał swoje wzloty. Fricke wygrał Grand Prix w Manchesterze, a do tego dołożył złoto w drużynowym Pucharze Świata z reprezentacją Australii, zdobyte na zawodach w Warszawie. To już trzecie zwycięstwo w zawodach Grand Prix w jego karierze — wcześniej triumfował w Toruniu w 2020 roku i w Warszawie w 2022 roku.
W rozmowie opublikowanej przez kanał Speedway Grand Prix Australijczyk nie szukał wymówek. Jego zdaniem o sukcesie nie decyduje jeden wielki błąd, lecz zgranie wielu elementów naraz. „Chodzi o to, żeby wszystko zgrało się we właściwym momencie: motocykle, zespół i moje odczucia jako zawodnika. Sprawienie, by wszystko działało tydzień po tygodniu, nie zawsze jest tak łatwe, jak może się wydawać” — przyznał.
Marginalne zyski i brakujące procenty
Do fundamentów przygotowań Fricke nie ma zastrzeżeń. „Jeśli chodzi o przygotowanie, wszystko wygląda dobrze. Chodzi o marginalne zyski, te małe rzeczy: żeby sprzęt działał dokładnie tak, jak chcemy, i żeby osiągnąć to wcześniej w trakcie zawodów. Ciężko nad tym pracujemy” — wyjaśnił. Przestrzeni do poprawy szuka więc nie w strategii ogólnej, a właśnie w detalach.
Konkretny problem dotyczy tempa w trakcie zawodów. „Moja prędkość na jednym okrążeniu podczas kwalifikacji jest w porządku. Kiedy jednak tor się rozwija i warunki się zmieniają, potrzebuję dodatkowych kilku procent w dalszej części zawodów. Nie mówimy o wielkiej różnicy” — ocenił Fricke. Jak dodał, Australijczyk wie, że na najwyższym poziomie różnice są minimalne.
Przyznał też, że miniony sezon przyniósł kilka sytuacji, które go nie satysfakcjonują. „W zeszłym roku było kilka takich sytuacji, które nie ułożyły się po mojej myśli” — powiedział. Na czekanie, aż sprawy ułożą się sam, nie ma u niego miejsca. „Trzeba jak najczęściej stawiać się w najlepszej możliwej sytuacji i samemu tworzyć sobie szczęście” — stwierdził.
Cel na kolejne miesiące brzmi prosto. „Muszę doprowadzić do momentu, w którym będę zadowolony z tego, jak wszystko funkcjonuje. Wtedy możemy przyjeżdżać na zawody gotowi do walki o czołowe miejsca” — zakończył Fricke.
„67-latek inwestuje w F1” – w ten sposób można streścić upór Lawrence’a Strolla, kanadyjskiego biznesmena, który od lat dosypuje kolejne miliony zarówno do fabryki samochodów drogowych, jak i do zespołu Formuły 1 noszącego jego nazwisko. Najnowsze wyniki finansowe Aston Martin Lagonda pokazują jedno: ta cierpliwość kosztuje coraz więcej.
Producent luksusowych i sportowych samochodów drogowych, należący do Strolla, zamknął trzeci kwartał 2026 roku stratą przed opodatkowaniem w wysokości 102 mln dolarów. To mniej niż rok wcześniej, gdy strata sięgnęła 149 mln dolarów – ale zadłużenie netto spółki i tak poszło w górę, do 2,09 mld dolarów. Warto przy tym pamiętać, że producent działa niezależnie od zespołu F1 o tej samej nazwie, choć obie firmy łączą umowy sponsorskie i rozwiązania związane z marką.
Skalę strat, jakie Stroll zaakceptował od momentu przejęcia spółki sześć lat temu, trudno zignorować. Według danych przytoczonych przez Briefs, Aston Martin Lagonda zgromadził od tego czasu ok. 3,06 mld dolarów strat po opodatkowaniu.
Lepsze liczby, ale wciąż głęboko pod wodą
Nie wszystko wygląda źle. Przychody w trzecim kwartale 2026 roku wzrosły o 36 proc., do 517 mln dolarów, a na poprawę struktury sprzedaży wpłynęły dostawy supersamochodu Valhalla. Łączna sprzedaż hurtowa wyniosła 1431 samochodów, choć liczba aut z podstawowej oferty spadła o 9 proc., do 1304 sztuk. Resztę, 127 pojazdów, dostarczyła kategoria Specials.
Średnia cena sprzedaży poszła w górę o 39 proc., do 329 tys. dolarów, a marża brutto wzrosła z 29 do 37 proc. Odpływ wolnych środków w kwartale wyniósł 37 mln dolarów – rok wcześniej było to aż 125 mln dolarów. Na koniec września płynność finansowa spółki wynosiła ok. 428 mln dolarów. Zarząd podtrzymał przy tym prognozy na cały 2026 rok, oczekując sprzedaży hurtowej zbliżonej do ubiegłorocznej i marży brutto na poziomie wysokich 30 proc.
Tyle że poprawa na papierze w dziale samochodów drogowych nijak się przekłada na wyniki zespołu wyścigowego z Silverstone. W sezonie 2026 ekipa Aston Martin ma na koncie tylko 7 punktów i zajmuje przedostatnie miejsce w klasyfikacji konstruktorów. Głównym winowajcą jest kiepski silnik Hondy, z którym ścigają się Fernando Alonso i Lance Stroll.
To właśnie Lance, syn Lawrence’a Strolla, jest w centrum tej historii. Senior Stroll wydał ok. 250 mln dolarów na budowę nowej fabryki w Silverstone i zapłacił ogromne pieniądze, by sprowadzić do zespołu najlepszych inżynierów padoku z Adrianem Neweyem na czele. Łącznie szacuje się, że jego inwestycje w ekipę F1 przekroczyły już 500 mln dolarów. Jak dotąd nie przyniosły jednak tytułu mistrzowskiego – mimo że Lance zadebiutował w stawce F1 już w sezonie 2017. Ojciec inwestuje w ten projekt w nadziei, że syn pewnego dnia zostanie mistrzem świata.
Majątek Lawrence’a Strolla szacowany jest na 3,7 mld dolarów – to prawie dokładnie tyle, ile Aston Martin Lagonda zdążył stracić od momentu, gdy objął nad nim kontrolę. Przedostatnie miejsce w stawce F1 z jednej strony i wielomiliardowy rachunek strat po stronie samochodów drogowych z drugiej – pytanie, czy ta inwestycja w nazwisko i w syna kiedykolwiek się zwróci, staje się coraz bardziej aktualne.
Nasz duet tym razem startuje w challengerze 75 w Guayaquil
Tak w skrócie można podsumować tydzień Karola Drzewieckiego i Piotra Matuszewskiego, którzy przenieśli się do Ameryki Południowej. Para trafiła do Ekwadoru, gdzie na kortach ceglanych rozgrywany jest challenger ATP kategorii 75. W drabince turniejowej Polacy figurowali z numerem dwa rozstawienia i pierwsze spotkanie zakończyli zwycięstwem.
W 1/8 finału losy skrzyżyły ich drogi z Franco Roncadellim i Joaquinem Cardozo. Do gry jednak nie doszło – jeden z Urugwajczyków nie był w stanie zagrać, więc rywale nie wyszli na kort, a mecz oddano walkowerem na rzecz polskiej pary. Tak Drzewiecki i Matuszewski znaleźli się w kolejnej rundzie, nie rozgrywając nawet seta.
Pawlikowska przegrywa w Meksyku
Zupełnie inaczej wyglądał dzień Zuzanny Pawlikowskiej, która zagrała w parze podczas turnieju w meksykańskim Queretaro. U jej boku stała miejscowa zawodniczka, Maria Navarro Oliva. Po drugiej stronie siatki czekały rozstawione z numerem jeden Sofía Costoulas i Waleria Strachowa – Belgijka i Ukrainka. Sam turniej rozgrywany jest w kategorii WTA125.
Pierwszy set trzymał w napięciu do ostatniej piłki. Obie strony zaliczyły po jednym przełamaniu, więc o zwycięzcy zadecydował tie-break, a tam lepsze okazały się rywalki, wygrywając 7-3. Druga partia zaczęła się jeszcze gorzej dla Polki i Meksykanki – Costoulas i Strachowa od razu zabrały im gem serwisowy. Pawlikowska z Navarro Oliva nie poddały się i odpowiedziały przełamaniem w szóstym gemie, wyrównując na 3:3. To był jednak ostatni moment, gdy w meczu panowała równowaga – trzy kolejne gemy należały już do Belgijki i Ukrainki, które tym samym przypieczętowały awans do kolejnej fazy turnieju w Queretaro i zakończyły udział polsko-meksykańskiego duetu.
„W trudniejszych czasach też miałam takie myśli, ale cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem” – wyznała Anna Twardosz. Liderka polskich skoczkiń narciarskich ma 25 lat. Przed sobą kolejny sezon Pucharu Świata, a w nim konkretny cel: udowodnić, że jej miejsce jest w drugiej serii, nie na jej obrzeżach.
Dotąd w konkursach Pucharu Świata zwykle meldowała się w czołowej trzydziestce, czasem tuż za nią. To właśnie ona jako jedyna Polka regularnie przebija się do drugich serii. W minionym sezonie zajęła 24. miejsce w klasyfikacji generalnej, a w szwedzkim Falun wskoczyła do czołowej dziesiątki.
O własnej przemianie mówi bez owijania w bawełnę. „Myślę, że dorosłam do tego. Teraz wiem, czego chcę, gdzie chcę być, i robię wszystko, żeby to osiągnąć” – powiedziała PAP.
Dowodów na formę nie trzeba szukać daleko. W październiku na igelicie Wielkiej Krokwi w Zakopanem Twardosz obroniła tytuł mistrzyni Polski, wygrywając z dużą przewagą nad Kamilą Karpiel i Nicole Konderlą. „Czuję się już bardzo dobrze na skoczni i pokazuję to w zawodach. Do rozpoczęcia Pucharu Świata jest jeszcze trochę czasu, więc można jeszcze zrobić małe szlify. Na pewno chcę oddawać dobre skoki i nie skupiam się na wynikach” – zapowiedziała.
Rasnov jako szczęśliwa skocznia
Letni sezon potwierdził, że ta forma nie jest dziełem przypadku. W tym roku Twardosz dwukrotnie wygrała konkursy na skoczni w rumuńskim Rasnovie, a w klasyfikacji Letniego Grand Prix skoczkiń narciarskich zajęła drugie miejsce z dorobkiem 294 punktów. Całą edycję wygrała Słowenka Ema Klinec, zbierając 363 punkty. W 2025 roku Polka dwukrotnie stawała na trzecim stopniu podium w Rasnovie.
„Bardzo lubię tam skakać. Choć długo się tam jedzie, to bardzo przyjemna skocznia, trochę inna niż wszystkie. Zawsze się cieszę, gdy tam jadę, bo wiem, że będą dobre skoki” – mówi o rumuńskim obiekcie.
Mimo wyników i statusu najlepszej z Polek Twardosz nie chce etykiety liderki kadry. „Nie czuję się liderką polskiej kadry. Po prostu chcę pokazywać się z jak najlepszej strony, oddawać dobre skoki i walczyć z najlepszymi” – podkreśliła.
Za jej progresem stoi sztab, który wymienia bez wahania. Polską kadrę kobiet prowadzi Marcin Bachleda, a jego asystentem jest Stefan Hula. „Trener Marcin wraz ze Stefanem Hulą odegrali bardzo dużą rolę w mojej karierze. W kadrze panuje dobra atmosfera. Dużo rozmawiamy, co potem procentuje na skoczni” – opowiedziała.
W tle tej historii pojawiają się też inne nazwiska. Austriaczka Marita Kramer zdobyła Kryształową Kulę w 2022 roku – to poziom, do którego Twardosz wciąż się porównuje. W Polsce przez kilka lat najlepszą zawodniczką była Kinga Rajda, zanim pałeczkę przejęła właśnie Twardosz.
Nowy sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich wystartuje 20 listopada w norweskim Lillehammer. Twardosz patrzy na to, co dzieje się wokół niej, z umiarkowanym optymizmem. „Myślę, że kobiece skoki narciarskie w Polsce powoli zmierzają w dobrym kierunku” – podsumowała.
Do gali w szczecińskiej Enea Arenie zostało niespełna kilka tygodni – „odbędzie się już 21 listopada” – a organizatorzy musieli w tym czasie przebudować jedną z walk karty głównej XTB KSW 123.
Powód? Oskar Szczepaniak nie stanie w oktagonie ze Stevenem Krtem, jak zakładano jeszcze niedawno. Krt wypadł z karty z powodu kontuzji kolana, a jego miejsce przejął Michał Hir. Pojedynek odbędzie się w umownym limicie wagowym do 79 kilogramów.
Dla 27-letniego Szczepaniaka to okazja, by wrócić na ścieżkę zwycięstw po dłuższej przerwie. Ostatni raz widzieliśmy go w klatce w sierpniu 2025 roku – przegrał tamten pojedynek z Danielem Skibińskim. W zawodowym MMA ma na koncie 7 wygranych i 3 porażki, z czego 3 zwycięstwa padły przez nokaut. W barwach KSW stoczył już siedem walk, cztery z nich wygrywając.
Trzy razy kładł rywali na deski – i zawsze robił to już w pierwszej rundzie. Zanim przeszedł na zawodowy poziom, zbudował bilans 36 wygranych walk amatorskich; medale zdobywał też w jiu-jitsu na arenie międzynarodowej.
Michał Hir chce zmazać pierwszą porażkę
26-letni Hir wchodzi do tej walki z bilansem 5 wygranych i 1 porażki – wszystkie zwycięstwa zanotował przez nokaut. Wcześniej szedł przez zawodowe MMA jak burza, rywalizując od 2024 roku, a passę przerwał dopiero debiut w KSW.
W maju przegrał z Mateuszem Wieczorkiem – była to pierwsza porażka w jego karierze. Do tego momentu stoczył pięć profesjonalnych walk i wszystkie wygrał przez nokaut, trzy razy kończąc sprawę jeszcze w pierwszej rundzie. Na amatorskim poziomie MMA również radził sobie z sukcesami, a w CV ma nawet triumf w turnieju walk na gołe pięści.
Starcie Szczepaniak – Hir to tylko jedna z kilku ważnych walk na karcie XTB KSW 123. Główną atrakcją wieczoru będzie pojedynek o pas kategorii półśredniej między Adrianem Bartosińskim (19-1, 12 KO, 2 Sub) i Tymoteuszem Łopaczykiem (14-4, 7 KO, 4 Sub), rozstrzygany w limicie 77,1 kg. Na karcie głównej o pas wagi lekkiej zawalczą też Valeriu Mircea (32-9-1) i Marcin Held (31-11) – limit 70,3 kg.
Resztę karty dopełnią: starcie Madarsa Fleminasa (14-8) z Mateuszem Pawlikiem (7-3) w limicie 77,1 kg, walka Tomasza Romanowskiego (19-12, 1 NC) z Igorem Michaliszynem (12-4) w limicie 83,9 kg oraz pojedynek Wojciecha Kawy (9-5) z Oleksandrem Moisą (5-2) w limicie 70,3 kg. Darmową część gali, transmitowaną na YouTube, otworzy walka Macieja Kazieczko (9-5) z Bohdanem Danylko (8-1) w limicie 70,3 kg.
„Chciałem od razu grać agresywnie. Bardzo zależało mi, żeby moje pierwsze punkty w NBA padły po wsadzie. Mówiłem nawet o tym ojcu, ale ostatecznie zostałem sfaulowany” – tak AJ Dybantsa opisał swoje pierwsze chwile w lidze.
19-letni koszykarz, wybrany z numerem 1 w tegorocznym drafcie NBA, zadebiutował w barwach Washington Wizards. W starciu z Cleveland Cavaliers zdobył 19 punktów. Na parkiecie spędził 27 minut, trafiając osiem z 12 rzutów z gry i dodając dwie zbiórki oraz dwie asysty.
To był jego pierwszy występ w tym sezonie. Wcześniej pauzował przez cztery mecze z powodu skręcenia stawu skokowego, więc na ten moment czekał dłużej, niż zakładał – i tak zaczął z przytupem.
Pierwsza akcja meczu skończyła się faulem na nim podczas wejścia pod kosz – obie „wolne” wykorzystał bez problemu. Na pierwsze punkty z gry nie czekał długo: po podaniu Trae Younga wykończył akcję wsadem. Po pierwszej kwarcie miał już na koncie dziewięć punktów.
Wizards w trzeciej kwarcie prowadzili różnicą 13 punktów. Tej przewagi jednak nie utrzymali – Cleveland odrobiło straty i wygrało 121:111.
Historyczny wynik w Washingtonie
Dybantsa został pierwszym zawodnikiem Wizards od 1992 roku, który w debiucie zdobył co najmniej 19 punktów. Wcześniej taki wyczyn należał do Toma Gugliotty, który w swoim pierwszym meczu w NBA skończył z 20 punktami.
Po meczu trener Wizards Brian Keefe nie szczędził pochwał dla młodego skrzydłowego. „Był znakomity. Pokazał, że potrafi atakować kosz, podejmować właściwe decyzje i dobrze podawać. Bardzo podobała mi się również jego aktywność w obronie. To imponujący występ jak na pierwszy mecz” – ocenił szkoleniowiec.
Porażka nie zmienia faktu, że dla klubu z Washingtonu to był wieczór z jasnym punktem programu. Dybantsa dostał to, czego chciał najbardziej – może nie od wsadu na pierwsze punkty, ale mocno zaczął tak czy inaczej.
We własnej hali „podopieczni Arkadiusza Miłoszewskiego” zafundowali kibicom końcówkę, która w ogóle nie musiała się wydarzyć. Zastal Zielona Góra pokonał Coretec Oostenda 80:77 i zapisał na swoim koncie drugie zwycięstwo w rozgrywkach FIBA Europe Cup.
Przez większość meczu o wyniku nie było właściwie co dyskutować. „Wicemistrzowie Polski” prowadzili w pewnym momencie aż 21 punktami. Po serii 13:0 Zastal miał na tablicy 63:42 w trzeciej kwarcie – i wszystko wskazywało, że od tej pory będzie już tylko zarządzał przewagą.
Tyle że „rywale z Belgii” mieli na ostatnie dziesięć minut zupełnie inny plan. Coretec Oostenda w czwartej kwarcie ruszył do odrabiania strat i podszedł do Zastalu na tyle blisko, że do odwrócenia wyniku meczu zabrakło niewiele. Punkty w poszczególnych kwartach – 26:20, 24:18, 19:14 i 11:25 – same mówią, jak spokojnie wyglądało to spotkanie do przerwy i jak nerwowo zrobiło się na finiszu.
Największy wkład w zwycięstwo miał Beau Beech, autor 21 punktów. Amerykanin trafił 7 z 9 rzutów z gry, w tym pięć z siedmiu za trzy punkty – to właśnie ta skuteczność zbudowała 21-punktową przewagę z pierwszej połowy. Trazarien White dołożył 13 punktów, a Gauthier Denis zanotował 12.
Brkić ponownie na plusie
Veljko Brkić, ostatnio chwalony przez trenera Miłoszewskiego, potwierdził dobrą formę i dopisał do protokołu 11 punktów. W punktowym rozbiciu Zastalu znaleźli się też Krzysztof Sulima z 6 punktami, Conley Garrison z 5, Andrzej Mazurczak z 4 oraz Filip Matczak i Jan Wójcik, którzy zdobyli po 3 punkty.
To zwycięstwo smakuje inaczej po tym, co stało się tydzień wcześniej. Przed tygodniem zieloni przegrali w Gironie różnicą aż 41 punktów – teraz udowodnili, że ta porażka była tylko wypadkiem przy pracy. Dzięki wygranej z Coretec Oostenda Zastal wskoczył na drugie miejsce w swojej grupie FIBA Europe Cup.
Na czele tabeli wciąż jest Girona, w której gra Andrzej Pluta. Katalończycy wygrali już 3 z 4 meczów w grupie – Zastal więc nadal gania lidera, ale przynajmniej zrobił krok w dobrą stronę. Choć, jak pokazała ostatnia kwarta w Zielonej Górze, bez nerwów się nie obyło.