„Piłkarze Lecha Poznań przegrali na wyjeździe z trzecioligową Siarką Tarnobrzeg 0:1 w 1/16 finału Pucharu Polski” – i to właśnie ten wynik zdominował środowy program rozgrywek. Kolejorz jechał do Tarnobrzega w roli oczywistego faworyta, jeszcze podbudowany prestiżowym ligowym zwycięstwem 2:1 nad Legią w Warszawie. Na miejscu czekała go jednak kompromitacja w starciu z klubem z czwartego poziomu rozgrywkowego.
Siarka to formalnie trzecioligowiec, prowadzony przez byłego reprezentanta Polski Sławomira Majaka. Gospodarze zagrali w przewadze liczebnej i dowieźli skromne, ale w pełni zasłużone 1:0. Dla Lecha to brutalne zderzenie z rzeczywistością – tydzień po triumfie w stolicy.
Odpadnięcie poznaniaków to jednak tylko fragment znacznie większego wstrząsu. W tym sezonie z walki o trofeum wypadło już 11 drużyn ekstraklasy, a do 1/8 finału przebiły się dwie ekipy z czwartego poziomu rozgrywkowego. Obok Siarki ten sam numer powtórzyła Polonia Środa Wielkopolska, pokonując u siebie rezerwy Śląska Wrocław 3:1 – ona też gra na trzecim poziomie.
Lista pucharowych ofiar rośnie z rundy na rundę. We wtorek z rozgrywek wypadły GKS Katowice, Motor Lublin i Piast Gliwice, a wcześniej, w poprzedniej fazie, z pucharem rozstały się Legia Warszawa, Widzew Łódź, Pogoń Szczecin, trzy krakowskie kluby – Wisła, Wieczysta i Cracovia – oraz Zagłębie. Lech dołączył do tego grona w chyba najbardziej bolesny z możliwych sposobów.
Jagiellonia bez litości dla Lechii
Po drugiej stronie tabeli emocji – zupełnie inny scenariusz. Jagiellonia Białystok pojechała do Gdańska i rozniosła pierwszoligową Lechię 6:0, urządzając gospodarzom prawdziwą rzeź. Francuz Ousmane Sow skompletował hat-tricka, a po jednej bramce dołożyli Słoweniec Nik Prelec, Hiszpan Jesus Imaz i Grek Dimitris Rallis. Lechia, mimo gry w pierwszej lidze, nie miała na boisku w Gdańsku żadnych argumentów.
Awans w środę wywalczyły też m.in. drugoligowe GKS Tychy i Sokół Kleczew – dowód, że w tej edycji pucharowa drabinka regularnie przesiewa faworytów. Na czwartek zaplanowano kolejne pięć meczów 1/16 finału. Korona Kielce zagra na wyjeździe z Polonią Warszawa, Śląsk Wrocław zmierzy się z Odrą Opole.
Dalszy kalendarz rozgrywek jest już znany. Pary 1/8 finału zostaną wylosowane w piątek o godz. 12.30, same mecze tej fazy zaplanowano na początek grudnia. Sezon pucharowy zwieńczy finał – 2 maja 2027 roku na PGE Narodowym w Warszawie.
„Aktualny mistrz Polski Aluron CMC Warta Zawiercie pokonał na stołecznym Torwarze 3:1 (18:25, 25:22, 25:17, 25:21) PGE Projekt Warszawa” – tak w skrócie zakończył się środowy hit 11. kolejki Tauron Ligi.
Pierwotnie mecz miał się odbyć w grudniu. Terminarz przesunięto, bo w tym czasie zespół z Zawiercia wystąpi w Klubowych Mistrzostwach Świata. Czekanie na stołeczną halę opłaciło się jednak kibicom – wszystkie bilety na Torwarze zostały wyprzedane.
Do spotkania obie ekipy, mierzące w złoto krajowych mistrzostw, podchodziły z jedną porażką na koncie po dwóch rozegranych meczach sezonu. Zawiercianie na otwarcie sezonu sensacyjnie przegrali z rewelacyjnym beniaminkiem GKS Katowice, warszawianie z kolei w drugiej serii okazali się gorsi od Skry Bełchatów. Do tego Aluron CMC wyszedł na Torwar po przykrej porażce w niedzielnym meczu o Superpuchar, gdzie w Częstochowie Bogdanka LUK Lublin zwyciężyła 3:0.
Na parkiecie nie brakowało nazwisk znanych z ostatniego sukcesu reprezentacji Polski. W Projekcie zagrali aktualni mistrzowie Europy Bartłomiej Lemański i Jan Firlej, a w Aluronie Jakub Popiwczak, Bartosz Bednorz i Tomasz Fornal – ten ostatni to także gwiazdor reprezentacji Polski.
Projekt dobrze zaczął, ale to Zawiercie dyktowało warunki
Gospodarze ruszyli z przytupem. Pierwszego seta wygrali 25:18, a punkt kończący dołożył atakiem ze środka Jurij Semeniuk. Przez cały mecz stały rytm nadawał Amerykanin Aaron Russell, a dowodzeni przez Bartosza Bednorza miejscowi w kluczowym fragmencie spotkania czuli się coraz pewniej.
Mistrzowie Polski odpowiedzieli jednak w drugim secie, więc do trzeciej partii obie ekipy podeszły przy remisie 1:1. Od tego momentu inicjatywę przejęli goście. Na 2:1 w setach wyszli, wygrywając trzecią partię 25:17. Po stronie Projektu błyszczał z wieloma przebłyskami Włoch Yuri Romano, uznany za najlepszego zawodnika na parkiecie – to jednak nie wystarczyło.
W decydującej czwartej partii kolejne punkty dla Aluronu CMC dorzucał coraz lepiej dysponowany Adam Rychlicki. W końcówce o losach seta decydowały detale: as serwisowy Mateusza Bieńka dał wynik 20:18, a chwilę później pojedynczy blok Bartłomieja Bołądźa ustalił rezultat na 23:20. Finalnie Zawiercie dowiozło prowadzenie do końca, wygrywając czwartego seta 25:21 i cały mecz 3:1.
Na szczycie tabeli Tauron Ligi sytuacja wciąż jest jasna. Liderem z kompletem trzech zwycięstw w trzech meczach jest Skra Bełchatów.
„Napastnik faulował ewidentnie” – tak po meczu tłumaczono kluczową czerwoną kartkę dla Yannicka Agnero, napastnika Lecha Poznań. To właśnie ten incydent zdecydował o losach środowego spotkania 1/16 finału Pucharu Polski, w którym mistrz Polski przegrał na wyjeździe z trzecioligową Siarką Tarnobrzeg 0:1.
Agnero zobaczył dwie żółte kartki – w 20. i 45. minucie – i zszedł z boiska jeszcze przed przerwą. Całą drugą połowę Lech grał w dziesiątkę. Ten ubytek ostatecznie okazał się zbyt dużym ciężarem na drodze do kolejnej rundy pucharu.
Do przerwy na tablicy świeciło 0:0. Rozstrzygnięcie przyszło w 64. minucie – Arkadiusz Kasia głową wykończył dośrodkowanie po rzucie rożnym, a asystę zaliczył Mateusz Pruchniewski. Ten jeden gol dał Siarce komplet punktów i miejsce w historii klubu.
Dla Pruchniewskiego, tak jak dla Piotra Bartczaka, to był debiut w pierwszym zespole Lecha – obaj to młodzieżowcy, którym szansę dał trener Niels Frederiksen, rotując składem przed tym pucharowym starciem. Paradoks tej historii: wystawiony przez Lecha młody Pruchniewski sam dołożył rękę do porażki własnego klubu, asystując przy golu rywala.
Lech w gęstym kalendarzu, Siarka walczy o środek tabeli
Mecz w Tarnobrzegu wypadł w środku napakowanego tygodnia dla ekipy Frederiksena. W czwartek Lech zremisował 1:1 z Sunderlandem w Lidze Europy na własnym stadionie w Poznaniu, a w niedzielę pokonał Legię w Warszawie 2:1 w Ekstraklasie. Trzy mecze w kilka dni, rotacje w składzie – w takim kontekście porażka w Pucharze Polski ma swoje wyjaśnienie. Sensacji jednak nie umniejsza.
Siarka Tarnobrzeg, prowadzona przez trenera Sławomira Majaka, na co dzień gra w 3. lidze, grupa 4, czyli na czwartym poziomie rozgrywkowym w Polsce. Po 14 kolejkach zespół zajmuje ósme miejsce w tabeli swojej grupy, tracąc dziewięć punktów do drugiej lokaty, która uprawnia do gry w barażach o awans.
Dla Lecha strata w pucharze nie zagraża jednak pozycji w lidze. Zespół Frederiksena wciąż jest liderem PKO BP Ekstraklasy, z punktem przewagi nad drugim w tabeli Górnikiem Zabrze i jednym zaległym meczem w zapasie.
„Wygrana 6:0 w meczu 1/16 finału Pucharu Polski mówi sama za siebie” — stwierdził po końcowym gwizdku Jesus Imaz, pomocnik Jagiellonii Białystok. W środowy wieczór w Gdańsku Jagiellonia po prostu się bawiła, a Hiszpan miał w tym swój wyraźny udział — to on trafił na 3:0 w 54. minucie.
Dla Imaza to był coś więcej niż kolejny wygrany mecz. „Jestem zadowolony, dla mnie jest to bardzo ważne, bo Puchar Polski to jedyne trofeum, którego nie mam” — przyznał bez owijania w bawełnę. I zaraz dodał, że liczy się tu nie tylko wynik. „Pod kątem mentalnym jest to dla nas bardzo ważne zwycięstwo” — podkreślił pomocnik.
Plan zadziałał od pierwszego gola
Nic w tym meczu nie było przypadkowe. „Mieliśmy jasny plan: jeśli strzelimy pierwszego gola, to idziemy po kolejne” — wyjawił Imaz, opisując strategię, która w Gdańsku sprawdziła się w stu procentach. Dla klubu równie cenne było to, czego na boisku nie było — czyste konto na wyjeździe. „Nie straciliśmy gola, bo to był w ostatnim czasie nasz problem” — zaznaczył Hiszpan, przypominając, że wcześniej zespół regularnie „traciliśmy po dwie, trzy bramki”. Pierwsze oznaki poprawy w defensywie zauważył już wcześniej, w ostatnim weekendowym spotkaniu ligowym: „w weekend w lidze już było lepiej”.
Bohaterem wieczoru w Gdańsku okazał się jednak kto inny. Ousmane Sow zapisał na swoim koncie hat-trick, podtrzymując passę strzelecką z poprzedniego weekendu, gdy również trafił do siatki w lidze. Imaz skwitował to krótko: „w weekend w lidze bramka, dzisiaj trzy”.
Awans Jagiellonii nabiera dodatkowego ciężaru, jeśli spojrzeć na to, co dzieje się w całym turnieju. Z Pucharu Polski odpadło już jedenaście zespołów z Ekstraklasy — i Imaz nie omieszkał tego zauważyć, dodając: „widziałem, co dziś zrobił Lech Poznań”. Teraz Jagiellonia czeka na losowanie kolejnej rundy w nadziei, że tegoroczny Puchar Polski wreszcie trafi do gabloty klubu z Białegostoku.
Trzeci set, tie-break, dwa punkty – i po meczu. Tak najkrócej można opisać drugą rundę turnieju ATP 500 w Bazylei. Hubert Hurkacz przegrał z Holgerem Rune 6:3, 3:6, 6:7. O losach całego spotkania zdecydował właśnie tie-break trzeciej partii, w którym górą był Duńczyk.
Spotkanie rozegrano w hali, na kortach twardych, gdzie co roku rozgrywany jest bazylejski turniej ATP 500. Polak, choć przegrał, wciąż pozostaje najwyżej sklasyfikowanym w rankingu ATP reprezentantem Polski. Szwajcaria zresztą nie kojarzy mu się tylko źle – w 2023 roku dotarł tu do finału, w którym przegrał z Kanadyjczykiem Felixem Augerem-Aliassime’em 6:7, 6:7.
Do drugiej rundy Hurkacz nie doszedł bez walki. W pierwszym meczu turnieju pokonał Belga Zizou Bergsa 3:6, 6:3, 6:4 – cała rywalizacja zajęła prawie dwie godziny i rozstrzygnęła się w trzech setach. Z Rune zaczęło się zupełnie inaczej. W pierwszym secie Hurkacz przełamał rywala już w szóstym gemie i spokojnie dowiózł prowadzenie do końca partii. Duńczyk odpowiedział w drugiej, wygrywając ją 6:3, a o wszystkim zdecydował tie-break trzeciego seta.
Kim jest Holger Rune i co dalej w Bazylei
Dla samego Rune ten mecz znaczył więcej niż zwykłe zwycięstwo. 23-letni Duńczyk wracał do gry po poważnej kontuzji, a jego droga w rankingu ATP mówi sama za siebie: jeszcze w 2023 roku był czwartym tenisistą świata, dziś zajmuje 1202. miejsce. Wygrana z Hurkaczem to dla niego kawałek drogi powrotnej na szczyt.
W trzeciej rundzie Rune zagra ze zwycięzcą pojedynku Hiszpana Rafaela Jodara, notowanego na 11. miejscu w rankingu ATP, z Monakijczykiem Valentinem Vacherotem, zajmującym 31. pozycję. Ten mecz, który wyłoni kolejnego rywala Duńczyka, zaplanowano na czwartek, 29 października.
Dla Hurkacza porażka w Bazylei to kolejny rozdział sezonu, w którym forma wyraźnie skacze. Jeszcze w czerwcu Polak zajmował 103. pozycję w rankingu ATP, a przed startem turnieju w Szwajcarii był już 28. Ta różnica dobrze pokazuje, jak daleką drogę przeszedł w ostatnich miesiącach – i jak wiele może się jeszcze zmienić po jednym turnieju.
„Pierwszoligowa Lechia przegrała z Jagiellonią Białystok aż 0:6″ – takimi słowami świadkowie starcia w Pucharze Polski opisywali to, co zobaczyli w Gdańsku. Dla zespołu z pierwszej ligi wieczór do zapomnienia. Dla drużyny Adriana Siemieńca – występ jak z marzeń.
Lechia Gdańsk przegrała z Jagiellonią Białystok 0:6. Bohaterem spotkania, rozegranego w Gdańsku, był Ousmane Sow – autor hat-tricka.
Gości na prowadzenie wyprowadził Nik Prelec, Słoweniec w barwach Jagiellonii. Zaledwie sześć minut później na listę strzelców wpisał się Sow, podwyższając dla białostoczan po podaniu Tomasza Wójtowicza. Lechia, broniąca się bramkarzem Szymonem Weirauchem, na chwilę złapała nadzieję na kontaktowe trafienie – choć w zupełnie nietypowych okolicznościach. Sławomira Abramowicza, pilnującego siatki Jagiellonii, niemal pokonał strzałem samobójczym Apostolos Konstantopoulos.
Sow dopełnia dzieła, Rallis stawia kropkę nad i
Po przerwie Jagiellonia nie odpuściła. Chwilę po zmianie stron Sow wykorzystał dośrodkowanie z rzutu rożnego i ustalił wynik na 3:0. Czwartego gola dla przyjezdnych dołożył Jesus Imaz. Komplet trafień w swoim indywidualnym występie Sow dopełnił, strzelając trzeciego gola w meczu – i swojego drugiego – fenomenalnym uderzeniem w samo okienko.
Ostatnie słowo należało do rezerwowego. Dimitris Rallis, który wszedł na boisko z ławki, ustalił wynik na 6:0, wykorzystując sytuację sam na sam z Weirauchem.
Awans Jagiellonii powiększa grono klubów Ekstraklasy w 1/8 finału Pucharu Polski. Do Rakowa Częstochowa, Górnika Zabrze i Wisły Płock dołączyła właśnie drużyna z Białegostoku. Stawkę mogą jeszcze powiększyć Radomiak Radom, Korona Kielce i Śląsk Wrocław.
Tu nie chodzi tylko o prestiż. Triumf w Pucharze Polski gwarantuje udział w IV rundzie eliminacji Ligi Europy, co w praktyce oznacza automatyczną kwalifikację do fazy ligowej Ligi Konferencji.
Nie wszędzie jednak triumfowali faworyci. Tego samego dnia w Tarnobrzegu doszło do niespodzianki – przypomnienie, że puchar wciąż bywa nieprzewidywalny, nawet po takiej gdańskiej demolce.
„To był mecz, w którym dziewczyny pokazały ogromny charakter” – tak najkrócej można opisać to, co wydarzyło się na boisku, gdy reprezentacja Polski do lat 17 przegrała w 1/8 finału mistrzostw świata z Brazylią po serii rzutów karnych. Drużyna prowadzona przez selekcjonerkę Paulinę Kawalec trzykrotnie doganiała wynik, by finalnie odpaść w loterii z jedenastego metra.
Do fazy pucharowej Polki awansowały z trzeciego miejsca w grupie B. Zaczęło się od wygranej z Nigerią 2:1. Potem przyszła bolesna lekcja od Korei Północnej – porażka 1:6. Na koniec Polki rozbiły Portoryko 6:2. Sześć zdobytych punktów wystarczyło do awansu, choć o trzecim miejscu w grupie zdecydował najgorszy bilans meczów bezpośrednich w trójce Polska-Korea Północna-Nigeria. Brazylia, przeciwnik w 1/8 finału, przez cały turniej nie dała sobie wejść na głowę – grupę C wygrała bez problemów.
Trzy razy do przodu, trzy razy dogonione
Brazylijki objęły prowadzenie już w 11. minucie, gdy Greise Kelly pokonała polską bramkarkę Hannę Buchtę. Polki się nie poddały. W 34. minucie Natalia Gałuszka trafiła z dystansu – piłka odbiła się jeszcze od obrończyni, zmieniła trajektorię i zmyliła bramkarkę – 1:1. Dwie minuty później, po jej asyście, na 2:1 wpisała się Zofia Burzan.
Ta przewaga nie przetrwała długo. Na początku drugiej połowy, w 52. minucie, wyrównała napastniczka Brazylii Marcela Bontorim. Brazylijki poszły za ciosem – w 73. minucie, po nieudanej interwencji polskiej bramkarki, na 3:2 trafiła zawodniczka o imieniu Pepe. Wydawało się, że to już koniec marzeń o ćwierćfinale.
Polki jednak miały jeszcze jedną odpowiedź. W 83. minucie Wiktoria Skrzypczak posłała prostopadłe podanie do Zofii Burzan, a ta wykończyła akcję, ustalając wynik na 3:3 – to była już jej czwarta bramka w tym turnieju. Po 90 minutach gry remis 3:3 się nie zmienił, co wymusiło serię rzutów karnych.
W loterii nerwy dały się we znaki wszystkim. W pierwszej serii pomyliła się Wiktoria Skrzypczak, ale Brazylijki też nie były bezbłędne – w piątej serii spudłowała Helena Vieira. O wszystkim zdecydował ostatecznie rzut Natalii Gałuszki, który nie pokonał bramkarki z jedenastu metrów. Seria zakończyła się wynikiem 8-7 dla Brazylii.
Turniej w stolicy Maroka rozgrywany jest z udziałem 24 reprezentacji, a mecz o trzecie miejsce oraz finał zaplanowano na 7 listopada. Dla Polek przygoda z mistrzostwami świata U-17 zakończyła się jednak już na etapie 1/8 finału – mimo walki do samego końca regulaminowego czasu gry.
„Koszykarki Lotto AZS UMCS Lublin przegrały przed własną publicznością z francuskim zespołem Tango Bourges Basket 69:88” – takim wynikiem zakończył się mecz trzeciej kolejki grupy D Euroligi. Wynik w podziale na kwarty: 16:19, 19:36, 20:19, 14:14.
Dla mistrzyń Polski to już trzecia przegrana w tej edycji rozgrywek. A ich rywalki, wicemistrzynie Francji, udowodniły w Lublinie, że europejska klasa to w ich przypadku nie tylko slogan na papierze.
Początek wcale nie zwiastował takiego przebiegu wydarzeń. W 6. minucie, po trafieniu Catherine Reese, podopieczne Marka Lebiedzińskiego prowadziły 9:7. Chwilę później, po trójce Agaty Stępień, przewaga poszła na 12:9. I na tym się skończyło – to był ostatni moment, kiedy lublinianki czuły się panią sytuacji na własnym parkiecie.
Francuzki odpowiedziały seriami z dystansu. Trójki Ines Pitarch-Granel i Marie-Paule Foppossi odwróciły wynik na 12:15 dla Bourges, a tego prowadzenia goście nie wypuścili już do końcowej syreny.
Druga kwarta pogrzebała szanse Lublina
Do przerwy różnica rozrosła się do przepaści – Tango Bourges Basket prowadziło 55:35. Efektownym akcentem tej części meczu był rzut Alix Duchet trafiony niemal z połowy boiska.
O rozmiarze porażki mówią najgłośniej statystyki zbiórek i skuteczności za trzy punkty – żaden komentarz nie wyjaśni tego lepiej. Francuski zespół zebrał z tablic 46 piłek, lublinianki tylko 25. Jeszcze bardziej bolała różnica za linią trzech punktów: Tango Bourges wpisało na konto 10 takich trafień, AZS UMCS zaledwie cztery.
Zespół Marka Lebiedzińskiego nie ma czasu na długie rozpamiętywanie – już we wtorek czeka go kolejne zadanie. W czwartej kolejce grupy D Euroligi Lotto AZS UMCS Lublin podejmie turecki Elmak Konut. To będzie okazja do rewanżu i poprawienia wizerunku po pierwszym spotkaniu w Stambule, gdzie lublinianki przegrały 61:85.
„Nafciarze wygrali 33:27” – tym wynikiem Orlen Wisła Płock zamknęła fazę zasadniczą Ligi Mistrzów piłkarzy ręcznych, pokonując francuskie HBC Nantes w ostatniej, szóstej kolejce grupy. Przez długi czas na tablicy świecił remis, ale płocczanie upilnowali prowadzenie do syreny.
Ta wygrana dała Orlen Wiśle pierwsze miejsce w grupie B i otworzyła drzwi do drugiej rundy. Pierwszy cel na ten sezon został więc zrealizowany – polski klub gra dalej.
Tego samego dnia nie zawiodła też Industria Kielce. Mistrzowie Polski rozbili u siebie norweski Kolstad 40:35 – rywale, mimo kompletu porażek w grupie F, i tak zakończyli rywalizację na ostatnim miejscu. Zespół Krzysztofa Lijewskiego zapewnił sobie awans jeszcze przed ostatnią kolejką, a fazę zasadniczą skończył na drugiej pozycji w grupie F.
Kto czeka na Płock i Kielce w drugiej rundzie
Losowanie wysłało Orlen Wisłę Płock do grupy I. Zespół Xaviego Sabate zmierzy się tam z węgierskim One Veszprem, duńskim Aalborgiem, Paris Saint-Germain oraz dwiema niemieckimi drużynami – Fuechse Berlin i MT Melsungen. Na pierwszy mecz tej fazy, 17 lub 18 listopada w Orlen Arenie, przyjedzie właśnie Veszprem.
Kielczanie wylosowali grupę II. Czeka ich starcie z niemieckim Magdeburgiem, hiszpańską Barceloną, portugalskim Sportingiem i duńskim GOG Handbold, a także z lepszym z pary Dinamo Bukareszt – SAH Aarhus. Kto dołączy do tej grupy jako szósty rywal, miało się rozstrzygnąć w czwartek, po dwumeczu decydującym o awansie.
W nowej fazie liczą się nie tylko nowe mecze. Reguły rozgrywek premiują wcześniejsze starcia – wyniki pojedynków z pierwszej rundy, o ile grały w nich zespoły, które awansowały dalej, przechodzą do drugiej fazy. Dla Orlen Wisły to dobra wiadomość: do drugiej rundy przechodzi już z dwoma punktami na koncie, zapisanymi za zwycięstwo 25:24 i porażkę 26:28 z MT Melsungen. W Kielcach jest inaczej – Industria rusza od zera, po dwóch porażkach z Magdeburgiem, 27:30 i 30:35.
Stawka rośnie. Do ćwierćfinałów Ligi Mistrzów przejdzie po cztery najlepsze zespoły z każdej z dwóch sześciozespołowych grup – to realny cel dla obu polskich klubów, choć drogę do niego zaczynają z zupełnie innym bagażem punktowym.
„Konkurs jedenastek” – tak w skrócie można streścić środowy wieczór w 1/8 finału Pucharu Ligi Angielskiej. O awansie dwóch gigantów zdecydowały rzuty karne. Liverpool zremisował z Chelsea 1:1 po 90 minutach i dopiero w serii jedenastek, wygranej 6:5, wywalczył bilet do ćwierćfinału.
Na Anfield emocji nie brakowało, choć zdobywcy mecz długo nie miał. Chelsea objęła prowadzenie w 40. minucie z rzutu karnego, który na gola zamienił Rogers. Liverpool odpowiedział błyskawicznie – już trzy minuty później, również po jedenastce, wyrównał Gakpo. Do przerwy, a potem i w regulaminowym czasie, bramkarz Chelsea Mike Penders nie dał się pokonać ponownie, a gospodarze mimo przewagi nie zdołali strzelić drugiego gola.
Dramat przy jedenastkach
O awansie zadecydowała więc seria rzutów karnych – a ta miała przebieg iście nerwowy. W 4. kolejce pomylił się Valentin Barco, trafiając w słupek. Chwilę później szansę na awans miał Konstantinos Tsimikas, ale Grek przestrzelił. Seria się wydłużała. W 7. kolejce bramkarz obronił strzał Ryana Gravenbercha, a po drugiej stronie identyczny błąd popełnił Emmanuel Emegha, którego próbę również zneutralizował golkiper. Ostatecznie Liverpool trafił do siatki za sprawą Joego Gomeza, a kiedy Wesley Fofana przestrzelił nad poprzeczką, The Reds mogli już cieszyć się z awansu 6:5.
Równie dramatyczny scenariusz rozegrał się na Etihad Stadium. Manchester City zremisował z Brighton 2:2 i również potrzebował rzutów karnych, by przejść do następnej rundy, wygrywając je 4:3. Brighton prowadziło w tym meczu dwukrotnie, a City dwukrotnie musiało gonić wynik. Gości do przodu wyprowadził w 30. minucie Yalcouye, ale już dziesięć minut później wyrównał Kovacic. Po przerwie, w 47. minucie, Brighton znów wyszło na prowadzenie – tym razem po golu Ruttera. City czekało do 72. minuty, gdy do siatki trafił Reis, ustalając wynik na 2:2.
W serii jedenastek pomylił się sam Mateo Kovacić, chwilę wcześniej bohater regulaminowego czasu. Brighton łącznie zmarnowało dwie próby w konkursie, a decydujący strzał dla gospodarzy wykorzystał Rayan Cherki, pieczętując awans Manchester City do ćwierćfinału.
W pozostałych środowych meczach obronne wyniki nie wymagały już dogrywki. Bournemouth rozbił Aston Villę 3:0 – na listę strzelców wpisali się Adi w 7. minucie, Cook w 51. i Rodrigue w 69.. Crystal Palace wygrał na wyjeździe z Fulham 1:0 po jedynym golu Nketiaha w 37. minucie.
Najwięcej emocji w regulaminowym czasie – oprócz hitów na Anfield i Etihad – dostarczył pojedynek Sunderlandu z Brentford, zakończony wynikiem 3:2. Gospodarze do przerwy prowadzili już 3:0, budując przewagę trafieniami Talibiego w 26. minucie, Tuterova w 29. i Fofany w 39.. Brentford odpowiedziało golem Wilsona na 3:1 w 42. minucie, a w doliczonym czasie gry, w 90+4 minucie, kontaktowe trafienie na 3:2 dołożył Thiago. Mimo nerwowej końcówki Sunderland dowiózł prowadzenie do ostatniego gwizdka.