„Zdecydowanie gramy lepiej po zwycięstwie. Przed Thunderpick graliśmy znacznie gorzej. Teraz nie możemy już narzekać na naszą formę czy występy. Wszyscy stali się nieco pewniejsi, ale zawsze są rzeczy, które chcemy poprawić. Nadal nad tym pracujemy” — powiedział Mareks „YEKINDAR” Gaļinskis, gracz FURIA, oceniając obecną formę swojej drużyny przed ćwierćfinałem PGL Masters Bucharest 2026.
FURIA wygrała Thunderpick World Championship, a później awansowała do play-offów PGL Masters Bucharest 2026, kończąc fazę grupową z wynikiem 3:2. Po drodze zespół był bliski pokonania Spirit — drużyny uważanej za jednego z głównych faworytów turnieju. Właśnie ten mecz, razem z triumfem na Thunderpick, YEKINDAR podaje jako dowód, że brazylijska ekipa zbliża się do swojego szczytowego poziomu.
27-letni Łotysz nie kryje przy tym, że na obecnym etapie kariery takie tempo gry kosztuje go więcej niż kiedyś. „Teraz, kiedy mam 27 lat, wszystko to przychodzi trochę trudniej, ale jednocześnie jest to fajne” — przyznał. Dodał, że intensywny harmonogram FURIA przypomina mu czasy gry w VP: „Kiedy byłem w VP, graliśmy również dużo, i przypomina mi to tamte czasy”.
Niepewny start to problem numer jeden
Progres progresem, ale YEKINDAR bez wahania wskazał słaby punkt — niepewny początek meczów. Jak mówi, FURIA zbyt często wchodzi do gry pasywnie, a potem musi odrabiać straty po przegranej pierwszej mapie. „Mamy konkretny cel — poprawić sposób, w jaki zaczynamy mecze. Na początku gramy cicho, niedbale i trochę niepewnie. Ten problem prześladuje nas już od jakiegoś czasu. Chcemy, aby każdy brał na siebie odpowiedzialność i wychodził na pierwszą mapę serii już gotowy do gry, z jasnymi planami, a nie używał jej do rozgrzewki” — wyjaśnił zawodnik.
Jako przykład podał mecz przeciwko NAVI, w którym — jego zdaniem — zespół nie poradził sobie z problemem, który sam wcześniej zidentyfikował. Zaznaczył jednak, że nie traktuje tego starcia jako miernika ogólnej formy FURIA. Powód może leżeć w skali obciążenia treningowego — drużyna rozgrywa czasem trzy-cztery sparingi w dniu samego oficjalnego meczu.
Taki rytm odbija się na psychice zawodników. „Staramy się maksymalnie odpowiedzialnie podchodzić do własnej kondycji fizycznej i nastroju. Czasami jest to trudne. Podczas EPL i na tym turnieju, na przykład w meczu przeciwko NAVI, ciężko było nam powstrzymać rozczarowanie. Biorąc pod uwagę, ile gramy, jest to całkowicie naturalne” — powiedział YEKINDAR. Dodał, że napięty kalendarz nie pozwala zespołowi na regenerację, jakiej by potrzebował: „Po prostu nie mamy możliwości odpoczywać tyle, ile byśmy chcieli, ponieważ musimy naprawiać błędy i poprawiać grę. To bardzo napięty harmonogram”.
Ambicje FURIA mimo to są jasne. YEKINDAR podkreślił, że sam awans do play-offów to dla zespołu jedynie minimum — celem jest finał i, w idealnym scenariuszu, kolejny tytuł po sukcesie na Thunderpick. Pierwszym krokiem w tej drodze będzie ćwierćfinał PGL Masters Bucharest 2026: FURIA zmierzy się z BetBoom 29 października o 19:00. Wygrana pozwoli brazylijskiej ekipie kontynuować walkę o tytuł.
„Zdecydowanie gramy lepiej po zwycięstwie. Przed Thunderpick graliśmy znacznie gorzej. Teraz nie możemy już narzekać na naszą formę czy występy” – mówi Mareks „YEKINDAR” Gaļinskis, zawodnik FURIA, w rozmowie z HLTV. Łotewski gracz, dziś 27-letni, opowiedział o postępach zespołu tuż przed startem fazy play-off PGL Masters Bucharest 2026.
29 października rusza faza pucharowa turnieju, a w ćwierćfinałach czekają cztery pary o wyraźnie różnym ciężarze. NAVI zagra z Vitality, Aurora zmierzy się z MOUZ, Nemiga stanie przed FUT, a FURIA rozegra mecz z BetBoom Team. Wszystkie starcia odbędą się w formacie best-of-three.
Harmonogram dnia jest ściśnięty. FUT zagra z Nemigą o 10:00, Vitality z NAVI o 13:00, Aurora z MOUZ o 16:00, a BetBoom z FURIA zamknie dzień o 19:00. NAVI wywalczyło awans po zwycięstwie 2:1 nad Spirit w decydującym meczu grupy, podczas gdy Vitality zapewniło sobie miejsce w play-off, pokonując właśnie NAVI na etapie grupowym – ten sam rywal czeka ich teraz ponownie, tyle że w pucharowej fazie. Aurora i MOUZ przeszły fazę grupową bez większych komplikacji.
A to jeszcze nie koniec napięcia. Półfinały wyznaczono na 30 października – w pierwszym zmierzą się zwycięzcy par FUT–Nemiga i Vitality–NAVI, w drugim – triumfatorzy starć Aurora–MOUZ oraz BetBoom–FURIA. Wielki finał odbędzie się dzień później, 31 października, w dłuższym formacie best-of-five. Na stawkę składa się pula nagród w wysokości 1 250 000 dolarów.
FURIA łapie rytm po Thunderpicku
Dla FURII droga do ćwierćfinału nie była prosta – brazylijski skład awansował z fazy grupowej wynikiem 3:2. YEKINDAR, który wcześniej występował w barwach VP, przyznaje, że intensywny grafik przypomina mu właśnie tamten okres kariery. Przełomem miało być zwycięstwo na Thunderpick World Championship – po nim, jak mówi Łotysz, drużyna wyraźnie podniosła poziom gry.
Mimo porażki z NAVI w fazie grupowej, YEKINDAR nie uznaje tego meczu za wyznacznik aktualnej formy zespołu. „Mamy konkretny cel — poprawić sposób, w jaki zaczynamy mecze. Na początku gramy cicho, niedbale i trochę niepewnie” – opisuje problem, który zespołowi towarzyszy od dłuższego czasu.
„Staramy się maksymalnie odpowiedzialnie podchodzić do własnej kondycji fizycznej i nastroju. Czasami jest to trudne. Podczas EPL i na tym turnieju, na przykład w meczu przeciwko NAVI, ciężko było nam powstrzymać rozczarowanie. Biorąc pod uwagę, ile gramy, jest to całkowicie naturalne” – YEKINDAR
Łotysz tłumaczy, że napięty kalendarz zmusza zawodników do ciągłej pracy nad błędami – zdarza się, że w dniu oficjalnego meczu drużyna rozgrywa jeszcze trzy lub cztery spotkania treningowe. „Po prostu nie mamy możliwości odpoczywać tyle, ile byśmy chcieli, ponieważ musimy naprawiać błędy i poprawiać grę. To bardzo napięty harmonogram” – podsumowuje. Dziś, w wieku 27 lat, czuje ten rytm inaczej niż kiedyś – choć, jak sam zaznacza, wciąż go to bawi.
„Zastąpi tam w pierwszym treningu Gabriela Bortoleto” – ten fragment zapowiedzi najbliższego weekendu wyścigowego Formuły 1 mówi sam za siebie. Freddie Slater i Gabriel Mini zadebiutują podczas oficjalnego weekendu wyścigowego F1 w Meksyku.
Slater, główny junior Audi, zasiądzie za kierownicą bolidu na torze im. Braci Rodriguez już podczas najbliższej rundy mistrzostw. W pierwszym treningu zastąpi Gabriela Bortoleto. To nie będzie jego jedyny występ w tym sezonie. Potwierdzono już, że Brytyjczyk usiądzie także w bolidzie Nico Hulkenberga podczas weekendu w Brazylii. W przyszłym sezonie czekają go z kolei starty na zapleczu królowej motorsportu.
Drugim debiutantem będzie Gabriel Mini, Włoch z programu juniorskiego Alpine. Starsze modele bolidów francuskiej ekipy testował już kilkukrotnie, więc przesiadka na aktualny samochód w warunkach wyścigowego weekendu powinna przebiegać dla niego gładko. W Meksyku przejmie bolid od Franco Colapinto.
Obowiązkowe sesje dla juniorów
Oba występy to coś więcej niż gest wobec młodych kierowców – zaliczają się do obowiązkowych sesji treningowych dla juniorów, które zespoły muszą zapewnić zgodnie z regulaminem F1. Dzięki nim Alpine i Audi wypełnią już 75% tegorocznego wymogu dotyczącego takich występów. Dla obu stajni to więc nie tylko promocja talentów, ale i formalność do odhaczenia przed końcem sezonu.
„Z wielką radością witam w stawce również zespół LN4 Fusion. Wniosą oni bogate doświadczenie i jestem przekonany, że wniosą cenny wkład w rozwój naszych mistrzostw” – powiedział Bruno Michel, dyrektor generalny Formuły 2, ogłaszając nowego uczestnika serii.
Zespół LN4 Fusion dołączy do stawki Formuły 2 od sezonu 2027. W mistrzostwach zastąpi ekipę AIX Racing. Sam projekt powstał we wrześniu 2025 roku, a wśród jego współzałożycieli jest Lando Norris – mistrz świata Formuły 1 z sezonu 2025.
To nie jedyny front, na którym LN4 Fusion rozszerza działalność – zespół zdążył już ogłosić start w kilku seriach. Potwierdzono udział w FIA Formule 3 od sezonu 2027, gdzie ekipa przejmie miejsca po AIX Racing i FR Europe, a do tego dołoży jeszcze wejście do włoskiej Formuły 4 w tym samym sezonie. Formuła 2 oficjalnie potwierdziła listę zgłoszeń obejmującą cały nowy, trzyletni cykl 2027–2029.
Michel podkreślił, że wybór uczestników nie był prostą sprawą. „Spotkaliśmy się z ogromnym zainteresowaniem ze strony zespołów z całego świata w kontekście nowego, trzyletniego cyklu, co dobitnie podkreśla siłę oraz atrakcyjność naszych mistrzostw” – zaznaczył. Z dotychczasowej stawki organizatorzy zdecydowali się zatrzymać dziesięć ekip. „Zatrzymaliśmy dziesięć z naszych obecnych ekip, które konsekwentnie dowodziły swojego zaangażowania w zapewnianie młodym kierowcom jak najlepszego środowiska do przygotowania się do Formuły 1″ – dodał Michel.
Doświadczona kadra za kierownicą projektu
Dla Norrisa to nie pierwsza przygoda tego typu – wcześniej założył już własną szkółkę kartingową. Projektem LN4 Fusion zarządza Dan Richards, dyrektor generalny zespołu. „Jesteśmy niezwykle dumni z wyboru naszego zespołu do stawki Formuły 2 FIA na sezon 2027″ – powiedział Richards. Jak dodał, awans do F2 to kluczowy moment w krótkiej jak na razie historii projektu. „To kluczowy kamień milowy dla LN4 Fusion oraz istotny krok w kierunku realizacji wizji, którą nakreśliliśmy w momencie powołania ekipy do życia we wrześniu” – stwierdził. Zwrócił też uwagę na tempo, w jakim zespół zdobył miejsce w stawce. „Zapewnienie sobie miejsca w mistrzostwach tak krótko po starcie projektu LN4 Fusion to fantastyczne osiągnięcie i dowód ciężkiej pracy wszystkich osób zaangażowanych w to przedsięwzięcie” – podsumował.
Na czele ekipy w Formule 2 stanie Rene Rosin jako szef zespołu, a funkcję dyrektora wyścigowego przejmie Guillaume Capietto. Obaj przeszli przez istotne role w zespole Prema, co daje LN4 Fusion solidne zaplecze doświadczenia w juniorskich kategoriach motorsportu.
Kto usiądzie za kierownicą bolidu LN4 Fusion w Formule 2 w 2027 roku, wciąż nie wiadomo. Nieco więcej konkretów jest już w przypadku Formuły 3 – tam barw zespołu będą bronić Amerykanin James Egozi, Brazylijczyk Gabriel Gomez oraz Hindus Dion Gowda.
„Zostałem uderzony przez Alexa w zakręcie nr 11” — tak Fernando Alonso opisał incydent, który zdefiniował mu cały wyścig o Grand Prix USA. Do kolizji z Alexem Albonem doszło już na pierwszym okrążeniu, a jej skutki Hiszpan odczuwał aż do finiszu.
Dwukrotny mistrz świata nie owijał w bawełnę, opisując rozmiar szkód. „To było bardzo duże uszkodzenie” — przyznał zawodnik Astona Martina. Jak sam szacował, uszkodzony bolid kosztował go około pół sekundy na okrążeniu, a może i więcej. Dopiero w parku zamkniętym, już po wyścigu, okazało się, w jakim stanie naprawdę jest samochód — brakowało połowy podłogi.
A jednak Alonso dojechał do mety na 12. pozycji. On sam uznał to za niezły wynik, biorąc pod uwagę, w jakim stanie był wtedy samochód — „zajęliśmy 12. pozycję z połową bolidu”. Hiszpan jest przekonany: bez tych uszkodzeń punkty tego dnia byłyby w zasięgu ręki, a licząc wyłącznie tempo, nawet 9. lub 10. miejsce.
Problemy narastały przez cały wyścig
Kolizja z Albonem była tylko początkiem. Utrata lewej części podłogi pociągnęła za sobą kolejne, wtórne uszkodzenia. Gdy odpadł następny fragment, zrobiło się naprawdę groźnie — „nie mogłem nawet skręcać i zjechaliśmy na pit stop”, wspominał Hiszpan. Było i tak, że myślał o wycofaniu się z wyścigu, gotów wyłączyć silnik.
Mechanicy Aston Martina postawili na inne rozwiązanie. Podczas wizyty w alei serwisowej zamontowali mu nowe przednie skrzydło i Alonso wrócił na tor. Problemu to jednak nie zdjęło do końca — przez ostatnie 15 okrążeń bolid skręcał dobrze w prawo, ale w lewo nie reagował.
Po wyścigu Hiszpan nie zatrzymał się na opisie strat technicznych. Nie szczędził też ocen poziomu rywali ze środka i końca stawki. „Poziom kierowców z dołu stawki jest bardzo słaby i widać to było dzisiaj po Alexie” — powiedział, cytowany przez PlanetF1. Winą za słabszą pozycję startową obarczył zespół — „musimy poprawić samochód, aby startować z wyższych miejsc”.
Albon: walczył twardo, ale fair
Alex Albon na krytykę odpowiedział spokojnie, bez wchodzenia w osobistą polemikę. „Ściganie się z Fernando to zawsze przyjemność. Walczy twardo, ale fair” — stwierdził kierowca Williamsa. Dodał przy tym, że tym razem być może posunął się za daleko. „Być może uznał, że przekroczyłem granicę” — ocenił.
„to właśnie ja znajdowałem się po wewnętrznej stronie Fernando, przez co zrobiło się ciasno”
Albon opowiedział, jak próbował rozładować sytuację bez kontaktu. „Próbowałem odbić w bok na tarkę, aczkolwiek nie udało mi się uniknąć kontaktu” — wyjaśnił. Jego samochód też wyszedł z tego poobijany — do końca wyścigu jeździł z uszkodzonym skrzydłem.
„Knuutek” doznał urazu górnej partii ciała, ale dochodzi już do siebie” – tak dyrektor sportowy GKS-u Tychy uspokaja kibiców mistrza Polski w hokeju na lodzie. W ostatnich meczach ekipa Pekki Tirkkonena musiała radzić sobie bez trzech kluczowych zawodników: Henriego Knuutinena, Aleksiego Ainaliego i Rafała Drabika.
O sytuację kadrową zapytaliśmy Jarosława Rzeszutkę, dyrektora sportowego trójkolorowych. Jego słowa mają uspokoić kibiców – choć absencje dotyczą akurat tych, którzy jeszcze niedawno ciągnęli ofensywę tyszan.
Najbardziej boli brak Henriego Knuutinena. Fiński napastnik zaczął sezon mocno: siedem bramek w dziesięciu meczach i sześć asyst do tego. Takie liczby robiły z niego lidera formacji ofensywnej. Grał w tercecie z Alanem Łyszczarczykiem i Dominikiem Pasiem, ale uraz górnej partii ciała wymusił przebudowę ataku. Rzeszutko uspokaja jednak, że Fin „dochodzi już do siebie”, co daje nadzieję na szybki powrót do składu.
Drugi ubytek to Aleksi Ainali, kolejny fiński napastnik. To właśnie on miał w Tychach wypełnić lukę po Hannu Kurze – liderze zespołu i jednym z najlepszych zawodników TAURON Hokej Ligi. W dwunastu meczach zdobył jedną bramkę, dorzucił cztery asysty i zanotował bilans +1 w klasyfikacji plus/minus. Jak przekazał dyrektor sportowy, „Aleksi ma uraz dolnej partii ciała i również dochodzi do siebie”.
Drabik walczy z problemem po meczu z Podhalem
Trzeci z nieobecnych, Rafał Drabik, zmaga się z inną sprawą. Leczy się stomatologicznie po nieprzyjemnym zdarzeniu w meczu z Podhalem. Zanim doszło do przerwy w jego występach, zdążył zanotować dwa gole w trzech meczach i trzy asysty w tym samym okresie – liczby, które pokazują, że mógł być realnym wzmocnieniem składu mistrzów Polski.
Trzy nazwiska, trzy różne powody absencji, ale jeden wspólny mianownik: sztab Pekki Tirkkonena czeka na ich powrót do gry. A dla GKS-u Tychy, obrońcy tytułu mistrza Polski, każdy kolejny mecz bez Knuutinena, Ainaliego i Drabika to sprawdzian głębi kadry zbudowanej po odejściu Hannu Kuru.
„Norweg z czasem wybierze finałowy zespół” – taką informację przekazano w środę po tym, jak selekcjoner Arne Senstad przedstawił szeroki skład reprezentacji Polski kobiet na mistrzostwa Europy w piłce ręcznej 2026.
Senstad, z pochodzenia Norweg, ostatecznej kadry na turniej jeszcze nie ogłosił. Na liście znalazło się 35 zawodniczek – to z tej grupy selekcjoner z czasem wyłoni finałowy zespół.
Kto znalazł się na liście
Trzon szerokiej kadry stanowią zawodniczki grające w Polsce. Najliczniejszą grupę wystawia MKS Piotrcovia: w barwach tego klubu występują Joanna Gadzina, Patrycja Noga, Natalia Nosek, Aleksandra Olek, Marcelina Polańska, Karolina Sarnecka oraz Aleksandra Zimny.
Niemal tak samo licznie reprezentowany jest MKS Lublin – na liście figurują z niego Oliwia Domagalska, Emilia Kowalik, Dagmara Nocuń, Natalia Pankowska, Daria Przywara, Aleksandra Rosiak i Paulina Wdowiak. Z MKS Gniezno powołano Katarzynę Cygan, Nikolę Głębocką, Aleksandrę Hypkę, Oliwię Kuriatę i Monikę Łęgowską.
W kadrze są też zawodniczki MKS Zagłębie Lubin – Natalia Janas, Weronika Weber i Barbara Zima – a także duet z KPR Kobierzyce, Magdalena Drażyk i Zuzanna Zimnicka. Barwy EKS Start Elbląg reprezentuje Paulina Kuźmińska.
Nie zabrakło również zawodniczek grających za granicą. Adrianna Górna broni barw rumuńskiego CSM Slatina, Karolina Kochaniak występuje w innym rumuńskim klubie – CSM Corona Brașov, a Dominika Więckowska gra w SCM Craiova, też w Rumunii. Joanna Granicka związana jest z niemieckim VfL Oldenburg, Karolina Jureńczyk z HSG Blomberg-Lippe, a Paulina Uścinowicz z Neckarsulmer Sport-Union. Z Węgier powołano Monikę Kobylińską i Adriannę Płaczek – obie grają w Debreceni VSC. Daria Michalak broni barw francuskiego Brest Bretagne Handball.
Pierwszy sprawdzian czeka Polki już w grudniu. 7 grudnia o 18:00 zagrają z Ukrainą, a dwa dni później, 9 grudnia, o tej samej godzinie, zmierzą się z Wyspami Owczymi.
„Sean znów sprawił sensację i pokonał Czeczena przez decyzję sędziów” — tak opisywano moment, w którym Sean Strickland zdobył pas mistrzowski wagi średniej UFC, pokonując Khamzata Chimaeva na punkty. Po tygodniach otwartego konfliktu z organizacją Amerykanin ma mieć wrócić do klatki i bronić tytułu.
Droga Stricklanda do pasa nie była prosta. Mistrzostwo zdobył po raz pierwszy w 2023 roku, pokonując Israela Adesanyę — i stracił je już przy pierwszej obronie, przegrywając z Dricusem Du Plessisem. Status pretendenta odzyskał po zwycięstwie nad Paulo Costą. Rewanż z Du Plessisem, rozegrany ponad rok po pierwszym starciu, znowu zakończył się jego porażką. Du Plessisa z kolei zdetronizował Khamzat Chimaev, dominując go na pełnym dystansie i sięgając po pas. Kilka miesięcy później Strickland zatrzymał będącego w świetnej formie Hernandeza i tym samym otworzył sobie drogę do starcia z nowym czempionem — a w tej właśnie walce ostatecznie odebrał Chimaevowi tytuł.
Przez ostatnie tygodnie Strickland prowadził jednak otwarty spór z UFC o pieniądze. Mistrz publicznie żądał większych zarobków, porównując swoją sytuację do pięściarzy walczących w organizacji ZUFFA. W pewnym momencie wspominał nawet o scenariuszu, w którym pas mistrzowski zostałby zwolniony wskutek jego nieaktywności. Jako alternatywę rozważał odejście z UFC i walkę z Jake’em Paulem w jego własnej organizacji.
Powrót z pasem na linii i rywalem z przeszłości
Mimo tych deklaracji, jak podaje Mike Bohn, Strickland ma wrócić do klatki za kilka miesięcy. UFC celuje w to, by podjął wyzwanie Nassourdine’a Imavova w walce o pas w lutym kolejnego roku — starcie ma prawdopodobnie zwieńczyć galę organizowaną na Florydzie. Dla Stricklanda to też kwestia finansowa: jeśli pokona Imavova, może liczyć na renegocjację kontraktu i wyższe zarobki.
Obaj zawodnicy już się mierzyli. Pierwsze starcie między Stricklandem i Imavovem odbyło się w styczniu 2023 roku, przy czym Amerykanin wszedł na zastępstwo do walki z Francuzem miesiąc po porażce z Jaredem Cannonierem. Limit wagowy tamtej walki zmieniono — odbyła się w wadze półciężkiej — a Strickland wygrał na pełnym dystansie, wypunktowując rywala. Dla Imavova była to ostatnia porażka w klatce UFC. Od tamtej pory Francuz nie przegrał.
Teraz Strickland, jako aktualny mistrz UFC w wadze średniej, stanie przed rywalem szukającym rewanżu — zawodnikiem, który od tamtego wieczoru w 2023 roku zbudował serię zwycięstw. Dla organizacji to walka, która ma domknąć spór kontraktowy jednym ruchem: oddając mistrzowi klatkę i, jeśli wygra, lepszy kontrakt.
„Myślę, że nawet cztery razy więcej. Mogę powiedzieć, że w Oktagonie zarabiam tyle samo, co w KSW, tylko że w euro” – mówi Mateusz Legierski, porównując zarobki w obu organizacjach. O tę kwestię zapytał go serwis InTheCage, a odpowiedź szybko obiegła środowisko MMA.
W KSW Legierski zdążył stoczyć tylko dwa pojedynki – wygrał z Francisco Barrio, przegrał z Romanem Szymańskim. Po przenosinach do czeskiej organizacji mówi już o zupełnie innej skali zarobków, mimo że poziom rywalizacji pozostał podobny.
W OKTAGON MMA zawodnik nie tylko zarabia więcej – sięgnął też po pas mistrzowski i obecnie broni tytułu w wadze lekkiej organizacji. Sam siebie ocenia jako jednego z najlepiej opłacanych polskich zawodników MMA.
Oktagon wyprzedził KSW pod względem biznesowym
Legierski przyznał rację tezie, że OKTAGON wyprzedził już KSW w aspekcie biznesowym. W jego ocenie to właśnie finanse umożliwiają czeskiej organizacji ściąganie coraz silniejszych zawodników, a to z kolei podnosi sportowy poziom całych gal. Taka opinia, wygłoszona przez kogoś, kto sam zaznał obu systemów wynagrodzeń od wewnątrz, waży więcej niż zwykłe deklaracje czynnych sportowców – bo rzadko słyszy się je tak otwarcie.
Droga do obecnej formy nie była jednak prosta. Legierski miał bronić mistrzostwa w walce z Gökhanem Aksu na pierwszej gali OKTAGON MMA w Polsce, zaplanowanej na 11 kwietnia w Szczecinie. Z pojedynku wycofał się po złamaniu kciuka podczas sparingu.
Starcie z Aksu ostatecznie odbyło się 20 czerwca, na gali OKTAGON 90 w Berlinie. Aksu w pewnym momencie posłał Legierskiego na deski, ale Polak przeniósł walkę do parteru i skończył ją technicznym nokautem już w pierwszej rundzie.
Kolejne wyzwanie nadejdzie szybciej, niż można by się spodziewać. Pojedynek z Ivanem Buchingerem zapowiedziano na 21 listopada, na gali OKTAGON 98 w Trzyńcu. Buchinger, doświadczony Słowak i były podwójny mistrz organizacji OKTAGON, zmierzy się z Legierskim w walce wieczoru gali w Werk Arenie.
„Ogromny niedosyt” — tak swoje emocje po meczu podsumowała Paulina Kawalec, trenerka reprezentacji Polski U17. Jej zespół w 1/8 finału mistrzostw świata U17 w Maroku zremisował z Brazylią 3:3, a o awansie do ćwierćfinału zdecydowały rzuty karne, które lepszymi nerwami wygrały Brazylijki 8:7.
Na papierze ten pojedynek wydawał się jednostronny. Brazylia, uznawana za zdecydowanego faworyta, już w 11. minucie objęła prowadzenie golem Greise Kelly. Polki jednak nie zamierzały się poddawać. W 34. minucie wyrównała Nicola Gałuszka, a dwie minuty później, w 36. minucie, Zofia Burzan dała Polsce prowadzenie 2:1. Z takim wynikiem zespoły zszedły na przerwę.
Druga połowa przyniosła kolejny zwrot. W 52. minucie Marcela Bontorim doprowadziła do wyrównania, ustalając wynik na 2:2. Brazylijki poczuły krew i w 73. minucie Pepe wyprowadziła swój zespół na prowadzenie 2:3. Wydawało się, że to może być decydujący cios. Polki znów odpowiedziały. Dziesięć minut później, w 83. minucie, Zofia Burzan — już drugi raz w tym meczu — doprowadziła do wyrównania, ustalając wynik na 3:3. Sędzia, chcąc zrekompensować wszystkie przerwy w grze, doliczyła aż 11 minut czasu gry w regulaminowym czasie meczu.
Statystyki strzałów pokazują, jak nierówny był ten mecz pod względem przewagi na boisku — Polska oddała 23 strzały, Brazylia tylko 9 — a mimo to obie strony musiały się zadowolić remisem.
Dramat w serii jedenastek
Na mistrzostwach świata U17 nie przewidziano dogrywki — po remisie w podstawowym czasie gry o zwycięzcy decydują wyłącznie rzuty karne. Lepiej w konkursie zaczęły Brazylijki, a Indy bez problemu wykorzystała swój rzut karny. Po stronie Polski pierwszy błąd zdarzył się szybko — Wiktoria Skrzypczak nie wykorzystała swojej jedenastki.
Seria się wydłużała, a nerwy napinały się coraz bardziej. W piątej kolejce pomyliła się Helena Vieira, uderzając obok bramki, mimo że wcześniej w trakcie mundialu wykorzystała już dwa rzuty karne. W dziewiątej serii Hanna Buchta zdołała pokonać bramkarkę, choć piłka wpadła do siatki po tym, jak prześlizgnęła się po jej ręce. To jednak nie wystarczyło — w tej samej, dziewiątej serii Nicola Gałuszka, autorka gola w regulaminowym czasie, nie wykorzystała swojego rzutu, uderzając w środek bramki, gdzie idealnie przygotowana była bramkarka Brazylii, Nathalia.
Ostatecznie karne wygrały Brazylijki 8:7, kończąc marzenia Polek o ćwierćfinale mistrzostw świata U17.