⚡ Aktualnie:
Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku

Co dzieje się z główną walką gali, gdy jeden z jej uczestników trafia nie na wagę, a do lekarza? Sean Brady wypada z walki wieczoru, a organizacja gorączkowo szuka zastępstwa dla jego rywala, Gabriela Bonfima.

Brady, Amerykanin i czołowy zawodnik kategorii półśredniej, doznał kontuzji, która wyklucza go ze starcia z Bonfimem. Jako pierwszy poinformował o tym brazylijski dziennikarz Laerte Viana. Na razie nie wiadomo, o jaki uraz chodzi ani na jak długo wyłącza on Amerykanina z rywalizacji. A czas goni — do gali w momencie ogłoszenia kontuzji zostało mniej niż 10 dni.

Gala, zaplanowana na 7 listopada w Meta Apex, miała w głównym pojedynku zderzyć właśnie Bonfima z Bradym. Teraz UFC rozważa dwa scenariusze. Pierwszy to wprowadzenie umownego limitu wagowego i znalezienie nowego przeciwnika dla Bonfima. Drugi, bardziej radykalny, to całkowite odwołanie tej walki — gdyby do tego doszło, nowym main eventem wieczoru stałby się pojedynek Virna Janiroba z Tatianą Suarez.

Passa Brady’ego przerwana nokautem

Przed starciem na UFC 322 Brady wygrał trzy walki z rzędu. Rok przed publikacją tej informacji zmierzył się tam z Michaelem Moralesem — Wenezuelczykiem, który przerwał passę Amerykanina, nokautując go już w pierwszej rundzie. Starcie miało duże znaczenie dla układu sił w dywizji do 77 kilogramów.

Zawodnik z Filadelfii wrócił do klatki na UFC 328, gdzie zmierzył się z Joaquinem Buckleyem. Tym razem zdominował rywala, nie dając mu większych szans — aż dwóch sędziów wypunktowało tamten pojedynek 30-25 na jego korzyść. W sierpniu tego roku spróbował sił poza klatką MMA: na gali RAF 12 zmierzył się z Jordanem Burroughsem na zasadach zapaśniczych i przegrał przez Tech Fall w drugiej rundzie.

Bonfim z kolei jedyną porażkę w UFC poniósł w listopadzie 2023 roku, przegrywając z Nicolasem Dalbym — to była jego pierwsza zawodowa klęska w ogóle. Od tamtej pory Brazylijczyk nie zna smaku porażki: wygrał pięć walk z rzędu, co wywindowało go do czołówki kategorii. Jego bilans w UFC to obecnie 7-1. Teraz musi czekać, aż organizacja zdecyduje, czy w ogóle zawalczy 7 listopada — i z kim.

Jak to możliwe, że drugoligowiec odrabia stratę w ostatniej akcji regulaminowego czasu, a potem jeszcze dobija rywala z Ekstraklasy w dogrywce? Odpowiedzi szukać trzeba w Opolu. Tam Odra pokonała Śląsk Wrocław 2:1 po dogrywce w ostatnim meczu 1/16 finału Pucharu Polski.

Do przerwy było 1:1. Po 90 minutach regulaminowego czasu gry na tablicy wciąż świecił remis, a gospodarze przez długie fragmenty meczu gonili wynik. Grzegorz Tomasiewicz wyprowadził Śląsk na prowadzenie w 82. minucie, uderzając z ośmiu metrów po podaniu z prawej strony. Wszystko wskazywało na to, że beniaminek Ekstraklasy spokojnie dowiezie zwycięstwo do końcowego gwizdka.

Opolanie mieli jednak inny scenariusz w głowie. Patryk Szysz doprowadził do wyrównania na 1:1 w piątej doliczonej minucie meczu, strzelając gola, który wymusił dogrywkę. I to właśnie w tamtym momencie sens całego spotkania wywrócił się do góry nogami.

Dogrywka pełna zwrotów

Pierwsze dziewięć minut dogrywki dało kolejną dawkę emocji. W 99. minucie Marc Llinares miał idealną okazję, by przesądzić losy awansu, ale przestrzelił z pola karnego. Minutę później Michał Nalepa ukarał Śląsk za ten błąd – uderzył z około 20 metrów, piłka wpadła niemal w samo okienko i dała Odrze prowadzenie 2:1.

Śląsk nie zamierzał się poddawać. W 117. minucie Mateusz Spychała musiał wybijać piłkę sprzed linii własnej bramki po strzale z pola karnego, ratując zespół przed trzecim golem dla gospodarzy. Ta interwencja zatrzymała wynik na 2:1 już do samego końca dogrywki.

Osobnej wzmianki wymaga forma bramkarza Śląska. Michał Szromnik, który w meczach ligowych pełni rolę rezerwowego, pokazał w Opolu, że mimo tego statusu jest w dobrej formie.

Dzięki zwycięstwu Odra Opole stała się szesnastym zespołem, który zagra w 1/8 finału STS Pucharu Polski. Losowanie kolejnej rundy zaplanowano na piątek, na godzinę 12:30.

Oba kluby dobrze znają się z ligowych starć – w poprzednim sezonie mierzyły się w Betclic 1. lidze. Wówczas Śląsk Wrocław wygrał pierwsze spotkanie 3:0, a w rewanżu padł remis 1:1. Tym razem jednak to Śląsk, obecnie występujący w PKO Ekstraklasie, odpadł z pucharowych rozgrywek, a Odra zapisała na swoim koncie jedną z największych niespodzianek tej edycji turnieju.

Jeden wieczór w Bazylei, dwa trzęsienia ziemi. Jak to możliwe, że tego samego dnia z turnieju wypadli zarówno Novak Djoković, jak i najwyżej rozstawiony w zawodach Ben Shelton? Winni nazywają się Jan-Lennard Struff i Jerome Kym – przed czwartkiem rozpoznawalni głównie w Niemczech i Szwajcarii, nie na świecie.

Djoković zagrał w Bazylei po raz pierwszy od 15 lat. To właśnie tam triumfował w 2009 roku, więc powrót po tak długiej przerwie miał w sobie coś sentymentalnego. Zakończył się jednak już w drugiej rundzie. Rozstawiony z numerem czwartym Serb przegrał w czwartkowy wieczór 7:6(4), 5:7, 6:7(5) z Janem-Lennardem Struffem.

36-letni Struff, w rankingu zajmujący 47. miejsce, zagrał mecz życia. Nie dał się przełamać ani razu, a do tego posłał w tym spotkaniu 27 asów – ostatniego przy piłce meczowej. Zaskoczenie było tym większe, że wcześniej Niemiec przegrał z Serbem osiem kolejnych meczów. „Łatwo przegrałem z nim osiem ostatnich meczów, więc jestem bardzo szczęśliwy ze swojego występu i zwycięstwa” – przyznał po meczu. Jak dodał, musiał postawić wszystko na jedną kartę: „Wiedziałem, że muszę dużo ryzykować i zagrać swój najlepszy tenis, aby mieć jakiekolwiek szanse” – powiedział Struff. W ćwierćfinale zagra teraz z Portugalczykiem Nuno Borgesem.

Kym pogrzebał Sheltona grubo po północy

Druga sensacja tej nocy nosiła nazwisko Jerome Kym. 23-letni Szwajcar, notowany dopiero na 222. miejscu w rankingu, dostał do turnieju Swiss Indoors Basel dziką kartę – i wykorzystał ją, eliminując najwyżej rozstawionego zawodnika imprezy, czwartego tenisistę świata Bena Sheltona, wynikiem 6:3, 6:7(4), 7:6(1). Mecz trwał prawie dwie i pół godziny, a ostatnia piłka padła 40 minut po północy.

Dla Kyma to największe zwycięstwo w karierze. Tym samym Szwajcar stał się najniżej notowanym tenisistą, który w sezonie 2026 pokonał zawodnika z czołowej dziesiątki rankingu. Podobną sztuczkę w październiku 2024 roku wykonał w Sztokholmie jego rodak Stan Wawrinka, ogrywając wówczas siódmego na świecie Andrieja Rublowa. W ćwierćfinale Kym zmierzy się z Jirim Lehecką.

Rozstawiony z numerem ósmym Czech wcześniej poradził sobie z Niemcem Danielem Altmaierem, wygrywając 7:5, 6:4 – serwował osiem asów i wykorzystał trzy z jedenastu okazji na przełamanie. Altmaier trafił do głównej drabinki jako „szczęśliwy przegrany” z kwalifikacji.

Turniej w Bazylei potrwa do 1 listopada. Zwycięzca singla odbierze 500 punktów do rankingu ATP oraz czek na 483,3 tys. euro. Po nocy, która pogrzebała Djokovicia i Sheltona, w tej drabince nikt już nie powinien czuć się bezpiecznie.

Ile gemów trzeba wygrać, żeby zostać najlepszym tenisistą świata? W Wiedniu odpowiedź brzmiała: dwa sety. Alexander Zverev pokonał Tallona Griekspoora 6:4, 7:5 w drugiej rundzie turnieju ATP 500, i to wystarczyło. W poniedziałek, 2 listopada, Niemiec formalnie zameldował się na pierwszym miejscu rankingu ATP.

To był już trzynasty pojedynek tej dwójki w karierze. Griekspoorowi Zverev nie dał się rozpędzić – przełamanie przyszło już w pierwszym gemie meczu. Drugi set wyglądał inaczej: Holender trzymał się dzielniej, obaj serwujący utrzymywali podania aż do 5:5, aż Niemiec znalazł przełamanie w decydującym momencie i zamknął partię 7:5. To był już dziesiąty triumf 29-letniego zawodnika z Hamburga nad Griekspoorem.

Awans na szczyt rankingu robi z Zvereva drugiego Niemca w historii na pozycji liderа listy ATP – przed nim był tylko Boris Becker. Emocji zawodnik nie ukrywał. „Znalazłem się na szczycie świata. To niesamowite i wyjątkowe uczucie. Gdy zostanie opublikowany nowy ranking i przy twoim nazwisku pojawi się cyfra 'jeden’, jest to zupełnie coś innego niż wygranie turnieju, nawet wielkoszlemowego” – powiedział Zverev.

W samym Wiedniu Niemiec gra z numerem drugim i jest najwyżej notowanym zawodnikiem turnieju. W ćwierćfinale czeka go Brytyjczyk Arthur Fery, który w czwartek narobił sporo szumu, eliminując Lorenzo Musettiego 6:4, 5:7, 6:4. Dla Włocha, który przyjechał do Wiednia jako triumfator ubiegłotygodniowego turnieju w Lyonie, ta porażka z Ferym jest szczególnie bolesna.

Drama wokół walki o ATP Finals

Wiedeń dostarczył też innego dramatu – tym razem związanego z wyścigiem do Turynu. Flavio Cobolli, rozstawiony z numerem czwartym i walczący o kwalifikację do ATP Finals, musiał skreczować po siedmiu gemach meczu z rodakiem Matteo Berrettinim w czwartek wieczorem. Berrettini awansował, ale współczucia dla kolegi z kortu nie skrywał. „Jest mi bardzo przykro z powodu Flavio. Znamy się od małego i wiem, jak bardzo zależy mu, żeby się zakwalifikować do ATP Finals w Turynie. Życzę mu wszystkiego, co najlepsze” – powiedział Włoch.

„Jest mi bardzo przykro z powodu Flavio. Znamy się od małego i wiem, jak bardzo zależy mu, żeby się zakwalifikować do ATP Finals w Turynie. Życzę mu wszystkiego, co najlepsze”

W ćwierćfinale Berrettini zmierzy się teraz z Alexem de Minaurem, rozstawionym z numerem piątym i również pretendującym do miejsca w Finałach ATP Tour. Turniej Erste Bank Open 2026 potrwa w Wiedniu do niedzieli, 1 listopada – zwycięzca zabierze do domu 500 punktów rankingowych i czek na 523,3 tys. euro.

Ile trzeba zapłacić, żeby Bayern Monachium przyleciał na towarzyski mecz do Afryki? Odpowiedź brzmi: ponad pięć milionów euro.

Taką kwotę za występ w Nairobi ma otrzymać bawarski klub — tak wynika z doniesień Manuela Bonke, dziennikarza monachijskich tytułów „tz” i „Merkur”. 5 stycznia Bayern zmierzy się tam z Ajaksem Amsterdam. Samo spotkanie odbędzie się w stolicy Kenii. Bundesliga jako jedyna z lig czołowej piątki rankingu UEFA wstrzymuje zimą rozgrywki na kilka tygodni, a to akurat otwiera drużynie Vincenta Kompanego okno na taki wyjazd.

Jak na europejskiego giganta, to nietypowy kierunek. Afryka Subsaharyjska dotychczas dość rzadko gościła najbardziej znane drużyny świata — kluby na zarobkowe tournee zwykle wybierają Amerykę Północną albo Azję. Bayern zdecydował się jednak złamać ten schemat i rozegrać mecz towarzyski poza Europą.

Decyzję o wyjeździe zaaprobował trener Bayernu Vincent Kompany. W klubie po usłyszeniu oferty od Kenijczyków nieformalnie skomentowano sprawę krótko: „Za takie pieniądze trzeba to zrobić”.

Za takie pieniądze trzeba to zrobić

Nowy stadion i Puchar Narodów Afryki

Spotkanie z Ajaksem to nie przypadkowy sparing wrzucony w kalendarz, a element obchodów otwarcia Raila Odinga International Stadium — obiektu, który ma mieścić 60 tysięcy widzów. Inwestycja wpisuje się w szersze plany kraju: w 2027 roku Kenia wspólnie z Ugandą i Tanzanią będzie gospodarzem Pucharu Narodów Afryki.

Dla Bayernu to więc nie tylko pięć milionów euro na konto, ale i symboliczny gest wobec regionu, który dotąd rzadko oglądał czołowe europejskie zespoły na żywo.

Zespół Ekstraklasy, który jeszcze tydzień wcześniej cieszył się z wygranej, nagle przegrywa z drugoligowcem i wypada z pucharu – jak to możliwe? Korona Kielce przegrała w Warszawie z Polonią 1:2 i pożegnała się z rozgrywkami. To kolejny klub z najwyższej klasy rozgrywkowej, który odpadł w tej edycji pucharu.

Po meczu trener Korony, Robert Kolendowicz, nie szukał wymówek. Zamiast tłumaczyć porażkę, zaczął od gratulacji dla rywala: „Gratulacje dla zespołu Polonii, bo zagrała dobry mecz” – powiedział.

Według szkoleniowca problemem nie był brak okazji, lecz ich wykorzystanie. „Myślę, że stworzyliśmy wystarczającą liczbę sytuacji do tego, by zdobyć więcej bramek” – ocenił Kolendowicz. Przyznał też, że skuteczność jego zespołu była daleka od oczekiwanej: „Na pewno musimy poprawić naszą skuteczność, bo ona była dzisiaj mizerna” – stwierdził. Najlepiej te niewykorzystane szanse symbolizuje Mariusz Stępiński, który w pierwszej połowie nie strzelił żadnego gola, choć – jak wynika z przebiegu meczu – powinien zdobyć nawet trzy.

Słaby początek, który zaważył na losach meczu

Trener Korony nie kryje, że źle ocenia pierwsze minuty spotkania. „Nie podobało mi się to, jak rozpoczęliśmy pierwszą połowę” – powiedział Kolendowicz. Jak dodał, w tym fragmencie meczu jego zespół nie grał tak, jak powinien: „Jako zespół nie funkcjonowaliśmy w pierwszej połowie korzystnie” – zaznaczył.

To jednak nie znaczy, że trener zamierza wskazywać konkretnych winowajców. „Nie chcę szukać winnych w porażki, tak samo jak nie szukałem po zwycięstwie z GKS-em Katowice zawodników, którzy w tym meczu byli najlepsi” – podkreślił, przypominając wcześniejszy triumf Korony w pucharowym meczu z GKS-em Katowice. Ocenę gry opiera na innej zasadzie: „Dla mnie ponad indywidualną dyspozycją będzie zawsze zespołowość” – wyjaśnił trener.

Co do siły rywala Kolendowicz nie miał wątpliwości. „Widziałem bardzo mocny zespół, z dużą indywidualną jakością” – ocenił Polonię. Poszedł nawet dalej, wskazując warszawski klub jako głównego kandydata do promocji: „Wydaje mi się, że to główny kandydat do awansu do Ekstraklasy” – stwierdził.

Rozczarowanie pucharowym odpadnięciem nie zmienia faktu, że trener Korony myśli już o kolejnym wyzwaniu w lidze. „Następny mecz gramy już w poniedziałek w Lubinie” – przypomniał. Liczy przy tym na szybkie podniesienie się zespołu po porażce: „Liczę na reakcję zespołu po tym, co się dziś wydarzyło, ponieważ mieliśmy duże oczekiwania wobec Pucharu Polski” – podsumował Kolendowicz.

Ile bramek trzeba strzelić, żeby pokazać, jak wielka jest przepaść klasy w kobiecej piłce? FC Barcelona dała na to konkretną odpowiedź, rozgromiła duński HB Koege 8:0 w 3. kolejce fazy ligowej Ligi Mistrzyń.

Wśród strzelczyń znalazła się Ewa Pajor, która dopisała do swojego konta gola i asystę. Polka otworzyła swoje konto w 33. minucie, pokonując bramkarkę Alberte Vingum Andersen po podaniu Claudii Piny. Mecz zaczął się jednak dużo wcześniej emocjami – już w 12. minucie, od rzutu karnego. Caroline Graham Hansen uderzyła w lewy dolny róg po tym, jak Jereko nie zdołała powstrzymać faulowanej Piny.

Prawdziwa lawina trafień ruszyła jednak po przerwie – aż sześć z ośmiu goli Barcelony padło w drugiej połowie.

Esmee Brugts, Holenderka w barwach katalońskiego klubu, podwyższyła na 3:0 w 53. minucie, uderzając głową po dośrodkowaniu Sydney Schertenleib. Sześć minut później Patri Guijarro wykorzystała zamieszanie po rzucie rożnym i ustaliła wynik na 4:0. A chwilę potem na scenę wkroczyła 18-letnia Clara Serrajordi – huknęła lewą nogą zza pola karnego, ustalając wynik na 5:0 w 62. minucie.

Pajor dołożyła jeszcze jedną asystę. W 67. minucie dośrodkowała do Kiki Nazareth, która podwyższyła na 6:0. Claudia Pina, bohaterka rzutu karnego z pierwszej połowy, dopełniła swojego wieczoru dubletem – najpierw wykorzystała błąd bramkarki Koege i trafiła na 7:0 w 70. minucie, a w 85. minucie ustaliła ostateczny wynik na 8:0.

Dla gospodyń to spotkanie było trudne nie tylko wynikowo, ale i personalnie. Zuzanna Witek zaczęła je na ławce rezerwowych, a w barwach HB Koege rozegrała łącznie 29 minut, wliczając czas doliczony.

Pajor coraz bliżej szczytu

Taka forma reprezentantki Polski nie bierze się z niczego. W głosowaniu na Złotą Piłkę za rok kalendarzowy 2026 Pajor zajęła drugie miejsce, ustępując jedynie Alexii Putellas. O kolejności w plebiscycie decydowali dziennikarze, selekcjonerzy oraz kapitanki drużyn narodowych.

Dla Barcelony to trzecie zwycięstwo w trzech meczach fazy ligowej. Katalonki prowadzą w tabeli z dwupunktową przewagą nad Olympique Lyonnes, Arsenalem i Chelsea.

Jak to możliwe, że przewaga przełamania w decydującym secie wcale nie gwarantuje wygranej? Rafael Jodar, 20-letni Hiszpan rozstawiony w Bazylei z trzecim numerem, przekonał się o tym w czwartek na własnej skórze.

Do Szwajcarii przyjechał w świetnej formie. Po finale uzyskanym w Szanghaju włączył się do walki o miejsce w ATP Finals 2026 i zajmuje obecnie dziewiątą pozycję w rankingu ATP Race — ostatnią, która daje bilet do Turynu po wycofaniu się Włocha Jannika Sinnera. W Bazylei jego drogę przeciął jednak Valentin Vacherot, sensacyjny mistrz zeszłorocznej edycji turnieju w Szanghaju, a prywatnie Monakijczyk z Monte Carlo.

Mecz trwał trzy sety i zakończył się wynikiem 7:6(4), 2:6, 7:6(5) na korzyść Vacherota. W decydującej partii Jodar wypracował sobie przewagę przełamania, ale Monakijczyk zdołał odrobić straty i doprowadzić do wyniku 2:2. W samym tie-breaku Hiszpan jeszcze raz był bliżej zwycięstwa — wywalczył mini przełamanie na 5-4 — lecz to Vacherot zgarnął trzy ostatnie punkty i zamknął spotkanie na swoją korzyść.

Dzięki temu triumfowi Vacherot awansował do ćwierćfinału w Bazylei, gdzie zmierzy się z Holgerem Rune, Duńczykiem, który dzień wcześniej, w środowym meczu II rundy z Hubertem Hurkaczem, musiał obronić piłkę meczową. To rewanż z zeszłego roku — wtedy właśnie Vacherot pokonał Rune’a w drodze po tytuł w Szanghaju.

Fils przetrwał, Fritz czeka w piątek

Drugi faworyt turnieju, Francuz Arthur Fils, również walczący o miejsce w ATP Finals 2026, też nie miał powodów do spokoju. Przegrał pierwszego seta meczu 1/8 finału z Amerykaninem Alexem Michelsenem, ale po dwóch godzinach i 19 minutach odwrócił losy spotkania, wygrywając 4:6, 6:3, 7:6(5). Ósmy obecnie tenisista świata nie wykorzystał szansy na zwycięstwo serwisem w dwunastym gemie, ale w decydującym tie-breaku był skuteczny już przy pierwszej piłce meczowej. To już druga wygrana Francuza z Michelsenem w krótkim czasie — kilka dni wcześniej w Brukseli triumfował 6:4, 7:6(12).

W piątek na drodze Filsa stanie grający z „szóstką” Taylor Fritz, tenisista z Kalifornii. Amerykanin dotarł do tej fazy po pewnym zwycięstwie nad Kanadyjczykiem Denisem Shapovalovem 6:4, 6:3, osiągniętym w godzinę i 18 minut, co wyrównało jego bilans gier z tym rywalem na 6-6 w męskim tourze. Dla Fritza to też szansa na odwet — w 2024 roku w Tokio przegrał właśnie z Filsem.

Zmagania w głównej drabince Swiss Indoors Basel 2026 potrwają do 1 listopada. Zwycięzca turnieju singla zarobi 500 punktów do rankingu ATP oraz czek na sumę 483,3 tys. euro.

Jak to możliwe, że 18-latka rozbiera na korcie doświadczoną zawodniczkę WTA, oddając jej tylko cztery gemy? Lilla Tagger, młoda Austriaczka, właśnie dała na to odpowiedź, pokonując Magdę Linette i oddając jej zaledwie cztery gemy w całym meczu.

Tagger ma dopiero 18 lat, a już zdążyła namieszać w światowym tenisie. Pochodzi z Linzu w Tyrolu. Do Top 100 światowego rankingu wdarła się niedługo po tym, jak skończyła 18 lat — tempo, które w kobiecym tourze zdarza się rzadko.

Jej znakiem rozpoznawczym jest jednoręczny bekhend — uderzenie, które we współczesnym tenisie kobiet stało się rzadkością. Sama Austriaczka przyznaje, że zaczynała od klasycznego bekhendu oburącz. Zmianę wprowadziła w wieku 12 lat, z własnej inicjatywy. „Gdy miałam 12 lat, po prostu zdecydowałam, że tak chcę grać” — wspominała tamtą decyzję. Żadnej trenerskiej kalkulacji za tym nie stało, tylko czysty instynkt: „Ale za każdym razem, gdy dostawałam łatwiejszą piłkę, automatycznie czułam potrzebę zagrania jedną ręką. Po prostu wydawało mi się to najbardziej naturalne”.

Włoski sztab i austriackie korzenie

Ostatnio Tagger zatrudniła jako trenerkę Francescę Schiavone — Włoszkę, triumfatorkę Rolanda Garrosa z 2010 roku, która w swoich czasach słynęła właśnie z efektownego jednoręcznego bekhendu. Nasuwa się myśl, że to nie przypadek. Tagger szybko jednak ucina te spekulacje: „To zabawne, bo styl bekhendu w ogóle nie miał związku! Szukałam po prostu nowego bodźca, zmiany w podejściu do treningu”. Przyciągnęło ją coś innego — klimat pracy: „Bardzo odpowiada mi włoska mentalność, energia i tamtejsza kultura pracy”.

Mimo rosnącej popularności i włoskiego sztabu Austriaczka nie planuje przeprowadzki do cieplejszych krajów ani na stałe do Włoch. Tyrolowi zostaje wierna.

Charakterystyczny jest też jej wybór turniejowy. Do Pragi zgłosiła się sama, bo zależało jej na atmosferze tego miasta — i decyzja okazała się trafna: właśnie tam zdobyła swój premierowy tytuł WTA. Po triumfie nie kryła zdumienia własnym tempem rozwoju: „Czasami mam wrażenie, że nawet nie dociera do mnie, jak szybko to wszystko się wydarzyło. Kiedy siadam i myślę o tym wszystkim… poszło niesamowicie szybko! Szczerze? Nie spodziewałam się, ale po prostu idę dalej”.

Twardzielki bez nerwów Tagger nie udaje — otwarcie mówi o stresie, który towarzyszy jej przed każdym wejściem na kort i stał się stałym elementem jej zawodowego życia. Paradoksalnie, głośne trybuny jej nie przeszkadzają, nawet gdy skandują nazwisko rywalki. Austriaczka umie z tego czerpać dodatkową energię.

Najwyżej w karierze była notowana w lipcu tego roku, zajmując 45. miejsce w rankingu WTA. Dobrą formę potwierdziła już wcześniej, w starciu z Magdą Linette w Kantonie. Polscy kibice tenisa mają swój punkt odniesienia dla gry jednoręcznej pod inną ręką — Maja Chwalińska, leworęczna Polka, gra zupełnie innym stylem niż Tagger. Ale to właśnie efektowny, staroszkolny bekhend Austriaczki gwarantuje, że będzie o niej głośno znacznie dłużej niż po jednym turnieju.

Rok temu był jedną z wielu nadziei polskiej kadry. Dziś, w wieku 19 lat, musi nosić etykietę lidera. Jak się z tym mierzy? Kacper Tomasiak mówi o tym ze spokojem, który trudno byłoby przewidzieć, patrząc na jego ostatni sezon.

To był sezon, który zmienił wszystko. Tomasiak zdobył srebro i brąz indywidualnie oraz srebro w konkursie duetów w parze z Pawłem Wąskiem podczas igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo. Dziś, wciąż jako zaledwie 19-latek, jest uznawany za największą nadzieję polskich skoków na sezon 2026/27. Trafił do kadry A i – chcąc nie chcąc – nieoczekiwanie stał się jej liderem.

Warto dodać, że to właśnie jego wyniki w dużej mierze pomogły utrzymać stanowisko trenerowi Maciejowi Maciusiakowi, który prowadzi kadrę do dziś.

Nagły skok popularności nie zmienił jednak jego podejścia do planowania sezonu. „Na ogół podchodziłem do sezonów bez konkretnych celów, starałem się dawać z siebie wszystko i to, co wynikowo to dało, to przyjmowałem. Myślę, że takie myślenie się dobrze sprawdzało, więc tak to zostawię” – mówi skoczek.

Turniej Czterech Skoczni pod sztucznym światłem

Nowy sezon Pucharu Świata w skokach narciarskich rozpocznie się 20-22 listopada weekendem w Lillehammer. Jako pierwszy rozegrany zostanie konkurs drużyn mieszanych, a w kolejnych dniach zawodnicy zmierzą się indywidualnie. Nowością będzie formuła Turnieju Czterech Skoczni – wszystkie jego konkursy odbędą się przy sztucznym świetle, co zmieni również zazwyczaj rozgrywany w godzinach wczesnopopołudniowych konkurs w Garmisch Partenkirchen.

Tomasiak nie zdążył jeszcze wyrobić sobie zdania na temat tej zmiany – zna turniej tylko z jednej edycji. „Ciężko mi to ocenić, bo mam za sobą dopiero jedną edycję, więc tych tradycji nie zaczerpnąłem. Przyjemniej mi się skacze bliżej wieczora, wiec pod kątem przygotowania przed zawodami, powinno być to troszeczkę przyjemniejsze” – ocenia. Rewolucji w samym skakaniu jednak nie przewiduje: „Same skoki? Myślę, że większych różnic nie będzie”.

A co z ryzykiem tzw. „sodówki” po olimpijskich sukcesach? Tomasiak zapewnia, że zachowuje chłodną głowę. „Najlepiej jakby w ogóle nie uderzyła. Staram się zawsze być tą samą osobą, którą byłem wcześniej i żeby ta sodówka nie uderzyła nigdy. I dalej iść do przodu” – zapowiada. Jego sekretem jest niepatrzenie w przeszłość: „Bardziej skupiam się na przyszłych czy teraźniejszych rzeczach, a nie na wspominaniu sukcesów czy nawet porażek, co pomaga. Takie podejście jest dobre w sporcie i pomaga skupić się na tym, co trzeba zrobić”.

Bycie liderem kadry nie daje mu żadnych specjalnych przywilejów w grupie treningowej. „W pewnym sensie na pewno jest ograniczenie pewnych medialnych rzeczy. Skupiamy się w jednej grupie na treningach, nie ma czegoś takiego, że ktoś jest liderem, a ktoś ma się uczyć, wszyscy się napędzamy i współpracujemy jako jedna drużyna” – wyjaśnia skoczek.

Jest jeszcze jeden wątek – relacja z młodszym bratem Konradem, który też skacze na nartach. Wielkich lekcji czy rad Kacper mu nie udziela. „Jednej konkretnej złotej rady mu nie dałem, ale czasami się zdarza, że rozmawiamy o sprawach skokowych, chociaż niezbyt często. Sami staramy się iść swoją drogą, bez wielkiego patrzenia, co robi drugi. Wspieramy się w normalny sposób, bez wielkiego szału” – mówi o relacji z bratem.

Instalacja aplikacji
Pobierz