Minął ledwie weekend od finału Letniego Grand Prix w Klingenthal, a na liście startowej znów nie było żadnego Rosjanina. To nie przypadek. FIS formalnie dopuściła rosyjskich skoczków do rywalizacji międzynarodowej, ale na skoczniach Pucharu Świata wciąż ich nie widać. Teraz wychodzi na jaw, że część z nich czeka na coś innego – ponowną weryfikację statusu neutralności.
Jak informuje Skijumping.pl, FIS zdecydowała się jeszcze raz przyjrzeć kilkunastu zawodnikom i zawodniczkom z Rosji, którym wcześniej przyznano status neutralnego sportowca (AIN), umożliwiający starty w zawodach międzynarodowych. Decyzję skomentował Sandro Pertile, dyrektor Pucharu Świata w skokach narciarskich – to on wyjaśnił, dlaczego neutralność niektórych zawodników trzeba sprawdzić jeszcze raz.
Przypadek Klimowa
Najwięcej pytań wzbudza sprawa Jewgienija Klimowa. W marcu 2022 roku, krótko po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, rosyjski skoczek wziął udział w propagandowym wiecu na moskiewskich Łużnikach. Na jego kurtce widać było literę „Z” – symbol poparcia dla rosyjskiej agresji. Mimo to Klimow dostał zgodę na występy jako neutralny sportowiec.
Zasady FIS, obowiązujące formalnie od sezonu 2026/27, nie pozostawiają wątpliwości: Rosjanie i Białorusini mogą startować wyłącznie indywidualnie, bez symboli narodowych. Zanim staną na skoczni pod flagą FIS, muszą podpisać deklarację neutralności. Federacja zastrzegła sobie też prawo do stałego monitorowania przestrzegania tych zasad i nakładania sankcji w razie naruszeń – i właśnie ten mechanizm uruchomiono teraz wobec części rosyjskich zawodników.
Nie wszyscy wierzą, że to wystarczy. Jakub Janda, Czech i były zdobywca Kryształowej Kuli, wskazywał, że rosyjski sport pozostaje narzędziem propagandy, a państwo prowadzące wojnę przeciwko Ukrainie powinno być nadal izolowane.
Na razie cały spór o zasady i nazwiska ma wymiar czysto teoretyczny – Rosjanie i tak nie pojawiają się na skoczniach Pucharu Świata. Przeszkodą są kwestie wizowe oraz obowiązkowe pomiary kombinezonów skanerem 3D. Rosyjska federacja proponowała, by takie pomiary odbyły się w Chinach lub Kazachstanie, FIS się jednak nie zgodziła. Dopóki ten impas trwa, dyskusja o neutralności Klimowa i innych zawodników toczy się bez ich fizycznej obecności na zawodach.
Gdy Morgan Andersson jechał do Sydney po raz kolejny, by obserwować trening 17-letniego Australijczyka, już wtedy wiedział, że to nie będzie zwykła wizyta skauta. Menedżer Dackarny Målilla śledził Beau Baileya od lat, konsultując swoje oceny z legendarnym Craigiem Boyce’em, pod którego okiem młody żużlowiec szlifował technikę. Ta wieloletnia obserwacja właśnie przerodziła się w kontrakt – szwedzki klub oficjalnie ogłosił pozyskanie Baileya do swojej kadry na sezon 2027.
Bailey, 17-letni zawodnik z Australii, w Europie jeździł dotąd w żółto-niebieskich barwach Bayersystem GKM Grudziądz. Zaczynał od startów w rozgrywkach U24 Ekstraligi, gdzie stał się podstawą grudziądzkiej drużyny. Klub szybko postawił na odważniejszy krok i dał mu szansę w pięciu meczach PGE Ekstraligi. Efekt? Średnia 1,286 punktu na bieg oraz awans do cyklu SGP2 – wynik, którego nie przeoczyły kluby z najmocniejszych lig Europy.
Dackarna to nie przypadkowy adresat takiego transferu. Szwedzki klub broni tytułu mistrza kraju w Bauhaus-Ligan i wciąż szuka wzmocnień do kadry, która ma powtórzyć ten sukces. Andersson entuzjazmu wobec nowego nabytku nie kryje. „Mogę śmiało powiedzieć, że to jeden z najlepszych 17-latków, jakich widziałem od dłuższego czasu” – ocenił menedżer Dackarny.
Transfer w cieniu zmian regulaminowych
Decyzja Szwedów ma też wymiar strategiczny. Andersson wprost powiązał pozyskanie Baileya z nadchodzącymi zmianami w regulaminie dotyczącymi formacji U21. „Pozyskanie go do Dackarny to świetne uczucie i kluczowy krok przed zmianami w regulaminie” – podkreślił szkoleniowiec. Klub zapewnia jednak, że nie działa na oślep – Andersson zadeklarował, że Dackarna pozostaje w stałym kontakcie z polskim klubem Australijczyka i traktuje cały projekt jako długofalową inwestycję. „Ten transfer to inwestycja w przyszłość i chcemy go wprowadzać do Bauhaus-Ligan z głową” – dodał.
Dla samego Baileya miniony sezon był pierwszym zderzeniem z europejskim żużlem na profesjonalnym poziomie. „To był mój pierwszy rok z profesjonalnym ściganiem w Europie” – przyznał Australijczyk. Młody zawodnik docenia też doświadczenie zdobyte na polskich i duńskich torach: „Regularne starty w Polsce i Danii dawały mi mnóstwo radości” – powiedział. Nowy kontrakt traktuje jako kolejny etap rozwoju. „Podpisanie kontraktu z Dackarną to dla mnie ogromna szansa na naukę nowych torów i zdobywanie bezcennego doświadczenia w kolejnej mocnej lidze” – podsumował Bailey.
Jest jeszcze jedna kwestia do rozwiązania – terminarz. Rozgrywki szwedzkiej Bauhaus-Ligan tradycyjnie odbywają się we wtorki, a dokładnie w tym samym dniu toczy się polska U24 Ekstraliga, w której Bailey wciąż stanowi trzon drużyny GKM-u. Jak kluby poradzą sobie z tą kolizją w kalendarzu, zobaczymy bliżej sezonu 2027.
Zegar w Oklahomie odliczał ostatnie minuty, a tablica wyników nie pozostawiała wątpliwości: 102:119 dla gospodarzy. Phoenix Suns bronili się już bez większych nadziei, mecz był praktycznie rozstrzygnięty. W jednej z akcji Dillon Brooks, który tego wieczoru grał na pozycji środkowego, ruszył pod kosz rywali po niecelnej próbie za trzy punkty – chciał tylko zebrać piłkę do zbiórki.
Wyszło zupełnie inaczej. W ferworze walki odbił ją o parkiet, a ta, ku zdumieniu wszystkich na boisku, wpadła prosto do kosza. Najbardziej zdziwieni byli chyba sami zawodnicy Oklahoma City Thunder – Shai Gilgeous-Alexander i Jalen Williams stali tuż przy linii i mogli obserwować całą scenę z bliska.
Nagranie obiegło sieć w mgnieniu oka. Profil ESPN skomentował krótko: „To najbardziej cyrkowy rzut, jaki kiedykolwiek zobaczysz”. Konto NBA na X ograniczyło się do pytania, które pewnie zadawała sobie większość widzów: „Jak to wpadło do kosza?”.
Wynik meczu nie zmienił się, ale statystyki Brooksa warte są uwagi
Na końcowy rezultat ten koszykarski kuriozum nie miał żadnego wpływu – w poniedziałek Suns przegrali 114:125. Sam Brooks, 30-letni skrzydłowy, miał za to niezły wieczór w liczbach: 19 punktów, pięć zbiórek i pięć asyst.
Dla obu ekip to kolejny wpis w zupełnie innych tabelach. Oklahoma City Thunder, z kompletem czterech zwycięstw, zajmuje drugie miejsce w Konferencji Zachodniej. Phoenix Suns mają na koncie jedno zwycięstwo w trzech meczach i na razie plasują się na 11. lokacie.
Siedem sekund do końca dogrywki. Minnesota przegrywa trzema punktami, piłka w rękach Anthony’ego Edwardsa. Rzut za trzy ląduje poza obręczą. Cleveland Cavaliers broni prowadzenia i wygrywa 127:125.
To był mecz, w którym jeden człowiek zrobił prawie wszystko — i mimo to przegrał. Edwards zdobył 47 punktów, trafiając 19 z 34 rzutów z gry. To już siódmy raz w jego karierze, gdy przekroczył granicę 47 oczek w jednym meczu, a gra wciąż tylko piąty sezon w lidze. Po drugiej stronie kontrę poprowadził Donovan Mitchell, autor 26 punktów, z czego pięć zdobył właśnie w dogrywce. Ta końcówka zdecydowała o pierwszej porażce Timberwolves w tym sezonie — po niej bilans Minnesoty spadł do 3-1.
Heat wciąż bez wygranej, Warriors wracają do życia
Miami Heat ma problem. Drużyna z Florydy przegrała z Dallas Mavericks 109:113 i po czterech meczach notuje bilans 0-4. Mavericków do zwycięstwa poprowadził Cooper Flagg, autor 29 punktów.
Zupełnie inaczej potoczył się wieczór Golden State Warriors. Po trzech porażkach na otwarcie sezonu 2026/2027 ekipa z San Francisco wyjechała do Denver i rozbiła Nuggets na ich własnym parkiecie 134:114. Największą niespodzianką był debiut Yaxela Lendeborga — 31 punktów, 12 zbiórek i sześć asyst w pierwszym meczu w lidze. Statystyki z rzutów pokazują jednak, że jeszcze ma czego się uczyć: 9 z 19 z gry i 12 z 13 z linii wolnych, za trzy trafił tylko 1 z 8 prób. Stephen Curry zaliczył za to wieczór bez skazy — 24 punkty przy 8 z 8 z gry, 3 z 3 za trzy i 5 z 5 z linii wolnych.
Jalen Williams wjeżdżał pod kosz w końcówce niedzielnego meczu z Los Angeles Clippers, gdy został sfaulowany i niefortunnie wylądował na lewej nodze. Z parkietu zjechał na noszach. Oklahoma City Thunder wygrało to spotkanie 108:101. Radość trwała jednak krótko – kilka godzin wcześniej, jeszcze w pierwszej kwarcie tego samego meczu, poważny uraz odniósł też Cason Wallace, zderzając się z Isaiah Jacksonem, środkowym Clippers, podczas stawianej przez niego zasłony.
W poniedziałek klub potwierdził najgorsze obawy. Generalny menedżer Oklahoma City Thunder, Sam Presti, ogłosił diagnozy obu zawodników. Williams doznał złamania kości strzałkowej i zwichnięcia lewego stawu skokowego, a Wallace zerwał obrąbek stawowy w lewym barku. Obu koszykarzy czekają teraz operacje, a po nich wielomiesięczna przerwa od gry.
Dokładne terminy powrotu zostaną ustalone dopiero po zabiegach. Klub nie wyklucza, że żaden z nich nie zagra już w tym sezonie.
Williams znów walczy z ciałem, Wallace stracił impet tuż po nowym kontrakcie
Dla 25-letniego Williamsa to kolejny poważny problem zdrowotny. W poprzednim sezonie rozegrał zaledwie 33 spotkania fazy zasadniczej, zmagając się ze skutkami operacji prawego nadgarstka i nawracającymi urazami mięśni uda. Teraz na tę listę trafia złamanie i zwichnięcie stawu skokowego.
Gorzki jest też moment, w którym kontuzję złapał Wallace. Tydzień wcześniej 22-letni obrońca uzgodnił z klubem pięcioletnie przedłużenie kontraktu o wartości 139 milionów dolarów. Miał świętować. Zamiast tego trafia na stół operacyjny.
Sam Presti starał się uspokoić otoczenie klubu. „Otoczymy tych chłopaków opieką. Pomożemy im wrócić do zdrowia, ale przed nami jeszcze mnóstwo koszykówki w tym sezonie i musimy znaleźć sposób, żeby sobie poradzić” – powiedział. Menedżer dodał, że organizacja podchodzi do rehabilitacji obu zawodników z optymizmem.
„Sytuacja mogła być znacznie gorsza. Wrócą na parkiet i znów będą reprezentować naszą drużynę” – zapewnił Presti.
Teraz Oklahoma City musi funkcjonować bez dwóch kluczowych rotacyjnych zawodników na nieznany czas – i wciąż walczyć o formę, która dała klubowi mistrzowski tytuł.
Przy wyniku 6-4 w tie-breaku pierwszego seta Magda Linette miała dwie piłki setowe. Obie wykorzystała. Cały mecz z Anastasiją Zacharową w pierwszej rundzie turnieju WTA 250 na kortach twardych w Guangzhou trwał godzinę i 54 minuty, a 34-letnia Poznanianka ostatecznie wygrała 7:6(6), 6:4.
Dla Linette, zajmującej obecnie 71. miejsce w rankingu WTA, to był koniec długiego czekania — na przerwanie serii porażek czekała 78 dni. Zacharowa, 105. rakieta świata i Rosjanka, łatwo się jednak nie poddała.
Pierwszy set był wyrównany od początku do końca — żadna z zawodniczek nie zdołała przełamać rywalki w normalnej grze. Najbardziej napięty moment nadszedł w szóstym gemie, kiedy Zacharowa obroniła dwa break-pointy Linette. O losach seta zdecydował więc tie-break, w którym Polka po dwóch piłkach setowych domknęła partię na 7:6.
Drugi set zaczął się chaotycznie — przełamania padały z obu stron. Rozstrzygnięcie przyniósł siódmy gem, w którym Linette przełamała Zacharową, a chwilę później do zera wygrała kolejnego gema, pieczętując zwycięstwo 6:4.
Co dalej dla Linette?
Za wygraną z Zacharową Polka zarobiła 30 punktów do rankingu WTA oraz 3819 euro, co po przeliczeniu daje niecałe 17 tysięcy złotych brutto.
Najciekawsze dopiero przed nią — w 1/8 finału Linette może zmierzyć się z Venus Williams, siedmiokrotną zwyciężczynią turniejów singlowych Wielkiego Szlema. Słynna Amerykanka musi jednak najpierw wygrać swój mecz z 18-letnią Austriaczką Lilli Tagger, zajmującą 53. miejsce w rankingu WTA. Williams i Tagger zagrają we wtorek 27 października, a ich mecz rozpocznie się nie wcześniej niż o godzinie 10.00 polskiego czasu.
To nie pierwsza taka sytuacja dla Linette w tym sezonie. W Osace Polka najpierw pokonała Amerykankę Claire Liu, zajmującą 109. miejsce w rankingu, wynikiem 6:4, 6:3. W kolejnej rundzie trafiła jednak na Czeszkę Kateriną Siniakovą, 49. zawodniczkę świata, i przegrała 4:6, 1:6. Teraz, w Guangzhou, znów dostaje szansę na rewanż losowi — a jeśli Williams poradzi sobie z Tagger, także na mecz z legendą tenisa.
Kiedy ze sceny w Londynie padło jego nazwisko, Harry Kane na moment zabrakło słów. 33-letni napastnik odebrał Złotą Piłkę — pierwszą w swojej karierze — już jako zawodnik Bayernu Monachium. Chwilę wcześniej odebrał nagrodę dla najlepszego strzelca sezonu, więc kiedy wywołano go po raz drugi, w sali nikt nie był specjalnie zaskoczony.
Trudno się z tym wyborem spierać, jeśli spojrzeć na liczby. W sezonie 2025/2026, licząc mecze klubowe i reprezentacyjne razem, Kane strzelił 73 gole. Z Anglią dotarł do trzeciego miejsca na mundialu w Ameryce Północnej. Z Bayernem sięgnął po mistrzostwo Niemiec i Puchar Niemiec, a przy tym po raz kolejny skończył sezon jako król strzelców Bundesligi.
Dla Kane’a sama gala w Londynie miała dodatkowe znaczenie. „Brakuje mi słów. Fakt, że gala odbywa się w Londynie, czyni to wydarzenie jeszcze bardziej wyjątkowym. To był dla mnie dobry znak. Dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali. Domyślam się, że wybór nie był w tym roku łatwy” — powiedział na scenie.
Wszystko jest możliwe. Trzeba tylko ciężko pracować, nawet wtedy, gdy nikt nie patrzy. Każdy chłopiec czy dziewczynka, którzy pragną spełnić swoje marzenia – dla was wszystko jest możliwe. Nie byłem dzieckiem, któremu wszystko przychodziło łatwo i które od razu wspięło się na szczyt. Musiałem doświadczyć również trudnych chwil. Musiałem odnaleźć własną drogę, by stać się najlepszym z najlepszych.
W podziękowaniach wymienił trenerów, z którymi pracował przez lata, byłą drużynę Tottenham Hotspur oraz żonę Kate. To właśnie w Tottenhamie budował swoją reputację, zanim przeniósł się do Bawarii — a imię żony padło ze sceny jako jedno z pierwszych.
Koniec 25-letniej niemocy Anglii
Przed Kane’em ostatnim Anglikiem z Złotą Piłką w rękach był Michael Owen, w 2001 roku. BBC napisało wprost: Kane przerywa 25-letnią niemoc Anglii w tym plebiscycie. Brytyjski nadawca przypomniał przy tym, że jeszcze niedawno najlepszym miejscem Kane’a w tym rankingu było dziesiąte, a w minionym sezonie pod względem indywidualnych osiągnięć był po prostu „bezkonkurencyjny”. „The Guardian” nazwał go absolutnie zasłużonym zdobywcą najważniejszego wyróżnienia w piłce nożnej, a „Daily Mail” zmieścił wszystko w jednym słowie tytułu: „Kane Zdobywca”.
W Niemczech ton był podobny, choć z lokalnym akcentem. Ostatnim graczem Bundesligi, który trzymał Złotą Piłkę przed Kane’em, był Matthias Sammer — w 1996 roku. „Kicker” ogłosił na stronie głównej: „Znaleziono następcę Sammera”. „Bild” po prostu nazwał piłkarza Bayernu „królem”, a monachijski „Abendzeitung Muenchen” napisał, że triumf Kane’a to ogromny krok naprzód dla wizerunku niemieckiej piłki nożnej.
W tegorocznym plebiscycie nie zabrakło jeszcze jednego gracza Bayernu — Michael Olise zajął dziewiąte miejsce, co tylko podkreśliło, jak silna była monachijska ekipa w minionym sezonie.
Na scenie w Londynie Alexia Putellas odebrała statuetkę, której nikt w sali nie mógł nazwać niespodzianką. Chwilę wcześniej organizatorzy ogłosili, że to właśnie Hiszpanka, a nie Ewa Pajor, zostanie laureatką kobiecej Złotej Piłki 2026. Dla Polki, która przez cały sezon ścigała się z nią punkt za punktem, był to moment goryczy tak bliskiej triumfu.
Pajor przyjechała do Londynu z bilansem, jakiego próżno szukać w jej dotychczasowej karierze. Z Barceloną sięgnęła w 2026 roku po cztery trofea, a w 46 meczach klubowych i reprezentacyjnych zapisała na swoim koncie 34 gole i osiem asyst. W Lidze Mistrzyń była wręcz nie do zatrzymania – 11 trafień dało jej tytuł najskuteczniejszej zawodniczki rozgrywek, a w finale dołożyła dublet. Mimo to musiała zadowolić się drugim miejscem w głosowaniu.
To i tak historyczny wynik dla reprezentantki Polski. Rok wcześniej w tym samym plebiscycie zajmowała ósmą pozycję, a w poprzednich edycjach plasowała się dopiero na 18. i 29. miejscu. Awans na podium to dowód, jak wiele zmieniła jej eksplozja formy w barwach Barcelony.
Trzecia Złota Piłka Putellas i ukłon w stronę byłych koleżanek
Zwyciężczyni dobrze znała swoją rywalkę z boiska – przez lata grały razem w Barcelonie, zanim Putellas latem przeniosła się do London City Lionesses. Dla Hiszpanki nagroda okazała się trzecią Złotą Piłką w karierze, po triumfach w 2021 i 2022 roku.
Odbierając trofeum, Putellas nie zapomniała o klubie, który ukształtował jej karierę. „Dziękuję moim koleżankom z drużyny. Nominowano mnóstwo zawodniczek Barcelony. Gra z wami to była przyjemność. Dziękuję Barcelonie, ta Złota Piłka jest dla was” – powiedziała ze sceny w Londynie.
Pajor zostaje z gorzką świadomością: nigdy wcześniej nie była tak blisko najwyższego trofeum. Statystyki z sezonu mówią same za siebie – poczwórna korona z Barceloną, 34 gole, koronę króla strzelców Ligi Mistrzyń i dublet w finale. Mimo to właśnie Putellas usłyszała swoje imię jako pierwsze.
Drugą połowę niedzielnego meczu dąbrowianie zaczęli serią 13:0 i to właściwie przesądziło o losach spotkania z Energa Treflem Sopot. Gospodarze wygrali 88:82, utrzymując komplet zwycięstw w PGE Basket Lidze.
Przebieg meczu w rozbiciu na kwarty: 22:19, 23:24, 27:18, 16:21. O wyniku zdecydowała trzecia część gry, otwarta serią punktową MKS-u. Sopocianie jeszcze próbowali ratować mecz w czwartej kwarcie, wygrywając ją 21:16, ale na pogoń zabrakło im czasu.
Najlepszym strzelcem Dąbrowy Górniczej po raz kolejny był Jordan Hall – 19 punktów, sześć asyst, cztery zbiórki i dwa przechwyty. Skuteczność jednak go zawiodła: na rzutach z gry trafił tylko 5 z 13. Z pomocą przyszedł Daylen Kountz, dopisując do wspólnego wyniku 18 punktów.
Dobrą wiadomością dla gospodarzy był powrót Kyle’a Loftona – rozgrywający nabawił się urazu mięśnia jeszcze w pierwszym meczu sezonu, przeciwko Euvic GTK Gliwice. Tym razem spędził na parkiecie 19 minut i zdobył w tym czasie 13 punktów. W statystykach MKS-u zapisali się też Martin Peterka (13 punktów) i Jakub Musiał (8 punktów).
Sopot przegrywa czwarty mecz z rzędu
Energa Trefl zaliczył czwartą porażkę pod rząd. Razem z Energa Czarnymi Słupsk to jedyna ekipa w lidze, która wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo.
Mecz, choć przegrany, Sopot może zapisać na konto kapitana Jakuba Schenka – 17 punktów i aż 14 asyst. Do tego dorzucił jednak sześć strat, a z gry trafiał podobnie słabo jak Hall – 5 z 13. Punktowali też Trey Andersson, zdobywca 14 oczek, oraz Stefan Simanic z dorobkiem 12 punktów i 11 zbiórek.
Trefl wciąż gra bez Michała Michalaka. Obserwatorzy ligi zwracają uwagę, że z doświadczonym polskim rzucającym w składzie tabela mogłaby dla sopockiej drużyny wyglądać zupełnie inaczej.
Czy bilans 50 zwycięstw i 0 porażek sam w sobie robi z kogoś najlepszego boksera w historii? Mike Tyson odpowiada twardym „nie”.
Floyd Mayweather zakończył karierę z idealnym rekordem 50-0 – liczbą, która od lat wraca jako główny argument w dyskusji o jego miejscu w historii boksu. Tyson w rozmowie z kanałem Seconds Out nie zostawił na tym argumencie suchej nitki.
Nie mówcie mi, że Mayweather jest najlepszy tylko dlatego, że zakończył karierę z bilansem 50-0.
Były mistrz wagi ciężkiej, który w 1986 roku, mając zaledwie 20 lat, został najmłodszym mistrzem świata w tej kategorii w historii, większe wrażenie robi na kimś innym. Tyson wymienił Sugar Raya Robinsona i Julio Cesara Chaveza jako pięściarzy, których osiągnięcia ceni wyżej niż czystą kartę Mayweathera.
Swoje słowa poparł liczbami. Robinson stoczył 47 walk, przegrał jedną, a potem wygrał aż 78 z rzędu. Chavez z kolei stoczył 90 pojedynków, zanim w ogóle poniósł pierwszą porażkę.
Sugar Ray Robinson stoczył 47 walk, przegrał jedną, a potem wygrał 78 z rzędu. Chavez stoczył 90 walk, zanim przegrał.
Grudniowa walka pokazowa coraz bliżej
Słowa Tysona padają w momencie, gdy obaj panowie mają się wkrótce spotkać w ringu – choć nie w oficjalnej, zawodowej rywalizacji. Próby zorganizowania pokazowego starcia Tyson – Mayweather ciągną się od dłuższego czasu, a po drodze pojawiały się przeszkody, w tym kontuzja Tysona oraz spory kontraktowe.
Teraz jednak sam Mayweather podał konkretny termin. „W grudniu mamy pokazową walkę Mayweather – Mike Tyson. Ona zdecydowanie odbędzie się w grudniu” – powiedział, cytowany przez Talksport. Na kolejny głośny pojedynek przyjdzie poczekać znacznie dłużej – starcie z Manny’m Pacquiao ma się odbyć „gdzieś w 2027 roku”.
Trzeba przy tym pamiętać: bez względu na przebieg tej walki, do oficjalnych, zawodowych rekordów żadnego z pięściarzy ona nie trafi. Mayweather ma dziś 49 lat, Tyson skończył już 60. Obaj dawno minęli szczyt kariery, a mimo to starcie dwóch legend wciąż budzi ogromne zainteresowanie.