W poniedziałek rano w zestawieniu WTA zaszła zmiana, która na pierwszy rzut oka nie miała żadnego sensu: Iga Świątek wycofała się z turniejów w Ningbo i Tokio, co oznacza dla niej koniec sezonu 2026. Mimo to awansowała w rankingu – z dziewiątej na ósmą pozycję.
Paradoks wyjaśnia się szybko. Polka poszła do góry nie za sprawą własnej gry, lecz dlatego, że punkty za jej ubiegłoroczny występ w Tokio odpisano Czeszce Lindzie Noskovej. To jednak sytuacja chwilowa – Świątek wkrótce straci punkty za WTA Finals 2025 i ponownie znajdzie się za rywalką z Czech. Nosková już wcześniej zapewniła sobie miejsce na Mistrzostwach WTA jako zwyciężczyni Wimbledonu, a jako Czeszka wciąż może powiększać swój dorobek punktowy jako pewna uczestniczka tego turnieju.
Polskie tenisistki w nowym rankingu
Najlepiej spośród Polek wypada wciąż Maja Chwalińska, która zachowała najwyższą w karierze 11. pozycję – efekt triumfu w turnieju w Wuhan. Zawodniczka zrobiła sobie jednak przerwę na regenerację: zrezygnowała z gry w Ningbo, a mimo planowanego debiutu w Tokio w tym tygodniu, także z niego się wycofała.
Słabiej ostatnie tygodnie zapisała Magdalena Fręch. Skreczowała w kwalifikacjach turnieju w Ningbo i w poniedziałek spadła z 47. na 50. miejsce. Zupełnie inaczej poszło Magdzie Linette – poznanianka awansowała na 71. pozycję po wygranym pojedynku w Osace, a w najbliższym czasie zagra w chińskim Kantonie.
Prawdziwą niespodzianką jest za to Katarzyna Kawa. Kryniczanka grająca w Ningbo z kwalifikacji dotarła tam do ćwierćfinału, co wywindowało ją na najwyższą w karierze 106. pozycję. W najbliższych tygodniach powalczy o debiut w Top 100 i miejsce w głównej drabince Australian Open 2027.
Pozostałe Polki odnotowały drobne przesunięcia. Martyna Kubka spadła nieznacznie, na 148. miejsce. Linda Klimovicova osunęła się w klasyfikacji i jest obecnie 267. zawodniczką świata – ta lokata nie uprawnia jej jeszcze do gry w eliminacjach Australian Open 2027. W górę poszła z kolei Weronika Falkowska, teraz 287. w rankingu.
Na szczycie światowej klasyfikacji w sensie hierarchii nic się nie zmieniło, ale pozycja liderki stała się jeszcze pewniejsza. Kazaszka Jelena Rybakina umocniła się na czele rankingu po wygraniu turnieju w Ningbo i jest o krok od zapewnienia sobie pierwszego miejsca na koniec 2026 roku. Za nią plasują się Białorusinka Aryna Sabalenka oraz Rosjanka Mirra Andriejewa, a Top 5 zamykają Amerykanki Jessica Pegula i Coco Gauff.
Mikrofon Connect Cast, kamera skierowana na Alexa Pereirę, pytanie o plan B — Brazylijczyk odpowiada bez owijania w bawełnę. „Jeśli przegram, nie zostanę w kategorii ciężkiej. Wrócę do półciężkiej. Tak będzie idealnie. Każdy wie, że nie jestem największym ciężkim. Nie zostanę tam – wrócę do swojej dywizji, gdzie czułem się komfortowo. Tak będzie najlepiej” — powiedział.
Te słowa padły tuż przed jego starciem z Sergeiem Pavlovichem, zaplanowanym na galę UFC 335. Wydarzenie odbędzie się 12 grudnia w T-Mobile Arena w Las Vegas, a walką wieczoru będzie pojedynek o pas BMF między Charlesem Oliveirą i Diego Lopesem. Pereira i Pavlovich wystąpią więc w cieniu jednej z bardziej emocjonujących kart sezonu — choć to właśnie ich starcie może zdecydować o dalszej karierze byłego mistrza dwóch dywizji.
Dwa pasy, jedna ambicja
39-letni Brazylijczyk ma na koncie 13 wygranych i 4 przegrane w zawodowym MMA. Aż 11 z tych zwycięstw padło przed czasem — nokautem, techniczną przewagą albo poddaniem. Lista pokonanych rywali robi wrażenie: Jamahal Hill, Israel Adesanya, Jiri Prochazka. Formę przypomniał niedawno w rewanżu z Magomedem Ankalaevem, który zakończył nokautem — choć chwilę później nie poradził sobie z Cyrilem Gane.
Mimo tej porażki Pereira wciąż figuruje w rankingu pound-for-pound UFC, na 10. miejscu bez podziału na kategorie wagowe. I to właśnie tłumaczy, czemu organizacja wciąż stawia na niego w kategorii ciężkiej, choć sam zawodnik otwarcie mówi o fizycznych ograniczeniach względem rywali z tej dywizji.
Stawka starcia z Pavlovichem jest więc podwójna. Zwycięstwo otworzy Pereirze drogę do kolejnej walki o pas w kategorii ciężkiej — a to byłby krok w stronę celu, o którym mówi od dawna: zdobycia mistrzostwa UFC w trzeciej wadze. Porażka, jak sam zapowiedział, oznacza powrót tam, gdzie czuł się najlepiej — do półciężkiej.
12 grudnia w Las Vegas będzie więc nie tylko sprawdzianem formy. To moment, w którym Pereira sam — słowami wypowiedzianymi na długo przed gongiem — rozstrzygnie, jak wygląda jego kolejny rozdział w UFC.
Nagranie trwa zaledwie kilka minut. Wystarczyło jednak, by na nowo rozpalić spór, który od tygodni toczy się między dwoma zawodnikami KSW. Marian Ziółkowski odpowiedział na wyzwanie Igora Włodarczyka w nagraniu na swoim kanale YouTube. „Ja jestem gotowy. Ja przyjmuję totalnie wyzwanie” – zadeklarował. Sam przyznał przy tym, że ostateczna decyzja nie zależy od niego. „Czekamy teraz tylko, co zrobi Wojtek, no bo to wszystko jest w jego rękach” – stwierdził, mając na myśli szefa promocji.
Ziółkowski nie zamknął się na konkretny termin, zaproponował, że pojedynek mógłby odbyć się wiosną. „Tak naprawdę marzec, kwiecień możemy wejść do klatki i zawalczyć” – powiedział. Zasygnalizował jednak, że początek roku może mu nie pasować: „Może nie styczeń, może nie luty, bo w styczniu wyjeżdżam na krótki wyjazd” – wyjaśnił.
Odpowiedź przyszła szybko, i to nie od Ziółkowskiego, a wprost od jego rywala. Igor Włodarczyk odpowiedział za pośrednictwem Instagrama, gdy jeden z obserwatorów zapytał go: „Ziółkowski zaakceptował twoją propozycję walki. Jak się z tym czujesz?”. Reakcja była jednoznaczna. „Nie będę walczył w kwietniu, od razu mówię. To będzie szybszy termin” – oświadczył Włodarczyk. Ironii wobec proponowanych dat też nie szczędził: „Co to w ogóle za terminy, że mam czekać na kogoś pół roku, bo ma w styczniu wyjazd” – zapytał retorycznie.
Dla 23-latka priorytetem pozostaje zupełnie inny przeciwnik. „My, jako team, dążymy do walki z Mateuszem Makarowskim” – podkreślił. Jak dodał, to starcie wcale nie jest łatwe do zorganizowania. „Wszyscy koledzy z klubu, jak i trenerzy, jak i menedżerzy, robią tam wszystko, żebym nie zawalczył z Mateuszem” – stwierdził. Nie pozostawił wątpliwości, kogo stawia na pierwszym miejscu: „Priorytet – Mateusz 'Makaron’ Makarowski” – napisał. Zaznaczył jednak, że nie zamyka się całkowicie na innych rywali. „Dostanę rywala, zaakceptuję każdego, ale musi być dogodny termin” – zapewnił.
„Nie podam nigdy ręki”
Najostrzejsze słowa Włodarczyka dotyczyły już nie sportowej strony konfliktu, a osobistej. Zawodnik oświadczył, że nie będzie już dawał atencji Marianowi Ziółkowskiemu. Powód? Starszy zawodnik w swoim oświadczeniu poruszył temat osoby bliskiej Włodarczykowi, która niedawno odeszła. „W tym filmie, w tym swoim oświadczeniu porusza tematy osoby mi bliskiej, osoby, z którą spędziłem całe dzieciństwo i która odeszła ostatnio” – powiedział. Padła deklaracja, która nie pozostawia miejsca na pojednanie. „Nie podam nigdy ręki. Nie będzie nigdy zgody” – zapowiedział. Ocenę rywala podsumował bez ogródek: „Dla mnie jest po prostu skończony jako człowiek i jako zawodnik. I tyle”.
Sam Ziółkowski wcześniej odniósł się do wywiadu, jaki Włodarczyk udzielił po swojej ostatniej walce, zarzucając mu, że przejście między emocjami było zbyt gładkie. „Wydaje mi się, że zbyt płynnie przeszedł z rozpaczy po stracie kolegi do załatwiania spraw biznesowych” – ocenił. Posunął się nawet do porównania stylu wypowiedzi rywala do tekstu generowanego maszynowo: „Tu najpierw ostre łzy, a nagle teksty takie, jakby wygenerował mu ChatGPT” – stwierdził. Zwrócił też uwagę na to, jak Włodarczyk sam postrzega własną karierę. „Sam Igor w wywiadzie mówi o sobie, że jest produktem, że wie, jak budować swoją karierę” – zauważył.
Doświadczenie kontra młodość
Różnica w dorobku obu zawodników jest spora. Ziółkowski ma na koncie bilans 26 wygranych, 12 porażek i 1 remis, choć ostatnie lata nie były dla niego łaskawe – w pięciu ostatnich pojedynkach wygrał tylko jeden. Jego najświeższy sukces to nokaut w drugiej rundzie, gdy w maju 2026 roku rozbił ciosami Aymarda Guiha. Wcześniej przegrywał dwukrotnie z Wilsonem Varelą, a także z Salahdine’em Parnasse’em i Marcinem Heldem. Na koncie ma jednak zwycięstwa nad takimi zawodnikami jak Roman Szymański, Maciej Kazieczka, Borys Mańkowski czy Sebastian Rajewski, a w latach 2020–2022 dzierżył pas mistrza KSW w wadze lekkiej.
Włodarczyk jest od niego młodszy o 13 lat, ma dopiero 23 lata, a jego bilans to czyste konto: 4 wygrane, 0 porażek. Zawodowy debiut zaliczył w kwietniu 2025 roku na gali STRIFE 13, gdzie niejednogłośną decyzją sędziów pokonał Kacpra Cholewę. Od tego momentu nie przegrał już na galach KSW, ogrywając kolejno Dominika Gabnera, Artura Krawczyka i Welissona Paivę.
26 sekund – tyle zajęło Joshui Vanowi zdobycie pasa mistrzowskiego wagi muszej UFC w grudniu 2025 roku: Alexandre Pantoja poddał się po upadku, zanim walka w ogóle się rozkręciła. Teraz przyszła pora na trzecią obronę tytułu, a UFC już potwierdziło, że właśnie to starcie zwieńczy galę UFC 336.
Gala odbędzie się 30 stycznia 2027 roku w Scotiabank Arena w Toronto. Naprzeciw broniącego pasa Vana stanie Manel Kape, Angolczyk zajmujący obecnie 2. miejsce w rankingu kategorii muszej UFC.
25-letni Van wchodzi w to starcie w fenomenalnej formie. Jego zawodowy bilans to 18 wygranych i tylko 2 porażki, a licznik zwycięstw z rzędu zatrzymał się na ósemce. We wrześniu, w walce wieczoru UFC 331, pokonał Pantoję po raz drugi – tym razem jednogłośną decyzją sędziów, broniąc pasa zdobytego kilka miesięcy wcześniej. Brazylijczyk Pantoja okazał się więc dla Vana przeciwnikiem, z którym Amerykanin rozprawił się dwukrotnie.
Van zadebiutował w UFC w czerwcu 2023 roku. Od tamtej pory stoczył 12 pojedynków i wygrał 11 z nich. Na jego koncie są zwycięstwa nad Brandonem Royvalem, Tatsuro Tairą i Cody’em Durdenem. A to, co najbardziej wyróżnia jego styl, to skuteczność w finiszowaniu – aż 11 z 18 zwycięstw w karierze zdobył, kończąc rywali przed czasem.
Kape szuka pierwszego mistrzowskiego pasa
Manel Kape przyjeżdża do Toronto z bilansem 23 wygranych i 7 porażek, a za nim seria czterech nokautów w czterech ostatnich walkach. W czerwcu pokonał w trzeciej rundzie Kyojiego Horiguchiego, a za trzy ostatnie zwycięstwa dostał od UFC bonusy. Z dziewięciu ostatnich pojedynków wygrał osiem.
Angolczyk rywalizuje w UFC od 2021 roku i w tym czasie pokonał m.in. Kai Asakurę, Brandona Royvala oraz Ode Osbourne’a. Podobnie jak Van, jest finisherem – 20 z jego 23 zwycięstw w karierze zakończyło się przed czasem.
Dla Vana to kolejny test przeciwnika uderzającego z mocą. Dla Kape – szansa na pierwszy pas mistrzowski w karierze, do którego pretenduje jako numer 2 w rankingu wagi muszej.
27 i 28 października cała polska załoga spotka się na wspólnym zgrupowaniu w Sopocie. To jeden z ostatnich przystanków przed wyprawą, która dla polskiego żeglarstwa ma wymiar historyczny – w grudniu SSL Team Poland popłynie do Rio de Janeiro na turniej finałowy SSL Gold Cup, rozgrywki powszechnie nazywane Żeglarskim Mundialem.
To będzie dla Polaków drugi start w historii tych zawodów. Pierwszy odbył się w 2023 roku w hiszpańskim Las Palmas na Gran Canarii i zakończył się bez awansu – polska załoga zajęła czwarte miejsce w swojej grupie w 1/8 finału i wypadła z turnieju. Tym razem przygotowania wyglądają inaczej.
Po porażce w Las Palmas zespół przeorganizował skład, zbudował nowy system zarządzania i opracował własny playbook taktyczny. Nawiązano też współpracę z trenerami i meteorologami, którzy znają akwen w Rio jeszcze z igrzysk olimpijskich w 2016 roku. Na razie cykl szkoleniowy obejmował zgrupowanie w szwajcarskim Grandson oraz treningi na Zatoce Gdańskiej. W połowie listopada ekipa przeniesie się na dalsze przygotowania do włoskiego Triestu.
Liderem załogi SSL Team Poland jest Mateusz Kusznierewicz, mistrz olimpijski. „Jesteśmy sportowcami z krwi i kości, którzy na co dzień ścigają się na najwyższym światowym poziomie, dlatego wynik jest dla nas niezwykle ważny. Pierwszy start w SSL Gold Cup był dla nas bardzo wartościową lekcją. Wyciągnęliśmy z niej wnioski i opracowaliśmy plan przygotowań na nowo. Pojedziemy do Rio z chłodną głową, gorącym sercem i ogromnym apetytem na sukces” – powiedział Kusznierewicz.
Jak wygląda formuła turnieju
SSL Gold Cup rozgrywany jest w systemie grupowym, po którym następuje faza pucharowa – przegrana oznacza koniec turnieju. Wszystkie zespoły ścigają się na identycznych jachtach klasy SSL47, a organizator gwarantuje każdej reprezentacji dokładnie taki sam sprzęt. Sprzęt więc nie gra roli – liczą się tylko umiejętności załogi.
Zgodnie z zasadami turnieju dotyczącymi parytetów płci Polskę reprezentować będzie dziesięcioosobowa załoga mieszana – dwie kobiety i ośmiu mężczyzn na pokładzie. SSL Team Poland jest rozstawiony w drabince dzięki wysokiej pozycji w globalnym rankingu Star Sailors League oraz medalowemu dorobkowi zawodników z ostatnich dwóch lat. W praktyce oznacza to, że Polacy ominą wczesne eliminacje i zaczną rywalizację od razu w fazie 1/8 finału. Starty Biało-Czerwonych na tym etapie zaplanowano na 2-5 grudnia.
Na grudniowych regatach w Rio projekt się nie skończy. Reprezentacja planuje regularnie startować na różnych typach jachtów w prestiżowych regatach na świecie, budując formę z myślą o kolejnym Żeglarskim Mundialu w 2030 roku. Kibice w Polsce nie będą musieli szukać drogiego dostępu do transmisji – wszystkie wyścigi polskiej załogi w Rio będzie można oglądać na żywo w bezpłatnych transmisjach internetowych.
Losowanie grup wyznaczyło drogę reprezentacji Polski do mistrzostw świata 2027 – w grupie E Polki zagrają z Niemcami, Słowenią i Kubą. Jako piąty zespół rankingu FIVB nasze siatkarki trafiły do grona najwyżej rozstawionych drużyn turnieju, dzięki czemu mogły liczyć na względnie wygodny los.
Z Niemkami i Słowenkami Polki mierzyły się już podczas ostatnich mistrzostw Europy. Wygrały obie konfrontacje 3:0. To historia, która daje kibicom powody do optymizmu przed startem mundialu – choć w siatkówce żaden wynik z przeszłości nie gwarantuje powtórki.
Mistrzostwa świata 2027 potrwają od 20 sierpnia do 5 września, a w turnieju zagra 32 uczestników podzielonych na osiem grup. Do fazy pucharowej – 1/8 finału – awansują po dwa najlepsze zespoły z każdej grupy. Polki, by pójść dalej, muszą więc skończyć rywalizację w grupie E w najlepszej dwójce.
Gospodarzami imprezy będą pięć miast po obu stronach granicy USA i Kanady: Orlando, Omaha i Anaheim w Stanach Zjednoczonych oraz Montreal i Quebec City w Kanadzie. Turniej ma też wymiar olimpijski – to kolejny etap kwalifikacji do igrzysk w Los Angeles w 2028 roku.
Rosja wraca, ale nie wszędzie
Nad całym turniejem unosi się jednak temat, który od tygodni dzieli środowisko siatkarskie. Kilka tygodni temu FIVB zdecydowała o przywróceniu Rosji do rozgrywek międzynarodowych od przyszłego roku. Polska, jako jeden z organizatorów męskiego mundialu, otwarcie sprzeciwiła się tej decyzji – i ostatecznie Rosjanie nie zagrają w męskich mistrzostwach świata.
Inaczej wygląda sytuacja w rozgrywkach kobiet. Współorganizatorzy kobiecego mundialu nie zgłosili protestu wobec udziału rosyjskiej reprezentacji, więc Rosjanki formalnie wracają na międzynarodową scenę po ponad trzech latach izolacji – nie występowały w dużych imprezach od lutego 2022 roku, czyli od wybuchu wojny w Ukrainie. Ich mecze na MŚ 2027 mają się odbywać wyłącznie w Stanach Zjednoczonych, co teoretycznie oddala scenariusz bezpośredniego spotkania z Polską na etapie grupowym, choć nie wyklucza go w fazie pucharowej.
Tytuł z poprzedniego mundialu, rozegranego w 2025 roku w Tajlandii, obroniły Włoszki. Polki zakończyły tamten turniej na siódmym miejscu, a z dalszej rywalizacji wyeliminowała je w ćwierćfinale ekipa, która później sięgnęła po złoto. Ta porażka z późniejszym mistrzem będzie teraz punktem odniesienia dla sztabu szkoleniowego, który przygotowuje reprezentację na starcie z Niemcami, Słowenią i Kubą w nowym cyklu.
Zanim zdążył formalnie przywitać się z zawodnikami, Marcin Matkowski musiał odpowiedzieć na pytanie, które od miesięcy wisi nad polskim tenisem. Co z Hubertem Hurkaczem? Nowy kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Davisa nie unikał tego tematu. Przypomniał, że to on i Hurkacz grali razem w kadrze w 2017 i 2018 roku, a dziś łączą ich koleżeńskie relacje.
Sprawę łatwo nazwać, trudniej rozwiązać. Najważniejszym zadaniem Matkowskiego będzie powrót reprezentacji do Grupy Światowej Pucharu Davisa. Sam przyznaje jednak, że uda się to tylko wtedy, gdy do gry w kadrze wróci Hurkacz – najlepszy polski tenisista. A ten w kadrze nie zagrał od 2024 roku; swoją ostatnią nieobecność w Brisbane tłumaczył trudnościami logistycznymi i chęcią skupienia się na powrocie do dobrej formy po kontuzji.
Matkowski ma to na uwadze. Zaznacza, że poza tym sezonem Hurkacz regularnie grał w kadrze i był jej liderem, a tym razem zabrakło go z konkretnego powodu – trudniejszego sezonu związanego z powrotem po urazie.
Wierzę, że uda nam się osiągnąć cel, czyli wrócić do finału Grupy Światowej
Nominacja nie spadła z nieba bez konsultacji. Jak przekazał Matkowski, władze Polskiego Związku Tenisowego konsultowały jego kandydaturę z zawodnikami i wszyscy mieli być zadowoleni z tego wyboru. Mimo to nowy kapitan przyznaje, że przed oficjalną nominacją nie miał jeszcze okazji porozmawiać z kadrowiczami. To ma się szybko zmienić – zamierza spotkać się z Hurkaczem osobiście albo zadzwonić do niego, by omówić plany na nadchodzący sezon.
Trzy punkty planu i wizyty na turniejach
Priorytety Matkowski już sobie poukładał. Pierwszy to atmosfera – chce, by zawodnicy chcieli przyjeżdżać na mecze Pucharu Davisa i dobrze wspominali ten czas. Drugi to logistyka: odciążenie zawodników w organizacji wszystkiego, co dzieje się wokół turniejów. Trzeci dotyczy samej gry – merytorycznych podpowiedzi w trakcie meczów.
Działaczom zapowiedział coś więcej niż bierne czekanie w hotelu kadry. Wybierze się na kilka turniejów indywidualnych zawodników, by lepiej ich poznać i spróbować pomóc. W gronie kadrowiczów, którym może się to przydać, jest m.in. Kamil Majchrzak.
Swoją rolę określa bez owijania w bawełnę.
Chcę być aktywnym kapitanem i pomagać zawodnikom w ich karierach
Czy to wystarczy, by przekonać Hurkacza do powrotu? Odpowiedź przyniesie dopiero rozmowa, którą Matkowski wciąż planuje. Na razie wiadomo tylko jedno: bez najlepszego polskiego tenisisty powrót do elity Pucharu Davisa pozostanie teoretyczny.
Dzień po dziesięciokilometrowym treningu Tomasz Adamek siada do rozmowy i nie zostawia miejsca na domysły. Były mistrz świata w boksie zawodowym mówi wprost: najbliższa walka będzie jego ostatnią. „Mogę wszystkich zapewnić, że to będzie moje ostatnie wyjście do ringu” – deklaruje „Góral”.
1 grudnia Adamek skończy 50 lat. Przypomina o tym bez cienia emocji, jakby odliczał dni na co dzień. Karierę w sportach walki zamierza zamknąć na początku przyszłego roku. Formalności po stronie polskiej prowadzi Mateusz Borek, a sam bokser czeka teraz na dopięcie szczegółów kontraktu z organizacją Fame, w ramach którego ma zagwarantowaną jedną walkę.
Adamek sam dzieli swoją karierę na dwie epoki. „Poważne boksowanie” skończyło się dla niego w 2018 roku w Chicago, gdzie przegrał z Jarrelem Millerem. Stawka tamtej walki była wyjątkowa – wygrana oznaczałaby pojedynek z Anthonym Joshuą. Wszystko, co przyszło później – występy w KSW i Fame – „Góral” nazywa po imieniu: to zabawa, nie sport wyczynowy.
Mimo wieku Adamek przekonuje, że forma wciąż trzyma. Ma 50 lat i waży 98 kilogramów, jak sam podsumowuje bez owijania w bawełnę. Wczorajsze dziesięć kilometrów miały być właśnie tego dowodem.
Sparing z prezydentem przed ostatnią walką
Najbardziej nietypowym punktem planu jest zapowiedź sparingu z prezydentem Karolem Nawrockim. Jak twierdzi Adamek, ma on się odbyć jeszcze przed jego pożegnalną walką, o ile wszystkie ustalenia zostaną domknięte. Bokser i prezydent mieli się niedawno spotkać i wymienić numerami telefonów. Adamek przypomina też, że Nawrocki pokazał swoje umiejętności bokserskie na pokazowych tarczach z Mannym Pacquiao.
Spekulacje, które krążyły wokół ewentualnego starcia z Krzysztofem Włodarczykiem – tym razem w klatce MMA – Adamek ucina jednoznacznie. „Nie. No gdzie? Przecież ja się z Krzyśkiem znam z 30 lat. To jest mój kolega” – mówi, przywołując trzydziestoletnią znajomość z rywalem z przeszłości.
„Nie. No gdzie? Przecież ja się z Krzyśkiem znam z 30 lat. To jest mój kolega”
W tle tej historii pojawia się nazwisko Marcina Sianosa – zawodnika MMA walczącego w różnych formułach, określanego jako „potężny chłop” o wadze blisko 130 kilogramów. To właśnie jego, po wygranej z nim, Włodarczyk zaproponował sam jako przeciwnika.
Rozmowa o planach Adamka zbiegła się też z odległym skojarzeniem politycznym. Przypomniano, że w wyborach prezydenckich w Brazylii Lula da Silva pokonał Jaira Bolsonaro – fakt, który w narracji wokół „Górala” pojawia się jako osobny, poboczny wątek dnia.
19 grudnia, San Francisco. Zgodnie z wstępnymi ustaleniami właśnie tam i wtedy Devin Haney ma stanąć w ringu z Liamem Paro w walce o unifikację tytułów wagi półśredniej.
Haney, Amerykanin, broni limitu 61,2 kilograma jako mistrz WBO. Jego bilans mówi sam za siebie: 33 wygrane, 0 porażek i 19 zwycięstw przed czasem. To nie będzie jego pierwsza unifikacja – wszystkie pasy w wadze lekkiej skompletował wcześniej, a decydujący krok w tamtej kampanii wykonał w starciu z Wasylem Łomaczenką.
Po drugiej stronie ringu stanie Liam Paro, obecny posiadacz pasa IBF w tej samej kategorii. Australijczyk ma na koncie 28 wygranych i tylko jedną porażkę, w tym 16 nokautów.
Nowa umowa i zmiana planów
Droga do grudniowej gali otworzyła się, gdy Haney podpisał nową umowę z platformą DAZN. Wcześniej Amerykanin zrezygnował z walki ze Shakurem Stevensonem i obrał inny kierunek kariery. Cel teraz jest jeden: skompletować brakujące pasy WBC, WBA i IBF w wadze półśredniej i powtórzyć to, co już udało się w kategorii lekkiej.
Pojedynek z Paro byłby pierwszym krokiem w tej misji. Jeśli ustalenia co do 19 grudnia i San Francisco się potwierdzą, boks dostanie jeszcze w tym roku kolejną walkę o bezdyskusyjne mistrzostwo.
Sofia, wrzesień, ćwierćfinał wagi 70 kg. Gabriele Guidi Rotan przegrywa 2:3 z Irlandczykiem Jonem McConnellem. I właśnie po tych Mistrzostwach Europy, na których Guidi Rotan walczył o medal, włoska kadra znów trafia do Krakowa – w listopadzie, na gali Suzuki Boxing Night 43, zmierzy się tam z reprezentacją Polski. Taką informację potwierdził trener Kamil Goiński, asystent Tomasza Dylaka.
Dla Włochów mistrzostwa w Sofii były nierówne. Guidi Rotan odpadł tuż przed medalem, choć rundę wcześniej sam pokonał Damiana Durkacza 4:1 – to był jedyny Polak na drodze włoskiego pięściarza. W wadze 85 kg podobnie zatrzymał się Marvin Ghilarducci, przegrywając w ćwierćfinale 2:3 z Chorwatem Antonio Grabiciem.
Polacy w Sofii pojechali solidnie, choć bez medali. Do najlepszej ósemki turnieju awansowali: Nikolas Pawlik w wadze 55 kg, Paweł Brach w 60 kg, Bartłomiej Rośkowicz w 65 kg, Mateusz Urban w 75 kg oraz Michał Pierzchała w 80 kg. Właśnie ci zawodnicy, razem z bohaterami ostatnich krakowskich gal, mogą stanowić trzon kadry na listopadowe starcie z Włochami.
Kraków jako stała scena amatorskiego boksu
Listopad w Krakowie to już niemal tradycja. Poprzednia gala, Suzuki Boxing Night 38, odbyła się 15 listopada 2025 roku – Polska wygrała tam z Azerbejdżanem 12:6. Najwięcej emocji wzbudziła kategoria do 90 kg, gdzie Alexey Sevostyanov niejednogłośnie pokonał na punkty Alfonso Lorena Berto, medalistę Igrzysk Olimpijskich i Mistrzostw Świata. Punkty dla Polski dodawali też Michał Akoto-Ampaw w 60 kg, Tymur Tseben w 70 kg, Łukasz Zyguła w 75 kg i Wiktor Skiba w 85 kg, a całość zamknęło zwycięstwo Jakuba Domurada w kategorii +90 kg.
Rok wcześniej, w 2024 roku, Suzuki Boxing Night 31 w krakowskiej hali „Suche Stawy” zapamiętano jako wieczór pełnej dominacji Polek – reprezentantki rozbiły Hiszpanki 16:0. Wygrały dosłownie wszystkie: Wioletta Ptak w 50 kg, Angelika Krysztoforska w 52 kg, Aneta Rygielska w 63 kg, Natalia Niewiadomska w 48 kg, Patrycja Cieślik w 50 kg, Sandra Drabik w 60 kg i Emilia Koterska w 75 kg.
Wśród nich wybijała się wtedy debiutantka w seniorskiej kadrze narodowej – Kinga Krówka, zwyciężczyni w wadze 66 kg. Dziś, kilkanaście miesięcy później, jest już brązową medalistką Mistrzostw Europy i ćwierćfinalistką Mistrzostw Świata. Lepszego przykładu na to, jak krakowskie gale bywają punktem wyjścia do europejskiej czołówki, trudno szukać – i właśnie dlatego listopadowy mecz z Włochami będzie obserwowany nie tylko pod kątem wyniku, ale i tego, kto z młodych zawodników pójdzie podobną drogą.