⚡ Aktualnie:
Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku

Stan Wawrinka zakończył karierę tenisową. 41-letni Szwajcar przegrał we wtorkową noc 5:7, 6:7(2) z Jirim Lehecką w I rundzie turnieju ATP 500 w Bazylei, a po tym meczu przeszedł na sportową emeryturę.

Oficjalna ceremonia pożegnania i uhonorowania Wawrinki odbyła się w poniedziałek, a wśród gości byli m.in. Novak Djoković i Martina Hingis. Nieprzypadkowo swój ostatni mecz Szwajcar rozegrał właśnie w ojczyźnie – do turnieju w Bazylei dostał dziką kartę.

Na koniec kariery trafił na Jiriego Lehecką, notowanego na 21. miejscu w rankingu ATP. Mecz trwał blisko dwie godziny. W pierwszym secie Czech, będąc pod presją przy stanie 4:5, zdobył z rzędu trzy gemy i zamknął partię na swoją korzyść. W drugiej odsłonie nikomu nie udało się przełamać rywala, więc o zwycięstwie zadecydował tie-break.

Tam Lehecka szybko odskoczył na 6-2, mając już cztery piłki meczowe. W tej kluczowej chwili zawiodło Wawrinkę jego najsilniejsze uderzenie – bekhend.

Bilans wielkiej kariery

Przez 25 sezonów gry na zawodowych kortach Wawrinka rozegrał 985 oficjalnych meczów, z czego 590 wygrał. To trzykrotny mistrz wielkoszlemowy i zwycięzca 16 turniejów głównego cyklu ATP. Na jego koncie jest też triumf w Pucharze Davisa z reprezentacją Szwajcarii oraz złoto olimpijskie w deblu, zdobyte w parze z Rogerem Federerem. Najwyżej w rankingu ATP sięgnął trzeciego miejsca.

Arthur Fils miał pierwotnie zagrać w I rundzie turnieju ATP Swiss Indoors Basel z Hubertem Hurkaczem. Do tego starcia jednak nie doszło – kilka gwiazd wycofało się ze startu w Bazylei, co wymusiło przebudowę drabinki. Hurkacz ostatecznie zmierzył się we wtorek z Belgiem Zizou Bergsem i wygrał 3:6, 6:3, 6:4.

Fils, rozstawiony w turnieju z numerem 2, trafił na zupełnie innego przeciwnika. Francuz zagrał w I rundzie ze swoim rodakiem Giovannim Mpetshim Perricardem – również Francuzem i tenisistą znanym ze świetnego serwisu. Mecz trwał godzinę i 45 minut.

Mpetshi Perricard posłał w nim aż 21 asów serwisowych. Mimo tej imponującej liczby nie wygrał jednak ani jednego seta. W pierwszej partii Fils zmarnował po trzy setbole w dziesiątym i dwunastym gemie, a w końcu wykorzystał ósmą okazję – już w tie-breaku. W drugim secie o losach spotkania zdecydowało przełamanie Filsa przy wyniku 5:5. Francuz zamknął mecz przy pierwszym meczbolu, triumfując 7:6(5), 7:5.

To było pierwsze zwycięstwo Filsa nad Mpetshim Perricardem w głównym cyklu ATP – wcześniej przegrywał z nim na poziomie ITF World Tennis Tour oraz ATP Challenger Tour. W II rundzie w Bazylei czeka go kolejny test – Amerykanin Alex Michelsen.

Michelsen odwrócił losy meczu, Jodar i Kym z awansem

Michelsen przegrywał w trzecim secie z Holendrem Boticem van de Zandschulpem 1:3, ale zdołał odwrócić losy spotkania. Ostatecznie wygrał 5:7, 6:3, 6:3 po dwóch godzinach i 39 minutach, rewanżując się za porażkę poniesioną od Holendra parę tygodni wcześniej w Szanghaju.

Rozstawiony z numerem 3 Hiszpan Rafael Jodar – opisywany jako młody tenisista – zaliczył trzy przełamania w meczu z Chilijczykiem Alejandro Tabilo i wygrał 6:4, 6:2 w godzinę i 25 minut. W czwartek zmierzy się z Monakijczykiem Valentinem Vacherotem.

Gospodarzy ucieszył występ Jerome’a Kyma, który otrzymał dziką kartę do turnieju. Szwajcar pokonał Francuza Arthura Rinderknecha 7:6(1), 6:4 po godzinie i 41 minutach. W kolejnej rundzie zagra z najwyżej rozstawionym w Bazylei Amerykaninem Benem Sheltonem albo ze szczęśliwym przegranym z eliminacji Aleksandarem Kovacevićem.

Zmagania w głównej drabince Swiss Indoors Basel 2026 potrwają do 1 listopada. Zwycięzca turnieju singla zarobi 483,3 tys. euro i zbierze 500 punktów rankingowych.

Iwo Baraniewski i Damian Piwowarczyk rywalizują w tej samej kategorii wagowej w UFC – wadze półciężkiej. Piwowarczyk dołączył do amerykańskiej organizacji w tym roku, a to wystarczyło, by fani zaczęli zadawać jedno pytanie: czy ci dwaj Polacy mogliby kiedyś stanąć w jednej klatce?

Odpowiedzi nie trzeba było długo szukać – padła z ust samego Baraniewskiego. W najnowszym wideo blogu zawodnik został zapytany przez jednego z fanów, czy wziąłby takie starcie. Odpowiedź nie pozostawiała miejsca na wątpliwości: nie wziąłby walki z Piwowarczykiem.

„Nie wziąłbym, bo nie chciałbym się bić, jeszcze w UFC, gdzie jest nas trzech w wadze, więc bez sensu, żebyśmy się od razu wybijali”.

Powód jest prosty. W wadze półciężkiej UFC rywalizuje obecnie trzech Polaków, a wzajemne starcia między nimi na wczesnym etapie kariery Baraniewski uznał za bezsensowne. Wolałby, żeby każdy z nich najpierw budował pozycję w rankingach, niż eliminował rodaka z drogi na szczyt.

Jedyny scenariusz: pas na szali

Całkowicie takiej walki jednak nie wykluczył. Zgodziłby się na starcie z Piwowarczykiem tylko wtedy, gdyby na szali leżał pas mistrzowski. Sensowna byłaby dla niego tylko jedna sytuacja: jeden z nich zdobywa tytuł, a drugi wcześniej przechodzi przez wszystkich innych rywali na swojej drodze.

„Jedyna opcja, co mówiłem już wcześniej z Jankiem, że któryś z nas miałby pas, drugi by przeszedł wszystkich i byśmy się wtedy musieli bić, to byśmy się bili, ale tak po drodze to bez sensu”.

Na koncie Baraniewski ma cztery walki w klatce UFC, z których wygrał trzy. Do organizacji trafił przez program Contender Series – tą samą drogą przeszedł też Piwowarczyk.

Alexander Volkanovski obronił pas mistrzowski wagi piórkowej UFC, pokonując niepokonanego dotąd Movsara Evloeva. Do walki doszło na gali UFC 333, rozegranej 24 października.

Po pojedynku Volkanovski znów powtórzył, że najbardziej zależy mu na starciu z Justinem Gaethje o pas mistrzowski kategorii lekkiej. Na lotnisku, podczas rozmowy z mediami, padło jednak pytanie o inny scenariusz, na który czeka wielu fanów – rewanż z Ilią Topurią.

Australijczyk takiej opcji nie wykluczył. Postawił jednak jeden warunek.

Gdyby w takiej walce stawką był tytuł w wadze lekkiej, byłoby wspaniale, bo mógłbym przy okazji się zrewanżować.

Sam zawodnik zdaje sobie sprawę, że szansa na odebranie Topurii statusu niepokonanego już go minęła – tego wyczynu dokonał kto inny.

Justin Gaethje popsuł już mu nieskazitelny rekord, więc nie mogę powiedzieć, że mam szansę być tym, który pozbawi go zera w bilansie porażek.

To jednak nie oznacza, że mistrz kategorii piórkowej stracił apetyt na rewanż.

Mimo to, możliwość zrewanżowania się byłaby czymś wspaniałym.

Historia rywalizacji z Topurią

Ci dwaj zawodnicy mają już za sobą jedno starcie – doszło do niego w 2024 roku. Volkanovski przegrał tę walkę przez nokaut, a Topuria odebrał mu wówczas tytuł mistrzowski kategorii piórkowej.

Hiszpan obronił zdobyty pas, po czym zmienił kategorię wagową i sięgnął po tytuł mistrzowski w wadze lekkiej. Długo się nim jednak nie nacieszył – w czerwcu stracił go w walce z Justinem Gaethje.

I właśnie Gaethje stoi teraz na drodze Volkanovskiego do ewentualnego rewanżu z Topurią – Australijczyk najpierw chce zmierzyć się z Amerykaninem o pas wagi lekkiej, a dopiero potem myśleć o kolejnym kroku.

Alex Pereira zapowiedział, że jeśli przegra kolejną walkę w wadze ciężkiej, wróci do niższej kategorii wagowej. Najpewniej oznaczałoby to powrót Brazylijczyka do półciężkiej, gdzie limit wagowy wynosi 205 funtów. Tych słów nie przełknął jego były rywal, Israel Adesanya – skrytykował taką deklarację bez ogródek.

Pereira wraca do klatki UFC 12 grudnia w Las Vegas, na gali UFC 335. Czeka go tam Sergei Pavlovich. To będzie jego druga próba w wadze ciężkiej po nieudanym debiucie – w czerwcu, na gali przed Białym Domem, Brazylijczyk został rozbity przez Ciryla Gane’a.

Do zapowiedzi Pereiry Adesanya odniósł się w programie Precision with Mighty & Izzy. Reakcji nie trzeba było się domyślać – była jednoznaczna.

„Dla mnie to nie ma sensu. Widziałem nagranie, w którym Pereira mówi, że jeśli przegra z Pavlovichem, wróci do kategorii 205 funtów. Nie podoba mi się to. Nie podoba mi się, że w ogóle o tym wspomina. Bo co to, do cholery, znaczy: „jeśli przegram”? Nie rozumiem, po co w ogóle bierze tę walkę.”

Problem, jak widzi go Adesanya, nie dotyczy samego planu B. Rzecz w tym, że Pereira dopuszcza myśl o porażce jeszcze przed wejściem do klatki. Były mistrz wagi średniej i półciężkiej, który oba te światy przeszedł na własnej skórze, nie kryje, że podejście rodaka z MMA go zdumiewa.

Na razie jednak Pereira ma głowę zajętą Pavlovichem. Czy ostatecznie wróci do 205 funtów, okaże się dopiero po walce 12 grudnia w Las Vegas.

Liam Lawson startuje z 9. pozycji i nie oddaje jej nikomu od pierwszego okrążenia. Tak wygląda wyścig Racing Bulls w USA – zespół kończy go z pozycją lidera w walce o czoło środka stawki.

Nowozelandczyk trzyma tempo przez cały dystans i finiszuje tam, gdzie wystartował, czyli na 9. miejscu. U Arvida Lindblada niedziela wygląda zupełnie inaczej. Szwed dostaje karę przesunięcia na starcie za wymianę jednostki spalinowej, a na dodatek lekko uszkadza bolid już na pierwszych metrach. Mimo to odrabia dwa miejsca i dojeżdża do mety na 12. pozycji.

Lawson: „Wyjeżdżamy stąd z punktami”

Po wyścigu Lawson nie skrywa zadowolenia. „To był naprawdę udany weekend. Zespół wykonał świetną pracę, wprowadzając do bolidu nowe poprawki, dlatego bardzo się cieszę, że wyjeżdżamy stąd z punktami” – mówi kierowca. Dodaje, że już od piątku czuł się w aucie komfortowo, bo samochód jest obecnie w dobrej formie. Zaznacza jednak, że strata do czołówki wciąż jest wyraźna. „Nadal sporo tracimy do czołówki, ale fakt, że jesteśmy na czele środka stawki i możemy patrzeć przed siebie, należy uznać za pozytyw” – podsumowuje Lawson.

Lindblad ocenia swój wyścig dużo bardziej krytycznie. „Niestety, start nie był taki, jakiego oczekiwałem, i na pierwszym okrążeniu nie udało mi się awansować tak wysoko, jak chciałem” – przyznaje Szwed. Jak tłumaczy, pierwszy przejazd na miękkich oponach dał mu się we znaki, ale sytuacja poprawiła się po zmianie na ogumienie pośrednie. W tym wyścigu zespół postawił na strategię dwóch pit stopów.

Kluczowy moment walki o pozycję to starcie z Franco Colapinto. „Straciłem trochę czasu podczas walki z Franco, przez co musiałem mocno naciskać, żeby dogonić Pierre’a, ale ostatecznie nie udało mi się zmniejszyć dystansu” – relacjonuje Lindblad, mając na myśli pościg za Pierre’em Gasly. Stracony czas nie zmienia jego nastawienia – myśli już o kolejnej rundzie. „Nie mogę się doczekać powrotu na tor i rywalizacji w Meksyku w przyszłym tygodniu” – zapowiada Szwed.

W Singapurze i Austin na padoku Formuły 1 nie sposób było nie zauważyć grupy doświadczonych przedstawicieli Bridgestone. Prowadzili tam zakulisowe rozmowy dotyczące planowanego zaangażowania i możliwego powrotu japońskiego producenta do F1. Przypadek? Nie bardzo — jak ustalił portal racingnews365.com, Bridgestone ponownie pracuje nad ofertą obejmującą aspekty technologiczne, biznesowe i komercyjne, która ma otworzyć mu drogę do rywalizacji w królowej motorsportu.

Bridgestone po raz ostatni dostarczało opony zespołom F1 pod koniec 2010 roku. Od sezonu 2011 pałeczkę przejęło włoskie Pirelli z Mediolanu i do dziś pozostaje wyłącznym dostawcą ogumienia. Obecna umowa Pirelli, przedłużona w 2023 roku, obejmuje sezony 2025-2027, a w lipcu 2026 roku FIA uruchomiła opcję dodatkowego, rocznego przedłużenia. W praktyce oznacza to, że Pirelli zostanie dostawcą opon F1 co najmniej do końca sezonu 2028.

Człowiek, który może przesądzić o powrocie

Kluczową postacią w planach Bridgestone jest Hiroshi Imai, Japończyk, który dołączył do koncernu w 2025 roku i objął kierowanie strukturą motorsportową. To nie debiutant w tej branży — pracował w Bridgestone już w latach 1990-2008, po czym przeszedł do McLarena, gdzie pozostał do 2025 roku. W Woking przeszedł przez kilka ról: był głównym inżynierem wyścigowym, dyrektorem ds. osiągów zawieszenia i hamulców, a w ostatnich latach dyrektorem inżynierii wyścigowej. Jego odejście z McLarena uznano za istotną stratę dla zespołu. Według przedstawicieli padoku, z którymi rozmawiał racingnews365.com, jednym z powodów ponownego zatrudnienia Imai przez Bridgestone były właśnie ambicje związane z powrotem do F1. To właśnie on znalazł się w delegacji japońskiego producenta podczas rund w Singapurze i Austin.

Źródła portalu oceniają, że Bridgestone ma duże szanse na zdobycie kolejnego kontraktu w Formule 1. Firma nie jest obecnie bez doświadczenia w wyścigach kołowych — od sezonu 2026/2027 jest wyłącznym dostawcą opon w Formule E, w serii IndyCar działa poprzez markę Firestone, a rywalizuje też w Super GT i innych cyklach. Historia startów w F1 sięga lat 1997-2006, gdy Bridgestone konkurowało z Michelin, a od 2007 do końca 2010 roku było jedynym dostawcą ogumienia w mistrzostwach.

Sam proces wyboru dostawcy opon dla F1 odbywa się w ramach przetargu organizowanego przez FIA. Federacja ogłasza postępowanie i wskazuje zwycięzcę, następnie przedstawia propozycję F1, po czym strony negocjują warunki handlowe i biznesowe, finalizując umowę. Tym razem, jak wynika z informacji racingnews365.com, zainteresowanie przetargiem może być większe niż w poprzednich latach. Wśród potencjalnych kandydatów wymienia się koreański Hankook, którego apetyt na F1 jest znany od pewnego czasu, a nawet Michelin, choć francuski producent nie potwierdził swojego udziału. Samo Pirelli, mimo wieloletniej obecności w mistrzostwach, również może próbować przedłużyć współpracę po wygaśnięciu obecnego kontraktu.

Pieniądze w tej grze są nietrywialne. Pirelli płaci obecnie około 50-60 mln dolarów za sezon współpracy z F1, przy czym kwota ta obejmuje też dostarczanie ogumienia dla Formuły 2 i Formuły 3. Do tego dochodzą koszty produkcji, rozwoju ogumienia i logistyki, szacowane na 50 do nawet 90 mln dolarów — w sumie obecność w F1 kosztuje włoską firmę rocznie od 100 do 150 mln dolarów. Zainteresowanie takich marek jak Bridgestone i Hankook sprawia, że nowy kontrakt na dostawę opon powinien być wyższy niż obecny.

Druga runda. Mocny lewy cios na korpus – rywal osuwa się na matę, nie mając już siły kontynuować walki. Sędzia natychmiast rusza w stronę zawodników, chcąc jak najszybciej przerwać pojedynek i uchronić pokonanego przed kolejnymi uderzeniami. I właśnie w tym momencie dochodzi do zdarzenia, które odwróciło całą uwagę od samego zwycięstwa.

Scena rozegrała się podczas gali TFC 24: Breakthrough w Seulu. W pojedynku kategorii lekkiej naprzeciw siebie stanęli Kim Ji-yeong i Kim Jun-woo. Decydujący cios padł z rąk Ji-yeonga, co dało mu wygraną przez nokaut.

Problem zaczął się, gdy interweniujący arbiter, wbiegając do oktagonu, wpadł na nogę Ji-yeonga – jego kolano zostało przygniecione i wykręcone pod nienaturalnym kątem. Zamiast świętować triumf, zwycięzca zwinął się z bólu na macie. Do urazu doszło już po decydującym ciosie – w fazie, gdy walka była praktycznie rozstrzygnięta, a sędzia próbował ją formalnie zakończyć.

Diagnoza i reakcje

Zawodnika przewieziono do szpitala. Lekarze, jak podają media, zdiagnozowali zerwanie więzadła w kolanie. Na razie nie wiadomo, jak długo potrwa leczenie i kiedy Kim Ji-yeong wróci do treningów.

Nagranie całego zajścia szybko obiegło internet. Wygrana, która w ułamku sekundy zmienia się w scenę bólu z winy osoby mającej chronić zawodników – taki obraz nie mógł przejść bez echa i wywołał szeroką dyskusję na temat interwencji sędziowskich w MMA.

Kibice MMA odliczali dni do kolejnej obrony pasa Islama Makhacheva na początku 2027 roku. Nic z tego: mistrz wagi półśredniej nie stanie na gali UFC 336 w styczniu. UFC poszło inną drogą i ustanowiło w tej kategorii tymczasowy pas – o który zawalczą Carlos Prates i Michael Morales.

Makhachev sam wyjaśnił swoją decyzję w rozmowie z rosyjskim portalem pound4padel.ru, deklarując, że zmierzy się ze zwycięzcą starcia Prates-Morales. „Zaproponowano mi walkę z Pratesem, który niedawno przegrał z Ianem Machado Garrym, a ja pokonałem Garry’ego” – powiedział.

Logika Dagestańczyka

Rozumowanie mistrza jest proste: starcie z Pratesem i tak niczego by nie zamknęło, bo kolejny w kolejce byłby Morales. „Gdybym wygrał z Pratesem, Morales i tak byłby następny w kolejce” – zauważył. Jak dodał, Morales obecnie nie walczy i czeka właśnie na szansę zdobycia pasa.

Niech więc najpierw zmierzą się ze sobą, a my przekonamy się, kto naprawdę zasługuje na walkę o tytuł.

Do tego terminarz komplikuje ramadan – w 2027 roku potrwa od 7 lutego do 8 marca. Z powodu zaplanowanej walki o tymczasowy pas Makhachev może więc wrócić do oktagonu najwcześniej latem 2027 roku.

Makhachev, Rosjanin z Dagestanu, obecnie dzierży pas mistrzowski UFC w wadze półśredniej. Wcześniej sięgnął po mistrzowski pas w wadze lekkiej i wielokrotnie go bronił. Od czasu przejścia Khabiba Nurmagomedova na sportową emeryturę to on uchodzi za najlepszego przedstawiciela dagestańskiej szkoły MMA w organizacji.

Nie wiem czy podamy sobie kiedyś rękę. Trener Andrzej powiedział, że nie poda mi ręki, ale możemy pójść porozmawiać i może chociaż żółwika zbijemy. Ale wystarczy, że porozmawiamy i będzie ok” – mówi Mateusz Gamrot, czołowy zawodnik kategorii lekkiej w Polsce, pytany o relacje z człowiekiem, który uczynił go zawodnikiem.

Karierę Gamrot zaczynał w poznańskim klubie Ankos MMA, gdzie przez wiele lat trenował pod okiem Andrzeja Kościelskiego. To właśnie tam wyrósł na zawodnika, który później zdobył mistrzowskie pasy KSW, a po latach w polskiej organizacji otrzymał angaż w UFC. Droga do największej organizacji MMA na świecie zaczynała się więc w poznańskiej sali, nie w Las Vegas.

W 2017 roku Gamrot odszedł z Ankosu i przeniósł się na treningi do Czerwonego Smoka. Ta decyzja nie zapadła z dnia na dzień. Stały za nią narastające napięcia na linii zawodnik–trener oraz różnice w podejściu do treningów i funkcjonowania w klubie. I nie odchodził sam – razem z grupą zawodników, w tym Borysem Mańkowskim, szukał nowego miejsca do treningów, aż ostatecznie trafił do Czerwonego Smoka.

Andrzej Kościelski, dziś już były trener Gamrota, przyznał po latach, że między nim a zawodnikiem dochodziło do nieporozumień dotyczących m.in. dyscypliny podczas zajęć i respektowania jego metod szkoleniowych. W jednym z wywiadów zaznaczył wprost, że nie poda już ręki Mateuszowi Gamrotowi.

„Do trenera cały czas mam ogromny szacunek”

W rozmowie z Arturem Mazurem z kanału Klatka po Klatce Gamrot nie uciekał od tego tematu. Powiedział, że rozłam z trenerem pewnie go boli, że on sam również odczuwał tamtą sytuację bolesnie, ale postąpili tak, jak postąpili.

Pewnie boli trenera to, że doszło do tego rozłamu i myśmy odeszli. Jestem w stanie to zrozumieć. Mnie też bolała tamta sytuacja i wtedy chciałem, żeby było inaczej, ale postąpiliśmy jak postąpiliśmy. Ja do trenera cały czas mam ogromny szacunek.

Zapytany o przyszłość relacji z Kościelskim, zawodnik nie udawał, że wie więcej, niż wie w rzeczywistości. Żadnych deklaracji o pojednaniu – tylko ostrożna nadzieja na rozmowę i gest, który w jego ustach brzmi bardziej jak żart niż jak wyzwanie.

Nie wiem czy podamy sobie kiedyś rękę. Trener Andrzej powiedział, że nie poda mi ręki, ale możemy pójść porozmawiać i może chociaż żółwika zbijemy. Ale wystarczy, że porozmawiamy i będzie ok.

Historia Gamrota i Kościelskiego to opowieść o rozstaniu, które mimo lat wciąż nie zostało zamknięte do końca – mistrz KSW i zawodnik UFC po jednej stronie, trener, który go wychował, po drugiej.

Instalacja aplikacji
Pobierz