Toto Wolff rządzi w Mercedesie od 2013 roku, ale szykuje się do zmian. Austriak zamierza stopniowo wycofywać się z codziennej pracy przy torze. Na razie wciąż łączy dwie funkcje – szefa zespołu i dyrektora generalnego działu sportów motorowych Mercedesa – a plan sukcesji zdradził w podcaście „Cheeky Pint”.
„Nie jest dla mnie ważne, żeby pozostawić po sobie dziedzictwo. Ważne jest, aby zrobić to, co najlepsze dla rodziny i zespołu. To oznacza stworzenie takiej struktury, w której ekipa będzie mogła funkcjonować beze mnie” – powiedział Wolff.
Lista jego obowiązków jest ogromna. Nadzór techniczny, negocjacje handlowe, zarządzanie kierowcami – to wszystko dziś spada na jedną osobę. Sam Wolff uważa, że po jego odejściu te zadania trzeba będzie rozdzielić. „Uważam, że moja praca zostanie podzielona między dwie lub trzy osoby. Obecnie przyglądam się kandydatom i sądzę, że już teraz świetnie radzą sobie w różnych obszarach” – zdradził.
Precedens z 2023 roku
Mercedes już raz sprawdził w praktyce, jak funkcjonuje bez Wolffa na torze. Pod koniec 2023 roku Austriak wypadł z gry po operacji kolana i nie pojawił się na GP Japonii oraz GP Kataru. Jego obowiązki na ten czas przejęli dyrektor ds. komunikacji Bradley Lord oraz Jerome d’Ambrosio, szef programu rozwoju kierowców zespołu. Dziś ten układ wygląda inaczej – d’Ambrosio odszedł z Mercedesa do Ferrari, co dodatkowo komplikuje pytanie o ewentualną sukcesję.
Sprawę utrudnia jeszcze jedna okoliczność: Wolff to nie tylko menedżer, ale też współwłaściciel zespołu. Austriak ma w rękach 33 proc. udziałów w Mercedesie, a resztę dzielą między sobą firma Ineos oraz spółka-matka Mercedes-Benz z siedzibą w Stuttgarcie.
Sam Wolff przyznaje, że to komplikuje plany pełnego wycofania się. „Całkowite odcięcie się raczej nie będzie możliwe, jeśli nadal będę właścicielem. Funkcja prezesa wykonawczego albo niewykonawczego jest zatem możliwa, ale trzeba ją bardzo precyzyjnie określić. Nie można pozostawać na uboczu, a jednocześnie ingerować w codzienne funkcjonowanie zespołu” – zaznaczył.
Jedno Wolff deklaruje jasno: nie zamierza wtrącać się w decyzje nowego kierownictwa ani prowadzić zespołu z boku. „Trzeba dokładnie znać swoją rolę. Nie może ona polegać na krytykowaniu zespołu z zewnątrz i siedzeniu na trybunach z przekonaniem, że inni popełnili błąd. Nie można też bezpośrednio dzwonić do kierowców. Nie chodzi o ingerowanie w codzienną pracę i tak zamierzam funkcjonować w przyszłości” – podsumował.
Andrea Kimi Antonelli ma na koncie 365 punktów i prowadzi w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata F1 po Grand Prix USA w Austin, gdzie odniósł zwycięstwo. Tuż za nim, z dorobkiem 242 punktów, jedzie jego kolega z zespołu Mercedes, George Russell. Przepaść powstała w ciągu jednego sezonu – i to ona skłoniła byłego kierowcę IndyCar Jamesa Hinchcliffe’a do pytania o przyszłość Brytyjczyka w barwach zespołu z Brackley.
Sezon 2026 Russell zaczynał jako lider. Wygrał inauguracyjne GP Australii, a potem sprint w Chinach. Potem jednak coś się zmieniło – prowadzenie w mistrzostwach przejął Antonelli. To on, nie Russell, jest dziś najmłodszym kierowcą, który kiedykolwiek prowadził w klasyfikacji F1.
Włoch nie przypieczętował tytułu w Austin. Na kolejną szansę będzie musiał czekać do GP Meksyku, a jeśli z niej skorzysta, już w najbliższą niedzielę stanie się najmłodszym mistrzem świata F1 w historii, bijąc rekord Sebastiana Vettela o ponad trzy lata.
„Przynajmniej jeden procent myśli”
W podcaście „F1 Nation” Hinchcliffe zwrócił uwagę na szczególny status Antonellego w strukturze Mercedesa. „To bardzo wyjątkowa sytuacja, ponieważ Kimi został wybrany przez Toto i przechodził przez kolejne szczeble programu. Jest kierowcą stworzonym przez Mercedesa i przez Toto” – powiedział, odnosząc się do szefa zespołu Toto Wolffa.
Ten sam Wolff w 2019 roku umieścił Russella w Williams, a Brytyjczyk przez lata był częścią programu rozwojowego Mercedesa. W zespole długo zakładano, że to właśnie 28-letni Russell przejmie rolę, którą wcześniej pełnił Lewis Hamilton.
Hinchcliffe nie wierzy jednak, że jeden słabszy sezon na tle kolegi z zespołu wystarczy, by kierowca uznał się za skończonego. „Nikt nie spojrzy na jeden sezon, w którym kierowca przegrał z kolegą z zespołu, i nie pomyśli: 'Jest skończony. Ten drugi jest ode mnie lepszy’. Raczej uzna: 'W tym roku był lepszy ode mnie, ale mogę wrócić do dobrej formy. Nadal mogę uczynić ten zespół swoim'” – zaznaczył.
Przyznał jednak, że ten konkretny przypadek jest nietypowy. „Kiedy weźmie się pod uwagę wszystkie czynniki, sposób, w jaki tego dokonał, jego młody wiek i to, jak wcześnie osiągnął taki wynik w karierze, a także fakt, że był osobistym projektem Toto, to nawet jeśli nie jesteś takim kierowcą, przynajmniej jeden procent twoich myśli musiał rozważyć możliwość poszukania innego miejsca” – ocenił Hinchcliffe, mówiąc o Russellu.
Warto przypomnieć, że ostatni kontrakt Russella z Mercedesem był ogłoszony z opóźnieniem w ubiegłym roku. Podczas negocjacji Brytyjczyk chciał zabezpieczyć się na wypadek ewentualnego transferu Maxa Verstappena do zespołu. Jego menedżerowie w tym samym czasie – jak twierdzi Hinchcliffe – rozmawiali także z innymi zespołami w padoku. „Wiem, że jego menedżerowie przemieszczali się po padoku i rozmawiali z innymi osobami” – stwierdził kanadyjski komentator.
Na razie temat rozstania pozostaje spekulacją. Russell będzie jeździł dla Mercedesa także w przyszłym sezonie, choć kontrakty wielu kierowców w F1, w tym najpewniej jego, wygasają w perspektywie sezonu 2028. To, czy dominacja Antonellego potrwa dłużej niż jeden rok, może zdecydować o tym, jak długo Brytyjczyk pozostanie w zespole z Brackley.
Darren Cahill od dawna sygnalizował, że kiedyś powiesi trenerską słuchawkę na kołku, i wszystko wskazuje na to, że z Jannikiem Sinnerem rozstanie się po zakończeniu obecnych rozgrywek. 61-letni Australijczyk myślał o odejściu już wcześniej, ale dał się przekonać do jeszcze jednego sezonu. Z liderem rankingu ATP pracuje od 2022 roku — przez ten czas Sinner zdobył pięć tytułów wielkoszlemowych.
Na koncie Cahilla są już współprace z Lleytonem Hewittem, Andre Agassim i Simoną Halep — odpowiednio Australijczykiem, Amerykaninem i Rumunką. Jako możliwego następcę wymieniano wcześniej Juana Carlosa Ferrero, byłego trenera Carlosa Alcaraza. Jak donosi jednak „The Times”, wybór padł na kogoś zupełnie innego.
Szwed od Wawrinki
Sinnera ma poprowadzić 50-letni Magnus Norman, Szwed, który na razie zajmuje się karierą Stana Wawrinki. Jest w tym jedno „ale”: Szwajcar gra swój ostatni sezon, a pożegnalna trasa kończy się dla niego na turnieju ATP w Bazylei. We wtorek, w pierwszej rundzie, zmierzy się tam z Czechem Jirim Lehecką.
Norman to w tenisie nazwisko z wagą. Między 1995 a 2004 rokiem zdobył 12 tytułów, a w 2000 roku wspiął się na drugie miejsce rankingu ATP. U boku Sinnera ma pomóc Włochowi wrócić na szczyt i będzie współpracował w sztabie z Simone Vagnozzim, dotąd asystentem Cahilla.
Zmiana trenera trafia na niełatwy moment w karierze Sinnera. Od lipca 2026 roku, gdy triumfował w Wimbledonie, nie rozegrał już żadnego meczu — winna jest uporczywa kontuzja kolana, choć wcześniej zdążył jeszcze wygrać turniej ATP w Monte Carlo. Włoch mówił nawet, że z powodu zdrowia skończy sezon przed czasem. Jest jednak szansa, że na kort wróci jeszcze w 2026 roku — plany mówią o występie w pokazowym Six Kings Slam w Arabii Saudyjskiej, zaplanowanym na 27 grudnia.
Choć nie gra, 25-letni Sinner wciąż jest na szczycie klasyfikacji ATP — w poniedziałkowym rankingu zajmuje pierwsze miejsce. Czy nowy trener pomoże mu tę pozycję utrzymać? To pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi.
Damian Piwowarczyk zapewnił sobie kontrakt z UFC. Kiedy jednak przyszła oferta walki na gali w Katarze, odrzucił ją. Były zawodnik KSW wciąż dochodzi do siebie po urazie wyniesionym z ostatniego występu, i właśnie stan zdrowia zdecydował, że szansa na debiut pod szyldem amerykańskiej organizacji musiała poczekać.
Drogę do UFC Piwowarczyk otworzył sobie we wrześniu, występując w programie Dana White’s Contender Series. Naprzeciw stanął Emilio Quissua, zawodnik do tej pory niepokonany. Polak nie dał mu żadnych szans – sprawę zakończył już w pierwszej rundzie. Ten pokaz siły przekonał samego Danę White’a, który zaproponował Piwowarczykowi kontrakt z UFC. Za zwycięstwo trzeba było jednak zapłacić wysoką cenę: w trakcie walki z Quissuą Polak doznał kontuzji palca u stopy.
Po Contender Series Piwowarczyk odpuścił sobie regularne treningi na kilkanaście dni. Gdy organizacja zgłosiła się z propozycją walki na gali w Katarze, w roli przeciwnika wskazano Diyara Nurgozhaya, reprezentanta Kazachstanu, który miał już za sobą kilka występów pod szyldem amerykańskiego giganta. Kłopot tkwił w czasie – propozycja była typu short notice, z wyprzedzeniem jedynie czterech-pięciu tygodni.
„Propozycja walki była short notice gdzieś tam bodajże cztery, pięć tygodni”
Piwowarczyk nie krył, że kontuzja wciąż daje się odczuć. „Faktycznie złamałem palca u nich na walce i trochę mi to krzyżuje generalnie plany” – przyznał zawodnik. Decyzję o odrzuceniu oferty podjął w porozumieniu z trenerem. „To jeszcze tam w porozumieniu z trenerem no stwierdziliśmy, że trochę bez sensu będzie, głównie ze względów zdrowotnych” – wyjaśnił Polak w rozmowie, którą przeprowadził dla MyMMA Jarosław Świątek.
Kim jest Nurgozhay
Rywal, do starcia z którym w efekcie nie doszło, w momencie proponowanego pojedynku miał na koncie cztery walki w UFC. Do organizacji dostał się w 2024 roku po efektownym nokaucie Bartosza Szewczyka podczas Contender Series. Start na nowym poziomie nie był łatwy – Kazach przegrał swoje dwie pierwsze walki w UFC. Formę odbudował w 2026 roku, pokonując Rafaela Tobiasa oraz Bruno Lopesa.
Piwowarczyk wcześniej wskazywał początek 2027 roku jako realny termin powrotu do klatki. Odrzucona oferta z Kataru tego planu nie zmienia – przesuwa jedynie w czasie moment, w którym Polak zadebiutuje w najbardziej prestiżowej organizacji MMA na świecie.
Patryk Kaczmarczyk po raz drugi obroni pas mistrzowski KSW w kategorii piórkowej. Rywalem ma być Josef Stummer, reprezentant Czech – zawodnik, który do walki o tytuł dochodzi po czterech zwycięstwach z rzędu. O jego szansie mistrzowskiej przesądziło ostatnie starcie z Łukaszem Charzewskim, zawodnikiem wysoko notowanym w rankingu KSW. Kłopot w tym, że sam pojedynek Stummer–Charzewski kibice ocenili jako nudny.
Dyrektor sportowy KSW Wojsław Rysiewski bronił tej decyzji. Jego zdaniem winę za słabe widowisko ponosi głównie Charzewski, który zawiódł aktywnością – „Harry” powinien w klinczu i parterze zdecydowanie częściej atakować. Rysiewski przypomniał przy tym, że wcześniejsze starcia Stummera były efektowne.
Nie wszyscy w środowisku widzą to tak samo. Daniel Rutkowski, znany jako „Rutek”, w rozmowie z portalem InTheCage.PL nie owijał w bawełnę: Stummer, jego zdaniem, po prostu nie zasłużył na walkę o pas.
„Nie powinien dostać walki. No bo po takiej walce ostatnio, co zrobił. 'Harry’ bardzo źle zawalczył. Dociskał go, tamten nic nie mógł zrobić, a i tak wygrał. No wiesz, szkoda. Po takich walkach się nie dostaje też walki o pas, nawet jak się wygrywa (…) A on niedawno był, nie wiem, numer dziewięć. Tak naprawdę też ranking KSW już pokazał, że nie zawsze się liczy”.
Rutkowski nawiązał tu do pozycji Charzewskiego, który jeszcze niedawno zajmował dziewiąte miejsce w rankingu KSW. Zapaśnik z Radomia nie kryje zresztą, że cała sprawa go po prostu nie rusza. W jego oczach o pas wagi piórkowej nie powinien walczyć nikt inny niż on sam.
„No właśnie, niestety nie ma nikogo. Nie widzę nikogo innego niż mnie”.
Rutkowski i Kaczmarczyk mają niedokończone sprawy
Ta pewność siebie nie wzięła się z niczego. W 2023 roku Rutkowski i Kaczmarczyk już się mierzyli, a to „Rutek” wchodził do oktagonu w roli faworyta. Wygrał wtedy jednak Kaczmarczyk – dziś broniący tytułu i nazywany „Królem Radomia”. Od tamtej porażki Rutkowski zanotował z kolei trzy zwycięstwa z rzędu w organizacji Macieja Kawulskiego i Martina Lewandowskiego.
Sam mistrz drzwi do rewanżu nie zamyka, stawia jednak warunek: Kaczmarczyk uważa, że Rutkowski musi najpierw odnieść jeszcze jedno znaczące zwycięstwo, by doszło do drugiego starcia między nimi. Tymczasem to Stummer, a nie „Rutek”, stanie przed szansą na pas jako pierwszy – mimo głosów, że droga do niej wiodła przez walkę, która nikogo nie zachwyciła.
Dawid Śmiełowski wraca do klatki i stoczy kolejny pojedynek w organizacji OKTAGON MMA. To czeska federacja, którą na rynku europejskim określa się jako największego konkurenta KSW. „Królik” – jak nazywają go kibice – wystąpi na gali OKTAGON 98, zaplanowanej na 21 listopada 2026 roku w Werk Arenie w Trzyńcu.
Rywalem Śmiełowskiego będzie Akhmed Mezhidov, a walka zakontraktowana jest w kategorii lekkiej. Mezhidov to 34-letni Austriak z zawodowym rekordem 19-7. Jego ostatnia forma budzi jednak wątpliwości – przegrał dwa poprzednie pojedynki. Co w nim groźne? Pięści. Aż dziesięć zwycięstw zanotował przez nokaut.
Droga przez Babilon MMA i KSW
W MMA Śmiełowski nie jest żadnym debiutantem. Zanim trafił do OKTAGON MMA, przeszedł przez Babilon MMA i KSW, gdzie szybko zwrócił na siebie uwagę kibiców. Jego start w KSW zapadł w pamięć – na gali KSW 67 pokonał Filipa Pejicia przez techniczny nokaut w trzeciej rundzie. Później znokautował kopnięciem na korpus Patryka Kaczmarczyka, obecnego mistrza wagi piórkowej organizacji.
Nie zawsze szło mu jednak po jego myśli. We wrześniu 2023 roku przegrał z Lomem-Ali Eskievem przez techniczny nokaut już w pierwszej rundzie. Formę odbudował na gali KSW 96, pokonując Bartłomieja Koperę jednogłośną decyzją sędziów. Potem przyszły dwie kolejne porażki punktowe – z Aymardem Guihem na KSW 100 i z Welissonem Paivą na KSW 103. Po tej serii Śmiełowski rozstał się z organizacją KSW.
Z klatki jednak nie zniknął na długo. W grudniu 2025 roku na gali Hybrid MMA 10 zmierzył się z Gracjanem Wyroślakiem i wygrał niejednogłośną decyzją sędziów po trzech rundach. Teraz, w nowych barwach, czeka go kolejny test – tym razem na scenie, która w Europie stanowi największe wyzwanie dla dominacji KSW.
Arsenal FC przegrał z Fleetwood Town po rzutach karnych i w ten sposób zakończył udział w rozgrywkach pucharowych – a rywalem okazał się klub z czwartej ligi angielskiej. Po 90 minutach na tablicy widniał wynik 1:1, a w serii jedenastek lepsi okazali się gospodarze, wygrywając 5:3.
Już samo spotkanie obyło się bez spokoju. W pewnym momencie sędzia przerwał grę na kilka minut – nad stadionem zauważono drona.
Fleetwood objęło prowadzenie w 21. minucie – do siatki trafił Aaron Loupalo-Bi. Do gola doszło po serii katastrofalnych błędów Marliego Salmona, jednego z kilku nieoczywistych nazwisk, na które postawił tego wieczora trener Arsenalu Mikel Arteta.
Londyńczycy zareagowali szybko po przerwie. Już w 50. minucie wyrównał Viktor Gyokeres, co dawało nadzieję na spokojniejszy finisz.
Ta nadzieja zgasła w końcówce. Max Dowman dał się sprowokować, kopnął rywala i zobaczył czerwoną kartkę. Wynik do końca regulaminowego czasu już się nie zmienił, więc arbiter zarządził konkurs rzutów karnych.
Dramat w serii jedenastek
Pierwsze trzy serie poszły bez pomyłek – obie strony pewnie wykorzystywały swoje szanse. W czwartej celnie uderzył Andy Cannon, Bruno Guimaraes z Arsenalu nie zdołał mu odpowiedzieć. O wszystkim zdecydował strzał Conora Haugheya – 5:3 i wielka sensacja gotowa.
To nie był jedyny zwrot tego wieczoru. W innym meczu Bradford City rozbiło Peterborough United 2:0 – trafiali Macaulay Gillesphey w 13. minucie i Adam Phillips w 67.
Borussia Dortmund pokonała Werder Brema 3:2 w drugiej rundzie Pucharu Niemiec. Gospodarze musieli odrabiać stratę do wyrównującego trafienia gości, a o awansie zdecydował gol Marcela Sabitzera strzelony w 90. minucie.
Spotkanie rozegrano na Signal Iduna Park. Do drugiej rundy obie ekipy doszły bez większych problemów – Borussia rozbiła V-ligowy HEBC Hamburg 5:0, Werder poradził sobie z równie nisko notowaną Hansą Luneburg, wygrywając 3:0. Bilans bezpośrednich starć przemawiał raczej na korzyść gości: Werder sześciokrotnie triumfował w Pucharze Niemiec, choć do rekordu Bayernu Monachium – 21 tytułów – wciąż mu bardzo daleko.
Dortmund od pierwszych minut narzucił tempo. Już w 6. minucie Maximilian Beier dograł do Serhou Guirassy’ego, który otworzył wynik meczu. Chwilę potem gospodarze mogli prowadzić wyżej – po rożnym do siatki trafił Nico Schlotterbeck, ale sędzia Robert Schroeder odgwizdał spalone i gola nie uznał. Na drugie trafienie Borussia nie czekała długo: w 17. minucie Jobe Bellingham zatrzymał piłkę w polu karnym po dośrodkowaniu, a wbiegający Carney Chukwuemeka strzałem ustalił wynik pierwszej połowy na 2:0.
Werder wraca do gry, ale to nie wystarcza
Po przerwie obraz meczu zaczął się zmieniać. W 63. minucie sędzia podyktował rzut karny za nieprzepisowe zatrzymanie Marco Gruella przez Juliana Ryersona w polu karnym. Niclas Fuellkrug nie zawiódł z jedenastego metra i zdobył kontaktową bramkę na 2:1. Jednym golem się jednak nie zadowolił – chwilę później uderzeniem w prawy róg bramki pokonał Gregora Kobela, ustalając wynik na 2:2.
Wszystko wskazywało na dogrywkę. Wtedy, w doliczonym do regulaminowego czasu 90. minucie, Marcel Sabitzer huknął z rzutu wolnego w lewe okienko, dając Borussii Dortmund zwycięstwo 3:2. Tym trafieniem gospodarze wywalczyli awans do trzeciej rundy Pucharu Niemiec.
W wyjściowym składzie Werderu Brema znalazł się Dariusz Stalmach, który przebywał na boisku do 59. minuty. Polskiego pomocnika zastąpił wówczas Ludovit Reis.
Alexander Zverev przystąpił do turnieju ATP 500 Erste Bank Open w Wiedniu z czymś znacznie ważniejszym na głowie niż tylko punkty do rankingu. Jeśli Niemiec dotrze do ćwierćfinału, może awansować na pozycję numer 1 światowego rankingu – i stać się nowym liderem już w najbliższy poniedziałek. Zanim jednak zdążył pomyśleć o fotelu lidera, musiał najpierw przetrwać pierwszą rundę, która niemal zakończyła jego turniej, zanim ten się na dobre rozkręcił.
Naprzeciw niemieckiego giganta stanął 20-letni Martin Landaluce, Hiszpan notowany na dopiero 67. miejscu w rankingu singlistów. Do Wiednia trafił dzięki dzikiej karcie, a to, że po drugiej stronie siatki stał mistrz tegorocznych Rolanda Garrosa i US Open, określany jako najlepszy tenisista sezonu 2026, zdawało się nie robić na nim żadnego wrażenia.
Mecz trwał trzy godziny i pięć minut, a skończył się wynikiem 7:5, 3:6, 7:6(11) dla Zvereva. Suche liczby nie oddają jednak tego, co działo się w trzecim secie – Niemiec musiał tam obronić aż cztery meczbole. Napięcie przeniosło się na tie-break, gdzie stan doszedł do szalonego 11-11, a decydujący punkt na 12-11 wygrał Zverev. Rozstrzygnięcie przyniósł moment, w którym Landaluce przestrzelił forhendem przy drugiej piłce meczowej rywala.
Mimo porażki młody Hiszpan odebrał owację od wiedeńskiej publiczności i nie powstrzymał łez po zejściu z kortu. Docenił to również zwycięzca. „Zostałem zepchnięty do granic. Martin rozegrał niesamowity mecz i należą mu się brawa. Jego forhend był wspaniały. Ja natomiast z pewnością muszę się poprawić” – powiedział Zverev po meczu.
Cobolli i Norrie bez niespodzianek, Dimitrow odpada
W innym spotkaniu pierwszej rundy rozstawiony z numerem czwartym Włoch Flavio Cobolli pokonał grającego z dziką kartą Bułgara Grigora Dimitrowa 6:4, 3:6, 6:3 – mecz trwał dwie godziny i kwadrans. W drugiej rundzie czeka go włoski pojedynek, bo rywalem będzie rodak Matteo Berrettini.
Formę potwierdził też Cameron Norrie. Brytyjczyk rozprawił się z wyżej klasyfikowanym Francisco Cerundolo 6:4, 6:1, zameldował się w 1/8 finału i – co może cieszyć go najbardziej – przerwał serię pięciu kolejnych porażek.
Erste Bank Open potrwa do niedzieli 1 listopada. Zwycięzcę czeka 500 punktów do rankingu ATP i premia finansowa w wysokości 523,3 tys. euro – a dla Zvereva, zależnie od tego, jak daleko sięgnie w tym turnieju, może to być równocześnie bilet na szczyt światowej klasyfikacji.
Piast Gliwice przegrał z Górnikiem Zabrze w meczu 1/16 finału STS Pucharu Polski. Po 120 minutach na tablicy wyników wciąż świecił remis 0:0, a o awansie zadecydowały rzuty karne, które Górnik wygrał 3:1. Dzięki temu obrońca trofeum gra dalej w rozgrywkach.
To był już drugi w ostatnich dniach pojedynek tych zespołów. Dziewięć dni wcześniej Piast i Górnik zremisowali w PKO Ekstraklasie w Zabrzu 1:1, a wtedy wynik był jasny już po siedmiu minutach gry. Tym razem, w pucharowej rewizycie, na pierwsze konkrety trzeba było czekać dużo dłużej.
W meczu 1/16 STS Pucharu Polski trener gospodarzy Daniel Myśliwiec postawił na więcej zmian w wyjściowym składzie. Po pierwszej połowie to jednak szkoleniowiec Górnika Michal Gasparik miał więcej zastrzeżeń do swoich zawodników – i konsekwentnie przeprowadził w drużynie obrońcy trofeum aż trzy zmiany.
Pierwsze zagrożenie przed bramką gości stworzył Oskar Leśniak, próbując zaskoczyć Tomasza Loskę strzałem zza pola karnego. Piłka, po dotknięciu przez Andreasa Katsantonisa, minęła bramkę o centymetry. Na trybunach kibice odpalili race – widoczność na boisku na moment się pogorszyła, co wymusiło przerwę w grze.
W 34. minucie uderzył z pola karnego Kacper Urbański, ale kapitalnie zachował się w bramce Piasta Domen Gril, odbijając piłkę na poprzeczkę. Po przerwie, w 52. minucie, Rafał Janicki spróbował sytuacyjnie główką – Gril zachował się nerwowo na linii, lecz finalnie wypiąstkował piłkę.
Niespełna godzina gry, a Daniel Myśliwiec już sięga po zmiany – na boisku pojawiają się Hugo Vallejo i Leandro Sanca, choć na początku żaden z nich nie odmienia obrazu meczu. W 73. minucie Gril broni strzał Sondre Lisetha z ostrego kąta. Kwadrans przed końcem regulaminowego czasu rezerwowy Samuel Ntamack fatalnie uderza z okolic pola bramkowego – piłka ucieka daleko od bramki.
W 78. minucie goście na moment dają się ponieść radości, gdy Liseth wpakował piłkę do siatki Piasta – gol został jednak anulowany z powodu spalonego. Trzy minuty później Quentin Boisgard przedarł się w okolice pola bramkowego, a jego strzał z ostrego kąta, mierzący w słupek, zbił nogą Tomasz Loska. Po 90 minutach na tablicy wciąż 0:0, więc sędzia zarządził dogrywkę.
Dogrywka bez goli, karne bez litości
Najlepszą szansę w dogrywce Piast zmarnował w 100. minucie, gdy strzał głową oddał Sanca – Loska obronił go ze szczęściem. W 112. minucie Jean Antiste uderzył w zasięgu rąk Grila, a dwie minuty później, po drugiej stronie boiska, strzał Vallejo ponad bramką wybił golkiper gości. Ostatnią okazję, w 120. minucie, miał Ondrej Zmrzly – uderzył płasko z dystansu, ale piłka zatrzymała się na słupku.
Resztę rozstrzygnęły karne. Już w pierwszej kolejce Gril obronił strzał Kacpra Urbańskiego. Chwilę później Jakub Łabojko spróbował szczęścia w stylu Antona Panenki, nie trafił i de facto podał piłkę Losce. W trzeciej serii role się odwróciły – tym razem Loska pewnie obronił uderzenie Vallejo. Przy czwartym podejściu w bramkę nie trafił Juande Rivas, co dało Górnikowi powód do świętowania awansu do kolejnej rundy.