Paweł Wąsek zdobył srebrny medal mistrzostw Polski w połowie października na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Sam wynik jednak zszedł na drugi plan w jego rozmowie z mediami przed startem sezonu Pucharu Świata 2026/2027 – ważniejsze okazało się to, kto stanął na podium razem z nim.
„Przyjeżdżając na mistrzostwa Polski, nie wiedziałem, jak będę się prezentował na tle innych zawodników. To był solidny występ, a szczególnie finałowy skok był bardzo fajny” – ocenił swój start Wąsek. Zwrócił jednak uwagę na coś istotniejszego: był jedynym medalistą konkursu indywidualnego urodzonym w XX wieku. Zawody wygrał 19-letni Kacper Tomasiak, a trzecie miejsce zajął 21-letni Klemens Joniak.
„Niestety czas szybko leci. Długo byłem tym najmłodszym, a teraz należę do starszych zawodników w kadrze. Myślę, że to bardzo dobre dla polskich skoków. Mamy młodzież, która się wybija. Miejmy nadzieję, że tej młodzieży będzie jeszcze więcej” – powiedział 27-letni Wąsek.
Przełomu w jego własnym sezonie nie było, ale solidność – tak. W klasyfikacji generalnej Letniej Grand Prix zajął 11. miejsce, startując w pięciu z siedmiu indywidualnych konkursów. Najlepsze rezultaty zanotował w rumuńskim Rasnovie, gdzie był drugi i dziewiąty. „Cieszę się, że w rywalizacji międzynarodowej też mogę być w czubie” – skomentował.
Gorzej wypadł finał letniego cyklu w Klingenthalu – Wąsek nie awansował do drugiej serii, podczas gdy Joniak był tam trzeci, a Tomasiak siódmy. W klasyfikacji Pucharu Narodów Polacy zajęli w Klingenthalu piąte miejsce. „To pokazuje, gdzie jesteśmy jako drużyna na arenie międzynarodowej” – podsumował Wąsek.
Cel: Falun i więcej niż szósta pozycja
Mistrzostwa świata odbędą się od 25 lutego do 7 marca 2027 roku w szwedzkim Falun i właśnie w tamten moment celuje Wąsek. „Chcemy trafić z najwyższą formą i walczyć o medale. Jest jeszcze trochę czasu, chcemy, żeby skoki dopracować do takiego poziomu, by tam jechać i myśleć o fajnych wynikach” – zadeklarował.
Punktem odniesienia jest zeszła zima, gdy Polacy zajęli szóste miejsce w Pucharze Narodów, wyprzedzając siódmych Finów zaledwie niewielką przewagą. Podium należało wtedy do Austriaków, Słoweńców i Japończyków. Sam Wąsek skończył sezon na 43. pozycji klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Jest przekonany, że reprezentację stać na więcej. „Przede wszystkim chcę dobrze skakać i realizować ten plan, który mamy założony. Nie chcę mówić o wynikach. Zamierzam wykonywać swoją robotę najlepiej, jak potrafię” – zastrzegł.
Trzy tygodnie przed startem nowego sezonu Pucharu Świata skoczek widzi w swoich skokach jeszcze rezerwy. „Wyjście z progu nie zawsze funkcjonuje tak, jak byśmy chcieli. Jednak nawet gdy nie wszystko mi wyjdzie, to prędkość za bulą jest na tyle duża, że można odlecieć. To duży pozytyw” – opisał swoją formę.
Przy tej rozmowie o zmianie pokoleniowej pojawia się jeszcze jeden powrót – znanej twarzy. Stefan Horngacher w latach 2016-19 był pierwszym trenerem polskiej kadry, a potem przez siedem lat prowadził reprezentację Niemiec. W tym roku wrócił do Polskiego Związku Narciarskiego jako koordynator systemu szkolenia. Austriak czuwa nad przygotowaniem zawodników i ściśle współpracuje z głównym trenerem Maciejem Maciusiakiem. „Współpraca ze Stefanem przebiega bardzo dobrze. To wielki fachowiec. Widać, że wniósł do całej drużyny dobre nastawienie. Każdy z wiarą idzie w to, co robimy i miejmy nadzieję, że to przełoży się na dobre wyniki” – ocenił Wąsek.
Nowy sezon Pucharu Świata otworzy konkurs drużyn mieszanych 20 listopada w norweskim Lillehammer.
Raków Częstochowa awansował do 1/8 finału Pucharu Polski, eliminując Motor Lublin w rzutach karnych. Po regulaminowym czasie i dogrywce na tablicy wyników świecił remis 1:1, a o awansie zdecydowała seria jedenastek, którą częstochowianie wygrali 3-1. A jeszcze w trzeciej doliczonej minucie drugiej połowy prowadził Motor, i to on wydawał się bliższy kolejnej rundy.
Dla lublinian ten mecz niósł ze sobą duży ciężar oczekiwań. W poprzedniej rundzie zespół Mariusza Misiury rozbił Legię Warszawa 3:0 — a to klub, który w historii Pucharu Polski jest najbardziej utytułowaną drużyną. Forma ligowa Motoru nie daje jednak powodów do euforii: zespół zajmuje 13. miejsce w tabeli, a w ostatniej kolejce zremisował w końcówce z KGHM Zagłębiem Lubin. Raków przyjechał do Lublina z jeszcze gorszym bagażem — nie przebrnął eliminacji Ligi Konferencji i w lidze zanotował dotąd tylko dwa zwycięstwa. Na dodatek w sobotę na ławce częstochowian zasiadł debiutujący Dawid Szwarga — już czwarty trener klubu w tym okresie.
Słupki, kiks i karny sprowokowany przez bramkarza
Punkty zwrotne pojawiły się już w pierwszej połowie. W 37. minucie Karol Czubak huknął w słupek, wykorzystując kiks Fabio Ronaldo. Chwilę po przerwie emocje przeniosły się pod drugą bramkę — bramkarz Rakowa Kacper Trelowski sam sprowokował sytuację, która skończyła się jedenastką dla Motoru. W 51. minucie Mbaye Ndiaye nie dał szans i zamienił karnego na gola.
Gospodarze bronili prowadzenia do samej końcówki. Choć w drugiej z pięciu doliczonych minut musieli grać w dziesiątkę — Bartosz Bereszyński zobaczył drugą żółtą kartkę za faul na Makuchu i poszedł pod trybuny — Motor mimo przewagi liczebnej rywala wciąż prowadził, i tak było aż do 90+4. Wtedy Lamine Diaby-Fadiga uderzył z dystansu, piłka odbiła się od rąk Mihaia Popy i wpadła do siatki, ustalając wynik na 1:1. Chwilę później Raków miał nawet szansę na komplet trzech punktów bez dogrywki — bramkarz Motoru odbił strzał Oskara Repki, ale dobijający nie zdążył dopchnąć piłki do linii.
Przed dogrywką trener Rakowa postawił na zmianę między słupkami — Trelowskiego zastąpił debiutujący Tarik Karić. Ta decyzja zdecydowała o całym wieczorze.
Karić bohaterem serii jedenastek
W rzutach karnych o losach dwumeczu zdecydował właśnie nowy bramkarz Rakowa. Karić obronił strzały Paskala Meyera i Makana Aiko, a wcześniej pierwszy egzekutor Motoru, Yacine Bourhane, sam trafił w słupek. Po stronie Rakowa jedynym niepewnym momentem był strzał Bogdana Racovitana, który jako jedyny z częstochowian nie wykorzystał swojego karnego — ale to nie wystarczyło Motorowi, by odwrócić losy serii.
Żółte kartki w regulaminowym czasie i dogrywce otrzymali Bartosz Bereszyński z Motoru oraz Erick Otieno, Nils Zatterstrom i Oskar Repka z Rakowa. Spotkaniem w Lublinie kierował Paweł Raczkowski z Warszawy, a na trybunach zasiadło 7183 widzów.
Kolano znowu daje się Kawhiemu Leonardowi we znaki. 35-letni skrzydłowy, którego Toronto Raptors sprowadziło latem z Los Angeles Clippers, nie zagrał w niedzielnym meczu kanadyjskiego zespołu — przyczyną był obrzęk kolana.
Jak podało ESPN, powołując się na Shamsa Charanię, zawodnik przeszedł badanie rezonansem magnetycznym. Uszkodzeń strukturalnych wyniki nie wykazały. Dobra wiadomość, ale klub i sam Leonard postanowili nie ryzykować i postawili na ostrożną rehabilitację. Raptors zapowiedzieli, że ponownie ocenią stan zdrowia gwiazdy za tydzień. Tyle że przerwa od gry może się rozciągnąć na znacznie dłużej niż te siedem dni.
Leonard sam odniósł się do sprawy w mediach społecznościowych. „Zawsze frustruje mnie, kiedy muszę opuszczać mecze. Wróciłem, żeby rywalizować z tą drużyną, i skupiam się na odzyskaniu pełni zdrowia. Toronto, doceniam wsparcie, które otrzymałem od momentu powrotu. Niedługo znów się zobaczymy” — napisał.
Historia kolan, która wraca
Dla kibiców Raptors ten scenariusz jest aż za dobrze znany. Wcześniejsze poważne kontuzje Leonarda dotyczyły przede wszystkim prawego kolana. Skrzydłowy przechodził operacje związane z uszkodzeniami więzadła krzyżowego przedniego, a także zabiegi dotyczące łąkotki. Nic więc dziwnego, że każda kolejna wzmianka o opuchnięciu czy bólu w tym stawie budzi wśród obserwatorów NBA ten sam, dobrze znany niepokój.
A przecież w tym sezonie na boisku Leonard wyglądał naprawdę dobrze. W dwóch pierwszych występach notował średnio 19,5 punktu, 7,5 zbiórki i 3,5 przechwytu — liczby, które sugerowały, że gwiazdor wciąż może być liderem drużyny.
Do Toronto Leonard wrócił latem, po sześciu sezonach spędzonych w Los Angeles Clippers. Transfer domknął się po zakończeniu postępowania NBA dotyczącego podejrzeń o obchodzenie przepisów związanych z limitem wynagrodzeń przez kalifornijski klub. Po przenosinach Leonard uzgodnił z Raptors dwuletnie przedłużenie kontraktu o wartości 115 milionów dolarów.
To nie pierwszy rozdział tej relacji. Leonard reprezentował już Toronto w sezonie 2018/19 i właśnie wtedy poprowadził klub do jedynego w jego historii mistrzostwa NBA. Teraz Raptors liczą na powtórkę tamtej formy. Na razie jednak czekają na coś znacznie bardziej przyziemnego — sygnał, że kolano gwiazdy wytrzyma kolejny mecz.
Jayson Tatum trafił rzut z półdystansu równo z syreną kończącą dogrywkę meczu Boston Celtics, ustalając wynik na 125:124. Rywalem Celtics byli Brooklyn Nets — przez większość meczu realnie mierzyli w pierwsze zwycięstwo sezonu, a po tej akcji zostali z niczym.
28-letni Tatum, gwiazdor i skrzydłowy Celtics, zanotował jeden z najlepszych bilansów w swojej karierze. 40 punktów, 10 z 20 rzutów z gry, 18 z 20 wolnych. Do tego pięć zbiórek i osiem asyst. Wsparł go Paul George, dorzucając 20 punktów.
To był trzeci domowy mecz Celtics w tym sezonie i trzecie zwycięstwo z rzędu na własnym parkiecie — bilans drużyny to 3-1 ogólnie i 3-0 w Bostonie. Brooklyn Nets z kolei zaliczyli czwartą przegraną w czwartym meczu sezonu.
Knicks przerywają fatalną serię, Lakers tracą niepokonaność
W Nowym Jorku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Aktualni mistrzowie NBA, New York Knicks, rozpoczęli kampanię 2026/2027 od bilansu 0-3. Pierwsze zwycięstwo przyszło w Madison Square Garden, gdzie Knicks pokonali osłabionych brakiem Jalena Durena Detroit Pistons 111:97. Karl-Anthony Towns zanotował 27 punktów i aż 20 zbiórek, choć do tego dorzucił siedem strat. Jalen Brunson dodał 23 punkty. Pistons tego wieczoru zawiedli za trzy punkty — zaledwie 9 na 37 — i z linii wolnych, trafiając 14 na 24.
We wtorek po raz pierwszy w nowym sezonie goryczy porażki posmakowali Los Angeles Lakers. Kalifornijczycy nie obronili własnego parkietu przed Portland Trail Blazers, którzy po świetnej czwartej kwarcie — wygranej 34:26 — ostatecznie zwyciężyli 136:129. Nie pomogły nawet 41 punkty Luki Doncicia. Ta jedna słaba kwarta dobrze pokazuje, jak szybko można przegrać mecz nawet przy wybitnym indywidualnym występie.
Orlicz 1924 Suchedniów pokonał mistrza Polski, Bud-An ElectriCon Olimpię Grudziądz, 3:2 w meczu 7. kolejki LOTTO Superligi. Punkty dla gospodarzy zdobyli Deni Kożul, Damian Węderlich i Robert Gardos.
Najbardziej prestiżowy punkt dla Suchedniowa zapisał na swoim koncie Robert Gardos, który pokonał polskiego kadrowicza Rafała Formelę 2:0, a sety w tym spotkaniu padły 6, 2. Z Formelą wygrał także Słoweniec Deni Kożul, triumfując 3:0 – tam wynik setowy wyglądał następująco: 8, 6, 9.
Najwięcej emocji dostarczył jednak pojedynek Damiana Węderlicha z Koreańczykiem Park Jeongwoo, który w latach 2023-25 grał właśnie w barwach Orlicza. Polak prowadził już 2:1 w setach. W czwartej partii Węderlich odrabiał straty od 4:9 do 8:9, ale Azjata wziął czas i po minutowej przerwie nie stracił już ani jednego punktu, wyrównując na 2:2. O losach starcia zadecydował piąty set – równy do stanu 2:2, a później wszystkie akcje wygrał już Węderlich. Polak zamknął mecz wynikiem 3:2, a sety ułożyły się -8, 10, 8, -8, 2.
Ursu bez straty seta w dwóch meczach
W zespole gości niezawodny jak zwykle okazał się Mołdawianin Vladislav Ursu, który ograł po 3:1 zarówno Roberta Gardosa, jak i Deniego Kożula. Z Gardosem wygrał w setach -8, 5, -6, -9, a z Kożulem 7, -10, -6, -8. To jednak nie wystarczyło – Olimpia Grudziądz i tak musiała uznać wyższość gospodarzy w Suchedniowie.
Kolejne spotkania 7. kolejki LOTTO Superligi odbędą się w środę, 28 października. Wśród nich Polonia Bytom zmierzy się z Bogorią Grodzisk Mazowiecki.
Damian Wrzesiński (29-4-3, 7 KO) stoczy swój pierwszy tegoroczny pojedynek 12 listopada w Montrealu. Polski bokser jest nieaktywny od połowy grudnia. Łatwo nie będzie — naprzeciw niego stanie niepokonany Kanadyjczyk Avery Martin Duval.
Duval wciąż nie zna smaku porażki. Jego rekord zawodowy to 16 wygranych, 0 porażek i 1 remis, w tym 8 zwycięstw przed czasem. Kanadyjczyk zajmuje 33. pozycję rankingu federacji WBC — wyraźnie wyżej niż większość dotychczasowych rywali Wrzesińskiego.
Co ważne, bokserzy spotkają się na terenie przeciwnika. Duval jest Kanadyjczykiem, a Montreal to jego miasto. Pojedynek zakontraktowano na dziesięć rund w limicie wagi lekkiej — pełen, wymagający dystans dla obu zawodników.
Dla Wrzesińskiego stawka jest szczególna. Pokonanie niepokonanego gospodarza oznaczałoby dla Polaka jubileuszowy, trzydziesty triumf w karierze. Przy bilansie 29-4-3 i długiej przerwie od rywalizacji zadanie należy jednak do jednych z trudniejszych w jego dotychczasowej karierze.
Galę pokaże platforma DAZN — kibice w Polsce będą więc mogli śledzić wyjazdowy test Wrzesińskiego na żywo.
Listopadowy termin walki Wasyla Łomaczenki ostatecznie nie dojdzie do skutku. Ukrainiec, legenda wagi lekkiej i piórkowej z rekordem 18-3, 12 KO, nie zamierza jednak zrezygnować z powrotu do boksu. Wszystko wskazuje na to, że w ringu zobaczymy go dopiero w lutym.
Łomaczenko może wystąpić ponownie pod skrzydłami Boba Aruma – promotora, który towarzyszył mu przez całą zawodową karierę. Szef stajni Top Rank nie kryje, że w swoim zawodniku wciąż widzi potencjał na wielkie walki.
Pierwotnie głównym celem był Emanuel Navarrete. Ten jednak przegrał walkę unifikacyjną trzech mistrzowskich pasów wagi super piórkowej z O’Shaquie Fosterem, co odwróciło priorytety w obozie Łomaczenki. Po tej porażce Navarrete głównym celem stał się właśnie Foster, legitymujący się rekordem 26-3, 12 KO. Zanim jednak do tego dojdzie, Ukraińca czeka po długiej przerwie od ringu łatwiejsza próba generalna.
Tym przeciwnikiem ma być niepokonany Charly Suarez, legitymujący się rekordem 19-0, 11 KO. Sam Łomaczenko potwierdził te plany. „Być może zaboksuję właśnie z Suarezem” – powiedział, dodając, że do powrotu chce podejść powoli, bez zbędnego pośpiechu.
38 lat i ostatnia szansa na niekwestionowany tytuł
Dla 38-letniego Łomaczenki to może być ostatnia szansa na zdobycie statusu niekwestionowanego mistrza. „Mam 38 lat i muszę jeszcze raz spróbować zostać niekwestionowanym mistrzem” – przyznał. Wyjaśnił też, co przeważyło przy podjęciu decyzji o powrocie: „Bo jeśli poczekam jeszcze dwa-trzy lata, będzie już za późno. Dlatego podjąłem decyzję o powrocie na ring”.
Dawny lider zestawień pound-for-pound przyznał się też do emocjonalnych wahań związanych z karierą. „W pewnym momencie byłem już zmęczony boksem, lecz znów za nim zatęskniłem” – wyznał. Wraca przy tym do swoich wagowych korzeni: „Waga lekka nigdy nie była moją naturalną dywizją, wracam więc do limitu 59 kilogramów”. Sam zapowiada: „W przyszłym roku zawalczę i sprawdzę moją formę”.
O ewentualnym starciu z Fosterem Łomaczenko mówi bez owijania w bawełnę. „Jeśli wszystko będzie OK, bardzo chętnie spotkam się potem z Fosterem” – zadeklarował.
Arum zapewnia, że przygotowania idą w dobrym kierunku. „Wasyl popracował w Portoryko i jest w dobrej formie fizycznej” – relacjonował promotor. Nie szczędził też słów uznania dla bokserskiej rodziny Łomaczenki: „Mam dla niego wiele szacunku, podobnie jak do jego ojca, który rozumie boks dużo lepiej niż ja, a ja się na nim znam”.
Według Aruma cel jest jeden – unifikacja pasów wagi super piórkowej. „Wasyl chce unifikować pasy wagi super piórkowej i skupia się tylko na tym” – podkreślił promotor, opisując planowaną sekwencję walk: „W walce powrotnej prawdopodobnie zmierzy się z Suarezem, a potem, miejmy nadzieję, w mistrzowskiej walce z Fosterem”.
World Boxing Organization nakazała Shakurowi Stevensonowi obowiązkową obronę tytułu mistrza świata wagi junior półśredniej z Raymondem Muratallą. Obaj bokserzy wchodzą do tej konfrontacji z identycznie czystym bilansem zawodowym.
Stevenson legitymuje się rekordem 25-0, z czego 11 wygranych przez nokaut. Muratalla ma taki sam wynik, 25-0, ale aż 17 z jego zwycięstw padło przed czasem – to właśnie ta statystyka czyni go groźniejszym z dwóch niepokonanych rywali.
Zgodnie z regulaminem organizacji obie strony mają teraz 20 dni, by samodzielnie dogadać warunki walki. Gdyby porozumienia nie udało się osiągnąć w tym czasie, o tym, kto zorganizuje pojedynek, zdecyduje przetarg.
Decyzję WBO potwierdził osobiście prezydent organizacji Gustavo Olivieri. To on stoi na czele World Boxing Organization i nadzoruje cały proces wyłaniania obowiązkowego pretendenta.
Zamieszanie wokół kontraktu Stevensona
Nakaz WBO pojawia się w szczególnym momencie dla kariery Stevensona. Bokser niedawno zakończył współpracę ze stajnią Top Rank i podpisał kontrakt z Zuffa Boxing. Co ciekawe, dla nowego promotora nie zdążył stoczyć ani jednej walki, a mimo to już rozwiązał z Zuffa Boxing umowę. Z promotorską stajnią Top Rank związany jest Bob Arum.
Takie przetasowania kontraktowe mogą dodatkowo skomplikować negocjacje wokół starcia z Muratallą, zanim upłynie 20-dniowy termin wyznaczony przez WBO.
Kapitan NAVI, Aleksi „Aleksib” Virolainen, usłyszał wyrok czterech miesięcy więzienia w zawieszeniu za zaostrzone oszustwo podatkowe. Sprawę rozstrzygnął Sąd Okręgowy Wschodniej Uusimaa, a w jej centrum znalazło się ponad 53 000 euro, które gracz dostał od Valve i nigdy nie wykazał w deklaracji.
Sam mechanizm nie był skomplikowany. Aleksib otrzymał wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe za 2019 rok — bez żadnej wzmianki o płatnościach od Valve. Nie odesłał go. W rezultacie urząd skarbowy nie miał pojęcia o pieniądzach od amerykańskiego wydawcy, a podatek dochodowy Fina wyliczono o około 28 000 euro za niski.
Przed sądem Aleksib nie ukrywał, że do niedopłaty doszło, ale zaprzeczył, że miał na celu uniknięcie podatku. Jak przekonywała jego obrona, był przekonany, że podatek od wszystkich wpływów na jego konta został już naliczony wcześniej. Zaległość od tamtej pory spłacił.
Sąd tej wersji nie kupił. Wyjaśnienie gracza uznano za trudne do uwierzenia — brakujący dochód stanowił bowiem blisko jedną trzecią tego, co Aleksib zarobił w całym 2019 roku. Zniknięcie tak dużej kwoty trudno przeoczyć, zwłaszcza że sam Aleksib przyznawał, że zwykle przeglądał swoje propozycje podatkowe w domu. Sąd uznał też, że działał z nastawieniem na wymierną korzyść finansową, odrzucając argument o uczciwej pomyłce.
Czyn, za który skazano Aleksiba, obejmował okres od maja do września 2020 roku. Miał wtedy 22 lata — dla sądu to jednak nie był powód do łagodniejszego traktowania.
„Chociaż Virolainen był młody w momencie popełnienia przestępstwa, nie był nieletni” — stwierdził sąd, odwołując się do prawdziwego nazwiska gracza.
Kariera na boisku rośnie szybciej niż problemy prawne
Poza salą sądową Aleksib wciąż prowadzi skład NAVI. W 2024 roku jako pierwszy fiński zawodnik wygrał turniej typu Major — poprowadził zespół do tytułu PGL Major Copenhagen przed 16 000 fanów na trybunach. To zwycięstwo dopisało do budżetu NAVI 460 000 dolarów. Fińskie rejestry podatkowe pokazują z kolei, że tylko w 2024 roku Aleksib zarobił ponad 415 000 euro dochodu plus 14 500 euro dochodu kapitałowego — liczby, które sprawę o niezadeklarowane 53 000 euro z 2019 roku stawiają w nowym świetle.
Tymczasem NAVI walczy na serwerze o awans na Singapore Major, a Aleksib wraca do gry z prawomocnym, choć zawieszonym, wyrokiem na koncie.
Wiktor Dobrzański zdobył tytuł najlepszego debiutanta sezonu 2026 Euroformula Open. 20-letni kierowca z Krakowa wywalczył to wyróżnienie podczas finałowej rundy sezonu, która odbyła się w Barcelonie, zdobywając w niej 27 punktów. Sezon generalny Euroformula Open 2026 zamknął z 185 punktami na koncie, co dało mu siódme miejsce.
Polak ściga się w barwach zespołu Motopark, za kierownicą bolidu Dallara F342. Przed decydującym weekendem, w trzech sesjach testowych, zajmował odpowiednio piąte, dwunaste i szóste miejsce. W piątkowych treningach pokazał już wyraźną formę – ósmy i szósty czas. A w pierwszej części sobotnich kwalifikacji, jeszcze na pierwszym komplecie opon, wyszedł na prowadzenie.
Walka do ostatniego wyścigu
Pierwszy wyścig finałowego weekendu Dobrzański zaczynał z ósmego pola startowego. W jego trakcie awansował aż na czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej, wygrywając przy tym klasyfikację debiutantów tego wyścigu – szóstą taką w tym sezonie. Drugi wyścig zaczął z czwartego pola i dojechał na trzecim miejscu – piąte podium w klasyfikacji generalnej w tym sezonie. Wśród debiutantów był wtedy drugi, ale te punkty wystarczyły, by po dwóch wyścigach wysunąć się na pierwsze miejsce w klasyfikacji debiutantów.
Trzeci, decydujący wyścig nie zaczął się po jego myśli – bolid Dobrzańskiego pozostał na polu startowym przy starcie. Ten sam problem dotknął jego najgroźniejszego rywala w walce o tytuł debiutanta, więc ostatecznie nie zaważyło to na losach klasyfikacji. Polak dojechał na jedenastym miejscu w klasyfikacji generalnej i piątym wśród debiutantów.
Na rozliczenie sezonu to wystarczyło, i z nawiązką. Dobrzański zakończył klasyfikację debiutantów z 159 punktami – o pięć więcej niż drugi w tabeli Javier Herrera, który zgromadził 157 punktów. W całym sezonie 2026 Polak stawał na podium pięć razy w klasyfikacji generalnej i aż osiemnaście razy w klasyfikacji debiutantów.
„Zdobycie tytułu debiutanta roku to dla mnie ogromna satysfakcja i zwieńczenie całego sezonu ciężkiej pracy” – powiedział Dobrzański po zakończeniu sezonu.
Kierowca podkreślił też, jak wyrównana była stawka. „Walka trwała do ostatniego wyścigu, a finał w Barcelonie pokazał, jak wymagający i nieprzewidywalny potrafi być motorsport” – dodał. Podziękował również sponsorom – BMW Dobrzański, Grupie Podium i Polish Green – za wsparcie w realizacji jego sportowych celów.
Plany startowe na sezon 2027 są dopiero w przygotowaniu i mają zostać ogłoszone w najbliższych miesiącach. Na razie jednak to właśnie tytuł najlepszego debiutanta Euroformula Open 2026 stanowi najmocniejszy punkt w jego młodej karierze.