Jak zacznie się era Zinedine’a Zidane’a na ławce reprezentacji Francji i ile może kosztować wygrana w Turcji? Na pierwsze pytanie odpowiedź jest prosta – trzy punkty na wyjeździe, debiut zwycięski. Na drugie odpowiedź może okazać się dużo bardziej gorzka.
Francuzi wygrali w Turcji 1:0. To był pierwszy mecz Zinedine’a Zidane’a jako selekcjonera – premiera na ławce trenerskiej kadry. Pierwsza połowa minęła bez goli, a obraz gry sugerował, że o wyniku zadecyduje jeden dobrze wykorzystany moment. I tak się stało.
W 54. minucie Kylian Mbappe skorzystał z błędu Turków przy rozegraniu piłki na własnej połowie i pokonał bramkarza. Przy tej akcji asystował Michael Olise. Był to jedyny gol całego meczu – ale radość z niego nie trwała długo.
Bo właśnie w momencie oddawania strzału Mbappe doznał urazu. Boiska nie opuścił natychmiast – pograł jeszcze kilka minut, aż wreszcie położył się na murawie i zszedł na zmianę. Chodzi o lewe kolano. Wieczór dla Francji wyszedł więc gorzko-słodki: zwycięstwo w pierwszym meczu ery Zidane’a, a do tego niepokój o zdrowie najlepszego strzelca kadry.
Belgia i Ukraina też z wygranymi, dramat w Czarnogórze
Na innych boiskach 1. kolejki Ligi Narodów emocji także nie brakowało. Belgia rozbiła na wyjeździe Włochy 2:0. Mika Godts otworzył wynik już w 20. minucie, a Dodi Lukebakio przypieczętował triumf w 69. minucie, wykańczając kontratak strzałem z dystansu, spoza pola karnego. Ukraina z kolei wygrała na wyjeździe z Węgrami 1:0 – jedynego gola, w 42. minucie, strzelił Danyło Sikan.
Najwięcej emocji dostarczył jednak pojedynek Czarnogóry z Cyprem, zakończony wynikiem 2:1 dla gospodarzy. Cypryjczycy objęli prowadzenie po golu Marcusa Edwardsa w 55. minucie, lecz Czarnogórcy odpowiedzieli szybko – rzut karny w 66. minucie wykorzystał Nikola Krstović. O zwycięstwie zdecydował Milutin Osmajić, trafiając w 86. minucie.
Gdyby najlepszy okres kariery Joanny Jędrzejczyk przypadał na dzisiejsze UFC, ile zarabiałaby za jedną walkę? Była mistrzyni sama odpowiedziała na to pytanie w podcaście Łukasza Kadziewicza „W cieniu sportu”.
„Ile bym zarobiła? Bez PPV? W swoim prime? Nawet średnio około 3,5 miliona dolarów. Ale musisz być takim mistrzem, jakim byłam. 3,5 miliona dolarów luźno” — powiedziała Jędrzejczyk.
Ta deklaracja nabiera wagi, gdy przypomnieć sobie, jak wyglądała jej droga w organizacji. Do UFC trafiła w 2014 roku i jako pierwsza Polka zdobyła mistrzowski pas tej federacji. Tytuł wywalczyła w marcu 2015 roku, pokonując Carlę Esparzę przez TKO w drugiej rundzie i stając się mistrzynią wagi słomkowej.
Pas obroniła pięciokrotnie. Na liście pokonanych rywalek znalazły się Jessica Penne, Valerie Letourneau, Karolina Kowalkiewicz oraz Jessica Andrade. Mistrzostwo straciła w listopadzie 2017 roku w walce z Rose Namajunas, a w rewanżu z Amerykanką nie zdołała go odzyskać. Później w karierze mierzyła się jeszcze m.in. z Valentiną Shevchenko, Zhang Weili i Michelle Waterson.
Ostatnią walkę stoczyła w czerwcu 2022 roku na gali UFC 275, przegrywając przez nokaut z Zhang Weili. Po tej porażce ogłosiła zakończenie kariery. W 2025 roku trafiła do Galerii Sław UFC.
Jędrzejczyk o promocyjnym stylu Dany White’a
W rozmowie z Kadziewiczem Polka odniosła się też do sposobu, w jaki prezes UFC Dana White przez lata budował rozpoznawalność organizacji. „Przez to, co UFC zrobiło, to firmy globalne zaczęły chodzić na galę i zaczęły o nich mówić. To co Dana White kiedyś powiedział: Nie interesuje mnie jak i co, chcę żeby w niedzielę rano na świecie, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych słyszał o UFC: że była taka walka, że był taki nokaut, że była jakaś niespodzianka. To jest fajne i dzięki temu wszyscy mają kontrakty z globalnymi markami” — powiedziała.
W jej wypowiedzi splatają się więc dwa wątki: to, jak bardzo UFC urosło jako marka, i to, co taki wzrost znaczyłby dla jej własnego portfela, gdyby mistrzowski okres kariery przypadł jej dzisiaj.
O której godzinie polscy kibice usiądą przed telewizorami, żeby zobaczyć wyścig w Baku? Formula 1 Qatar Airways Azerbaijan Grand Prix 2026 odbędzie się w sobotę, 26 września. Start zaplanowano na 13:00.
Transmisja na kanale Eleven Sports 1 rozpocznie się pięć minut wcześniej, o 12:55 – kto chce złapać przedwyścigowe zapowiedzi, niech włączy telewizor z odpowiednim zapasem czasu. A ci, którzy nie mają dostępu do tradycyjnego dekodera? Wyścig obejrzą online, przez platformę Eleven Sports 1 w Pilocie WP.
Areną zmagań będzie, jak zwykle, tor uliczny Baku City Circuit w centrum stolicy Azerbejdżanu. To jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów w kalendarzu F1 – 6,003-kilometrowa trasa z 20 zakrętami, która wije się między innymi wąskimi uliczkami starego miasta. Kierowcy pokonają 51 okrążeń, co da łącznie 306,049 kilometra.
Kto rządzi w klasyfikacji generalnej?
Do Baku w roli zdecydowanego lidera klasyfikacji generalnej przyjedzie Andrea Kimi Antonelli. Włoch ma na koncie 292 punkty i wyprzedza swojego partnera z zespołu, George’a Russella, o 81 punktów. Trzecie miejsce w tabeli zajmuje Lewis Hamilton z 191 punktami – to on, obok Russella, ma teoretycznie największe szanse namieszać w walce o tytuł, gdyby Antonelli zwolnił tempo.
Po wizycie w Azerbejdżanie sezon nie zwalnia. Kolejny wyścig odbędzie się już 4 października 2026 roku w Malezji, gdzie rozegrany zostanie Formula 1 Gulf Air Bahrain Grand Prix in Malaysia, zaplanowany na 2-4 października. Później kalendarz przenosi się do Singapuru – Formula 1 Singapore Airlines Singapore Grand Prix na torze Marina Bay odbędzie się 9-11 października.
Dalej na liście jest Austin, gdzie Formula 1 MSC Cruises United States Grand Prix rozgrywany będzie 23-25 października, a tydzień później stawka F1 wyląduje w Meksyku, na Formula 1 Gran Premio de la Ciudad de México, zaplanowanym na 30 października – 1 listopada. Stąd sezon zmierza ku finałowi: São Paulo, gdzie 6-8 listopada odbędzie się Formula 1 MSC Cruises Grande Prêmio de São Paulo; Las Vegas z wyścigiem 19-21 listopada; Lusail z Formula 1 Qatar Airways Qatar Grand Prix 27-29 listopada; i wreszcie ostatnia runda na Yas Island w Abu Zabi, zaplanowana na 4-6 grudnia.
Bezgolowy remis z Bośnią, a kapitan mówi o „solidnej defensywie” i braku straconego gola. To trochę nie pasuje do siebie. Robert Lewandowski, analizując to starcie, wskazał na konkretne braki, ale dodał, że mecz dał też więcej niż jeden powód do optymizmu przed wyjazdem do Szwecji.
„Były sytuacje, ale czegoś zabrakło. Skuteczności, determinacji, ostatniego podania, wykończenia” – ocenił kapitan Polaków. Jego zdaniem drużyna miała rywala pod kontrolą przez większość spotkania. „Z boiska czułem, że mamy mecz w miarę pod kontrolą. Zabrakło jedynie otwarcia wyniku, dlatego czujemy niedosyt” – dodał. A podsumował sprawę krótko: szkoda, że Polacy „nie przepchnęli” zwycięstwa z Bośnią w jakikolwiek sposób, bo okazje się przecież pojawiały.
Nie ukrywał przy tym, że do meczu podchodził w nietypowych okolicznościach. W ciągu dwóch miesięcy przed starciem z Bośnią rozegrał piętnaście spotkań w barwach Chicago Fire. Nie przepracował typowego okresu przygotowawczego przed zgrupowaniem kadry, a kontynent zmienił zaledwie kilka dni wcześniej. Mimo to zapewnił, że fizycznie czuł się na boisku dobrze.
Kapitan zwrócił też uwagę na stan murawy na stadionie – jak zauważył, została położona tylko kilka dni przed meczem. „Czuć było, że została położona kilka dni temu. Trudno było zagrać na niej szybszą akcję” – powiedział. Zaraz jednak zastrzegł, że to nie wymówka, bo obie ekipy grały w identycznych warunkach.
Debiut Nowaka na plus
Jednym z jaśniejszych punktów wieczoru był debiut Wiktora Nowaka w narodowych barwach. Pomocnik Slavii Praga dobrze radził sobie w defensywie i sam inicjował kilka ofensywnych akcji swojej drużyny. W jednej z nich oddał groźny strzał z dystansu, o krok od gola.
Lewandowski nie szczędził mu pochwał. „Wniósł dużo świeżości, miał dobre przejścia z fazy defensywnej do ofensywnej, pozbierał kilka 'drugich piłek’, wygrywał pojedynki. Fizycznie wyglądał dobrze i pomógł nam w drugiej połowie. Zdecydowanie na plus, gratulacje dla niego” – ocenił kapitan występ debiutanta.
Teraz kadra przenosi się do Szwecji. W poniedziałek, 28 września, w Sztokholmie czeka ją wyjazdowe spotkanie Ligi Narodów. Czy Lewandowski zagra od pierwszej minuty? Sam jeszcze nie wie. „Nie powiem, że na pewno wystąpię, zobaczymy, jaki trener ma plan” – powiedział, oddając decyzję selekcjonerowi.
Co robi 41-letni gwiazdor NBA tuż przed startem kolejnego, wyczerpującego sezonu? LeBron James postawił na osobisty ton i opublikował wpis poświęcony synowi, Bronny’emu.
Zamiast zdjęć z siłowni czy zapowiedzi rozgrywek, James pokazał kibicom zupełnie inne oblicze swojego życia. W serii fotografii i nagrań udokumentował wspólny czas z synem – między innymi partie golfa, które razem rozegrali.
Uwielbiam być tatą
Tak James podsumował swój wpis. Przy tej okazji przyznał też, że sam jako dziecko nie miał szansy przeżyć podobnych chwil ze swoim ojcem.
Koniec wspólnej gry, nowy rozdział w Filadelfii
Wpis trafił do sieci w szczególnym dla Jamesa momencie. Po ośmiu latach jego rozdział w Los Angeles Lakers dobiegł końca, a koszykarz zdecydował się na dalszą grę w barwach Philadelphia 76ers. Czeka go już 24. sezon w NBA.
Zmiana klubu ma jeszcze jeden wymiar – to koniec wspólnej przygody na parkiecie z Bronnym. LeBron i jego syn nie zagrają już w jednym zespole. Zdążyli jednak zapisać się w historii ligi jako pierwsza w dziejach NBA para ojciec-syn, która wystąpiła razem w meczu.
Co poszło nie tak w grze Roberta Lewandowskiego podczas remisu 0:0 z Bośnią i Hercegowiną? Dziewięćdziesiąt minut, zero konkretów – reprezentacja Polski zaledwie zremisowała z rywalem w meczu 1. kolejki Ligi Narodów. Selekcjoner Jan Urban nie owijał w bawełnę i ocenił występ swojego kapitana wprost, na konferencji prasowej.
„Na pewno nie był to dobry mecz Roberta” – powiedział Urban, pytany o formę napastnika Chicago Fire. Łatwych wymówek jednak nie szukał. „Druga połowa była zdecydowanie lepsza i Robert w niektórych sytuacjach rzeczywiście może mógł się zachować lepiej, ale jak masz słabszy dzień, to po prostu nie zawsze wychodzi” – dodał.
Problem nie dotyczył tylko kapitana. Urban przyznał, że cała ekipa zagrała poniżej oczekiwań, a wielu zawodników traciło piłkę w sytuacjach, których trudno się doszukać wyjaśnienia.
„Co się stało? Zagraliśmy słabiej. I nie wiem dlaczego było tyle takich niewytłumaczalnych strat u zawodników, którzy są wyśmienicie wyszkoleni pod względem technicznym” – mówił selekcjoner.
Poprawa po przerwie i debiut Nowaka
Coś jednak zadziałało w szatni. Urban zdradził, że sztab trenerski wprowadził korekty podczas przerwy i to przełożyło się na wyraźnie lepszą grę po zmianie stron. „W przerwie skorygowaliśmy niektóre rzeczy i dało to efekt. Graliśmy zdecydowanie płynniej i lepiej” – relacjonował.
Jasnym punktem wieczoru był debiut Wiktora Nowaka, który po raz pierwszy zagrał w kadrze narodowej. Urban nie szczędził pochwał: „Nie dobry. Bardzo dobry debiut. Było widać u niego dużo pewności siebie. Gdy widział, że może zdobywać przestrzeń, od razu szedł do przodu. Wygrywał większość pojedynków” – ocenił selekcjoner. I jak zauważył, ta forma nie bierze się z niczego – Nowak jest podstawowym graczem Slavii Praga.
Mniej optymistycznie zabrzmiały słowa Urbana o pozycji numer dziewięć. Selekcjoner otwarcie mówił o deficycie napastników, który dotyka też młodsze pokolenie. „Od kiedy rozmawiamy o napastnikach? Od dawna. I wszyscy wiemy, że jest tam krucho. Cofamy się. Patrząc na młodzież… też nie ma” – powiedział. Jedną z nadziei na przyszłość wskazał w Żukowskim, chwaląc jego atrybuty fizyczne. „Widzę potencjał w Żukowskim, który dysponuje dużą szybkością, potrafi się utrzymać przy piłce, jest znakomicie zbudowany pod względem fizycznym i ma bardzo dobre uderzenie” – stwierdził Urban.
Mecz przyniósł też złą wiadomość kadrowo-medyczną. Jakub Kamiński zszedł z boiska już w 24. minucie. Urban wyjaśnił, co się stało i co to oznacza dla reszty zgrupowania. „Kuba zszedł z kontuzją, problemy z przywodzicielem. Nie naderwał, ale naciągnął tak mocno, że podejrzewam, że nie będzie to długa kontuzja, natomiast wyklucza go z pozostałych meczów” – przekazał selekcjoner.
Ile punktów dzieli Europę od kolejnego triumfu w Pucharze Lavera? Po pierwszym dniu rywalizacji w Londynie odpowiedź brzmi: sporo, choć prowadzenie już jest solidne. Drużyna Europy prowadzi 3:1 z ekipą Reszty Świata po pierwszym dniu rozgrywanego na korcie twardym w hali w Londynie turnieju. Dziewiąta edycja Pucharu Lavera wystartowała w piątek, a cała rywalizacja toczy się w hali The O2 Arena, na korcie twardym.
Pierwszy punkt dla Europy zapewnił Casper Ruud. Norweg potrzebował ponad dwóch godzin, by pokonać Francisco Cerundolo 6:7(4), 6:4, 10-8. Reszta Świata odpowiedziała jednak od razu. Brandon Nakashima niespodziewanie wygrał 6:1, 3:6, 10-7 z Jakubem Mensikiem, doprowadzając do remisu 1:1. Amerykanin zaserwował w tym meczu trzy asy i wykorzystał dwie z trzech piłek na przełamanie.
Remis nie trwał długo. Na korcie zameldował się 19-letni Rafael Jodar i od razu pokazał, że w Pucharze Lavera zadebiutował bez tremy. Hiszpan pokonał Aleksandra Bublika 6:2, 6:3, oddając rywalowi zaledwie pięć gemów w całym meczu.
Dzień zamknął debl – Carlos Alcaraz i Jakub Mensik zmierzyli się z Taylorem Fritzem i Aleksandrem Bublikiem. Hiszpańsko-czeski duet wygrał 6:4, 6:4 i to właśnie ten mecz dał Europie prowadzenie po pierwszym dniu całego turnieju.
Co dalej w Londynie
Turniej trwa od piątku do niedzieli, czyli od 25 do 27 września. W sobotę zaplanowano kolejne cztery spotkania – trzy singlowe i jedno deblowe. Stawka rośnie z każdym dniem: wygrana w drugim dniu rywalizacji wyceniona jest już na dwa punkty. Reszta Świata wciąż więc ma matematyczne szanse na odrobienie strat przed niedzielnym finiszem.
Kto pierwszy znajdzie sposób na niepokonanego mistrza Polski? Odpowiedź przyszła w 4. kolejce TAURON Hokej Ligi, i przyszła z Oświęcimia – KS Unia wygrała na lodzie GKS-u Tychy 5:3, przerywając passę faworyta, który do tej pory w tym sezonie nie znał smaku porażki.
To była pierwsza w tym sezonie odsłona „Świętej Wojny” między tymi klubami, a biało-niebiescy z Oświęcimia jako pierwsi wypunktowali słabość tyszan. Show w tym spotkaniu skradł bramkarz gości, Igor Tyczyński. Trener GKS-u Pekka Tirkkonen musiał radzić sobie bez Filipa Komorskiego i Jusso Jämsena, jego rywal zaś, Markus Juurikkala, prowadził Unię bez Samiego Aittokallio, Bartosza Florczaka, Rihardsa Marenisa, Adriana Ziobra i Maksymiliana Mościckiego.
Pierwsza tercja zaczęła się od uderzenia gości. Damian Tyczyński otworzył wynik w 9:24, asystując mu Erik Ahopelto. Tychy odpowiedziały szybko – Szymon Kiełbicki wyrównał na 1:1 w 12:29, wykorzystując przewagę po podaniach Valtteriego Kakkonena i Alana Łyszczarczyka. Radość gospodarzy nie trwała długo. Otto Nieminen, grając w 15:17 sam na sam z bramkarzem podczas przewagi cztery na pięć, ustalił wynik na 1:2 – w tym momencie kontuzjowany Bartłomiej Pociecha leżał na linii niebieskiej. Dziesięć sekund przed końcem tercji, w 19:50, Jere Jokinen dobił Tychy trzecim golem Unii, asystowany przez Severiego Immonena i Kalle Valtolę. Pierwsza część zakończyła się więc wynikiem 1:3.
Druga tercja przywitała gospodarzy koszmarem. Już po 77 sekundach, w 21:17, Sameli Ventelä podwyższył na 1:4 po asyście Erika Ahopelto. Tychy zdołały odpowiedzieć w 25. minucie – Mark Viitanen strzelił na 2:4 po dograniu Mateusza Gościńskiego. Więcej goli w tej odsłonie nie padło, tercja zakończyła się więc wynikiem 1:2 dla przyjezdnych.
Trzecia tercja: kosmetyczny powrót Tychów
W 34. minucie, w 33:59, Lukash Matthews huknął z dystansu i ustalił wynik na 2:5, asystowany przez Jimiego Rönkkönena. Gospodarze nie odpuszczali jednak do samego końca. Olli Kaskinen w 42:24, strzałem z linii niebieskiej po podaniach Szymona Kiełbickiego i Mateusza Bryka, zdobył gola kontaktowego na 3:5. Poza tym trafieniem ostatnia tercja przeszła bezbramkowo, co dało wynik 1:0 dla Tychów w tej części meczu.
W końcówce trener Tirkkonen postawił wszystko na jedną kartę – zdjął bramkarza Tomáša Fučíka z lodu, dając gospodarzom dodatkowego zawodnika w polu. Losów spotkania to jednak nie odwróciło. Unia musiała jeszcze przetrwać osłabienie po karze dla Jimiego Rönkkönena, ale obroniła korzystny wynik do syreny.
Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:5 dla gości, z wynikami tercji 1:3, 1:2, 1:0. Statystyka strzałów na bramkę wyniosła 40:30 na korzyść Tychów – liczba, która pokazuje, jak wiele gospodarze zawdzięczają skuteczności Igora Tyczyńskiego, broniącego tego dnia barw przyjezdnych. Dyscyplina obu ekip była wzorowa: statystyka minut karnych zamknęła się w liczbach 0-12. Spotkanie prowadzili sędziowie główni Patryk Kasprzyk i Przemysław Gabryszak, a liniowymi byli Kamil Wiwatowski i Łukasz Sośnierz. Na trybunach zasiadło 2227 widzów.
Przegrywać 0:2 po pierwszej tercji i mimo to zejść z lodu z kompletem punktów? KH Energa Toruń pokazała, że to możliwe. W 4. kolejce TAURON Hokej Ligi ekipa z Torunia pokonała Comarch Cracovię 5:3, a bohaterem wieczoru okazał się kapitan Robert Arrak, autor hat tricka.
Gospodarze zaczęli mecz znakomicie. Już w 16. minucie, przy przewadze 5 na 4, Vili Laitinen otworzył wynik po asyście Damiana Kapicy. Wcześniej, w 8. minucie, Anton Brandhammar obejrzał karę 2 minut za przeszkadzanie, co dało Cracovii pierwszą okazję do gry w przewadze. Chwilę przed końcem pierwszej tercji, w 19. minucie, Mateusz Ubowski podwyższył na 2:0, wykorzystując podania Danielsa Bērziņša i Joniego Airo. Po 20 minutach na tablicy widniał wynik 2:0 dla krakowian.
Druga tercja to już zupełnie inna historia – i to Toruń pisał ją od pierwszych minut. Chikara Hanzawa zdobył kontaktową bramkę w 24. minucie, asystowali mu Santeri Peltola i Robert Ossipov. Cztery minuty później do głosu doszedł kapitan gości. Robert Arrak trafił po odbiciu krążka od Aleksandra Szkrabowa, wyrównując na 2:2 przy podaniach Ossipova i Hanzawy. Cracovia odpowiedziała szybko: w 35. minucie Kamil Kalinowski dał jej ponowne prowadzenie 3:2, a asystował mu brat Michał Kalinowski.
Końcówka drugiej tercji mogła przechylić szalę na stronę gospodarzy. W 39. minucie Robert Ossipov otrzymał karę 5+2 minut, co dało Cracovii przewagę 5 na 3. Krakowianie tej okazji jednak nie wykorzystali – do przerwy schodzili wciąż z prowadzeniem, ale bez dodatkowej bramki.
Trzecia tercja i seria Arraka
W ostatniej odsłonie meczu inicjatywę przejął Toruń. W 51. minucie Robert Arrak zdobył drugą bramkę, dając swojej ekipie prowadzenie 4:2 – asystowali Hanzawa i Peltola. W tej samej minucie karę otrzymał także Daniels Bērziņš. Cracovia nie złożyła broni: w 58. minucie Vili Laitinen zdobył swoją drugą bramkę w meczu, ustalając wynik na 3:4 po asyście Bērziņša i Oskara Jaśkiewicza. Gospodarze zdjęli bramkarza w ostatnich minutach, szukając wyrównania. Nie doszukali się go – zamiast tego Robert Arrak domknął hat trick trafieniem do pustej bramki w 59. minucie, po podaniu Wiaczesława Kolesnikowa. Końcowy wynik: 3:5.
Statystyki spotkania dobrze oddają jego przebieg. Toruń oddał 39 strzałów, Cracovia 32, a suma minut karnych wyniosła 33 dla gości i 8 dla gospodarzy. Między bramkami stanęli Alex Horawski dla Cracovii, prowadzonej przez trenera Krystiana Dziubińskiego, oraz Roman Kałmykow dla Torunia, którym kieruje Sami Hirvonen. Mecz w parze głównej sędziowali Bartosz Kaczmarek i Maciej Gąsienica-Makowski, a na liniach pomagali Michał Żak i Michał Kret. Na trybunach zasiadło 632 widzów.
Dla KH Energi Toruń to kolejny krok w stronę utrzymania kompletu punktów. Zespół wciąż nie przegrał w tegorocznych rozgrywkach TAURON Hokej Ligi.
Ile może kosztować kawałek kartonu z podpisem 19-letniego debiutanta NBA? Odpowiedź brzmi: 8,04 mln dolarów. Tyle właśnie zapłacił anonimowy nabywca za wyjątkową kartę Coopera Flagga.
Bohaterem transakcji jest gwiazda Dallas Mavericks, wybrana z pierwszym numerem draftu NBA w 2025 roku. W debiutanckim sezonie 2025/26 Flagg rozegrał 70 spotkań, notując średnio 21 punktów, 6,7 zbiórki oraz 4,5 asysty. Efekt? Nagroda dla Debiutanta Roku NBA.
Sprzedany egzemplarz pochodzi z kolekcji 2026 Topps Chrome Updates NBA Debut Patch i opatrzony jest autografem samego zawodnika. Kartę wyciągnięto z paczki w sierpniu, w stanie Rhode Island. Aukcja wystartowała 10 września z ceną wywoławczą 3,5 mln dolarów. Później rozkręciła się na dobre: padło 83 oferty, zanim licytacja zamknęła się na kwocie 8,04 mln dolarów.
Ta suma wystarczyła, by przebić dotychczasowy rekord wśród kart sportowych ogółem, należący wcześniej do karty baseballisty Honusa Wagnera. Ten egzemplarz zmienił właściciela w 2022 roku za 7,25 mln dolarów — Flagg pokonał go z zapasem przekraczającym pół miliona dolarów.
Koszykarski rekord wciąż gdzie indziej
Mimo imponującej kwoty, 8,04 mln dolarów nie robi z karty Flagga najdroższej w historii rynku kart koszykarskich. Ten tytuł wciąż należy do egzemplarza Upper Deck Exquisite Collection Dual Logoman z sezonu 2007/08, sprzedanego za 12,9 mln dolarów. Karta łączy autografy Michaela Jordana i Kobe Bryanta. Za nią w klasyfikacji plasuje się jeszcze jeden egzemplarz z serii Logoman, wydany rok wcześniej, z podpisami Jordana i LeBrona Jamesa — i on również sprzedał się drożej niż karta Flagga.
Ostatecznie transakcja z podpisem 19-latka z Dallas trafia na piąte miejsce w historii najdroższych publicznie znanych sprzedaży kart sportowych. Jak na kartę debiutanta, który w lidze dopiero raczkuje, to i tak wynik budzący respekt.