Ile pozycji da się odrobić na jednym okrążeniu ulicami Baku? Roman Biliński odpowiedział na to pytanie już na starcie – awans o dwie lokaty, mimo jazdy z osiemnastego pola. To była tylko jedna z chwil weekendu, w którym Polak zaliczył komplet punktowanych wyścigów na ulicznym torze w Azerbejdżanie.
W trzecim i ostatnim wyścigu weekendu Biliński przejechał linię mety na dziesiątym miejscu. Wynik cenny nie tylko sam w sobie – bo do tego dziesiątego miejsca Polak przebił się aż z osiemnastej pozycji startowej, odrabiając w sumie osiem lokat.
Wyścig rozstrzygnął się częściowo już na pierwszym okrążeniu. Tam właśnie Biliński zyskał dwie pozycje niemal natychmiast po starcie. Potem przyszedł kolejny błysk formy – efektowne wyprzedzanie w zakręcie Kushu Mainim, jednym z charakterystycznych miejsc bakijskiej ulicówki.
Punkty w każdej z trzech sesji
Weekend układał się Bilińskiemu dobrze od pierwszych metrów. Piątkowy sprint zakończył na szóstym miejscu, sobotni wyścig główny – na siódmym. Niedzielna dziesiątka domknęła komplet: Polak punktował we wszystkich trzech wyścigach weekendu i zgarnął łącznie 10 punktów do klasyfikacji generalnej Formuły 2.
Takim bilansem w Baku pochwalić mogło się tylko czterech kierowców. Oprócz Bilińskiego punkty w komplecie trzech wyścigów zdobyli też Alexander Dunne, Dino Beganovic i Martinius Stenshorne.
W sobotnim wyścigu głównym najszybszy okazał się Rafael Camara. Za nim na mecie widziano Nikołę Cołowa, a podium zamknął wspomniany już Alexander Dunne na trzeciej pozycji.
Ile jeszcze gwiazd zniknie z drabinki China Open, zanim Iga Świątek rozegra pierwszego seta? Lista wycofań rośnie z dnia na dzień. Najnowsze nazwisko na niej to obrończyni ubiegłorocznego tytułu.
Amanda Anisimova zrezygnowała ze startu w turnieju WTA 1000 w Pekinie. To bolesna strata dla organizatorów, bo Amerykanka broniła tam zeszłorocznego triumfu. Sezon 2025 był dla niej wręcz przełomowy — doszła do finałów Wimbledonu i US Open, a w cyklu WTA 1000 wygrała zarówno w Dosze, jak i w Pekinie.
Rok 2026 wygląda już zupełnie inaczej. Anisimova opuściła wiele tygodni z powodu kontuzji nadgarstka, a niedawno wycofała się także z halowego turnieju WTA 500 w Singapurze. Konsekwencje nieobrony tytułu w Pekinie będą bolesne: Amerykanka straci 1000 punktów rankingowych i wypadnie poza Top 15 światowego rankingu.
Anisimova to nie jedyne nazwisko, które zniknęło z listy startowej. Wcześniej z gry w Pekinie zrezygnowały już Jessica Pegula, Marta Kostiuk, Sorana Cirstea i Victoria Mboko. Do tego grona dołączyła Alexandra Eala — wybrała start w igrzyskach azjatyckich zamiast rywalizacji w Chinach.
Co to oznacza dla Świątek i Chwalińskiej
Fala wycofań przekłada się wprost na sytuację polskich tenisistek. Im więcej rywalek rezygnuje, tym wyższe rozstawienie czeka Igę Świątek i Maję Chwalińską w drabince China Open. W praktyce obie Polki zaczną turniej dopiero od drugiej rundy — najbardziej ryzykowny etap, czyli pierwsza runda, ich po prostu ominie.
W Pekinie zagra łącznie 96 zawodniczek, z czego aż 32 dostaną na start wolny los. China Open 2026 rusza 30 września i potrwa do 11 października.
Ile trzeba zapłacić, żeby przez trzy dni testować symulatory wyścigowe, grać w Fortnite’a i oglądać finał turnieju darta na jednej scenie? Odpowiedź: od 20 złotych za bilet ulgowy jednodniowy do 200 złotych za trzydniowy karnet rodzinny. Czwarta edycja Bielsko-Biała Gaming Festival odbędzie się od 2 do 4 października, a organizuje ją Stowarzyszenie Esport Polska.
Festiwal zagości w Hali BBOSiR pod Dębowcem w Bielsku-Białej. W piątek i sobotę drzwi będą otwarte od 10.00 do 20.00, w niedzielę godzinę krócej — do 18.00. To jedna z imprez roku, w którym Bielsko-Biała nosi tytuł Polskiej Stolicy Kultury 2026.
Turnieje na trzy dni
Program rozgrywek zmienia się każdego dnia. W piątek na graczy czekają turnieje w FC26, Assetto Corsa, Brawl Stars 3 na 3, Street Fighter 6, Unreal Tournament, Worms Armageddon oraz Tekken Ball. W sobotę m.in. FC26, Counter-Strike 2 w formatach 1 na 1 i 5 na 5, Tekken 8, StarCraft, Colin McRae Rally 2.0 i Mortal Kombat 1. Niedziela zamyka festiwal Fortnite’em, League of Legends, Heroes of Might and Magic III, Deluxe Ski Jump 2.1, Quake III Arena, Rocket League, Synth Riders oraz kolejnymi rozgrywkami w Tekkenie i Assetto Corsa.
Obok głównych turniejów działać będzie strefa Sim Racing z rozbudowanymi symulatorami jazdy. Kto nie ma ochoty na rywalizację, może wybrać strefę Free2Play — tam po prostu się gra i testuje sprzęt, bez żadnych zapisów. Nowe technologie reprezentować będą gogle VR i AR, komputery oraz laptopy gamingowe.
Festiwal to jednak coś więcej niż elektronika. W programie są planszówki, gry karciane i sesje RPG, a rozgrywki i sesje fabularne poprowadzi klub New Home’s Tabletop z Gilowic. Miłośnicy dawnych czasów trafią do strefy Retro i Klasyki, gdzie czekają oryginalne komputery i konsole z lat 80. i 90. — sprzęt marek Amiga, Commodore i Atari. Przy okazji warto zajrzeć na giełdę retro ze starszymi grami, sprzętem i przedmiotami kolekcjonerskimi.
Popkulturowa część imprezy obejmie cosplay, warsztaty grafiki cyfrowej i druku 3D oraz Strefę Książki i Komiksu. W niedzielę 4 października na scenie głównej odbędzie się konkurs cosplay. Przez cały festiwal działać będą stanowiska Pokémon TCG i Disney Lorcana, z turniejami dla początkujących i zaawansowanych graczy oraz rywalizacją w Lorcanie. W sobotę mocnym punktem programu będzie Magic: The Gathering — stanowiska do nauki gry, wymiana kart i turnieje. Fani gier bitewnych znajdą stoły z Warhammerem 40,000 i Middle-Earth Strategy Battle Game.
Osobne miejsce zajmie dart. Strefa Darta będzie czynna przez wszystkie trzy dni festiwalu. W sobotę 3 października o godzinie 12.00 rusza turniej organizowany przez Fundację Beskidzkie 501 i GoDarts — najpierw faza grupowa, potem pucharowa, a na koniec finał na festiwalowej scenie. Dla najmłodszych przygotowano Strefę Malucha z klockami i grami edukacyjnymi pod okiem animatorów, a o głodzie przypomni strefa gastronomiczna z food truckami.
Ceny biletów
Bilet jednodniowy kosztuje 20 zł w wersji ulgowej i 40 zł w wersji normalnej. Trzydniowy karnet wychodzi na 50 zł ulgowy i 80 zł normalny. Rodziny mogą skorzystać z biletu 2+2 za 100 zł na jeden dzień albo z trzydniowego karnetu rodzinnego za 200 zł. Bilety sprzedają serwisy Ekobilet, Biletomat i eBilet.
Co ma wspólnego nawrócenie religijne z powrotem na deski ringu? Dla Tomasza Adamka odpowiedź na krytykę promotora Andrzeja Wasilewskiego jest zaskakująco prosta – jedno wynika z drugiego.
Adamek, mistrz świata w boksie, który w pewnym momencie kariery spróbował sił nawet w wadze ciężkiej, od pewnego czasu budzi kontrowersje z zupełnie innego powodu. Zamiast trzymać się klasycznego ringu, wybrał freak-fightową federację FAME. Zmierzył się tam między innymi z Kasjuszem „Don Kasjo” Życińskim, Patrykiem Bandurskim oraz Roberto Soldiciem. Ostatnie z tych starć skończyło się dla niego boleśnie – były mistrz KSW znokautował go.
To właśnie te występy stały się pretekstem do ostrej krytyki ze strony promotora Andrzeja Wasilewskiego. W rozmowie z portalem ringpolska.pl nie owijał w bawełnę.
Wstyd po prostu od początku do końca, żeby facet, który przez lata był naprawdę szanowanym, poważanym pięściarzem, zachował się, jak zachowywał.
Na samej ogólnej ocenie się nie skończyło. Wasilewski nazwał Adamka „dziadem” i dorzucił jeszcze bardziej dosadne słowa.
Żeby tak się rozdrabiać, żeby robić się z siebie takiego dziada po prostu, nazywajmy rzeczy po imieniu… Przecież jemu te walki nic kompletnie nie zmieniają. Jeszcze je, z tego co wiem, przegrywa.
Odpowiedź z odwołaniem do wiary
Adamek nie zostawił tych słów bez odzewu. Na łamach tego samego portalu, ringpolska.pl, odpowiedział promotorowi. Nie sięgnął po argumenty sportowe – wybrał zupełnie inny rejestr, religijny.
Wasyl życzę ci prawdziwego nawrócenia do Pana Jezusa, bo wiem, że nie wierzysz i jeszcze nie możesz przeżyć tego, że dalej walczę. Przecież powiedziałem ci, dobrze pamiętasz, jak się nawrócisz, to ja kończę, ale nie zrobiłeś tego. Dlatego jestem w ringu i znów mnie zobaczysz ponownie.
Wymowa tych słów jest jasna. Adamek zapowiada dalsze starcia – bez względu na to, co o jego wyborach sądzi środowisko bokserskie. Spór między nim a Wasilewskim nie przygasa. Wręcz przeciwnie, nabiera tempa.
Czemu reprezentacja Polski przez pierwsze 45 minut meczu z Bośnią i Hercegowiną wyglądała raczej jak na sparingu niż w spotkaniu o punkty w Lidze Narodów? Paweł Kryszałowicz, były reprezentant Polski, nie ma wątpliwości. Winne było tempo.
„W pierwszej połowie graliśmy za wolno i z tego powodu nie mogliśmy stworzyć akcji” – ocenił Kryszałowicz w rozmowie z WP SportoweFakty. Jego zdaniem cała pierwsza część meczu bardziej przypominała towarzyskie granie niż walkę o punkty w dywizji B. „To był taki mecz trochę jak towarzyski. Nie podchodziliśmy pressingiem, więc Bośniacy mogli sobie spokojnie operować piłką” – dodał.
Generalnie pierwsza połowa była bardzo słaba. W drugiej nastąpiły roszady i wyglądało to już zdecydowanie lepiej
Za tymi zmianami stały decyzje selekcjonera Jana Urbana, który po przerwie przebudował skład na boisku. Efekt było widać niemal od razu – Polacy przyspieszyli i zaczęli stwarzać sobie okazje do gola. „Ten mecz nie był w najlepszym naszym wykonaniu. Zdecydowanie druga połowa była lepsza, bo przyspieszyliśmy i mieliśmy kilka okazji do strzelenia bramki. Ale nie było to porywające widowisko z naszej strony” – podsumował były napastnik kadry.
Nowak dał ożywienie, ale bez pochopnych wniosków
Jednym z bohaterów drugiej połowy okazał się Wiktor Nowak – wszedł na boisko i dostał od selekcjonera 45 minut gry. Kryszałowicz chwalił jego wpływ na tempo meczu. „Dał dużo ożywienia. Zaczął grać szybciej, kilka razy zagrał na jeden, dwa kontakty i to spowodowało, że mieliśmy zdecydowanie więcej z tej gry” – zauważył.
Były reprezentant Polski nie chce jednak wyciągać zbyt daleko idących wniosków po jednym udanym wejściu z ławki. „Na razie wszedł jako zmiennik i zaprezentował się dobrze. Trener będzie widział, jak będzie wyglądał dalej na treningach, i to on podejmie decyzję” – przestrzegł Kryszałowicz, oddając ostateczny głos w sprawie składu Janowi Urbanowi.
Więcej wątpliwości budzi forma Roberta Lewandowskiego. „Robert, przynajmniej w tym meczu, to nie był Robert, którego zawsze mieliśmy na boisku. Widać było, że chyba nie czuł się w tym meczu najlepiej” – ocenił Kryszałowicz. Jego zdaniem problem nie leżał wyłącznie w kapitanie kadry. „Nawet Robert nie bardzo miał z czego strzelić, bo nie miał sytuacji. Drużyna też słabo utrzymywała się przy piłce i to było widać” – dodał, wskazując na całą formację, nie tylko na lidera ataku.
Kryszałowicz zapowiada jednak, że kolejny słaby występ Lewandowskiego może wymusić decyzje trenerskie jeszcze przed końcem meczu. „Jeżeli drugi mecz z rzędu wyglądałby podobnie, to myślę, że trzeba byłoby wcześniej znaleźć jakieś rozwiązanie” – powiedział, mając na myśli grę kapitana przez całe 90 minut.
A test przyjdzie szybko. Polacy zagrają w poniedziałek ze Szwecją w Solnej, początek meczu zaplanowano na 20:45. Kryszałowicz apeluje o odświeżenie kadry i danie szansy młodszym zawodnikom. „Musimy wprowadzać trochę nowych zawodników. Musimy odświeżać tę reprezentację, bo potrzebujemy świeżej krwi w kadrze” – podsumował.
Kto stanie na drodze Andrieja Rublowa do półfinału turnieju ATP 250 w Hangzhou? Odpowiedź brzmi: Hugo Gaston. Francuski specjalista od niespodzianek w II rundzie potrzebował niemal trzech godzin, żeby odrobić stratę seta.
Rosjanin, rozstawiony w Hangzhou z numerem drugim, poradził sobie z Rinky’em Hijikatą bez większych kłopotów. 6:3, 6:3, 12 asów, 29 zagrań kończących – bilans nie pozostawia wątpliwości. Sześć razy miał okazję do przełamania rywala, trzy z nich wykorzystał. Co ciekawe, to był dla niego dopiero pierwszy mecz w turnieju – w I rundzie Rublow miał wolny los.
28-letni tenisista z Moskwy po meczu nie kryl, że początek nie był dla niego łatwy.
Cieszę się, że wygrałem swój pierwszy w karierze mecz w Hangzhou. Początek nie był łatwy, bo brakowało mi pewności siebie. Ale, im dłużej przebywałem na korcie, tym czułem się swobodniej.
W ćwierćfinale na Rublowa czeka właśnie Gaston, a Francuz musiał w II rundzie solidnie się napracować. Pokonał rozstawionego z numerem siódmym Jaime Farię 4:6, 7:6(5), 6:4, serwując po drodze cztery asy.
Jacquet z życiową wygraną
Drugim francuskim bohaterem dnia okazał się Kyrian Jacquet. 25-letni tenisista z Lyonu, zajmujący 107. miejsce w rankingu ATP, rozprawił się z rozstawionym z numerem trzecim Tomasem Martinem Etcheverrym 6:2, 6:3. Mecz zajął zaledwie półtorej godziny – Argentyńczyk, notowany na 30. miejscu w klasyfikacji ATP, oddał w nim tylko pięć gemów.
To największe zwycięstwo w karierze Jacqueta. Nagrodą jest ćwierćfinałowe starcie z Fabianem Marozsanem, który rozstawiony z numerem szóstym przeszedł przez kwalifikanta Taro Daniela w trzysetowym thrillerze 6:7(2), 7:5, 7:6(1).
Turniej AITO Hangzhou Open toczy się na kortach twardych w chińskim Hangzhou. To zawody kategorii ATP 250 z pulą nagród wynoszącą 1,039 mln dolarów.
Jak to możliwe, że zawodnik wyrzucony z akademii Legii Warszawa za słabe predyspozycje motoryczne dziś gra w pierwszym składzie Slavii Praga i debiutuje w kadrze A Polski? Odpowiedź prowadzi przez Pruszków, Płock i Zabrze – i przez kilka osób, które nie dały mu wypaść z futbolu, choć w pewnym momencie łatwiej byłoby po prostu odpuścić.
Wiktor Nowak spędził w akademii Legii cztery lata. Potem klub zakończył z nim współpracę. Powodem były słabe predyspozycje motoryczne – wtedy jeszcze nastoletni obrońca przegrywał rywalizację bezpośrednio z Igorem Strzałkiem. W 2018 roku szef akademii Legii Radosław Mozyrko organizował turnieje wieku biologicznego, w wyniku których 14-letni Nowak został przydzielony do młodszych piłkarzy. Miał wtedy 14-15 lat, gdy dowiedział się, że w Legii dla niego nie ma miejsca.
„To najcięższy moment w mojej dotychczasowej przygodzie z piłką. Dla młodego zawodnika, młodej osoby takiej jak ja, miałem wtedy 14–15 lat… Gdy ta informacja do mnie dotarła, to było mi bardzo smutno. Nigdy jednak nie miałem takich myśli, że to koniec z piłką. Dalej musiałem próbować swoich sił gdzie indziej”
Grzegorz Szoka, dziś trener ŁKS, prowadził Nowaka w młodszych kategoriach akademii Legii. Nie zostawił go samego z tym problemem – od razu zaczął organizować mu testy w innych klubach. Gładko to nie poszło. Raków Częstochowa i Polonia Warszawa go nie przyjęły. Ostatecznie chłopak z Drobina pod Płockiem trafił do Znicza Pruszków, gdzie prowadził go Michał Dumała, a w drużynie do lat 17 grał na lewej obronie.
Przełom nadszedł w 2021 roku, gdy do Znicza dołączył trener Mariusz Misiura z zadaniem uratowania zespołu przed spadkiem do III ligi – wcześniej pracował on w Realu Madryt. W decydującym meczu ostatniej kolejki II ligi z Hutnikiem Kraków Nowak wszedł na boisko za Shumę Nagamatsu i podał piłkę do Pomorskiego, który strzelił gola dającego Zniczowi wygraną i awans. Nad jego przygotowaniem motorycznym pracowali wtedy Grzegorz Skowroński i Mateusz Surowiec – dokładnie w tym samym obszarze, który kilka lat wcześniej przesądził o jego wyrzuceniu z Legii.
Misiura pracował z Nowakiem w Pruszkowie trzy lata, po czym odszedł do Wisły Płock. Zawodnik trafił pod opiekę Grzegorza Szoki i grą w I lidze zdołał zwrócić na siebie uwagę Rakowa Częstochowa i Górnika Zabrze. Najkonkretniejszą ofertę złożył ostatecznie Górnik. Tam czekał go jednak kolejny cios: w sezonie przygotowawczym nie znalazł się nawet w gronie 22 zawodników biorących udział w wewnętrznych grach jedenastu na jedenastu.
Od ławki w Zabrzu do składu Ekstraklasy
Ratunkiem okazała się Wisła Płock, gdzie wtedy pracował Mariusz Misiura. Klub, który już raz mu pomógł, dał mu drugą szansę. W Płocku Nowak trenował indywidualnie z Bartoszem Bochińskim i od razu wskoczył do pierwszego składu w Ekstraklasie. Opiekę nad nim sprawował doświadczony Dani Pacheco. Liczby mówiły same za siebie: Nowak przebiegał w ciągu meczu ponad kilometr na dużej szybkości, podczas gdy przeciętny zawodnik Ekstraklasy notował średnio 600-800 metrów. Motoryka, która kiedyś go przekreśliła, zamieniła się w jego główną broń.
Trener kadry Miłosz Stępiński zwrócił mu uwagę na zbyt dużą liczbę strat piłki. Nowak skorygował to już od kolejnego meczu. Jesienią 2025 roku Mariusz Misiura, już jako trener stażysta w Slavii Praga, wskazał tamtejszym skautom Wiktora Nowaka oraz Nikodema Niskiego z Korony Kielce jako najbardziej perspektywicznych zawodników polskiej ligi. Slavia kupiła go od Górnika Zabrze za 2,4 mln euro.
W Pradze nie musiał długo czekać na miejsce w składzie. Po 9 kolejkach ma na koncie 5 goli i 1 asystę, co czyni go drugim najlepszym strzelcem czeskiej ligi. Zadebiutował też w Lidze Mistrzów w barwach Slavii. Czescy komentatorzy porównują go już do Thomasa Soucka, który zaczynał karierę w Slavii, a od dekady gra w West Ham United. Do tego doszedł debiut w seniorskiej reprezentacji Polski – dla zawodnika, którego jedenaście lat wcześniej Legia uznała za niewystarczająco szybkiego, to zamyka pewną pętlę.
Kto ma większe szanse w walce o zjednoczenie pasów wagi średniej KSW – broniący tytułu Paweł Pawlak czy tymczasowy mistrz Piotr Kuberski? Sam Pawlak zdradził niedawno, kogo bardziej obawiał się w klatce. I trzeba przyznać, że to nie jest odpowiedź, jakiej można się spodziewać przed starciem z Kuberskim.
Pawlak jest obecnym mistrzem KSW w wadze średniej, Kuberski nosi z kolei pas tymczasowego czempiona tej kategorii. Ich starcie o zjednoczenie tytułów zaplanowano na 19 grudnia, w ramach gali KSW 124.
Zanim jednak w ogóle zaczęto mówić o Kuberskim, Pawlak musiał poradzić sobie z Mamedem Khalidovem – do tego pojedynku doszło w tym roku. Łatwo nie było. Druga runda zakończyła się na jego niekorzyść, ale Pawlak zdołał odwrócić losy walki i pokonał legendę KSW w czwartej rundzie. Sędzia przerwał starcie w przedostatniej rundzie, orzekając techniczny nokaut.
To właśnie w kontekście Khalidova Pawlak, trenowany przez Pepłowskiego, powiedział coś, co mogło zaskoczyć niejednego kibica. „Dla mnie zawodnicy silni, toporni są idealni pod mój styl walki, a taki Mamed, który jest też szachistą i jest bardzo szybki, to jest gościu, który mógłby mnie oszukać” – mówił na kanale FANSPORTU TV.
Khalidov nie miał złudzeń co do jakości rywala – po porażce z Pawlakiem nazwał go zawodnikiem inteligentnym i dobrze pracującym. Warto dodać, że sam Khalidov wcześniej pokonał balachą, czyli dźwignią na szyję, Adriana Bartosińskiego, partnera treningowego Pawlaka.
Dwa lata przygotowań do Kuberskiego
Jeśli chodzi o starcie z Kuberskim, Pawlak nie owija w bawełnę. Zapewnia, że tej walki się nie obawia, i zdradza coś, co samo w sobie mówi wiele – do tego starcia przygotowuje się już od dwóch lat. Trudno o mocniejszy sygnał, że mistrz od dawna widział w Kuberskim naturalnego kandydata do zjednoczenia pasów.
Kuberski stawia z kolei mocny akcent na zapasy. Tymczasowy mistrz trenuje jiu-jitsu trzy razy w tygodniu – to dość jasno pokazuje, w którym miejscu klatki może szukać przewagi.
19 grudnia, na gali KSW 124, oba pasy wagi średniej połączą się w jednej walce. A po słowach Pawlaka o Khalidovie jedno staje się jasne: w klatce bardziej boi się przeciwników nieprzewidywalnych i szybkich niż tych, którzy stawiają na czystą siłę.
Dlaczego reprezentacja Polski, mimo kilku dogodnych sytuacji, nie zdołała pokonać bramkarza Bośni i Hercegowiny? Winne są niewykorzystane okazje i jedna nieuznana bramka – to one zdecydowały o bezbarwnym remisie 0:0 w meczu Ligi Narodów. Spotkanie rozegrano 25 września 2026 roku, a na trybunach zasiadło 46 775 widzów.
Prowadzona przez Jana Urbana Polska najbliżej gola była jeszcze w pierwszej połowie, gdy Piotr Zieliński huknął z kilkunastu metrów – strzał zablokowano. Wcześniej zrobiło się nerwowo w polu karnym gości: Michał Skóraś źle przyjął podanie po zgraniu Matty’ego Casha i kopnął rywala w nogę. Do tego kadra Urbana straciła Jakuba Kamińskiego, który zszedł z urazem po niecałych 30 minutach gry.
Największą okazję Polacy zmarnowali jednak po zmianie stron. Sebastian Szymański, mając przed sobą całą bramkę, trafił z kilku metrów prosto w bramkarza Martina Zlomislicia. Był to moment, który mógł przeważyć losy meczu, ale bośniacki golkiper stanął na wysokości zadania.
W drugiej połowie na boisku pojawił się Wiktor Nowak, debiutując w kadrze narodowej. Po godzinie gry oddał mocny strzał z daleka – piłka minęła słupek. Chwilę wcześniej, po akcji Casha, z okolicy pola karnego uderzał Przemysław Frankowski, a Zlomislić z trudem odbił piłkę na bok. Próbował też Nicola Zalewski, który w kontrze zdecydował się na solową szarżę i strzał w kierunku dalszego słupka. Niebliski celu.
Kontrowersyjna sytuacja i ostatnia szansa Zielińskiego
Najbardziej dramatyczny moment przyniosła sytuacja z udziałem Wiktora Nowaka, który po dośrodkowaniu Bośni i Hercegowiny wbił piłkę do własnej bramki. Gola nie uznano – sędzia dopatrzył się faulu na bramkarzu Marcinie Bułce. To uchroniło Polaków przed porażką w meczu, w którym mieli inicjatywę, ale nie umieli jej wykorzystać.
Ostatnia szansa na trzy punkty nadeszła już w doliczonym czasie gry – Piotr Zieliński ponownie stanął przed okazją do trafienia. Bramkarz gości po raz kolejny okazał się nieprzejednany i obronił remis dla swojej drużyny.
Jan Urban wystawił skład: Marcin Bułka – Kacper Potulski, Jan Bednarek, Jakub Kiwior (od 46. min Przemysław Frankowski) – Matty Cash, Bartosz Slisz (od 46. min Wiktor Nowak), Piotr Zieliński, Michał Skóraś – Jakub Kamiński (od 24. min Nicola Zalewski), Sebastian Szymański – Robert Lewandowski (od 87. min Mateusz Żukowski). W barwach gości od pierwszej minuty zagrali: Martin Zlomislić – Nikola Katić, Zinedin Smajlović (od 46. min Amar Memic), Tarik Muharemović, Sead Kolasinac – Esmir Bajraktarević, Ermedin Demirović (od 78. min Ermin Mahmic), Ivan Basić – Ivan Sunjić (od 65. min Benjamin Tahirovic), Haris Tabaković (od 90. min Jovo Lukic), Kerim Alajbegović (od 91. min Armin Gigovic).
Na uwagę zasługują dwa młode nazwiska w kadrze Urbana. Osiemnastoletni Kacper Potulski zaliczył trzeci występ w reprezentacji Polski, a Wiktor Nowak zapamięta ten wieczór jako swój debiut w narodowych barwach – choć pewnie wolałby zapisać się w historii inaczej niż przez nieuznaną bramkę samobójczą.
Ile turniejów polsko-czeskich czeka młodych tenisistów w 2027 roku? Sześć. To jednak tylko jeden fragment większej układanki — współpracy, którą właśnie zacieśniają Polski Związek Tenisowy i jego czeski odpowiednik.
Zacznie się szybciej, niż mogłoby się wydawać. Już w listopadzie reprezentacje Śląska i Moraw zagrają w kategoriach U10 i U12, a mecze rozegrane zostaną po obu stronach granicy — w Czechach i w Polsce. To dopiero przedsmak dużo szerszego planu na przyszły sezon.
W 2027 roku odbędzie się sześć turniejów polsko-czeskich — w kalendarzu PZT znajdzie się sześć imprez cyklu Czech-Polish Friendship Tour, rozgrywanych po obu stronach granicy. Sam cykl to nie żadna nowość. Pierwsza edycja odbyła się w 2022 roku i od początku była adresowana do zawodniczek i zawodników do lat 12.
Prezes PZT Dariusz Łukaszewski nie kryje, że współpraca z Czechami ma dla polskiego tenisa strategiczne znaczenie. „Czechy są naszym bliskim sąsiadem i naturalnym partnerem. Łączą nas pasja do sportu oraz silna tenisowa tradycja” — powiedział.
Tamtejszy system szkolenia od lat przynosi bardzo dobre efekty, dlatego chcemy czerpać z czeskiego know-how, dzielić się własnymi doświadczeniami i rozwijać wspólne projekty, które będą realnym wsparciem dla młodych zawodniczek i zawodników.
Czescy tenisiści już grają w Polsce
Wymiana sportowa między krajami trwa już na poziomie klubowym — i to od dawna. W tegorocznej rundzie zasadniczej TenisLIGI, czyli Drużynowych Mistrzostw Polski, na kortach pojawili się czescy zawodnicy: Vanessa Sulcova, Petr Vojtech, David Poljak oraz Andrew Paulson. Jeszcze wymowniejszy jest przypadek Lindy Noskovej. Mistrzyni tegorocznego Wimbledonu jeszcze niedawno grała w barwach BKT Advantage Bielsko-Biała.
Po czeskiej stronie entuzjazmu dla tej współpracy nie mniej. Wiceprezes Czeskiego Związku Tenisowego Martin Hynek podkreślił, że Polska jest naturalnym partnerem „zarówno z powodów geograficznych, jak i sportowych”.
Projekt Czech-Polish Friendship Tour pokazał, że regularne mecze i turnieje stanowią wartościową przestrzeń do rozwoju młodych zawodniczek i zawodników oraz wymiany doświadczeń między trenerami i federacjami.
Czechy to nie jedyny kierunek w polityce PZT. Związek rozmawia też z innymi zagranicznymi federacjami tenisowymi, licząc na dalszy rozwój polskiego tenisa. Budowaniu tych relacji służyło również tegoroczne AGM Tennis Europe, które odbyło się w Gdańsku.