Jak ograć drużynę, której w tym sezonie jeszcze nikt nie potrafił pokonać? Unia Oświęcim znalazła receptę na lodzie rywala, wygrywając na wyjeździe z GKS-em Tychy 5:3. To zwycięstwo ma wagę szczególną – Tychy bronią przecież tytułu mistrza Polski, a oświęcimianie jako pierwsi w tym sezonie znaleźli na nich sposób. Spotkanie rozegrano na Stadionie Zimowym w Tychach.
Fundament wygranej Unia postawiła już w pierwszej tercji, kończąc ją z prowadzeniem 3:1. Bramki zdobyli wtedy Damian Tyczyński, Otto Nieminen i Jere Jokinen – i to właśnie trafienie tego ostatniego miało dodatkowy smaczek, bo Jokinen wracał po kontuzji. Trener Unii, Fin Markus Juurikkala, nie krył zadowolenia z tego fragmentu spotkania. „Nie jestem pewien, czy można wskazać jeden kluczowy moment, ale byłem bardzo zadowolony z pierwszej tercji w naszym wykonaniu. Uważam, że dobrze weszliśmy w mecz i byliśmy w niej lepszym zespołem. Możliwość wypracowania dwubramkowej przewagi po pierwszej tercji była oczywiście bardzo ważna” – mówił szkoleniowiec po meczu.
W drugiej tercji przyszła kolejna bramka gości – Sameli Ventelä huknął z dystansu na 4:1. Tychy odpowiedziały trafieniem Marka Viitanena, lecz w 34. minucie Lukash Matthews przywrócił Unii trzybramkową przewagę, ustalając wynik na 5:2. Przed ostatnią odsłoną meczu oświęcimianie prowadzili więc różnicą trzech goli.
Trzecia tercja nie była już tak spokojna, jak można by się spodziewać przy takim prowadzeniu. Gospodarze zbliżyli się na 3:5 po golu Olliego Kaskinena. Mistrzowie Polski aż sześciokrotnie w tym meczu grali w przewadze i jedną z takich okazji wykorzystali już w pierwszej tercji, doprowadzając wówczas do wyrównania. Więcej jednak nie zdołali odrobić. W obronie wyniku kluczową rolę odegrał bramkarz Unii, Igor Tyczyński – trener nie szczędził mu pochwał. „Igor był świetny w bramce i zaliczył kilka niezwykle ważnych interwencji, kiedy tego potrzebowaliśmy” – ocenił Juurikkala.
Trener chwali grę w osłabieniu i patrzy w stronę Katowic
Szkoleniowiec Unii podkreślił też postęp zespołu w defensywie podczas gry w osłabieniu – element, który przy sześciu przewagach rywala miał niebagatelne znaczenie. „Musieliśmy sporo grać w osłabieniu i czuję, że zrobiliśmy krok do przodu w tym elemencie. Nasi zawodnicy od bronienia osłabień wykonali kawał dobrej roboty” – powiedział Juurikkala. Nastrój w szatni najlepiej oddały jednak jego słowa o samym zwycięstwie. „Zwycięstwo zawsze smakuje dobrze, bez dwóch zdań. Jestem bardzo zadowolony z tego, jak walczyliśmy razem jako zespół. Nie zawsze było idealnie, ale znaleźliśmy sposób” – dodał trener.
Na odpoczynek czasu jednak nie ma. Już w niedzielę Unia Oświęcim zmierzy się na własnym lodzie z GKS-em Katowice. Juurikkala zapowiada kolejne trudne zadanie. „Tak, czeka nas kolejny trudny mecz, jak zresztą każdy. Katowice to dobry zespół z dużą liczbą zawodników o wysokich umiejętnościach. Musimy skupić się na dalszym budowaniu naszej gry razem, dzień po dniu. Wtedy przyjdą wyniki” – podsumował trener Unii.
Co robi Łukasz Jurkowski, gdy na skrzynkę wpadają mu dwa wezwania przedsądowe naraz od Mariusza Grabowskiego? Odpowiedź przyszła szybko – i nie było w niej cienia wahania.
Fight Mode, nowa organizacja walk na gołe pięści, działa na rynku dopiero od kilku miesięcy, a współtworzy ją właśnie Jurkowski. Pod koniec sierpnia projekt ogłosił kontrakt z Jakubem Słomką, zawodnikiem dobrze znanym z GROMDY. Wcześniej Mariusz Grabowski utrzymywał, że obie organizacje miały nieformalnie ustalić – żadnego podbierania zawodników. Umowa czy nie, na pierwszej gali Fight Mode i tak stanęli ludzie z korzeniami w GROMDZIE.
Napięcie rosło z obu stron. Padły zarzuty, że GROMDA blokuje niektórym mediom możliwość przeprowadzenia wywiadów. Sam Słomka nie gryzł się w język i w jednej z rozmów skrytykował współpracę z byłym pracodawcą. Skutek przyszedł szybko – zawodnik dostał wezwanie przedsądowe właśnie za te słowa.
Podobne pismo trafiło też do Jurkowskiego. A właściwie dwa. Chodziło o wypowiedzi z wywiadu u Huberta Mściwujewskiego, na kanale MMA – bądź na bieżąco. Sama rozmowa odbyła się ponad dwa tygodnie przed tym, jak sprawa wezwań w ogóle wyszła na jaw.
Jurkowski opisał całą sytuację osobiście – w piątkowe popołudnie, na Instagramie. „Mariusz Grabowski razem z GROMDĄ wysłali mi dwa pisma, wezwania przedsądowe, abym wycofał się ze słów, które mówiłem w wywiadzie u Huberta, które rzekomo są kłamstwem i obrażają go” – napisał.
„Nie będę przepraszał”
Odpowiedź nie zostawia miejsca na żadną inną interpretację. „Nie będę się z tych słów wycofywał, nie będę przepraszał, nie będę płacił żadnych pieniędzy na cele społeczne” – zadeklarował Jurkowski.
25 września 2026 roku opublikował na Twitterze/X wpis zatytułowany „Gromda – Jest Miękka Gra”, dołączając do niego nagranie. „Gromda – Jest Miękka Gra…? Mariusz Grabowski i organizacja Gromda straszną mnie i zawodników wypowiadających się na ich temat sądami. Sztywniutko Mariusz?” – napisał.
Na koniec zwrócił się wprost do szefa GROMDY: „Mariusz, do zobaczenia w sądzie, mam nadzieję, że będziesz osobiście”.
Cały ten spór nie hamuje jednak przygotowań po stronie Fight Mode. Kolejna gala organizacji odbędzie się w Legionowie.
Jak to możliwe, że wicemistrz Polski przegrywa u siebie 1:5 i po pięciu meczach ma na koncie zaledwie sześć punktów? GKS Katowice, drużyna, która jeszcze kilka miesięcy temu grała z GKS-em Tychy w finale TAURON Hokej Ligi, wchodzi w nowy sezon w głębokim dołku formy.
W piątek katowiczanie ulegli ECZD Zagłębiu Sosnowiec 1:5. Najboleśniejsze jest to, że po pierwszej tercji było jeszcze 1:1 — spotkanie sprawiało wrażenie wyrównanego, zanim rozsypało się w drugiej i trzeciej odsłonie. Jedynego gola dla gospodarzy zdobył Stephen Anderson, 31-letni kanadyjski środkowy ataku. Po meczu nie krył frustracji.
Po pięciu kolejkach nowego sezonu TAURON Hokej Ligi bilans GKS-u to zaledwie sześć punktów, przy czym jedno ze spotkań rozegrano awansem z 17. kolejki, przeciwko Polonii Bytom. Obserwatorzy ligi zgodnie zauważają: aktualni wicemistrzowie Polski nie przypominają na razie zespołu, który oglądaliśmy w końcówce poprzedniej kampanii ligowej.
Anderson, zapytany o przyczyny kryzysu, nie owijał w bawełnę. „Można powiedzieć w tym momencie jest wiele rzeczy, w których coś nie działa, coś nie funkcjonuje. Na ten moment nie prezentujemy poziomu, który jest wystarczający. Każdy w szatni musi spojrzeć w lustro i zastanowić się, co jeszcze może dać od siebie. Musimy dać z siebie więcej” — powiedział kanadyjski napastnik.
Brak zespołowości jako główny problem
Anderson wskazał też konkretnie, gdzie tkwi problem. „Po prostu nie gramy jako zespół. Czasami zbyt łatwo oddajemy krążek, innym razem próbujemy zrobić za dużo indywidualnie. Często szybko tracimy bramkę, a potem zrobić jeszcze więcej, zamiast po prostu wrócić do podstaw – grać razem i wzajemnie się wspierać” — ocenił zawodnik.
Cała presja spada teraz na sztab szkoleniowy prowadzony przez trenera Jacka Płachtę. To on musi w krótkim czasie znaleźć receptę na odbudowanie drużyny, która jeszcze kilka miesięcy temu walczyła w finale z Tychami. Okazja do przełamania nadarzy się już w najbliższą niedzielę — GKS zagra na wyjeździe z Unią Oświęcim.
Jedna dziesiąta sekundy. Tyle brakowało Maxowi Verstappenowi, by na ostatnim okrążeniu odebrać George’owi Russellowi zwycięstwo w Grand Prix Azerbejdżanu – dosłownie długość zderzaka. Wyścig i tak zapamiętamy jednak głównie z innego powodu: karamboli, które w środku stawki zmieniły całą klasyfikację.
Russell wystartował z pole position i przez większość dystansu trzymał wyścig pod kontrolą. To on jako pierwszy zobaczył flagę w kratkę, zapisując na swoim koncie kolejne zwycięstwo w sezonie 2026. Verstappen dotarł do mety drugi, tracąc do zwycięzcy zaledwie 0,196 s. Na ostatnim okrążeniu Holender podjechał do Brytyjczyka na odległość 0,1 sekundy – zabrakło mu jednak metrów, żeby dokończyć atak. Po wyścigu, przez radio zespołowe, rzucił krótko: „Ależ blisko po raz kolejny!”.
Do walki o drugą pozycję Verstappen doszedł zresztą nie sam z siebie. Isack Hadjar oddał mu miejsce, żeby kolega z Red Bulla mógł gonić Russella. Francuz nie krył jednak zniecierpliwienia i pytał przez radio: „Ma teraz jakieś problemy, czy o co chodzi?”. Chwilę później dodał już z goryczą: „Tracimy czas”. Ostatecznie musiał zadowolić się trzecim miejscem, tracąc do Russella 10,704 s.
Grozy nie uniknął nawet lider wyścigu. Russell zahaczył o bandę podczas jednego z okrążeń i natychmiast zameldował przez radio: „Sprawdźcie ciśnienie w oponach”. Na szczęście dla Brytyjczyka kontakt nie zostawił śladu na bolidzie – auto wyszło z tego bez uszkodzeń.
Karambol Colapinto i safety car Albona
Oblicze wyścigu zmieniło się na 33. okrążeniu, gdy na tor wyjechał samochód bezpieczeństwa po wypadku Alexandra Albona. Tajlandczyk nie dojechał do mety. Restart od razu namieszał w czołówce – Verstappen wykorzystał moment i awansował na drugie miejsce kosztem Oscara Piastriego.
Największy chaos wybuchł jednak dalej w stawce. Franco Colapinto sprowokował karambol, staranowując Pierre’a Gasly’ego i Lando Norrisa. Gasly, wyeliminowany z wyścigu przez własnego kolegę z zespołu, nie krył emocji: „O mój Boże. Nie wierzę”. Sam Colapinto przyznał się do błędu, rzucając przez radio krótkie „Przepraszam”. Cała trójka – Colapinto, Gasly i Norris – nie ukończyła wyścigu.
W tej samej sytuacji ucierpiał też Liam Lawson, w którego zahaczył jego zespołowy partner Arvid Lindblad. Nowozelandczyk skwitował to z przekąsem: „Uwielbiam być wyrzucany z toru przez zespołowego kolegę”. Stewardzi ostatecznie odstąpili od kary dla Lindblada – tłumaczyli to chaosem, jaki zapanował zaraz po wznowieniu wyścigu.
Pecha miał też Oscar Piastri. Po drugim restarcie Australijczyk przestrzelił hamowanie, wypadł na pobocze i ze świetnej trzeciej pozycji osunął się aż na piętnastą. Ostatecznie sklasyfikowano go na 14. miejscu, ze stratą 36,401 s do zwycięzcy.
Na tym tle prawdziwą niespodzianką okazał się wyścig Andrei Kimiego Antonellego. Startując dopiero z szesnastej pozycji, Włoch przebił się aż na piąte miejsce na mecie i tym samym zachował bezpieczną przewagę w klasyfikacji generalnej kierowców sezonu 2026.
Czwarte miejsce, ze stratą 14,136 s, zajął jadący Ferrari Charles Leclerc. Tuż za Antonellim, na szóstej pozycji, finiszował drugi kierowca Scuderii – Lewis Hamilton, który do Russella stracił 22,382 s.
Czy Jacek Murański w końcu rozliczy się z zakładu, który sam zaproponował po walce z Gabrielem „Arabem” Al-Sulwim? Arkadiusz Tańcula, twarz projektu PRIME Show MMA, nie zostawia w tej sprawie miejsca na domysły: jeśli Murański nie wpłaci pieniędzy na dzieci, on przy najbliższej gali organizacji nie tknie żadnej roboty.
Odrazu ucinam pytania, jak Muran nie wpłaci na dzieciaki nie będę pracować przy tej edycji.
Historia zaczyna się na PRIME 18 w sierpniu 2026 roku, gdzie Murański stanął naprzeciw Al-Sulwiego. Przed pojedynkiem obaj zawodnicy umówili się, że za każdy nokdaun zaliczony przez Araba, Muran dostanie od niego kopa w tyłek. Zakład szybko obrócił się przeciwko Murańskiemu — Arab posłał go na deski aż cztery razy.
Po walce Murański wycofał się z pierwotnego ustalenia i zaproponował coś innego niż cielesne konsekwencje. Zamiast kopów, za każdy nokdaun miał wpłacić 10 tysięcy złotych na fundację wskazaną przez Araba — przy czterech upadkach robiło to razem 40 tysięcy złotych. Al-Sulwi się zgodził. Tyle że do dziś ani grosza z tej kwoty nie trafiło na konto.
Rewanż z Najmanem w tle sporu
Sprawa nabiera wagi, bo 7 listopada 2026 roku w Ostrowie Wielkopolskim rusza gala PRIME 19, a na niej Murański zmierzy się w rewanżu z Marcinem Najmanem. Organizator nie szczędził słów, zapowiadając to starcie: „Czas na legendarny rewanż, na który wielu czekało! 7 listopada w Ostrowie Wielkopolskim przekonamy się, jak zakończy się kolejny rozdział jednej z najbardziej charakterystycznych rywalizacji polskich freak fightów”. I właśnie przy organizacji tej gali Tańcula grozi, że palcem nie kiwnie, dopóki dług wobec fundacji nie zostanie uregulowany.
Zanim spór zdążył się na dobre rozkręcić, na scenę wkroczył ktoś zupełnie inny. Firma Żbikowski Development wpłaciła 40 000 złotych w niecałą dobę na fundację „Walcz o Marzenia” — co do złotówki tyle, ile winien był Murański. Dzięki tej wpłacie dzieci z domu dziecka pojadą na obóz sportowy. O darowiźnie poinformował na Instagramie sam Al-Sulwi: „Dzieci z domu dziecka pojadą na Obóz! @zlobikowski.development wpłacił 40 000 w ciągu niecałej doby na fundację „Walcz o Marzenia”! ????”.
Pieniądze na cel więc dotarły, tylko nie od tego, kto miał je wpłacić. Czy to zamyka sprawę w oczach Tańculi, czy bojkot wobec PRIME 19 wciąż obowiązuje — na razie nie wiadomo.
Kto wyjdzie do klatki na Babilon MMA 60 i skąd śledzić galę na żywo? Z datą i miejscem sprawa jest prosta: 26 września w Skierniewicach odbędzie się gala Babilon MMA 60: Błachuta vs Norkus. Kibiców czeka tego wieczoru jedenaście pojedynków.
Główną atrakcją wieczoru będzie starcie Rafała Błachuty z Dominykasem Norkusem. Błachuta wchodzi do walki z zawodowym bilansem 17-11-0, a w Babilon MMA notuje na razie 2-1-0. Norkus może pochwalić się bilansem 6-1-0 w karierze — choć dla organizacji będzie to debiut, bo dotąd nie stoczył tu żadnej walki. Pojedynek rozegrany zostanie w wadze 170 funtów.
Kartę główną uzupełni starcie Krzysztofa Głowackiego z Callym de Oliveirą w wadze 205 lb. Głowacki ma na koncie bilans 2-2-0 w MMA, a pod szyldem Babilon MMA 1-1-0. De Oliveira, legitymujący się rekordem 6-3-0, w tej organizacji wystąpi po raz pierwszy.
Pełna karta walk
Poza dwoma głównymi pojedynkami na karcie głównej znajdzie się jeszcze pięć starć. Patryk Likus zmierzy się z Bohdanem Danylko w wadze 145 lb. Damian Piskorz stanie naprzeciw Kamila Turalskiego w wadze 185 lb, a w tej samej kategorii Kamil Woźny powalczy z Sebastianem Szwedą. Do tego dojdą pojedynki Arkadiusza Kolusa z Kacprem Knauberem w wadze 155 lb oraz Karola Michalaka z Maciejem Zacholskim w wadze 170 lb. Kartę główną zamknie starcie Islama Didaeva z Vladyslavem Pererva w wadze 135 lb.
Wieczór otworzą trzy walki półzawodowe. Wojciech Michalik zmierzy się w nich z Danielem Ceglarskim w wadze 170 lb, Filip Urbanowicz powalczy z Szymonem Osikiem w tej samej kategorii, a Adam Saghir zmierzy się z Janem Wyroślakiem w wadze 135 lb.
Transmisja z Babilon MMA 60 ruszy 26 września na antenie Polsat Sport Fight o godzinie 19:00. Godzinę później galę zobaczą też widzowie Super Polsatu — od 20:00.
Skąd właściwie wzięła się jedna z najbardziej rozpoznawalnych kuźni MMA w Polsce? Odpowiedź prowadzi do jednego nazwiska. Mirosław Okniński, uznawany za pioniera MMA w Polsce, od lat jest założycielem i głównym trenerem Akademii Sportów Walki Wilanów.
Historia klubu sięga dużo dalej niż sama nazwa mogłaby sugerować. Pierwszy kontakt Oknińskiego ze sportami walki to już 1984 rok. Przełom przyszedł jednak dziewięć lat później – w 1993 roku, podczas pobytu w Niemczech, obejrzał pierwszą galę UFC. To wydarzenie odmieniło jego podejście do treningu i całych sportów walki. Skutki tej fascynacji było widać już niebawem: w 1998 roku powstało Vale Tudo Grudziądz, przemianowane później na Okniński MMA Grudziądz, a w 2000 roku Okniński otworzył w stolicy klub Vale Tudo Warszawa – jedno z pierwszych miejsc w Polsce, gdzie w ogóle dało się trenować MMA.
Na samej sali treningowej się nie skończyło. Okniński organizował gale i turnieje pod szyldami MMA Sport i MMA Polska, a z czasem zbudował całe struktury ligowe – Profesjonalną Ligę MMA (PLMMA) oraz Amatorską Ligę MMA (ALMMA). Pod egidą PLMMA odbyło się niemal 80 wydarzeń. ALMMA działa do dziś, choć już bez udziału samego Oknińskiego.
Obecna nazwa – Akademia Sportów Walki Wilanów – towarzyszy klubowi od 2014 roku, a jego siedziba mieści się w warszawskiej dzielnicy Wilanów. Wtedy też Okniński objął funkcję trenera reprezentacji Polski na pierwszych mistrzostwach świata IMMAF. Rok wcześniej, w 2013 roku, jego dorobek doceniono wpisem do Galerii Sław polskiego MMA.
Mistrzowie, którzy przewinęli się przez Wilanów
Lista zawodników związanych z Oknińskim robi wrażenie. Trenowali z nim między innymi Marian Ziółkowski, Cezary Oleksiejczuk, Łukasz Jurkowski, Robert Bryczek, Antoni Chmielewski, Marcin Naruszczka, Michał Pasternak, Paweł Nastula i Mariusz Pudzianowski. To Okniński był pierwszym szkoleniowcem Pudzianowskiego w MMA i to on poprowadził go do zawodowego debiutu – starcia z Marcinem Najmanem, będącego zarazem debiutem obu zawodników. Pudzianowski wygrał tamtą walkę po zaledwie kilkudziesięciu sekundach.
Szymon Kołecki, w przeszłości sztangista, który na początku XXI wieku zdobywał srebro i złoto olimpijskie, wciąż trenuje w Akademii. W MMA zaliczył zwycięstwa w KSW nad Janikowskim i Pudzianowskim, a po długiej przerwie wrócił do byłej organizacji Babilon MMA, gdzie sięgnął po pasy mistrzowskie wagi półciężkiej i ciężkiej. Na gali Babilon MMA 57 zmierzył się o pas wagi ciężkiej ze Stuartem Austinem, byłym zawodnikiem OKTAGONu, PFL i Bellatora. Kołecki wygrał przez poddanie w drugiej rundzie i został podwójnym mistrzem organizacji.
Michał Oleksiejczuk zakończył współpracę z Oknińskim pod koniec 2021 roku, mając wtedy na koncie bilans 4-2 w UFC. Do dziś pozostaje rekordzistą wśród Polaków pod względem liczby nokautów w pierwszej rundzie w UFC, a w ogólnej klasyfikacji tej statystyki na świecie zajmuje trzecie miejsce. Ostatnią walkę pod okiem Oknińskiego stoczył z niepokonanym wcześniej, urodzonym w Dagestanie Shamilem Gamzatovem – na gali UFC 267, gdzie walką wieczoru było starcie Jana Błachowicza z Gloverem Teixeirą. Oleksiejczuk znokautował rywala już w pierwszej rundzie. To było jego czwarte zwycięstwo w UFC.
Podobną drogę przeszedł Krzysztof Jotko, który z Oknińskim współpracował około sześciu lat. Do UFC wchodził z bilansem 14-0, a organizację opuścił z 11 zwycięstwami i dodatnim bilansem. Po rozstaniu z trenerem sięgnął po pas mistrzowski wagi średniej organizacji OKTAGON i wygrał turniej tej czesko-słowackiej federacji. Pas mistrzowski zdobył też Cezary Oleksiejczuk – tym razem w organizacji FEN.
Przez lata Okniński angażował się także w trenowanie zawodników freak fightowych, współpracując między innymi z zawodnikami organizacji FAME. W przeszłości prowadził też Amadeusza Ferrariego i Piotra Szeligę. W 2025 roku postanowił jednak zawęzić działalność wyłącznie do sportowego MMA i zakończył współpracę z częścią zawodników – w tym z Michałem Pasternakiem i Piotrem Lizakowskim.
Jak zapamiętać tydzień, który kończy się porażką w półfinale, a mimo to zbiera same pochwały? Właśnie tak wygląda bilans Mai Chwalińskiej po turnieju WTA 500 w Singapurze. Polka odpadła w półfinale, przegrywając z Leylah Fernandez z Kanady, ale eksperci komentujący jej występ mówią właściwie jednym głosem – to był dla niej dobry tydzień.
Mecz rozegrano w sobotę, 26 września 2026 roku. Chwalińska przegrała 6:1, 4:6, 2:6. Zaczęła jednak fenomenalnie – pierwszego seta wygrała aż 6:1. Potem inicjatywę przejęła Kanadyjka, która w niedzielnym finale zmierzy się z Talią Gibson.
Dla zawodniczki zajmującej 21. miejsce w rankingu WTA to i tak jeden z najlepszych wyników w karierze. Łukasz Gagaska, prowadzący profil Sporty Olimpijskie, nie ma wątpliwości – mimo porażki bilans tygodnia wypada na plus. „Maja Chwalińska po znakomitym pierwszym secie nie dała rady reprezentantce Kanady w drugiej i trzeciej partii. 6:1, 4:6, 2:6 z perspektywy Polki. Cieszy jednak powrót do dobrego grania, półfinał turnieju WTA 500 i 21. miejsce w rankingu. To był udany tydzień Chwalińskiej” – ocenił.
Punkty, które mogą się przydać za rok
Sebastian Warzecha z Weszło patrzy na sprawę przez pryzmat rankingu. Jego zdaniem Chwalińska zdobyła cenne punkty i wyrównała swoją życiową pozycję. „Cenne punkty zdobyte, dobry turniej zaliczony, wyrównanie życiówki rankingowej. Jeszcze ze 3-4 takie turnieje i potencjalny spad punktowy (który raczej nastąpi) po przyszłorocznym RG nie będzie aż tak bolesny” – napisał.
Adam Romer, redaktor naczelny magazynu „Tenisklub”, spojrzał na samą jakość rywalizacji w Singapurze. Jego zdaniem tym razem to Fernandez okazała się lepszą wersją siebie. „Była walka w Singapurze, ale tym razem Leylah Fernandez okazała się nieco lepszą wersją 'drobnej, sprytnej, leworęcznej’ tenisistki. Nie zmienia to faktu, że dla Mai to był ważny turniej i ważny wynik. Teraz Pekin i China Open” – podsumował, wskazując od razu kolejne przystanki w kalendarzu Polki.
Rafał Smoliński z WP SportoweFakty zwrócił z kolei uwagę na specyfikę stylu Fernandez – Kanadyjka nierzadko potrzebuje czasu, by złapać rytm przeciwko zawodniczce, z którą gra po raz pierwszy. „Szkoda Mai Chwalińskiej. Nie pierwszy raz zdarza się, że Leylah potrzebowała czasu, aby złapać rytm z kimś, z kim gra po raz pierwszy. I tak bardzo cenny tydzień dla Mai w Singapurze. Oby jeszcze kilka takich wyników w tym sezonie” – napisał.
Najdalej w ocenach poszedł Jakub Karbownik z magazynu „Tenisklub”. Jego zdaniem Chwalińska udowodniła w Singapurze, że stać ją na grę na równi z zawodniczkami głównego cyklu WTA Tour. „Jednak zarówno dziś, jak i przez cały mijający tydzień Bielszczanka pokazała, że stać ją na grę jak równą z równą w turniejach głównego cyklu WTA Tour. Z Singapuru Polka wyjeżdża nie tylko z cennym doświadczeniem, ale również z niezwykle ważnymi punktami do rankingu WTA” – ocenił.
Kto już w drugiej rundzie potrafi zdmuchnąć z turnieju najwyżej rozstawionego zawodnika i przy okazji zapewnić sobie miejsce naprzeciw Huberta Hurkacza? W Chengdu Open odpowiedź ma imię i nazwisko: Lloyd Harris, tenisista, który do głównej drabinki wcisnął się tylnymi drzwiami.
Valentin Vacherot, rozstawiony z numerem jeden, pożegnał się z Chengdu Open 2026 już po pierwszym meczu. Zrobił to właśnie Harris – reprezentant RPA, który do turnieju głównego przebił się przez eliminacje. Południowoafrykańczyk potrzebował godziny i 33 minut, by rozprawić się z Monakijczykiem 6:4, 7:6(5).
Niespodzianka jest tym większa, że Vacherot to nie jest przypadkowa ofiara losowania. Rok wcześniej tenisista z Monte Carlo zaskoczył wszystkich, sięgając po tytuł w prestiżowym Masters 1000 w Szanghaju. Tym razem jednak w Chengdu skończyło się na pierwszym meczu.
To właśnie ten wynik daje Harrisowi bilet do niedzielnego ćwierćfinału z Hubertem Hurkaczem. Panowie grali ze sobą już dwukrotnie i na razie jest 1:1. Reprezentant RPA wygrał w challengerze w Lizbonie w 2017 roku, Polak odpowiedział zwycięstwem w Masters 1000 w Miami w 2022 roku.
Davidovich Fokina i Muller w drugiej parze ćwierćfinału
Sobotnie zmagania otworzył Alejandro Davidovich Fokina, który pokonał Argentyńczyka Juana Manuela Cerundolo 6:4, 6:4. To już trzecie zwycięstwo Hiszpana nad tym rywalem bez porażki w meczach tourowych. W niedzielę czeka go starcie z Alexandre’em Mullerem.
Francuski kwalifikant wygrał 7:6(3), 6:1 z Włochem Federico Ciną, który znalazł się w drabince jako „szczęśliwy przegrany” z eliminacji.
Turniej w Chengdu potrwa do wtorku, 29 września. Zwycięzca singla zainkasuje 250 punktów do rankingu ATP i czek na 184 tys. dolarów. Zawody rozgrywane są na twardych kortach w ramach cyklu ATP 250, a łączna pula nagród całej imprezy to 1,210 mln dolarów.
Robert Bryczek to jedyny Polak na karcie gali. Czy poradzi sobie z brazylijskim specjalistą jiu-jitsu Rodolfo Vieirą? Odpowiedź poznamy na UFC Vegas 121, w hali Meta Apex.
Bryczek, reprezentant klubu Uniq Fight Club, wchodzi do klatki z bilansem 18 zwycięstw i 7 porażek. Ostatnio przegrał z Camem Rowstonem, więc w Las Vegas będzie chciał odwrócić passę. Jego rywal Rodolfo Vieira ma na koncie 11 wygranych i 5 porażek. To starcie zapowiada się jako jedno z ciekawszych na całej karcie.
Walką wieczoru jest jednak pojedynek w wadze koguciej między Raulem Rosasem Jr. a Raonim Barcelosem. 21-letni Rosas Jr. przed galą zajmował 12. miejsce w rankingu, a jego bilans to 12-1. Ma za sobą serię pięciu zwycięstw z rzędu – w 2026 roku pokonał Roba Fonta. Barcelos, sklasyfikowany na 13. pozycji, wchodzi do walki z bilansem 22-5 i również z serią pięciu wygranych. Wśród jego ofiar jest były mistrz Cody Garbrandt.
Co-main event to starcie w wadze koguciej kobiet: Norma Dumont kontra Ailin Perez. Dumont, czwarta zawodniczka rankingu, legitymuje się bilansem 13-3. Perez, piąta w klasyfikacji, przystępuje do walki z rekordem 13-2 i serią sześciu zwycięstw z rzędu.
Pozostałe walki karty głównej i wstępnej
Na karcie głównej uwagę przyciągają dwaj niepokonani zawodnicy. Luis Hernandez, z bilansem 8-0, zmierzy się z Sedriquesem Dumasem (10-5) w wadze półśredniej. Melissa Amaya, także bez porażki (8-0), stanie naprzeciw Tiny Black (15-4) w wadze słomkowej. Do tego w wadze koguciej zobaczymy pojedynek Iliembeka Akylbeka Uulu (10-3) z Mehemmedelim Osmanim (12-1).
Kartę wstępną otwiera aż sześć pojedynków. Rinya Nakamura (10-1) zmierzy się z Bradym Hiestandem (8-2) w wadze koguciej. W wadze półciężkiej Rodolfo Bellato (13-3-1) stanie naprzeciw Christianowi Edwardsowi (8-5). Wagę półśrednią reprezentują Elves Brener (16-6) i Josiah Harrell (11-1). Kolejne dwa starcia rozegrają się w wadze koguciej: Montel Jackson (15-4) zmierzy się z Rickym Simonem (22-7-1), a John Castaneda (21-8-1) z Alatengheilim (17-10-2). Zamyka ją pojedynek wagi słomkowej między Yazmin Jauregui (11-2) a Vanessą Demopoulos (11-8).