⚡ Aktualnie:
Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku

10 września o 16:00 CEST na stronie valorantesports.com/pickems ruszyło typowanie fazy grupowej Champions Shanghai. Godzinę później ta sama funkcja doczekała się włącznika także w kliencie VALORANT. Od tej chwili każdy, kto śledzi turniej wyłaniający mistrza VALORANT, może przy okazji powalczyć o własne nagrody.

Zasady są nieskomplikowane, ale terminy trzeba mieć zapisane gdzieś pod ręką. Typowanie fazy grupowej zamyka się 24 września, około 11:10 CEST — czyli dokładnie 10 minut po rozpoczęciu pierwszego meczu Champions Shanghai. Play-offy startują zaraz po losowaniu i potwierdzeniu par, a więc 4 października. Okno na typy dla fazy pucharowej zamyka się 7 października, znów około 11:10 CEST, 10 minut po starcie pierwszego meczu.

Co można wygrać za typowanie

System nagród rośnie stopniowo. Sam udział w typowaniu wystarczy, by zdobyć tytuł „Obliczone”. Znalezienie się w najlepszych 50% typujących odblokowuje przywieszkę „Kamień z niebios”, a wejście do najlepszych 20% — jej rzadszą wersję, „Mistrz typowania: Kamień z niebios”. Ci, którym uda się trafić idealny wynik, zgarniają tytuł „100%”. I co ważne, nagrody się nie wykluczają: kto trafi do najlepszych 20%, odbierze przy tym wszystkie nagrody niższego poziomu oraz tę za samo uczestnictwo.

Za działanie całej funkcji typowania na Champions Shanghai odpowiada infrastruktura AWS. Warunek uczestnictwa jest jeden — aktywne konto Riot. Usługa nie działa jednak wszędzie. Wyłączona jest na Kubie, w Iranie, Korei Północnej, na Krymie, w Doniecku i Ługańsku, w Sudanie, Wenezueli, Syrii, Chinach, Quebecu oraz Mjanmie.

Riot Games pomyślało też o tych, którzy nie typują, a po prostu włączają transmisję. Za obecność na streamie przez minimum 30 minut w fazie grupowej i play-offach czeka tytuł „W gotowości”. W dniu wielkiego finału stawka rośnie — te same 30 minut oglądania odblokują graffiti „Pieczęć aprobaty”.

Dla widzów, którzy przy transmisji siedzą jednocześnie z komputerem pod ręką, przygotowano funkcję Shotcall, dostępną w oficjalnej transmisji VCT na Twitchu. Pozwala ona typować mapy, rundy i kluczowe momenty na żywo, w trakcie samej rozgrywki. Zdobycie 50 punktów w Shotcallu podczas Champions Shanghai daje tytuł „Połów”, a 300 punktów — przywieszkę „Krab”. Najbardziej wymagająca nagroda czeka na tych, którzy trafią do najlepszych 3% graczy w dowolnej rozgrywce Shotcall — karta gracza „Trofeum”.

Wszystkie typy — na fazę grupową i na play-offy — można składać w kliencie VALORANT albo na stronie valorantesports.com/pickems.

Ile trzeba czekać na pierwsze zwycięstwo nad rywalem, który wcześniej ogrywał cię pięć razy z rzędu? Ukrainki znalazły odpowiedź w Shenzhen – i wybrały na to najlepszy możliwy moment. Reprezentacja Ukrainy pokonała Włochy 2:0 w półfinale turnieju finałowego Pucharu Billie Jean King 2026, notując najlepszy wynik w historii tych rozgrywek dla swojego kraju.

Rok wcześniej było odwrotnie. Ukraina debiutowała wtedy w turnieju finałowym i odpadła w półfinale – akurat po starciu z Włoszkami. Tym razem, na kortach w Shenzhen, drużyna prowadzona przez kapitana Ilję Marczenkę odwróciła losy rywalizacji.

Włoska kapitan Tathiana Garbin postawiła w pierwszym meczu na debiutantkę Tyrę Caterinę Grant. Naprzeciw niej stanęła Anhelina Kalinina, pełniąca rolę drugiej rakiety Ukrainy pod nieobecność Marty Kostiuk. Kalinina, sklasyfikowana na 48. miejscu rankingu WTA, wygrała 6:3, 6:4 z zajmującą 150. pozycję Grant. Mecz trwał godzinę i 25 minut.

Drugi punkt był jeszcze bardziej jednostronny. Elina Switolina, siódma rakieta świata, rozprawiła się z Jasmine Paolini, notowaną na 20. miejscu, wynikiem 6:2, 6:2. Zajęło jej to zaledwie 63 minuty. Ukraina miała już na koncie komplet dwóch punktów, więc deblowy pojedynek między reprezentacjami po prostu się nie odbył.

Pierwszy finał w historii, rywal z dwunastoma tytułami w tle

To był pierwszy triumf Ukrainy nad Włochami w historii Pucharu Billie Jean King – wcześniej ten rywal ogrywał ją pięciokrotnie. Dzięki temu zwycięstwu Ukraina awansowała do swojego pierwszego w historii finału tych rozgrywek.

W niedzielę o tytuł zmierzy się z Czechami – drużyną, która Puchar Billie Jean King zdobywała już jedenaście razy i teraz sięga po dwunaste trofeum. Bilans bezpośrednich starć nie sprzyja Ukrainkom: jedyny wcześniejszy mecz obu reprezentacji, rozegrany w 2023 roku w kwalifikacjach, zakończył się zwycięstwem Czech 3:1. Czeski zespół dotarł do finału, pokonując w drugim półfinale Hiszpanię 2:0.

Jakub Kamiński nie wsiadł do samolotu razem z resztą reprezentacji Polski przed wylotem do Szwecji. Dlaczego? Odpowiedź przyszła w sobotę 26 września – skrzydłowy oficjalnie zakończył udział w zgrupowaniu kadry narodowej i wraca do swojego klubu, SL Benfica.

Informację przekazano na profilu Łączy nas piłka. W oficjalnym komunikacie czytamy: „Jakub Kamiński (SL Benfica) z powodu urazu opuścił trwające zgrupowanie reprezentacji Polski i nie wystąpi w najbliższych meczach Ligi Narodów UEFA”. W tych spotkaniach Polacy zmierzą się ze Szwecją, Rumunią oraz zagrają rewanż z Bośnią i Hercegowiną.

Kłopoty zaczęły się już przy pierwszym meczu Polski w nowej edycji Ligi Narodów UEFA, przeciwko Bośni i Hercegowinie. Kamiński wyszedł wtedy w podstawowym składzie, ale boisko opuścił już w 24. minucie. Zmienił go Nicola Zalewski.

Po spotkaniu selekcjoner Jan Urban potwierdził, że skrzydłowy ma problem z przywodzicielem. Mięsień nie został naderwany, ale naciągnięcie – jak tłumaczył trener – okazało się na tyle poważne, że wykluczyło Kamińskiego z dalszej części zgrupowania. Urban zastrzegł jednak, że nie spodziewa się długiej przerwy zawodnika.

Pożegnanie na lotnisku

Jako pierwszy o decyzji poinformował Robert Błoński z TVP Sport. „Po konsultacji sztabu kadry z klubem Kuba Kamiński wraca do Lizbony – pożegnał się z kolegami, którzy pojechali na lotnisko przed wylotem do Szwecji. W Benfice uznali, że skoro tylko na ostatni mecz, to lepiej niech wraca” – napisał dziennikarz.

Po konsultacji sztabu kadry z klubem Kuba Kamiński wraca do Lizbony – pożegnał się z kolegami, którzy pojechali na lotnisko przed wylotem do Szwecji. W Benfice uznali, że skoro tylko na ostatni mecz, to lepiej niech wraca

To kolejny ubytek w kadrze na tym zgrupowaniu. Jeszcze przed jego startem z powodu kontuzji wypadli m.in. Kamil Grabara, Adrian Benedyczak i Filip Rózga. Po urazie Kamińskiego selekcjoner dowołał do kadry Oskara Pietuszewskiego.

Ile pieniędzy można zostawić na stole, żeby dać drużynie pole do wzmocnień? Stephen Curry właśnie na to pytanie odpowiedział czynem, godząc się na kontrakt niższy niż maksymalny, jaki mógł wynegocjować z Golden State Warriors.

Jak donosi Shams Charania z ESPN, gwiazdor Warriors uzgodnił z klubem dwuletnie przedłużenie umowy warte 116 mln dolarów. Do porozumienia dołączono opcję zawodnika na sezon 2028/29. Curry ma dziś 38 lat. Wchodzi w swój 18. sezon w lidze.

Same liczby robią wrażenie, ale liczy się kontekst. Curry mógł podpisać maksymalne przedłużenie warte aż 136,7 mln dolarów. Wybrał wariant tańszy dla klubu i świadomie zrezygnował z części pieniędzy, żeby zostawić Warriors więcej elastyczności finansowej przy budowaniu składu.

Sam zawodnik tłumaczył swoje motywacje jeszcze przed sfinalizowaniem umowy. „Jesteśmy w bardzo ciekawej sytuacji. Niezależnie od tego, czy podpiszę maksymalny kontrakt, czy mniejszy, chcę grać w zespole, który się liczy. Chcę, żebyśmy mieli możliwość wykonania potrzebnych ruchów, jeśli pojawi się taka okazja” – mówił Curry.

Jak rozłożono pieniądze

Konstrukcja finansowa nowej umowy jest precyzyjnie dopasowana pod przyszłe ruchy transferowe klubu. W sezonie 2027/28 Curry zarobi 55,7 mln dolarów, a rok później, jeśli skorzysta z opcji zawodnika, otrzyma 60,2 mln dolarów. Dzięki takiemu rozłożeniu wypłat Warriors mają zyskać około 10 mln dolarów dodatkowej przestrzeni pod limitem płac już przyszłego lata.

Przez całą dotychczasową karierę w NBA Curry nie zmienił barw klubowych – gra wyłącznie w Golden State Warriors. Nowa umowa podniesie jego łączne zarobki z kontraktów w lidze do około 652 mln dolarów. To sprawi, że stanie się pierwszym zawodnikiem w historii NBA, który zarobił ponad 600 mln dolarów wyłącznie za grę na boisku.

Co takiego wydarzyło się po końcowym gwizdku meczu Węgry – Ukraina, że na boisku nagle zrobiło się gorąco? Reprezentacja Ukrainy wygrała na wyjeździe z Węgrami 1:0 w Lidze Narodów. Sam wynik jednak zszedł na drugi plan – relacje z tego spotkania zdominowały sceny tuż przed i po ostatnim gwizdku.

Dzięki temu zwycięstwu Ukraina zapisała na swoim koncie pierwsze trzy punkty w tegorocznej edycji Ligi Narodów. Całe zamieszanie zaczęło się jednak dużo wcześniej – w drugiej minucie doliczonego czasu gry doszło do przepychanki między zawodnikami obu drużyn. To wtedy kapitan Węgier, Dominik Szoboszlai, podbiegł do Wiktora Cyhankowa i go odepchnął.

Dalej sytuacja poszła już swoim torem. W sprzeczkę włączyli się nawet trenerzy obu ekip, a sędzia musiał w końcu sięgnąć po kartki – w związku z zamieszaniem żółte zobaczyło łącznie czterech piłkarzy.

Emocje nie ostygły nawet po zejściu z murawy. Już po ostatnim gwizdku Ilja Zabarny podszedł do Szoboszlaia i wymownym gestem dał mu do zrozumienia, żeby mniej gadał na boisku.

Co na to piłkarze i trener?

Sam Szoboszlai nie widział w tym nic wstydliwego. Węgierski kapitan nazwał całe zajście „dobrym znakiem” i przekonywał, że incydent pokazał, iż jego zespół jest gotowy „walczyć do końca”.

Selekcjoner Węgier, Andrea Maldera, spojrzał na sprawę z większym dystansem. Określił incydent jako „reakcję łańcuchową”, wynikającą z ogromnych emocji, jakie towarzyszyły całemu spotkaniu.

Po stronie ukraińskiej głos zabrał Zabarny. Przekonywał, że przepychanka to po prostu efekt napięcia na boisku – i przy okazji nie krył zadowolenia z charakteru, jaki w tym meczu pokazała reprezentacja Ukrainy.

Co robi napastnik, który jeszcze niedawno prowadził w klasyfikacji strzelców własnej drużyny, gdy kontuzja urywa mu sezon w najgorszym możliwym momencie? Fredrik Forsberg znalazł odpowiedź daleko od Jastrzębia — w norweskim Gjøvik.

Szwedzki napastnik trafił do JKH GKS Jastrzębie przed rozpoczęciem minionego sezonu i to właśnie w tym klubie spędził ostatnią kampanię. Mierzący 183 cm i ważący 89 kg zawodnik przyjechał do Polski z niezłym CV w kieszeni — 150 spotkań w szwedzkiej lidze SHL oraz 197 meczów na bezpośrednim zapleczu tych rozgrywek.

W barwach Jastrzębia szybko pokazał, po co go sprowadzono. 19 ligowych spotkań, 12 bramek, 9 asyst — i pozycja najlepszego strzelca zespołu, którą utrzymywał aż do kontuzji. Formę potwierdził też na Turnieju Finałowym Pucharu Polski. Tam w dwóch meczach zaliczył trzy gole i dwie asysty, choć grał już na własną odpowiedzialność, zmagając się z problemami zdrowotnymi.

Ta odpowiedzialność miała swoją cenę. Odnowił się uraz kolana, z którym Szwed mierzył się już jedenaście lat wcześniej. Skończyło się operacją, a sezon dla Forsberga po prostu się urwał.

Nowy rozdział w Gjøvik

Po rekonwalescencji do Polski nie wrócił. Nowym klubem Forsberga zostało Gjøvik Hockey, zespół z drugiej ligi norweskiej. Transfer skomentował dyrektor sportowy klubu, Juliuz Persson.

Fredrik to zawodnik z bardzo dobrym CV i dużym doświadczeniem. Grał na wysokim poziomie i daje nam kolejnego napastnika, który ma pomóc zespołowi w ofensywie w nadchodzącym sezonie

Sama przeprowadzka nie była podyktowana wyłącznie sportem. Forsberg przeniósł się do Norwegii z partnerką, dzieckiem i dwoma psami, a na Gjøvik postawił dopiero po tym, jak dokładnie sprawdził, co oferuje samo miasto.

Kiedy się odezwali, sprawdziliśmy, jaki jest zespół i jak wygląda miasto. Całość bardzo nam odpowiadała. Gjøvik miał wszystko, czego szukaliśmy. To spokojne miasto, co miało dla nas duże znaczenie

Sportowo cel jest jeden: awans do norweskiej ekstraligi.

Nie mam szczególnych oczekiwań poza tym, że mam nadzieję, że awansujemy. To jest cel i właśnie dlatego tutaj przychodzę

Trzydzieści osiem meczów bez porażki. Tyle na koncie ma broniąca tytułu mistrza świata Hiszpania, a Anglia właśnie dostaje szansę, by przerwać tę serię – na własnym stadionie, tuż przed ogłoszeniem laureata Złotej Piłki. Odpowiedź na to pytanie pozna się na Wembley, gdzie towarzyskie starcie rozpocznie się o godz. 20:45.

To będzie pierwszy występ „La Roja” od czasu zdobycia mistrzostwa świata. Drużyny prowadzonej przez Luisa de la Fuente wciąż nikt nie potrafi pokonać w oficjalnym meczu – od blisko czterdziestu spotkań. Po drugiej stronie stanie Anglia Thomasa Tuchela, która ma niedokończoną sprawę z Hiszpanami. Ostatnie wielkie starcie tych dwóch reprezentacji, przegrany finał mistrzostw Europy, wciąż czeka na rewanż.

De la Fuente powołał na to zgrupowanie siedmiu piłkarzy FC Barcelony: Pau Cubarsiego, Erica Garcię, Rodriego, Pedriego, Daniego Olmo, Fermina Lopeza i Lamine’a Yamala. Ciekawostka – po stronie Anglii ich klubowym rywalem na boisku będzie kolega z szatni części z nich sprzed lat, Anthony Gordon. Nawet sam Wembley ma barcelońskie zabarwienie – to właśnie tam Duma Katalonii sięgała po pierwszy i czwarty Puchar Europy.

Cień Złotej Piłki nad Wembley

Nad meczem unosi się jeszcze zupełnie inny wątek. Lamine Yamal i Harry Kane należą do grona kandydatów do tegorocznej Złotej Piłki, a spotkanie na Wembley odbędzie się zaledwie dwa dni przed zakończeniem głosowania na tę nagrodę. Trudno wymyślić lepszą scenerię na ostatni pokaz formy przed werdyktem kapituły.

Tuchel przygotowuje się do meczu w mocno okrojonym składzie. Ze zgrupowania z powodu problemów zdrowotnych wypadli Declan Rice, Cole Palmer, Kobbie Mainoo, Marcus Rashford i Tino Livramento. Brak Rice’a boli najbardziej – to on był podstawowym zawodnikiem środka pola Anglii na mundialu. Palmer zmaga się jedynie z drobnym urazem mięśniowym. W ich miejsce do kadry dołączyli Morgan Gibbs-White i James Garner. Mimo tych ubytków Tuchel wciąż może liczyć na Harry’ego Kane’a, Jude’a Bellinghama, Bukayo Sakę i Anthony’ego Gordona.

Zmiany personalne dotknęły też stronę hiszpańską, choć w znacznie mniejszym wymiarze – głównie na poziomie numerów na koszulkach. Hiszpańska federacja opublikowała listę numerów, w której Fermin Lopez otrzymał „dziewiątkę”, przejmując ją po nieobecnym Gavim. Mikel Oyarzabal gra z numerem 21, a Ferran Torres z siódemką. Pau Cubarsi zamienił dotychczasowy numer 2 na numer 5, wcześniej należący do Marcosa Llorente, a „dwunastkę” po kontuzjowanym Pedro Porro przejął Marc Pubill.

De la Fuente na całe zgrupowanie powołał 26 zawodników, choć na mecz z Anglią może zgłosić maksymalnie 23. Poza kadrą meczową pozostali Ivan Fresneda, Victor Munoz i Roberto Fernandez. To zresztą dopiero rozgrzewka przed intensywnym oknem reprezentacyjnym – w jego trakcie Hiszpanie rozegrają cztery spotkania: z Anglią, dwukrotnie z Chorwacją oraz raz z Czechami.

Ile punktów trzeba odrobić, żeby na cztery wyścigi przed metą sezonu znów zamieszać w walce o tytuł? George Russell odpowiedział na to pytanie w Baku bardzo prosto: wystarczy jeden dobry weekend. Brytyjczyk wygrał GP Azerbejdżanu i odrobił 15 punktów do lidera klasyfikacji generalnej, Andrei Kimiego Antonellego.

Russell ruszał z pole position i przez cały wyścig nie oddał prowadzenia nikomu. Zupełnie inaczej wyglądał weekend jego kolegi z Mercedesa. Antonelli feralnie zaczął sobotę — wypadek w kwalifikacjach zepchnął go aż na szesnaste pole startowe. Włoch się jednak nie poddał i w niedzielę przebił się przez stawkę aż do piątego miejsca.

Ta jazda w wyścigu robi wrażenie, ale to sobotni występ zaważył na kontach punktowych. Antonelli wciąż prowadzi w klasyfikacji kierowców, choć jego przewaga nad Russellem stopniała do 66 punktów. 20-letni Włoch ma na koncie 302 punkty, Russell depcze mu po piętach z dorobkiem 236 „oczek”. Podium klasyfikacji zamyka Lewis Hamilton, który jeździ w barwach Ferrari i ma 199 punktów.

Red Bull wraca do gry

Baku dobrze zrobiło też Red Bullowi — choć nie za sprawą Maxa Verstappena. Holender wciąż tkwi na szóstym miejscu w klasyfikacji kierowców ze 163 punktami. Za to jego zespołowy kolega, Isack Hadjar, wjechał na podium i zajął trzecią pozycję w wyścigu.

Ten wynik liczy się przede wszystkim w tabeli konstruktorów. McLaren, wciąż broniący drugiego miejsca, wyjechał z Baku bez ani jednego punktu. Weekend obu kierowców papajowych był chaotyczny: Lando Norris ucierpiał w karambolu sprowokowanym przez rywali w połowie dystansu, a Oscar Piastri sam wypadł z toru po restarcie w drugiej części wyścigu. Skutek? Red Bull i McLaren dzieli już tylko 43 punkty w klasyfikacji zespołów.

Na czele stawki konstruktorów bez zmian — Mercedes ma 538 punktów i wyprzedza Ferrari (378 punktów), McLarena (306 punktów) oraz Red Bulla (263 punkty). Widać jednak wyraźnie: odrobiona przez Russella strata w klasyfikacji kierowców i wpadka McLarena w Baku pokazują, że przed ostatnimi wyścigami sezonu żadna z tych pozycji nie jest jeszcze przesądzona.

Miało go nie być na zgrupowaniu. A jednak Oskar Pietuszewski pojawi się w kadrze Jana Urbana. Selekcjoner reprezentacji Polski poinformował o dodatkowym powołaniu dla skrzydłowego FC Porto na trwające zgrupowanie kadry narodowej. Wiadomość przekazano na profilu Łączy Nas Piłka na platformie X.

18-letni Pietuszewski na co dzień gra na skrzydle w FC Porto. Na pierwotnej liście powołanych przez Urbana go zabrakło. Powód? Prozaiczny — w pierwszych tygodniach sezonu 2026/2027 leczył kontuzję i do gry wrócił dopiero w ubiegły weekend.

Decyzja selekcjonera zbiegła się w czasie z piątkowym meczem Polaków, którzy zremisowali 0:0 z Bośnią i Hercegowiną w dywizji B Ligi Narodów UEFA. I to właśnie to spotkanie okazało się kluczowe dla dalszych losów kadrowej układanki. Dodatkowe powołanie dla Pietuszewskiego to w dużej mierze konsekwencja kontuzji Jakuba Kamińskiego, skrzydłowego Benfiki. Kamiński zszedł z boiska już po 24 minutach starcia z Bośnią i Hercegowiną, doznając urazu przywodziciela.

Co dalej z reprezentacją Polski

Biało-czerwonych czeka teraz seria istotnych spotkań w Lidze Narodów UEFA. Najpierw, 28 września, zmierzą się na wyjeździe ze Szwecją. Cztery dni później, 2 października, podejmą u siebie Rumunię. Cykl zamknie wyjazdowy pojedynek z Bośnią i Hercegowiną wyznaczony na 5 października. Czy młody skrzydłowy z Porto zdąży wykorzystać szansę, jaką dał mu Urban? Odpowiedź poznamy już w najbliższych tygodniach.

O której godzinie polscy kibice zasiądą przed ekranami, by śledzić walkę Huberta Hurkacza o półfinał turnieju ATP 250 w Chengdu? To już wiadomo – choć na kort trzeba będzie poczekać aż do południa.

Hurkacz zmierzy się w ćwierćfinale chińskiego turnieju rozgrywanego na kortach twardych. Do tej fazy dotarł, pokonując po drodze dwóch rywali. Naprzeciwko stanie mu Lloyd Harris z RPA, który do głównej drabinki przebił się przez eliminacje.

Wszystkie cztery ćwierćfinały singla Chengdu Open 2026 rozegrane zostaną w niedzielę 27 września. Starcie Hurkacza z Harrisem zaplanowano jako ostatnie tego dnia – czwarty mecz na korcie centralnym, którego blok startuje o godz. 7:00 czasu polskiego. Organizatorzy szacują, że obaj zawodnicy powinni wyjść na kort około godziny 12:00 czasu polskiego.

Bilans wzajemnych spotkań przemawia na korzyść Hurkacza

Historia ich pojedynków nie jest jednostronna. W 2017 roku, na challengerze w Lizbonie, górą był Harris. Na rewanż trzeba było poczekać pięć lat – w 2022 roku to Hurkacz wygrał z Południowoafrykańczykiem, i to od razu w turnieju ATP Masters 1000 w Miami.

Niedzielny mecz pokaże telewizja Polsat Sport. Transmisja dostępna będzie również w serwisie streamingowym Polsat Box Go.

Turniej w Chengdu potrwa do wtorku 29 września. A stawka jest niemała – zwycięzca całej rywalizacji w singlu zainkasuje czek na 184 tys. dolarów i 250 punktów do rankingu ATP.

Instalacja aplikacji
Pobierz