58 minuta, 31 sekunda. HC Koszyce grają już bez bramkarza, desperacko szukając wyrównania – a kapitan Vlci Żylina Rastislav Dej posyła krążek do opuszczonej bramki. 38-letni weteran tym trafieniem ustala wynik na 3:1 i pieczętuje zwycięstwo, które oddaje Żylinie fotel liderski słowackiej ekstraligi.
Mecz 5. kolejki między Vlci Żylina i HC Koszyce miał smak szczytowego starcia. Przed spotkaniem Koszyce zajmowały 3. miejsce, Żylina była wiceliderem. Lepsi okazali się gospodarze – 3:1 (0:0, 2:0, 1:1).
Pierwsza tercja bez goli. W drugiej Vlci Żylina przełamały impas. W 23. minucie trafił Michal Čajkovský, który przed tym sezonem wrócił do klubu z Rosji. Chwilę później, w 35. minucie, na 2:0 podwyższył Marek Hecl – przy tej akcji asystowali Miller i Vajko.
HC Koszyce nie odpuściły w trzeciej tercji. W 41. minucie kontaktowego gola strzelił Dachnowski po podaniu Havrili – 2:1. Goście naciskali, w końcówce wycofali bramkarza, ale to właśnie ta desperacja otworzyła Dejowi drogę do pustej bramki i zamknęła spotkanie.
Polski ślad w ataku liderów
W tej układance nie zabrakło polskiego akcentu. Kamil Wałęga zaliczył asystę przy trzecim golu Żyliny, w akcji zapisanej jako Dej – Miller – Wałęga. Polak grał na środku pierwszego ataku zespołu trenera Milana Bartoviča – a to samo w sobie mówi o zaufaniu, jakim go obdarzono. W statystykach zanotował 9 wygranych wznowień z 15 oraz +1 w klasyfikacji plus/minus, do tego jeden atak ciałem.
To nie był jednorazowy błysk. Dzień wcześniej Wałęga strzelił gola w przegranym meczu z mistrzem Słowacji, HK Nitra – było to jedyne trafienie jego zespołu w tamtym spotkaniu. Po pięciu występach w tym sezonie Polak ma na koncie 2 gole, 2 asysty i dodatni wskaźnik +1.
Brenden Miller, obecny przy dwóch z trzech goli Żyliny, dopisał do swojego konta 2 asysty. Bramkarz gospodarzy Jaroslav Janus miał tego wieczoru solidną robotę – obronił 37 z 38 strzałów rywali. Przy 28-38 przewadze Koszyc w liczbie oddanych strzałów na bramkę widać, jak wyrównany był ten mecz w suchych statystykach. Minuty kar rozłożyły się 8-4 na niekorzyść Żyliny.
Na trybunach zasiadło 3645 widzów. Efekt końcowy to nie tylko trzy punkty, ale też powrót na szczyt tabeli – Vlci Żylina wyprzedziła zarówno pokonane właśnie Koszyce, jak i dotychczasowego lidera, Slovan Bratysława, odzyskując fotel liderski po jednodniowej przerwie. We wtorek czeka ją kolejny test – wyjazd do HK Poprad.
Druga minuta na Wembley, a piłka już leży w siatce Anglików. Marc Guehi gubi ją tuż pod własnym polem karnym, Lamine Yamal nie pyta o pozwolenie – Hiszpania prowadzi 1:0. Tak zaczął się wieczór, który dla obu reprezentacji był pierwszym meczem po mundialu. Skończyło się na 2:3 dla przyjezdnych.
Hiszpanie mogli prowadzić dużo wyżej. W 8. minucie Ferran Torres wpakował piłkę do siatki, ale gol nie mógł się liczyć – sędzia dopatrzył się spalonego. Osiem minut później Torres miał czyste sam na sam z bramkarzem Anglii i uderzył prosto w niego. W 27. minucie znów wyszedł sam na sam – tym razem posłał piłkę tuż obok słupka. Trzy okazje, żadnego gola. Torres musiał czuć, że ten wieczór go po prostu nie kocha.
Anglicy odpowiedzieli tam, gdzie bolało najbardziej – kontratakiem. W 36. minucie Nico Williams zgubił piłkę, Anthony Gordon poszedł z tym błyskawicznie w pole karne i strzelił płasko, wyrównując na 1:1. Cztery minuty później Wembley oszalało: Harry Kane głową z ośmiu metrów, po tym jak piłka zmieniła tor po dotknięciu Marca Cucurelli, dał gospodarzom prowadzenie 2:1. Do przerwy Anglia wygrywała mecz, który jeszcze kwadrans wcześniej wyglądał na przegrany.
Druga połowa przyniosła dramat z rzutem karnym. W 54. minucie sędzia Davide Massa z Włoch, po konsultacji z VAR, uznał, że Rodri podciął Jude’a Bellinghama w polu karnym, i wskazał na jedenasty metr. Kane podszedł do piłki, poślizgnął się i trafił w poprzeczkę. Nawet gdyby piłka wpadła do siatki, gol i tak by nie zaliczono – kapitan Anglii dotknął piłki obiema stopami podczas uderzenia.
Hiszpania nie czekała długo z odpowiedzią. W 60. minucie Dani Olmo podał do Alexa Baeny, który trafił przy samym słupku i ustalił wynik na 2:2. Anglicy próbowali odzyskać prowadzenie – w 66. minucie Bukayo Saka uderzył tuż obok bramki Unaia Simona – ale ostatnie słowo w regularnym czasie gry mieli Hiszpanie. W 74. minucie Baena znów podał, a Mikel Oyarzabal technicznym strzałem nad bramkarzem ustalił wynik na 2:3.
Anglicy szukali wyrównania do samego końca. W ostatniej minucie doliczonego czasu gry Bellingham huknął z dystansu, ale Unai Simon obronił i zamknął mecz dla gości. Sędzia Massa wyciągnął żółte kartki dla trzech piłkarzy gospodarzy – O’Reilly’ego, Guehiego i Bellinghama.
Anglia grała w składzie: James Trafford, Jarell Quansah, Ezri Konsa, Marc Guehi, Nico O’Reilly, Elliot Anderson, Myles Lewis-Skelly, Bukayo Saka, Jude Bellingham, Anthony Gordon i Harry Kane. Hiszpanie wystawili: Unaia Simona, Marca Pubilla, Pau Cubarsiego, Aymerica Laporte, Marca Cucurellę, Rodriego, Fabiana Ruiza, Lamine Yamala, Daniego Olmo, Nico Williamsa i Ferrana Torresa.
Wyniki innych meczów Ligi Narodów
Reszta kolejki w Lidze Narodów też nie zawiodła w emocjach, choć wyniki wyszły jednoznaczne. Chorwacja pokonała Czechy 2:1 – gole strzelali Modrić w 47. minucie i Pašalić w 77., a dla Czechów trafił Karabec w 54. minucie. Szwajcaria rozbiła z kolei Macedonię Północną 3:0. Bohaterem meczu został Zeki Amdouni z dwoma golami (41. i 74. minuta), do których dołączył trafienie Remo Freulera w 22. minucie.
Albania wygrała z Białorusią 2:0 po golach Qazima Asilaniego z rzutu karnego w 34. minucie i Rey Muciego w doliczonym czasie pierwszej połowy. Słowacja poradziła sobie z Mołdawią – 2:0 dzięki golom Davida Schranza w 32. minucie i Stanislava Lobotki… a właściwie Dudy z rzutu karnego w 40. minucie.
Wystarczyło kilkanaście sekund pierwszej rundy. Rodolfo Vieira złapał nogę Roberta Bryczka i posłał go na matę – i od tej chwili Polak nie miał już żadnej odpowiedzi. Na karcie wstępnej gali UFC Vegas 121 Bryczek (18-8) przegrał z Brazylijczykiem Vieirą (12-5) po jednogłośnej decyzji sędziów.
Vieira, były mistrz świata ADCC i wielokrotny mistrz świata IBJJF, zrobił z walki dokładnie to, co zaplanował. Zepchnął ją w parter i klincz, gdzie jego przewaga okazała się nie do zatrzymania. Bryczek przez trzy rundy szukał wyjścia z tej pozycji i nie znalazł go.
W pewnym momencie Brazylijczyk przyparł Polaka do siatki i zaczął szukać ciosów prawą ręką, nie dając mu szansy na wyswobodzenie się. Na początku drugiej rundy scenariusz powtórzył się w tej samej formie – Vieira ponownie wepchnął Bryczka w ogrodzenie oktagonu. W tej rundzie doszło też do przypadkowego trafienia kolanem w krocze, a powtórka telewizyjna pokazała na twarzy Polaka rozcięcie będące skutkiem zderzenia głowami.
Trzecia runda i werdykt
W ostatniej rundzie Bryczek spróbował ruszyć do ataku. Vieira odpowiedział niskimi kopnięciami – po jednym z nich Polak stracił równowagę i upadł. To był zresztą obraz całej walki: Brazylijczyk dyktował warunki od pierwszej do ostatniej minuty. Wszyscy trzej sędziowie ocenili starcie identycznie, 30-27 na korzyść Vieiry.
Dla Bryczka, byłego mistrza organizacji FEN i reprezentanta Uniq Fight Club, to już trzecia porażka w UFC. Od debiutu w promocji Polak zaliczył tam dotąd tylko jedno zwycięstwo. Sam Vieira po gali nie stanął przed mikrofonem – wywiadu nie udzielił.
Gdy w sobotę na boisku przy Reymonta do zdjęcia ustawili się Maor Melikson, Cleber, Kalu Uche i Semir Stilić, kibice Wisły Kraków od razu wiedzieli – to nie będzie zwykły sparing. Klub wykorzystał przerwę w rozgrywkach PKO Ekstraklasy i zorganizował tzw. Royal Day, a jego centralnym punktem był mecz legend. Naprzeciw dawnych gwiazd stanęła ekipa oldbojów, w której zagrali byli reprezentanci Polski: Marcin Wasilewski, Arkadiusz Głowacki i Paweł Brożek.
Stilić nie odpuścił sobie żartu. Bośniak przypomniał, że to Brożek powinien żałować, że nigdy nie zagrał razem z nim, a nie odwrotnie. Śmiech miał swoje uzasadnienie – Melikson, Stilić i Kalu Uche nigdy wcześniej nie występowali razem w barwach Wisły, choć każdy z nich w swoim czasie był ofensywnym artystą tej drużyny. „Na pewno łatwo by się grało z nimi. I Maor, i Kalu Uche to świetni piłkarze. Doskonale rozumieją wszystko na boisku” – chwalił Stilić w rozmowie z WP SportoweFakty.
Czech, który wciąż gra jak w czasach mistrzostwa
Jednym z bohaterów dnia był Tomas Jirsak, czeski pomocnik, który sięgał po ostatnie mistrzostwo Polski w barwach Wisły w sezonie 2010/11. W klubie z alei Reymonta rozegrał ponad sto czterdzieści spotkań. „Pięć lat tu spędziłem, więc oczywiście jest to klub mojego życia” – przyznał Jirsak w rozmowie z nami.
42-letni Czech w sobotnie przedpołudnie wciąż imponował sylwetką i formą. I nic w tym dziwnego – jeszcze do niedawnego lata regularnie grał w 4. lidze, w barwach TJ Svitavy. „Teraz już nie mam czasu, by regularnie przebywać na boisku” – przyznaje. Po odejściu z Wisły jego kariera wiodła przez Botew Płowdiw, Irtysz Pawłodar i Hradec Kralove. Na Royal Day zabrakło jednak kilku innych legend, a Jirsak sam wskazał, kogo brakowało mu najbardziej. „Brakowało mi jeszcze Radosława Sobolewskiego i Mauro Cantoro. I jeszcze Kamila Kosowskiego” – wyliczał Czech.
Wspominając najlepsze lata w Krakowie, Jirsak nie miał wątpliwości, które mecze zapadły mu w pamięci najgłębiej. „Najbardziej pamiętne dla mnie zawsze będą te dwa mecze rozegrane przeciwko FC Barcelonie” – przyznał. W europejskich pucharach w barwach Wisły grał też z Tottenhamem w Pucharze UEFA i z holenderskim Twente. Pytany o największy żal kariery, wrócił do sezonu 2011/12 i dwumeczu z APOEL-em Nikozją – momentu, gdy Wisła była bliżej Ligi Mistrzów niż kiedykolwiek później. „Oczywiście tego żałuję. Ostatnia wielka szansa to była ta z APOEL-em Nikozją w sezonie 2011/12. Było bardzo blisko, by awansować do tej Ligi Mistrzów” – wspomina Czech.
Po końcowym gwizdku okazało się, że sentyment kibiców do tamtej ekipy wcale nie wygasł. Gdy dawne gwiazdy Wisły zaczęły rozdawać autografy, ustawiła się do nich kolejka tak długa, że gracze obecnej drużyny mogliby im jej pozazdrościć.
Dwadzieścia sekund. Tyle wystarczyło Miłoszowi Krukowi, by prawym sierpowym posłać Artura Sowińskiego na deski w walce wieczoru gali FEN 63 w Skarżysku-Kamiennej. I to był tylko wstęp – finalnie Kruk rozprawił się z byłym mistrzem KSW bez większych trudności.
Starcie odbyło się w formule bokserskiej, w małych rękawicach. Sowiński po pierwszym nokdaunie próbował się jeszcze pozbierać, ale mistrz wagi piórkowej FEN nie zamierzał mu tego ułatwiać – chwilę później znów posłał rywala na deski. Pod koniec pierwszej rundy przyszło trafienie w korpus, mocne i precyzyjne, które całkowicie zamroczyło „Kornika”. Trzeci nokdaun był już bez odwołania – sędzia przerwał pojedynek, ogłaszając nokaut.
Zmiana planów przed walką
Jeszcze niedawno ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej. Kruk pierwotnie szykował się na FEN 63 do walki o drugi mistrzowski pas – w kategorii lekkiej, w formule MMA. Uraz z okresu przygotowań przekreślił ten plan. Zawodnikowi mocno zależało jednak na starcie właśnie w Skarżysku-Kamiennej, swoim rodzinnym mieście, więc zamiast wycofać się z gali, zdecydował się na pojedynek bokserski.
Walka o pas w kategorii lekkiej nie zniknęła z planów – została po prostu przesunięta. Kruk zmierzy się z Michałem Miłkiem pod koniec listopada 2026 roku, na gali FEN 64.
Galę FEN 63 można było obserwować na kanale CANAL+ Sport 5 oraz w serwisie streamingowym CANAL+.
36. okrążenie Grand Prix Azerbejdżanu, restart po przerwie za samochodem bezpieczeństwa. Franco Colapinto rusza na zimnych oponach, blokuje przednie koła i w mgnieniu oka traci kontrolę nad swoim Alpine. Jego bolid uderza w samochód zespołowego kolegi, Pierre’a Gasly’ego. W zdarzenie wciągnięty zostaje też Lando Norris. Dla Gasly’ego i Norrisa wyścig kończy się w tej samej chwili. Chwilę później z rywalizacji odpada również sam Colapinto.
Norris jechał w Baku bez wyraźnego tempa jeszcze przed karambolem. Sam pomylił się w pierwszym zakręcie po restarcie i spadł w głąb stawki. I właśnie tam, w tym samym rejonie toru, dogonił go potem walczący z autem Colapinto.
Po wyścigu mistrz świata nie szukał dyplomatycznych słów. „Nie widziałem tego zdarzenia. Po prostu zostałem wyeliminowany. Uważam, że FIA powinna być bardziej stanowcza i zacząć nakładać zakazy startu za tego rodzaju sytuacje” – powiedział Norris przed kamerami Sky Sports.
Brytyjczyk na tym nie skończył. „To nieostrożność innych zawodników. Kosztuje bardzo dużo pieniędzy, a wszystkie moje części są teraz na śmietniku. Tacy kierowcy powinni dostawać zakazy startu. Ktoś, kto tak jeździ, nie zasługuje na miejsce w F1” – ocenił, odnosząc się do finansowych konsekwencji zderzenia.
Odrzucił też argument o trudnych, śliskich warunkach na torze w Baku. „W F1 oczekuje się od kierowców przewidywania takich sytuacji. Przyczepność będzie mała, temperatura opon również, choć tym razem nie była nawet szczególnie niska. Chcemy rywalizować z najlepszymi kierowcami na świecie, a gdy dochodzi do takich zdarzeń, oznacza to, że niektórzy nie powinni tu być” – stwierdził.
Przyznał, że nie widział powtórki całego zdarzenia. Co do wymiaru odpowiedzialności wątpliwości jednak nie miał. „Nie widziałem tego, ale jeśli podczas takiego restartu doprowadzasz do wypadku, powinieneś dostać co najmniej zakaz startu w jednym wyścigu” – dodał Norris.
Colapinto: „To był duży błąd”
Sam sprawca kolizji nawet nie próbował się bronić. „To był duży błąd. Całkowicie zablokowałem koła przy zimnych oponach i zimnych hamulcach, przez co zupełnie straciłem kontrolę. Nie mam wiele więcej do powiedzenia poza przeprosinami dla zespołu, Pierre’a i wszystkich pracowników fabryki” – powiedział Franco Colapinto.
Argentyńczyk żałował zwłaszcza zmarnowanej szansy na punkty dla Alpine. „Ciężko pracowaliśmy, żeby zdobyć punkty, a ja zmarnowałem tę szansę przez ten duży błąd. Bardzo mi przykro z powodu zespołu. To oczywiście wielkie rozczarowanie. Przepraszam również Lando” – dodał, kierując słowa przeprosin także do Norrisa.
Zakazu startu, o którym mówił Norris, Colapinto jednak nie dostał. Kierowca Alpine został ukarany przesunięciem o pięć pozycji na starcie kolejnego Grand Prix.
Organizacja Babilon MMA zdradziła kartę walk podczas gali w Skierniewicach. Krzysztof Włodarczyk zmierzy się z Marcinem Sianosem — ogłoszenie padło ze sceny, na oczach publiczności, która czekała na tę wiadomość od tygodni. Pojedynek wyznaczono na 24 października, a gala Babilon 61, na której dojdzie do starcia, odbędzie się w Radomiu.
Dla Włodarczyka to powrót po ponad roku przerwy. W ringu pojawił się ostatnio w maju poprzedniego roku, gdy 45-letni pięściarz pokonał Adama Balskiego. Po tym zwycięstwie sięgnął po tymczasowy pas mistrza w kategorii bridger.
Mówimy o jednej z najbardziej znanych postaci polskiego boksu ostatnich dwóch dekad. Włodarczyk w swojej karierze zdobywał mistrzostwo świata WBC w wadze junior ciężkiej, a do tego tytuł mistrza świata IBF w tej samej kategorii.
Sianos wraca z formy
Marcin Sianos walczył ostatnio w lipcu, na gali Babilon 59 w Międzyzdrojach, gdzie pokonał Przemysława Mysialę jednogłośną decyzją sędziów. Starcie z Włodarczykiem będzie dla niego już siódmym występem pod szyldem Babilon.
Radomska gala 24 października to więc zderzenie doświadczenia z formą. Z jednej strony były mistrz świata wracający po długiej przerwie, z drugiej — zawodnik, który regularnie walczy w barwach Babilon i nie schodzi z ringu na dłużej.
Po pierwszej tercji tablica wyników na hali w Tychach pokazywała 1:3 dla gości. Mistrz Polski wracał do szatni w kompletnej rozsypce. A jednak to właśnie od tego momentu zaczęła się najbardziej intrygująca część meczu 4. kolejki TAURON Hokej Ligi. GKS Tychy przegrał na własnym lodzie z Unią Oświęcim 3:5 i nie zdołał podtrzymać zwycięskiej serii.
Unia nie miała jednak zamiaru oddawać inicjatywy. Chwilę po rozpoczęciu drugiej tercji podwyższyła prowadzenie, zanim tyszanie w ogóle zdążyli złapać oddech po słabym otwarciu meczu. Mimo to w 13. minucie, grając w przewadze, Szymon Kiełbicki doprowadził do wyrównania, poprawiając uderzenie Valtteriego Kakkonena.
To był dopiero początek jego udziału w tym meczu. 23-letni napastnik zapisał na swoim koncie także asysty przy bramkach Marka Viitanena oraz Olliego Kaskinena – miał więc udział przy wszystkich trzech trafieniach swojej drużyny. Problem w tym, że Unia strzeliła pięć goli, a jeden z nich, na 3:5, w trzeciej tercji dołożył właśnie Kaskinen.
Kiełbicki: zabrakło koncentracji
Po ostatniej syrenie Kiełbicki nie szukał wymówek. „Bardzo trudny przeciwnik. Myślę, że nie zagraliśmy tego, co prezentujemy cały czas. Zabrakło nam koncentracji, straciliśmy zbyt dużo bramek i w konsekwencji przegraliśmy ten mecz” – powiedział napastnik GKS Tychy.
Wskazał też na konkretne błędy w defensywie, które Unia bezlitośnie wykorzystywała. „Wydaje mi się, że podaliśmy rywalom pomocną dłoń. Popełniliśmy kilka błędów, które rywal po prostu zakończył golem. No i dlatego przegraliśmy” – dodał. Po stronie gości spore zasługi w utrzymaniu przewagi miał bramkarz Igor Tyczyński – bronił bardzo dobrze i nie raz ratował Unię przed kolejnymi trafieniami tyszan.
Kiełbicki zagrał ten mecz wciąż z urazem nadgarstka, choć kontuzja nie wykluczyła go z gry. „Myślę, że do wesela się zagoi. Miejmy nadzieję, że jak najszybciej i że jak najszybciej po prostu wrócę w pełni gotowy” – mówił o swojej kontuzji. Wychowanek KTH Krynica wciąż pozostaje jednym z kluczowych ogniw ofensywy prowadzonej przez trenera Pekkę Tirkkonena.
Na długie rozpamiętywanie porażki mistrz Polski nie ma jednak czasu. W niedzielę GKS Tychy zagra na wyjeździe z JKH GKS Jastrzębie, a Kiełbicki będzie chciał udowodnić, że jego drużyna umie grać skoncentrowanie od pierwszej do ostatniej minuty.
Chwilę po restarcie wyścigu o Grand Prix Azerbejdżanu Franco Colapinto zablokował koła przed pierwszym zakrętem. Wyścig ruszył ponownie po okresie neutralizacji, wprowadzonym wcześniej z powodu wypadku Alexandra Albona. To, co rozegrało się kilka sekund później, przekreśliło sobotni wieczór trzech kierowców naraz i dopisało kolejny rozdział do burzliwego sezonu Argentyńczyka.
Colapinto wjechał w samochód Pierre’a Gasly’ego. Francuz, tracąc panowanie nad autem, uderzył z kolei w Lando Norrisa. Wszyscy trzej odpadli z wyścigu na miejscu. Norris nie czekał nawet na powtórkę zdarzenia – od razu zażądał dla Argentyńczyka zakazu startu w następnym Grand Prix.
Sędziowie okazali się łagodniejsi od Brytyjczyka, choć co do winy kierowcy Alpine nie mieli żadnych wątpliwości. Kara jest prostą konsekwencją karambolu, który Colapinto wywołał w sobotnim wyścigu na torze w Baku. Argentyńczyk wystartuje pięć pozycji niżej w GP Bahrajnu – tyle że wyścig pod tą nazwą odbędzie się w kolejny weekend na torze w Malezji.
Jak sędziowie zrekonstruowali wypadek
W uzasadnieniu decyzji sędziowie napisali, że przeanalizowali nagrania wideo, dane dotyczące czasu oraz materiały z kamer zamontowanych w bolidach. Z tej analizy wynika, że Colapinto zbliżał się do Gasly’ego od tyłu przed pierwszym zakrętem po restarcie. Zahamował zbyt późno i spróbował pokonać łuk po wewnętrznej z prędkością, przy której nie dało się już kontrolować bolidu – przestrzelił zakręt i uderzył w lewą stronę samochodu Gasly’ego. Sędziowie uznali, że Colapinto ponosił całkowitą lub przeważającą winę za kolizję, mimo że doszło do niej w pierwszym zakręcie po restarcie, gdy emocje i ścisk są zwykle największe.
Regulamin przewiduje za spowodowanie kolizji standardową karę 10 sekund. Colapinto nie dokończył jednak wyścigu, więc nie miał okazji jej odbyć podczas GP Azerbejdżanu – sędziowie zamienili ją na przesunięcie o pięć pozycji na starcie kolejnej rundy. Podstawą decyzji był artykuł B1.9.6.(e) regulaminu FIA na sezon 2026.
Ten sam restart przyniósł jeszcze jedno zdarzenie. Arvid Lindblad z Visa Cash App RB uderzył, a następnie obrócił bolid swojego teamowego kolegi Liama Lawsona. Tym razem sędziowie nie podjęli żadnych działań – uznali, że manewr Brytyjczyka był bezpośrednim skutkiem kolizji wywołanej przez Colapinto. W uzasadnieniu podkreślili, że kontakt wynikał głównie z ograniczonej przestrzeni, w jakiej znalazł się Lindblad, oraz z reakcji łańcuchowej po zdarzeniu z przodu, a nie z błędu, za który można by go winić. Incydent zakwalifikowano jako typową kolizję w pierwszym zakręcie po restarcie – bez winnych.
Dziewięć prób z gry, dziewięć trafień, 21 minut na parkiecie. Taki był bilans Aleksandra Balcerowskiego w meczu FC Barcelony z Leyma Coruna. Polak skończył spotkanie z 21 punktami na koncie i to on był najskuteczniejszym zawodnikiem swojej ekipy w wygranym 119:101 starciu na otwarcie sezonu 2026/2027.
Z gry nie spalił ani jednej akcji, a do tego dorzucił trzy rzuty wolne. Na koncie zapisał również sześć zbiórek, dwa bloki i przechwyt – i, co ważne, żadnej straty. Lepszego strzelca niż on tego wieczoru na parkiecie nie było – ani w jednej, ani w drugiej ekipie.
To już drugi udany występ Polaka w klubowych barwach Barcelony. Wcześniej zaliczył debiut w Eurolidze, gdzie zapisał na swoim koncie dziesięć punktów w meczu z Anadolu Efes Stambuł.
Barcelona radzi sobie bez trzech podkoszowych
Zespół Aleksandara Sekulicia gra teraz bez trzech zawodników z pozycji pod koszem – Nebo, Evbuomwana i Makoundou nie są do dyspozycji trenera. W tej sytuacji rola Balcerowskiego pod tablicami naturalnie wzrosła, co widać choćby w liczbie minut i statystyk, jakie zebrał w meczu z Leyma Coruna.
Poza Polakiem punkty dla Barcelony rzucali też Darío Brizuela (15), Tyrese Martin (13) i Joel Parra (12). Dziesięć punktów dopisał do tego Justin Robinson.
Następny sprawdzian czeka Barcelonę we wtorek – w Eurolidze zmierzy się z Dubai Basketball.