21. minuta meczu na Słowacji. Unia Oświęcim prowadzi z HC Bańska Bystrzyca i wszystko wskazuje na komplet punktów z wyjazdu. I wtedy z lodowiska schodzi kapitan drużyny, Rihards Marenis. Łotysz doznaje urazu, który wyeliminuje go z gry na dłużej.
Spotkanie ostatecznie kończy się zwycięstwem Unii 4:2. Późniejsze badania pokazały, że Marenis wypadnie z gry na okres od czterech do sześciu tygodni.
Dla drużyny z Oświęcimia to poważna strata. Marenis ma bogate międzynarodowe CV — w reprezentacji rozegrał trzy turnieje Mistrzostw Świata Elity, a w karierze klubowej grał w tak wymagających ligach jak KHL, HockeyAllsvenskan czy DEL2. To doświadczenie sprawiło, że stał się liderem szatni Unii — i to nie tylko dzięki opasce na ramieniu.
Sztab musi ułożyć drużynę na nowo
38-letni trener Unii Oświęcim ma teraz przed sobą niełatwe zadanie: poukładać grę zespołu bez lidera na kilka tygodni. Zwycięstwo w Bańskiej Bystrzycy pokazało, że drużyna potrafi wygrywać nawet w osłabieniu. Ale długość absencji Marenisa — w najgorszym wariancie nawet sześć tygodni — to już prawdziwy sprawdzian głębi kadry.
Kibice Unii będą teraz odliczać tygodnie do powrotu kapitana, wracając pamięcią do meczu na Słowacji, w którym doszło do kontuzji.
Chwilę po starcie Grand Prix Włoch na Monzy robi się gorąco — i to między kierowcami tego samego zespołu. Charles Leclerc i Lewis Hamilton, obaj w barwach Ferrari, ścierają się na torze nie z Red Bullem czy McLarenem, a ze sobą. Dla siedmiokrotnego mistrza świata efekt jest bolesny — Hamilton spada na dziesiątą pozycję.
Ten weekend miał wyglądać zupełnie inaczej. Ferrari zapowiadało debiut nowego silnika właśnie na Monzy, licząc, że domowy wyścig stanie się okazją do przełamania złej passy. Nowa jednostka miała dać zespołowi z Maranello dodatkowe 15 koni mechanicznych — tyle, by wreszcie powalczyć o zwycięstwo na własnym terenie. Rzeczywistość okazała się dużo skromniejsza: ani Leclerc, ani Hamilton nie liczyli się w walce o pole position.
Starcie na torze obnażyło problem, który narasta w Maranello już od kilku wyścigów. Ferrari w ostatnich weekendach nie sięgało po polecenia zespołowe (team orders), zostawiając kierowcom wolną rękę. Efekt? Brak jasnej hierarchii doprowadził do sytuacji, w której dwaj kierowcy jednej stajni walczyli między sobą — i tracili pozycje na rzecz rywali.
Hamilton chce priorytetu
Lewis Hamilton nie kryje frustracji. Domaga się priorytetowego traktowania w zespole. Ma też poczucie, że jego słowa wewnątrz Ferrari są odczytywane wybiórczo, niesprawiedliwie wyrywane z kontekstu.
„Lewis powiedział mi: 'Fred, 80 proc. mojego przekazu było pozytywne, a oni wzięli 20 proc., które było negatywne'”
Te słowa, skierowane do szefa Ferrari Freda, pokazują, że napięcie w zespole nie kończy się na torze. Kwestia priorytetu między Leclercem a Hamiltonem, brak jasnych zasad w wyścigu i zawiedzione nadzieje związane z nowym silnikiem — wszystko to składa się na obraz zespołu, który na własnym podwórku miał świętować, a zamiast tego gasi pożary.
Jeszcze na początku czerwca Jakub Wikłacz miał walczyć w UFC. Zamiast tego trafił na leczenie – uszkodził żebro i staw obojczykowo-mostkowy. Kilka miesięcy później ogłasza powrót – i to od razu na jednej z najbardziej prestiżowych aren grapplingu.
Jakub Wikłacz wystąpi podczas Mistrzostw Świata ADCC 2026. Zawody ruszają 12 września w Krakowie.
Zawodnik nie ukrywał, że zaproszenie na ADCC to dla niego wyróżnienie, na które po prostu nie mógł powiedzieć „nie”. W programie Oktagon Live na Kanale Sportowym mówił wprost:
Mam w głowie tak, że jak dostaję takie wyróżnienie, jestem zaproszony i mam taką możliwość, to oczywiście nie odmawiam.
Grappling jako test przed powrotem
Przygotowania do startu w ADCC posłużyły Wikłaczowi do czegoś więcej niż tylko rywalizacji. Zawodnik przyznał, że ten okres traktował jako sprawdzian – dla organizmu i dla kontuzji. Chodziło o odpowiedź na jedno pytanie: czy nadszedł już moment na kolejną walkę.
„To się w sumie fajnie zbiegło, bo te przygotowania pod grappling, to był taki test dla mojego organizmu, dla mojej kontuzji, czy jest to odpowiedni moment, żeby wziąć walkę” – wyjaśnił zawodnik.
Do września Wikłacz ma więc czas, by w pełni odbudować formę i pokazać się na krakowskim turnieju w gronie najlepszych grapplerów świata.
Wezwanie do przedstawienia dokumentów lub zeznań. To już nie plotka, a konkretny krok w federalnym postępowaniu dotyczącym Kawhi Leonarda i Los Angeles Clippers. Jak podaje jeden z amerykańskich dzienników, śledztwo jest na bardzo wczesnym etapie – ale sama wzmianka o zaangażowaniu agencji federalnych każe wrócić do sprawy, którą NBA formalnie zamknęła jakiś czas temu.
O co właściwie chodzi? Według ustaleń samej ligi, część środków z dużego kontraktu na system tablic i ekranów w Intuit Dome miała trafiać do Leonarda pod przykrywką umowy reklamowej. Po własnym dochodzeniu NBA uznała, że Los Angeles Clippers dopuścili się „schematu niewłaściwego postępowania i wielu poważnych naruszeń przepisów”.
Konsekwencje przyszły szybko i były surowe. Klub stracił pięć przyszłych wyborów w pierwszej rundzie draftu, dostał 30 mln dolarów grzywny, a właściciela Steve’a Ballmera zawieszono na rok. Sam Leonard musiał zapłacić lidze 700 tys. dolarów. To nie pierwszy raz, kiedy Clippers wpadli za obchodzenie limitu płac – klub karano już wcześniej za podobne praktyki.
SEC pyta Daktronics
Sprawa dawno wyszła poza samą NBA. Zainteresowała się nią Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC), która skontaktowała się z firmą Daktronics w związku z jej relacjami finansowymi z Leonardem. To właśnie Daktronics odpowiadał za system tablic i ekranów w Intuit Dome – wokół tego kontraktu, jak ustaliła liga, zbudowano całą kwestionowaną konstrukcję finansową.
Na razie nie wiadomo, dokąd zaprowadzi federalne postępowanie. Wczesny etap sprawy i pojedyncze wezwanie do dokumentów niczego jeszcze nie przesądzają. Ale samo pojawienie się instytucji federalnych i SEC przy temacie, który NBA formalnie już raz zamknęła, dowodzi jednego: afera Leonarda i Clippers wcale nie jest skończona.
10 września 2026 roku w Dzienniku Ustaw pojawił się dokument, na który polscy kibice czekali od dawna. To rozporządzenie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z 2 września 2026 roku, regulujące dostęp do wydarzeń sportowych w otwartej telewizji. Przepisy zaczną obowiązywać 11 września 2027 roku, czyli 12 miesięcy po publikacji.
Ten rok to bufor dla nadawców i posiadaczy praw, żeby zdążyli dopasować się do nowych zasad. A zasady te dotyczą przede wszystkim wielkich imprez tenisowych i piłkarskich – tych, w których liczy się polski akcent.
Tenis, piłka i koszykówka na nowych warunkach
W tenisie zmiana obejmuje cztery turnieje wielkoszlemowe. Półfinały i finały Australian Open, Roland Garros, Wimbledonu oraz US Open muszą trafić na otwarty kanał – ale tylko wtedy, gdy gra w nich reprezentant lub reprezentantka Polski.
W piłce nożnej próg wejścia jest prosty. Skoro polski klub awansuje do fazy pucharowej rozgrywek, jego mecze od 1/16 finału aż do finału muszą być dostępne w ogólnokrajowym programie bez dodatkowej opłaty.
Koszykówka mężczyzn dostała podobne reguły, choć bardziej rozbudowane. Obowiązek szerokiego dostępu obejmie spotkania Polaków od 1/8 finału mistrzostw Europy. Na mistrzostwach świata próg jest wyższy i zaczyna się od ćwierćfinału.
Osobną kategorię tworzą finały globalne i kontynentalne. Półfinały i finały mistrzostw świata oraz Europy kobiet i mężczyzn w koszykówce zostaną uznane za ważne wydarzenia niezależnie od tego, czy gra tam reprezentacja Polski. Właściciel praw wciąż może pokazywać dane wydarzenie w płatnym kanale lub serwisie, musi jednak zapewnić równoległy dostęp w ogólnokrajowym programie bez dodatkowej opłaty. Kibic bez abonamentu premium nie zostanie więc odcięty od najważniejszych momentów sezonu.
63 094 kibiców na Soldier Field. Tyle osób zjawiło się na starciu Chicago Fire z Interem Miami, ustanawiając absolutny rekord frekwencji w historii klubu. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, ale to, co działo się na trybunach, było ciekawsze niż wydarzenia na boisku.
Jeszcze przed transferem 38-letniego Roberta Lewandowskiego do Chicago Fire klub miewał problemy z przekroczeniem 30 tysięcy widzów na własnym stadionie. Po jego przyjściu coś się zmieniło: w trzech pierwszych domowych meczach z udziałem „Lewego” średnia frekwencja skoczyła do 41 815 osób. To ogromna różnica, zwłaszcza że Soldier Field ma pojemność przekraczającą 60 tysięcy miejsc.
Tego efektu nie da się przegapić, jeśli śledzi się ligę na co dzień. Alex Calabrese z portalu meninred97.com, poświęconego wyłącznie Chicago Fire, zwraca uwagę, że po mundialu frekwencja w całej MLS ogólnie poszła w górę. Podobny mechanizm dało się zaobserwować już wcześniej, przy transferze innej wielkiej gwiazdy do ligi.
Precedens Messiego i polska diaspora
Kiedy w 2023 roku do Interu Miami przyszedł Lionel Messi, argentyński mistrz świata od razu zaczął wypełniać stadiony na Florydzie. W Stanach Zjednoczonych mieszka szacunkowo około 10 milionów osób polskiego pochodzenia, a Chicago od dekad jest jednym z największych skupisk Polonii poza granicami kraju. Nie jest wykluczone, że właśnie ta społeczność stoi za częścią niecodziennego wzrostu frekwencji, jaki MLS notuje w ostatnich tygodniach.
Kolejny sprawdzian dla popularności Lewandowskiego na amerykańskich trybunach nadejdzie szybko. Następne starcie zaplanowano na niedzielę, 13 września, na godzinę 23:30.
Noc z 10 na 11 września. Coco Gauff prowadzi już seta, mecz zdaje się mieć w garści – a jednak traci go w trzech partiach. Rywalka odwraca losy spotkania i wygrywa 3:6, 6:4, 6:4. Tym samym Białorusinka pieczętuje awans do finału US Open i uruchamia lawinę zmian w rankingu WTA.
Aryna Sabalenka wciąż jest liderką zestawienia z dorobkiem 9201 punktów. Jej przewaga nad drugą reprezentantką Białorusi wynosi jednak aż 1326 „oczek” – a to może się jeszcze skurczyć. Druga Białorusinka ma obecnie na koncie 7875 punktów, lecz w razie triumfu w turnieju jej dorobek wzrośnie do 8575.
Drogę do finału otworzyło jej zwycięstwo nad Jessicą Pegulą 7:5, 6:2. W meczu o tytuł zmierzy się z reprezentantką Kazachstanu – Eleną Rybakiną. Dla niej stawka jest równie wysoka.
Rybakina może zdetronizować Sabalenkę w wyścigu punktowym
Scenariusze dla Kazachstanki są skrajnie różne. Wygrana w finale oznacza dla Rybakiny skok do 9901 punktów, a przewaga nad Sabalenką w rankingu urośnie aż do 2026 „oczek”. Porażka to zupełnie inny bilans – wtedy na koncie zostanie jej jedynie 626 punktów.
Niezależnie od wyniku finału, na podium rankingu WTA nie zabraknie Jessiki Peguli – Amerykanka utrzyma trzecie miejsce. Jej przewaga nad Coco Gauff będzie jednak minimalna, bo wyniesie zaledwie 21 punktów.
W piątek 11 września o 17:00 kierowcy Formuły 1 wyjadą na tor w Madrycie na drugą sesję treningową przed Grand Prix Hiszpanii. To pierwszy w historii weekend królowej motorsportu na nowym torze Madring – więc każdy metr nawierzchni będzie dla stawki niewiadomą.
Druga sesja potrwa 60 minut. Transmisję na kanale Eleven Sports 1 obejrzymy już od 16:55, pięć minut przed startem. Wcześniej, o 13:30, kierowcy zaliczyli pierwszy przejazd po Madring, sprawdzając samochody na kompletnie nieznanym asfalcie.
Na sobotę zaplanowano trzeci trening oraz kwalifikacje, które wyłonią układ startowy do niedzielnego wyścigu. Sam Grand Prix Hiszpanii wystartuje w niedzielę o godzinie 15:00.
Nowy tor, nowe wyzwanie
Madring liczy 5,474 kilometra długości i składa się z 22 zakrętów. Wizytówką obiektu ma być odcinek nachylony pod kątem aż 24 procent – element, jakiego w kalendarzu F1 dotąd nie było.
W tle walki o punkty trwa też rywalizacja w klasyfikacji generalnej kierowców. Prowadzi w niej Andrea Kimi Antonelli z dorobkiem 267 punktów. Za nim plasuje się George Russell z 201 punktami, a podium zamyka Lewis Hamilton ze 191 oczkami. Antonelli powiększył przewagę nad swoim zespołowym partnerem do 66 punktów – to czyni go zdecydowanym faworytem końcówki sezonu.
Po Madrycie kalendarz F1 2026 przenosi się do Baku, gdzie 24–26 września odbędzie się Grand Prix Azerbejdżanu. Dalej sezon potoczy się do Sepang, 2–4 października, a zaraz potem czeka nas Grand Prix Singapuru na torze Marina Bay, 9–11 października. Stawka pojedzie jeszcze do Austin (23–25 października), do Mexico City (30 października – 1 listopada) i do São Paulo (6–8 listopada). Kalendarz zamkną Las Vegas 19–21 listopada, katarski Lusail 27–29 listopada oraz wielki finał na Yas Island w Abu Zabi, 4–6 grudnia.
108:56 – tyle pokazywała tablica po ostatniej akcji ćwierćfinału USA – Węgry. Reprezentantki Stanów Zjednoczonych wygrały różnicą aż 52 punktów i tym samym zakończyły marzenia mistrzyń Europy o dalszej grze na mistrzostwach świata w koszykówce kobiet 2026. Dla Węgier sam awans do najlepszej ósemki był już historyczny – po raz pierwszy od 40 lat znalazły się w tym gronie.
31 asyst i 53-procentowa skuteczność zza łuku – te liczby nie zostawiały złudzeń już po pierwszej połowie. Do tego 44 punkty zdobyte po stratach Węgierek, 52 punkty „z pomalowanego” oraz miażdżąca przewaga w punktach z szybkiego ataku – 28:3. Caitlin Clark zanotowała 10 punktów i 9 asyst, Angel Reese dołożyła 9 punktów i 6 zbiórek.
Równie zdecydowanie zagrała Francja, pokonując Chiny 90:61. Liderką Francuzek była Marine Johannes – 15 punktów i 7 asyst.
Niemcy zatrzymują mistrzynie Europy, Hiszpania rozstrzyga mecz w pierwszej kwarcie
Niemki ograły Belgię 93:74, choć w drużynie mistrzyń Europy błyszczała Emma Meesseman – 29 punktów, osiem zbiórek i trzy asysty. Belgijki zagrały zdyscyplinowany mecz pod względem podań i strat, zaledwie pięć strat przy 20 asystach, a mimo to przegrały. O zwycięstwie Niemek zadecydowała głębia składu: same zmienniczki zdobyły łącznie aż 51 punktów.
Hiszpania, prowadzona przez trenera Miguela Mendeza, rozprawiła się z Australią 89:66. Losy meczu przesądziły się już w pierwszej kwarcie – Hiszpanki zdobyły w niej 31 punktów, trafiając 5 z 7 rzutów za trzy, i zamknęły ją serią 16:0. Przewaga w pewnym momencie sięgnęła rekordowych 24 punktów.
Półfinały wyznaczono na sobotę, 12 września. O 16:30 zagrają Francja z Niemcami, o 20:00 na parkiecie spotkają się USA i Hiszpania.
Grudzień 2024 roku. Shavkat Rakhmonov wychodzi z oktagonu niepokonany, po zwycięstwie na punkty z irlandzkim rywalem. Wtedy nikt by nie zgadł, że minie ponad dwa lata, zanim kibice zobaczą go znowu w klatce.
Bilans wciąż robi wrażenie: 19-0, jeden z najlepszych w całej wadze półśredniej UFC. Tyle że od tamtej grudniowej walki Rakhmonov nie stoczył ani jednej kolejnej. Federacja usunęła go z rankingów właśnie przez tę przerwę. Sam zawodnik mówi wprost — do rywalizacji wróci dopiero na początku 2027 roku.
W międzyczasie w wadze lekkiej i półśredniej zrobiło się gorąco. W listopadzie 2025 roku Islam Makhachev oddał pas mistrza kategorii lekkiej i przeniósł się wagę wyżej. Prosto tam, gdzie od lat rządzi Rakhmonov — niepokonany, ale nieaktywny pretendent.
Powrót po dwóch latach przerwy?
Decyzja Makhacheva otworzyła nowe rozdanie w wadze półśredniej. I choć Rakhmonov nie walczył od grudnia 2024, zaczął głośno mówić o starciu o tytuł. Odważna deklaracja jak na kogoś, kto z rankingów wypadł właśnie przez bezczynność. Sam zainteresowany zapowiada jednak powrót do oktagonu dopiero na początku 2027 roku — czyli na nowy układ sił w wadze poczeka znacznie dłużej, niż sugerowałaby sama data jego ostatniej walki.
Na papierze 19-0 wciąż imponuje. Pytanie brzmi inaczej: czy w 2027 roku ten bilans będzie robił na federacji i kibicach takie samo wrażenie, jak w grudniu 2024, gdy Rakhmonov ostatni raz stanął w klatce.