Francis Ngannou rzucał go na matę jak szmacianą lalkę. Jon Jones zaciskał mu na szyi duszenie gilotynowe. Te obrazy Chris Weidman przywołał, zanim wypowiedział zdanie, które może namieszać przed jednym z najważniejszych pojedynków tego roku w wadze ciężkiej.
14 listopada w Nowym Jorku odbędzie się gala UFC 334. Główną walką wieczoru będzie starcie o mistrzowski pas wagi ciężkiej UFC pomiędzy Cyrilem Gane a Joshem Hokitem.
Dla Hokita to dopiero piąty pojedynek pod szyldem UFC. Zawodowo zadebiutował w 2023 roku, do UFC trafił dwa lata później, a jego bilans wciąż jest nieskazitelny – 10 wygranych, 0 porażek. Fani znają go jako „The Incredible Hok”, a jedna statystyka mówi sama za siebie: tylko raz jego walka dotrwała do decyzji sędziów.
Gane broni z kolei tytułu, który zdobył niedawno, awansując z mistrza tymczasowego na pełnoprawnego czempiona wagi ciężkiej UFC. To będzie jego pierwsza faktyczna obrona pasa – choć o absolutne mistrzostwo walczył już trzykrotnie. Bilans tych starć nie napawa optymizmem: dwie porażki i jeden pojedynek uznany za nieodbyty po przypadkowych trafieniach w oko.
Weidman: styl Gane go w końcu zgubi
Chris Weidman, były mistrz UFC wagi średniej, podzielił się swoją prognozą w podcaście Deep Waters. Według niego Josh Hokit ma wszystko, czego trzeba, żeby zostać nowym mistrzem wagi ciężkiej.
Widzieliśmy, jak Gane rzucano na matę i masakrowano – robił to Francis Ngannou, Jon Jones zakładał mu duszenie gilotynowe. Postawiłbym na Hokita choćby dlatego, że styl Gane, jego lekkość i ruchliwość, wymagają ogromnej wytrzymałości. Bycie tak szybkim i mobilnym niesamowicie kosztuje organizm, a facet pokroju Hokita, który non stop naciska, w końcu zacznie wygrywać wymiany ciosów i skutecznie obalać.
Weidman poszedł jeszcze dalej, porównując styl Hokita do legendy dywizji ciężkiej sprzed lat.
Jeśli spojrzycie na walki Hokita, zobaczycie, jak roznosił przeciwników niczym szmaciane lalki – dokładnie tak, jak robił to swego czasu Cain Velasquez. Cały czas okłada ich od pleców, po prostu miażdży, rzuca z boku na bok. Ma potencjał, by w stylu Velasqueza rozgromić Ciryla.
Śmiała teza, zważywszy że mowa o zawodniku, który trzykrotnie sięgał po najwyższe trofeum organizacji. Weidman wskazuje jednak na konkretny mechanizm: ruchliwość i lekkość, czyli największy atut Francuza, mogą go zmęczyć w starciu z rywalem, który nieustannie parł będzie do przodu. 14 listopada w Nowym Jorku przekonamy się, czy ta teoria się sprawdzi.
Kilka minut po pierwszym restarcie Grand Prix Azerbejdżanu na ulicznym torze w Baku doszło do kolizji, która przesądziła o losach kilku kierowców, zanim wyścig w ogóle się rozkręcił. To Franco Colapinto doprowadził do zderzenia w pierwszym zakręcie, eliminując z rywalizacji Pierre’a Gasly’ego i Lando Norrisa. Konsekwencje tego zdarzenia dogoniły Argentyńczyka dopiero po wyścigu — i sięgną aż do Singapuru.
Stewardzi ukarali Colapinto standardowymi 10 sekundami. Kłopot w tym, że kierowca Alpine sam wycofał się z wyścigu w Baku, więc kara czasowa nie miała już czego dotyczyć. Zgodnie z regulaminem zamieniono ją więc na przesunięcie o 5 miejsc na starcie — Colapinto odczuje to dopiero na torze Marina Bay podczas Grand Prix Singapuru.
To nie jedyna kara po wydarzeniach w Baku. Gabriel Bortoleto dostał 10 sekund doliczonych do czasu wyścigu za wyprzedzenie Sergio Pereza podczas żółtych flag. Brazylijczyk tłumaczył się przed stewardami, że żółte flagi pojawiły się w tym samym momencie co sygnalizacja samochodu bezpieczeństwa, który jednak ostatecznie nie wyjechał na tor — dlatego uznał, że flagi są już nieaktualne. Sędziów to nie przekonało. Kara kosztowała go dwie pozycje: z 13. spadł na 15. miejsce w klasyfikacji końcowej.
Lindblad i Bottas bez konsekwencji
Nie wszystkie incydenty z Baku zakończyły się karą. Arvid Lindblad doprowadził do kolizji zawodników Racing Bulls podczas tego samego pierwszego restartu, ale wyszedł z tego bez żadnych sankcji. Stewardzi uznali, że Brytyjczyk po prostu nie miał gdzie skręcić, a jego reakcja była bezpośrednim skutkiem wcześniejszego zamieszania wywołanego przez Colapinto.
Osobną sprawą był Valtteri Bottas, który uderzył w bandy w zakręcie numer 15 i przez dłuższy czas został na torze, przyglądając się uszkodzonemu Cadillakowi. Sędziowie nie dopatrzyli się w tym zagrożenia dla innych kierowców i odstąpili od kary. Fin obiecał jednak, że następnym razem szybciej zejdzie z toru.
Stewardzi zajęli się też sytuacją sprzed startu. Isack Hadjar i Carlos Sainz dostali formalne ostrzeżenie za niedostosowanie się do wytycznych dyrektora wyścigu podczas przedstartowych prób. To najłagodniejsza z kar wymierzonych po Baku, ale razem z sankcjami dla Colapinto i Bortoleto pokazuje, ile działo się na azerskich ulicach, zanim w ogóle zaczęła się walka o punkty.
Na konferencji prasowej przed startem sezonu Koby Altman, prezydent Cleveland Cavaliers, w końcu musiał odpowiedzieć na pytanie, które od tygodni wisiało nad klubem. Chodziło oczywiście o LeBrona Jamesa. 41-letni gwiazdor latem 2026 roku zakończył kontrakt z Los Angeles Lakers, po kilku tygodniach niepewności wybrał jednak Philadelphia 76ers, nie Cleveland. Cavaliers byli jedną z opcji, które James brał pod uwagę, ale ostatecznie nie zdecydował się na powrót do organizacji, z którą sięgnął po mistrzostwo w 2016 roku.
Altman nie ukrywał, że ta decyzja niczego nie zmieniła w jego ocenie minionych miesięcy. „Nie możemy być zależni od jednej decyzji. Zbyt dobrze nam idzie pod względem naszej infrastruktury, naszego fundamentu drużyny, żebyśmy musieli się tym martwić tą jedną rzeczą” – powiedział prezydent Cavaliers. I dodał, że jego uwaga skupia się gdzie indziej. „Byłbym bardziej zaniepokojony, gdybym musiał się martwić o naszą skalę talentu, nasze procesy, czy jakieś codzienne działania” – stwierdził Altman.
Nietrudno zrozumieć tę pewność siebie. Cleveland zakończyło poprzedni sezon regularny z bilansem 52-32, jednym z najlepszych w konferencji wschodniej. Drużyna odpadła dopiero w finale konferencji, przegrywając z New York Knicks, którzy później sięgnęli po mistrzostwo NBA.
Watson, Harden i przedłużony kontrakt Mitchella
Latem klub się wzmocnił. Z Denver Nuggets ściągnięto 24-letniego Peytona Watsona, który w poprzednim sezonie notował w barwach Nuggets średnio 14,6 punktu, 4,9 zbiórki i 2,1 asysty na mecz, a w wyjściowym składzie pojawił się 40 razy. Do tego 41 procent skuteczności za trzy punkty. Trener Cavaliers Kenny Atkinson już zdążył docenić nowego zawodnika. „To, co widzę na sali treningowej, to przede wszystkim jego gra w defensywie. No i trafiał aż 41% za trzy w zeszłym roku” – ocenił szkoleniowiec.
Klub zabezpieczył też swój rdzeń na kolejne lata – Donovan Mitchell podpisał przedłużenie kontraktu na cztery lata warte 273 miliony dolarów. Do składu dołączył również 37-letni James Harden, związany z Cavaliers trzyletnią umową za 97 milionów dolarów. Harden zdążył już zaimponować podejściem do pracy – na obóz przygotowawczy zjawił się trzy tygodnie wcześniej niż wymagano, pomagając w jego organizacji.
Dla Altmana to właśnie te ruchy, a nie odejście Jamesa do Filadelfii, definiują minione miesiące. „Wszystkie te czynniki każą mi ocenić, że to były naprawdę dobre wakacje, pomimo tej jednej decyzji [LeBrona]” – podsumował prezydent Cavaliers.
Trzy stracone break pointy, cztery gemy odrobione z rzędu i 59 minut później Jan Zieliński mógł wreszcie unieść ręce w geście triumfu. Polak razem z Brytyjczykiem Lukiem Johnsonem pokonali w półfinale debla Chengdu Open 2026 niemiecką parę Jakob Schnaitter/Mark Wallner 6:3, 6:2.
Zaczęło się nerwowo. W pierwszym secie to Niemcy złapali rytm, przełamali serwis rywali i prowadzili już 3:2. Odpowiedź przyszła szybko – Zieliński i Johnson wzięli z rzędu cztery gemy i set powędrował na ich konto.
Drugą partię kontrolowali już bez większych wahań. Schnaitter i Wallner tracili własny serwis w trzecim i siódmym gemie, co dało Polakowi i Brytyjczykowi przewagę, której Niemcy nie byli już w stanie odrobić. Mecz zakończył się przy drugiej piłce meczowej, wykorzystanej w ósmym gemie drugiego seta.
To był kolejny trudny mecz na drodze do finału – i wcale nie pierwszy z takim scenariuszem. Zarówno w pierwszej rundzie, jak i w ćwierćfinale Zieliński z Johnsonem musieli ratować się super tie-breakiem, żeby grać dalej. Tym cenniejszy jest ich awans, bo do turnieju w Chengdu przystępowali jako para nierozstawiona.
Dla obu tenisistów to chwila wyjątkowa – pierwszy wspólny finał w męskim touree ATP. Rywala poznają dopiero we wtorek, gdy rozstrzygnie się drugi półfinał. Naprzeciw nich stanie albo najwyżej rozstawiona francuska para Theo Arribage/Albano Olivetti, albo duet z numerem czwartym: Amerykanin Robert Galloway i Szwed Andre Goransson.
Doświadczenie po obu stronach siatki
29-letni Zieliński w karierze deblowej w cyklu ATP ma na koncie bilans finałów 5-10, a na kolejny tytuł rangi ATP Tour czeka od marca 2024 roku. Jego 32-letni partner, Luke Johnson, smak zwycięstwa w finale zna za to bardzo dobrze – wygrał wszystkie trzy dotychczasowe, choć za każdym razem grał u boku Holendra Sandera Arendsa.
Chengdu Open rozgrywany jest na kortach twardych w chińskim Chengdu, a pula nagród turnieju wynosi 1,210 mln dolarów. Wtorkowy finał pokaże, czy świeża współpraca Zielińskiego i Johnsona przełoży się od razu na pierwszy wspólny tytuł.
W niedzielę 27 września w hali Shenzhen Bay Sports Center w chińskim Shenzhen padł ostatni punkt turnieju finałowego Pucharu Billie Jean King. Czeszki pokonały Ukrainę 2:0 i znów sięgnęły po tytuł mistrzyń świata. Drużyna prowadzona przez kapitan Barborę Strycovą triumfowała w tych rozgrywkach po raz pierwszy od ośmiu lat – a licząc całą historię turnieju, zrobiła to już dwunasty raz.
O losach finału zdecydowały już gry pojedyncze. Jako pierwsza na kort wyszła Karolina Muchova, finalistka Wimbledonu 2026. Anhelinę Kalininę pokonała 6:2, 6:3, a całe spotkanie zamknęło się w 70 minutach. Potem przyszła kolej na Lindę Noskovą, mistrzynię Wimbledonu 2026 – ta zmierzyła się z Eliną Switoliną i wygrała 6:3, 7:6(5) po godzinie i 33 minutach walki.
Dwa zwycięstwa w singlach wystarczyły Czeszkom do kompletu punktów, więc zaplanowany na koniec dnia debel – Anhelina Kalinina i Ludmiła Kiczenok kontra Marie Bouzkova i Katerina Siniakova – w ogóle się nie odbył.
Droga do finału i historyczny występ Ukrainek
Po drodze Czeszki wyeliminowały najpierw Wielką Brytanię, potem Hiszpanię. Znamienne, że w całym turnieju finałowym żadnego meczu nie musiały rozstrzygać deblem – za każdym razem wystarczały im gry pojedyncze.
Dla reprezentacji Ukrainy sam finał w Shenzhen był już historią – nigdy wcześniej nie zagrały o tytuł mistrzyń świata. Do turnieju finałowego awansowały drugi rok z rzędu. Rok wcześniej o finale mogły tylko pomarzyć – w półfinale zatrzymały je Włoszki.
Ostatniego dnia siedmiotygodniowego turnieju Accor Arena w Paryżu wypełniła się po brzegi – przyszło 20 tysięcy osób, by zobaczyć finał Counter-Strike’a. Na parkiecie Team Spirit pokonał FUT Esports, stawiając kropkę nad trzecią edycją Esports World Cup – imprezy, która tym razem trafiła do Francji zamiast do Arabii Saudyjskiej.
Zmiana lokalizacji nie była zaplanowana od początku. Dwa poprzednie turnieje odbyły się w Rijadzie, a trzeci pierwotnie też miał się tam rozegrać. Ze względu na okoliczności geopolityczne organizatorzy przenieśli go do Paryża nieco ponad osiem tygodni przed startem. Rywalizacja toczyła się w Paris Expo Porte de Versailles, gdzie halę co tydzień przebudowywano pod kolejne dyscypliny i aktywności. Same liczby robią wrażenie: ponad dwa tysiące uczestników w 24 dyscyplinach, pula nagród sięgająca 75 milionów dolarów i 175 tysięcy sprzedanych biletów.
Za całym projektem stoi Ralf Reichert, dyrektor generalny Esports Foundation i sam były zawodowy gracz. Jego droga do e-sportowego biznesu zaczęła się daleko od Paryża – w Oberhausen w Niemczech, gdzie razem z braćmi Benjaminem i Timem od dziecka ścigał się w grach wideo. W 1996 roku bracia trafili na Quake’a, jedną z pierwszych trójwymiarowych strzelanek pomyślanych pod rywalizację wieloosobową. Wtedy właśnie założyli drużynę SK Gaming, która z czasem wyrosła na jedną z najsilniejszych ekip w Niemczech, Europie i na świecie.
Od lig telewizyjnych do internetowych aren
W 2000 roku Reichert dostał zaproszenie, które zmieniło bieg jego kariery – do współtworzenia Electronic Sports League, czyli ESL. Sam przyznawał, że wczesny e-sport nie miał wtedy praktycznie niczego: żadnej infrastruktury, monetyzacji, instytucji, społecznego uznania. ESL postawiła sobie za cel przekształcenie rozgrywek w widowisko dla widzów, a nie tylko zabawę dla samych graczy. Kłopot w tym, że na początku lat 2000. promocja przez telewizję okazała się zbyt kosztowna. Dlatego już do 2004 roku ESL przesunęła punkt ciężkości z lig na turnieje – ten format lepiej pasował do branży pędzącej naprzód w zawrotnym tempie.
Przełom przyszedł dopiero około 2011 roku, gdy Twitch i YouTube otworzyły drogę do znacznie szerszej publiczności online. Firma rosła przez kolejną dekadę, aż w 2022 roku ESL trafiła w ręce Savvy Gaming Group za ponad miliard dolarów. Po tej transakcji Reichert stanął na czele nowo powstałej Esports Foundation – organizacji, która dziś odpowiada za Esports World Cup i jego siedmiotygodniowy paryski finał, zamknięty triumfem Team Spirit przed 20-tysięczną publicznością Accor Areny.
Pierwsza runda ledwie się rozkręcała, a Rodolfo Vieira już sprowadził walkę do parteru i przeszedł do pełnego dosiadu, waląc z góry na leżącego Roberta Bryczka. Polak oddał plecy, ale nie zamierzał się poddawać – wrócił do stójki, choć chwilę później znowu wylądował na macie po kolejnym podcięciu. Tak wyglądał początek walki, która finalnie zakończyła się porażką Bryczka na gali UFC Vegas 121.
Pojedynek z Brazylijczykiem przeszedł przez pełny dystans trzech rund. Sędziowie nie mieli tu żadnych wątpliwości – jednogłośnie wskazali na zwycięstwo Vieiry, notując identyczny wynik na wszystkich kartach: 3x 30-37.
W drugiej rundzie akcję przerwano, gdy Vieira trafił Bryczka kolanem poniżej pasa. W trzeciej rundzie wrócił scenariusz z parteru – Polak po kolejnym podcięciu rywala znów znalazł się na macie. Sam Vieira stylem walki jednak nie zachwycił. W czwartej rundzie kibice zaczęli gwizdać, widząc, jak unika wymian i chowa się głównie w klinczu.
Dla 33-letniego Bryczka to druga porażka z rzędu w UFC. Wcześniej, w maju 2026 roku, przegrał na punkty z Cameronem Rowstonem, który przed tym starciem miał na koncie 15 wygranych, 3 porażki i 0 remisów (7 KO, 6 poddań). Idąc na walkę z Vieirą, Bryczek notował bilans 18 wygranych, 8 porażek i 0 remisów – w tym 12 zwycięstw przez nokaut i jedno przez poddanie. Rodolfo Vieira wchodził do klatki z rekordem 12-5-0, z czego aż 9 wygranych zapisał na koncie poddań.
Szósta porażka Polaków z rzędu
Wynik z Las Vegas to problem nie tylko samego Bryczka. To już szósta z rzędu przegrana walka polskiego zawodnika w UFC. Serię otworzył Jan Błachowicz. Po nim przegrywali kolejno Marcin Tybura, Mateusz Gamrot, Klaudia Syguła i Iwo Baraniewski – teraz do tego grona dołączył Robert Bryczek.
Na razie nie wiadomo, kiedy i z kim polscy zawodnicy stoczą kolejne walki w UFC. Na swoją szansę czekają m.in. Mateusz Rębecki i Damian Piwowarczyk. Ten drugi zapracował na kontrakt z organizacją w programie Dana White’s Contender Series.
34 minuty na boisku, 17 trafionych rzutów z gry z 21 prób i tablica wyników, która już w trzeciej kwarcie przestała mieć większe znaczenie. Tak wyglądał sobotni wieczór Tajiona Jonesa, amerykańskiego rzucającego obrońcy Tasomix Rosiek Stali Ostrów Wielkopolski. W sparingu z MKS-em Dąbrowa Górnicza Amerykanin zdobył 47 punktów.
Stal wygrała ten mecz kontrolny 119:92. Rozgrywano go 26 września w Dąbrowie Górniczej. Statystyki Jonesa brzmią jak wyjęte z gry komputerowej ustawionej na najniższy poziom trudności dla rywala – 13 trafionych trójek z 17 prób i pełna skuteczność za dwa punkty, cztery na cztery.
Sam Jones nie był jedynym motorem sobotniego pokazu siły ostrowian. Wieczysław Bobrow, koszykarz pochodzący z Ukrainy, zanotował wskaźnik plus/minus na poziomie +47 – gdy przebywał na parkiecie, jego zespół przewyższał rywala właśnie o tyle punktów.
Po stronie gospodarzy trudno mówić o powodach do paniki na tak wczesnym etapie przygotowań, choć sam wynik boli. MKS nie stał jednak bezradnie w obliczu tej zapaści – 24 punkty dla drużyny z Dąbrowy Górniczej dopisał do swojego konta Kyle Lofton.
Co dalej dla obu zespołów
Za formą Stali stoi trener Andrzej Urban, który ma teraz kilka dni, by dopracować grę zespołu przed startem rozgrywek. Sezon PGE Basket Ligi 2026/2027 ostrowianie zaczną 3 października meczem z PGE Startem Lublin. MKS Dąbrowa Górnicza zagra z kolei dzień później, 4 października, z Euvic GTK Gliwice.
Sparing to sparing – w Ostrowie Wielkopolskim nikt nie liczy na to, że Jones będzie serwował po 47 punktów co tydzień. Ale forma, jaką pokazał w Dąbrowie Górniczej, to sygnał, którego rywale Stali w nowym sezonie chyba nie powinni ignorować.
Druga minuta, Wembley jeszcze dobrze się nie rozkręciło, a piłka już leżała w siatce Anglii. Marc Guehi fatalnie zachował się przy piłce i błąd natychmiast ukarał Lamine Yamal. Tak zaczęła się sobotnia rywalizacja Anglii z Hiszpanią w Lidze Narodów. Skończyło się na 3:2 dla gości.
Gol Yamala padł w 2. minucie spotkania i był trzecim najszybszym golem straconym przez Anglię na własnym stadionie w historii. Prędzej gospodarzy zaskoczyły tylko dwie reprezentacje — Szkocja w 1957 roku i Węgry w 1953 roku, obie trafiając już w 1. minucie. Innymi słowy: takiego szoku na Wembley Anglicy nie przeżyli od 69 lat.
Szybka strata gola nie złamała jednak gospodarzy. Odpowiedzieli Anthony Gordon i Harry Kane, a ich trafienia dały Anglii prowadzenie 2:1 na przerwę. Wszystko wskazywało na to, że w drugiej połowie warunki będą dyktować gospodarze.
Zmiany de la Fuente odwróciły losy meczu
Po godzinie gry zareagował selekcjoner Hiszpanii Luis de la Fuente. W 55. minucie wpuścił na boisko Angela Baenę i Mikela Oyarzabala. To był ruch, który zdecydował o wszystkim — obaj zmiennicy mocno przyłożyli się do zwycięstwa gości, pokonując bramkarza Anglii Jamesa Trafforda.
Na koniec tablica wyników pokazała 3:2 dla Hiszpanii. Ten triumf na Wembley ma też znaczenie w tabeli — mistrzowie świata wskoczyli na 1. miejsce w swojej grupie Ligi Narodów. Tego samego dnia Chorwacja pokonała Czechy 2:1 i zrównała się z Hiszpanią punktami w grupie.
Już po pierwszej kwarcie wszystko było jasne. Lotto AZS UMCS Lublin od pierwszych minut przygniotły Isands JTEC Wichoś Jelenia Góra, wygrywając ten fragment 31:14, a do przerwy zbudowały przewagę, która definitywnie zdecydowała o losach spotkania. Ostatecznie mistrzynie Polski rozbiły rywalki 114:60 – to najwyższa różnica punktów w otwarciu sezonu Basket Ligi Kobiet 2026/27.
Rozkład punktów w poszczególnych kwartach – 31:14, 26:11, 35:13, 22:22 – mówi sam za siebie: lublinianki kontrolowały mecz od pierwszej do ostatniej syreny, oddając rywalkom jedynie końcową, już czysto „śmieciową” odsłonę. Skalę tej dominacji najlepiej opisują liczby – 16 trafionych trójek przy 41-procentowej skuteczności oraz aż siedem zawodniczek zespołu trenera Marka Lebiedzińskiego z dwucyfrowym wynikiem punktowym. Najlepszą strzelczynią gospodyń była Reese z 19 punktami. W przegranym zespole z Jeleniej Góry najwięcej na koncie miała Tripković – 28 punktów – co jednak nie uchroniło jej ekipy przed pogromem. Dla Lublina to już drugi powód do świętowania w ciągu tygodnia: klub broni tytułu mistrzowskiego, a chwilę wcześniej sięgnął też po Superpuchar Polski.
Podobny scenariusz, choć w mniejszej skali, rozegrał się w Krakowie. 1KS Ślęza Wrocław rozgromiła miejscową Wisłę 86:53, budując przewagę już w pierwszej i trzeciej kwarcie, które wygrała 29:13 i 30:11. Blisko double-double zanotowała Deyona Gaston – 20 punktów i 12 zbiórek. Wrocławianki odrobiły w ten sposób lekcję po przegranym Superpucharze Polski. Widać, że porażka w sparingowym trofeum nie odbiła się na formie ligowej.
Sosnowiec przegrywa mimo wzmocnień, Toruń odwraca losy meczu
Nie wszystkie zespoły zaczęły sezon zwycięstwem. MB Zagłębie Sosnowiec, które przed startem rozgrywek ogłosiło głośne transfery reprezentantek Polski – Aleksandry Zięmborskiej i Aldony Morawiec – przegrało we własnej hali z Contimax MOSiR Bochnia 58:69. Zięmborska zanotowała 15 punktów i 9 zbiórek, Morawiec dodała 4 punkty i 11 zbiórek. Problem leżał gdzie indziej – reszta zespołu miała ogromne trudności z rzutem za trzy punkty, trafiając tylko 3 z 23 prób, co dobrze pokazuje, jak bardzo posypała się skuteczność sosnowiczanek w kluczowych momentach.
W Bydgoszczy gospodynie z Artego prowadziły już 55:43 i miały mecz z Energą Toruń praktycznie w garści. Wystarczyła jednak jedna słaba kwarta, by wszystko się rozsypało – Artego zdobyło w niej tylko pięć punktów, a Energa odwróciła losy spotkania i wygrała 69:62. Bohaterką wyjazdowego triumfu toruniek była Jack Animam, która zapisała na swoim koncie double-double: 23 punkty i 23 zbiórki.
Na dokończenie pierwszej kolejki kibice poczekają do niedzieli, gdy zagrają Polonia Warszawa z Lotto MKS Pruszków oraz Widzew Łódź z KSSSE Enea AJP Gorzów Wielkopolski. Po sobotnich meczach na szczycie tabeli zasiadła Lotto AZS UMCS Lublin z bilansem 1-0 i punktami 114-60 – i trudno się temu dziwić po takim otwarciu sezonu.