⚡ Aktualnie:
Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku

Gong kończący piątą rundę w Manchesterze nie przyniósł widzom żadnej ulgi, za to otworzył drzwi do zupełnie innego widowiska. Darren Till i Yoel Romero, dwaj byli czołowi zawodnicy UFC, stoczyli walkę na gołe pięści w organizacji BKFC. Starcie odbyło się na gali BKFC 94 w Manchesterze i przeciągnęło się na pełny dystans pięciu rund.

Mogło się to jednak skończyć dużo wcześniej. W trakcie pojedynku Till został rozcięty i doznał nokdaunu po ciosie Romero. Mimo to Brytyjczyk dotrwał do końcowego gongu. A werdykt sędziów nie pozostawił żadnych złudzeń — wszyscy trzej arbitrzy widzieli przewagę Tilla, punktując 49-46. To już drugie zwycięstwo Tilla w karierze BKFC.

Hunt wchodzi do ringu i zaczyna się awantura

Prawdziwe emocje zaczęły się dopiero po walce. Podczas wywiadu z Tillem w ringu niespodziewanie pojawił się aktualny mistrz BKFC Lorenzo Hunt, który bez ogródek rzucił Brytyjczykowi wyzwanie. Hunt nie zostawił suchej nitki na jego występie — stwierdził, że Till „walczył jak baba”.

„Walczył jak baba” — ocenił Lorenzo Hunt występ Darrena Tilla w ringu.

Te słowa błyskawicznie podgrzały atmosferę. Hunt i Till zaczęli wymieniać się wyzwiskami na oczach publiczności, a napięcie rosło tak szybko, że w akcję musieli wkroczyć przedstawiciele BKFC, by nie dopuścić do dodatkowej bójki między zawodnikami.

Niedziela w Chengdu, zegar na korcie zatrzymał się na 79 minutach, a w całym turnieju Hiszpan nie oddał rywalom ani jednego seta. Tak najkrócej można podsumować powrót Alejandro Davidovicha Fokiny do rywalizacji. Zawodnik wystartował w chińskim ATP 250 po dwumiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją pleców i już pierwsze mecze pokazały, że przestój wcale mu nie zaszkodził.

W ćwierćfinale Davidovich, rozstawiony z numerem drugim, nie dał szans kwalifikantowi Alexandre’owi Mullerowi, wygrywając 6:1, 7:5. Liczby z tego meczu mówią same za siebie – osiem asów serwisowych, 22 zagrania kończące i tylko 21 niewymuszonych błędów. Co ciekawe, 27-letni Hiszpan ani razu nie musiał ratować się przed przełamaniem. Sam za to wykorzystał trzy z siedmiu okazji na przełamanie rywala.

O miejsce w finale powalczy teraz z Nikołozem Basilaszwilim. Ci dwaj spotkali się na korcie dotąd tylko raz – w 2021 roku w Metz, gdzie górą był Gruzin, wygrywając w trzech setach. Sporo wody upłynęło od tamtej pory. Dziś 34-letni Basilaszwili wraca do gry na najwyższym poziomie równie efektownie, co jego przyszły rywal.

Basilaszwili też bez straty seta

Podobnie jak Davidovich, Gruzin nie oddał jeszcze w tym turnieju ani jednego seta – wliczając kwalifikacje. W ćwierćfinale poradził sobie z Jensonem Brooksbym 6:4, 7:6(4), serwując dziewięć asów i notując dwa przełamania. To jego pierwszy półfinał w cyklu ATP od lutego 2022 roku, gdy dotarł do finału w Dosze.

Włożyłem w to mnóstwo sił, dlatego cieszę się, że dopiąłem swego i wygrałem – przyznał Basilaszwili po meczu z Brooksbym.

Chengdu Open rozgrywany jest na kortach twardych w kategorii ATP 250, a pula nagród sięga 1,210 mln dolarów. Dla obu zawodników sam awans do półfinału to już sygnał, że po trudniejszych chwilach w karierze wracają w naprawdę dobrej formie.

31 marca w Solnie Szwecja pokonała Polskę 3:2 w finale baraży o mistrzostwa świata. To wtedy gospodarze wywalczyli awans na mundial. W poniedziałek obie drużyny znów staną naprzeciw siebie w tym samym mieście – tym razem w rewanżu, w którym nie ma już mundialowej stawki. Początek zaplanowano na 20:45. Selekcjoner Szwecji Graham Potter nie zamierza jednak lekceważyć rywala.

„Polska to naprawdę dobra drużyna, wiedzieliśmy o tym już wcześniej” – powiedział Potter na konferencji prasowej. Dodał, że kadra Jana Urbana od czasu zmiany trenera prezentuje się bardzo dobrze. Zwrócił też uwagę na sposób budowania akcji przez Polaków – jego zdaniem drużyna dobrze wykorzystuje szerokość boiska, niezależnie od tego, czy gra w czwórkę, czy w trójkę obrońców, dzięki czemu gra ofensywnych pomocników i Roberta Lewandowskiego wygląda bardzo płynnie.

Szwedzki sztab przyjrzał się też ostatniemu występowi Polski – bezbramkowemu remisowi z Bośnią i Hercegowiną. Z analizy tego meczu Potter wyciągnął wniosek, że biało-czerwoni zaczęli atakować większą liczbą zawodników na skrzydłach niż wcześniej. Wskazał również na uniwersalność Tyrone’a Casha – zawodnika, który potrafi grać na obu pozycjach, włącza się do akcji z głębi pola i bywa bardzo groźny, ale potrafi też cofnąć się do gry bardziej defensywnej.

Wyjątkowa atmosfera marcowego barażu

Wracając pamięcią do marcowego starcia, Potter przyznał, że rozgrywanie meczu barażowego u siebie było sytuacją absolutnie wyjątkową – i nie jest pewien, czy Szwecji uda się jeszcze kiedyś odtworzyć taką atmosferę. Tamto spotkanie opisał jako widowisko pełne zwrotów akcji: Szwedzi prowadzili, Polacy odrabiali straty, a losy meczu ważyły się do samego końca. „To był dla nas i wszystkich naszych kibiców wyjątkowy wieczór, dla was oczywiście bolesna porażka” – dodał.

Selekcjoner ocenił też ostatnią formę swojej drużyny. Szwecja dobrze zaprezentowała się w meczu z Rumunią, choć – jak zaznaczył Potter – wciąż jest pole do poprawy. Do poniedziałkowego spotkania w Solnie nie przystąpi za to Alexander Isak, który opuścił już zgrupowanie kadry z powodu kontuzji uda. Jak wyjaśnił Potter, uraz napastnika powstał w trakcie meczu i początkowo wyglądał na zwykłe stłuczenie mięśnia, ale kolejne badania pokazały, że sprawa jest poważniejsza. „To nic poważnego, ale ze względu na dużą liczbę meczów w krótkim odstępie czasu nie będzie do dyspozycji” – zaznaczył selekcjoner Szwecji.

Na ostatniej gali Misfits Boxing w Miami spiker ogłosił nowe nazwisko na liście podpisanych zawodników – Amir Tyson. Syn legendarnego Mike’a Tysona związał się z organizacją zajmującą się walkami celebrytów wielowalkowym kontraktem.

Kto stanie naprzeciw Amira w debiucie – tego na razie nikt nie ujawnił. Sam zainteresowany nie krył za to, w jakim kierunku chciałby pchnąć karierę. Zapowiedział, że docelowo będzie dążył do starcia z Chasem DeMoorem, obecnym posiadaczem pasa mistrzowskiego wagi ciężkiej Misfits Boxing.

Adresatowi te słowa nie przypadły do gustu. Po zapowiedzi Amira doszło do ostrej wymiany zdań między obiema stronami, a DeMoor wszedł potem do ringu wyraźnie wściekły.

DeMoor ma już zresztą na koncie starcie z polskim zawodnikiem. W 2025 roku zmierzył się z Natanem Marconim i wygrał przed czasem w drugiej rundzie. Marconi nie krył jednak niezadowolenia z decyzji sędziego o przerwaniu walki.

Ojciec był przeciwny

Droga Amira do boksu nie była prosta. I to właśnie przez ojca. Mike Tyson przez lata zabraniał dzieciom podążania jego śladem, namawiając je zamiast tego do studiowania. Amir posłuchał – skończył dziennikarstwo, pracował w mediach, założył nawet własną markę odzieżową.

Marzenia o ringu jednak nie zniknęły. Już w 2021 roku zaczął publicznie mówić o możliwym starciu z Loganem albo Jakiem Paulem. Zapytany o to w jednym z podcastów Mike Tyson doradzał synowi raczej „wyluzować” i cieszyć się życiem, jakie ma.

Nazwisko Tyson w boksie wciąż waży wyjątkowo dużo. Mike zdobył pas mistrza świata wagi ciężkiej zawodowców w wieku zaledwie 20 lat – został wtedy najmłodszym mistrzem świata w historii tej kategorii. Czy syn zdoła choć w części nawiązać do tego dziedzictwa? Zobaczymy. Najpierw musi jednak wygrać debiut, a potem znaleźć sposób, żeby przekonać Chase’a DeMoora do wejścia z nim do ringu.

Druga minuta meczu Polska – Bośnia i Hercegowina. Marcin Bułka ustawia piłkę w polu bramkowym, gotowy rozegrać akcję od tyłu. I wtedy słychać krzyk Jana Bednarka – mikrofony telewizyjne wyłapały go bez trudu: „Ręką, ręką. Ręką!”

Bułka posłuchał. Zamiast kopnąć piłkę, pchnął ją dłonią w stronę partnera z formacji defensywnej. Drobiazg? Z pozoru tak, ale to właśnie ta pozornie kosmetyczna różnica zdecydowała o wszystkim, co wydarzyło się chwilę później. Piłka trafiła do Bednarka po podaniu ręką, więc obrońca mógł ją swobodnie zatrzymać dłonią, ustawić ponownie i legalnie wykonać rzut od bramki.

Gdyby zagrali odwrotnie – Bułka kopnąłby piłkę, a Bednarek złapał ją ręką – sędzia nie miałby wyboru. Musiałby odgwizdać rzut karny. I właśnie ta różnica sprawiła, że epizod z Sarajewa czy Chorzowa (w zależności od miejsca spotkania) urósł w Polsce do rangi szerszej dyskusji o interpretacji przepisów dotyczących rzutu od bramki.

Nowe wytyczne Rosettiego

Przewodniczący Komisji Sędziowskiej UEFA Roberto Rosetti zalecił arbitrom, by kopnięcie piłki leżącej w polu bramkowym traktować już jako wykonanie rzutu od bramki. To zmiana nie byle jaka, bo wcześniej podobne sytuacje – podanie bramkarza i zatrzymanie piłki ręką przez obrońcę – kończyły się skrajnie różnymi werdyktami: raz padał rzut karny, innym razem gra toczyła się dalej, jakby nic się nie stało.

Bułka i Bednarek, świadomie czy nie, zagrali dokładnie tak, jak życzyłby sobie tego Rosetti.

Były sędzia Rafał Rostkowski, komentując sytuację za pośrednictwem mediów społecznościowych TVP Sport, nie szczędził pochwał obu reprezentantom Polski.

Marcin Bułka i Jan Bednarek postąpili w tej sytuacji doskonale i dali świetny przykład innym piłkarzom. Skoro rzutu od bramki nie można wykonać ręką, to podania Bułki sędzia nie mógł uznać za wykonanie tego rzutu, a zatrzymania piłki ręką przez Bednarka nie mógł uznać za złamanie przepisów. Polscy piłkarze pokazali jak należy postępować, aby być w zgodzie z przepisami gry i wytycznymi dla sędziów

Meczem pomiędzy Polską a Bośnią i Hercegowiną kierował Grek Anastasios Papapetrou. On sam nie musiał w tej sytuacji podejmować żadnej kontrowersyjnej decyzji – właśnie dzięki temu, jak rozegrali ją polscy zawodnicy.

Na długie świętowanie czy roztrząsanie epizodów sprzed bramki reprezentacja Polski czasu nie ma. Kolejny mecz eliminacyjny czeka już 28 września w Szwecji. Później, 2 października, biało-czerwoni podejmą w Warszawie Rumunię, a obecne zgrupowanie zamknie wyjazdowe starcie z Bośnią i Hercegowiną 5 października.

Tie-break pierwszego seta padł łupem Adriana Mannarino, wynik 8-6, ale radość 38-letniego Francuza nie trwała długo. Denis Shapovalov, w Chengdu rozstawiony z numerem siódmym, otrząsnął się po stracie seta i przez kolejne dwie partie nie dał rywalowi wygrać ani jednego gema przy swoim serwisie. Mecz, trwający dwie godziny i 31 minut, zakończył się wynikiem 6:7(6), 6:3, 6:2 na korzyść Kanadyjczyka, który tym samym zameldował się w półfinale i pozna tam Huberta Hurkacza.

W tym spotkaniu Shapovalov zaserwował 14 asów i uzbierał aż 36 zagrań kończących – choć kosztowało go to 46 niewymuszonych błędów. To jego pierwszy półfinał w turnieju głównego cyklu ATP od sierpnia, kiedy to doszedł do finału w Los Cabos.

Hurkacz ma przewagę w bezpośrednich starciach

Bilans wzajemnych spotkań gra na korzyść Polaka: z sześciu dotychczasowych pojedynków z Shapovalovem Hurkacz wygrał pięć. W Chengdu Polak występuje z numerem piątym, a starcie o finał wyznaczono na poniedziałek.

Shapovalov ma dziś 27 lat i zajmuje 50. miejsce w rankingu ATP – choć w szczytowej formie potrafił plasować się na 10. pozycji świata. Na koncie ma dziesięć finałów ATP i cztery tytuły. Podobnie jak Hurkacz, najdalej w Wielkim Szlemie zaszedł podczas Wimbledonu 2021 – wtedy obaj zatrzymali się na etapie półfinału.

Turniej w Chengdu to zawody rangi ATP 250, rozgrywane na twardej nawierzchni. Pula nagród wynosi 1,210 mln dolarów.

W poniedziałek o 20.45 na stadionie w Solnie Polska zmierzy się z gospodarzami w 2. kolejce Ligi Narodów. To właśnie tam biało-czerwoni przegrali kiedyś baraż o wyjazd na mistrzostwa świata – teraz wracają na ten sam obiekt, ale z innym pomysłem na obronę.

Jan Urban ogłosił konkretną zmianę w ustawieniu formacji defensywnej. Selekcjoner zrezygnował z pomysłu ustawiania Jakuba Kiwiora na lewej obronie i powiedział wprost, że „wyleczył się” z tego eksperymentu. Obrońca FC Porto wraca więc na środek, gdzie zagra obok Jana Bednarka.

Ta decyzja ma jednak swoją cenę na ławce. Powrót Kiwiora na środek oznacza, że miejsce w wyjściowym składzie straci Kacper Potulski. Urban nie owijał w bawełnę: „Kacper Potulski w dalszym ciągu jest zawodnikiem, który stopniowo wchodzi do reprezentacji, podobnie jak większość młodych”.

Skoro środek obrony się zapełnił, zostaje pytanie o lewą stronę. Urban wskazał dwie opcje – Tymoteusza Puchacza i Przemysława Frankowskiego. Wobec pierwszego z nich nie krył jednak wątpliwości: „Tymek czuje się bardzo dobrze w ofensywie. Jest obrońcą z przewagą atutów ofensywnych, a obrońca powinien być jednak mimo wszystko z przewagą atutów defensywnych, bo jest obrońcą”. Sam Kiwior wraca za to na pozycję, którą uważa za swoją naturalną. Urban podsumował sprawę krótko: „Kiwior wraca na swoją nominalną pozycję na środku obrony i być może zrezygnujemy już z eksperymentu z nim na lewej stronie”.

Solna wraca jako temat, ale nie jako rewanż

Powrót na stadion w Solnie to dla polskiej kadry sprawa drażliwa. Urban przyznał to bez owijania: „Wspomnienia nie mogą być miłe, bo to był dla nas ogromny cios. To było niesamowicie ważne spotkanie i bardzo mocno to przeżyliśmy, ale nie przyjeżdżamy tu na zasadzie jakiegoś rewanżu. Minęło już dosyć dużo czasu, każdy mecz jest inny, to są zupełnie inne rozgrywki”.

Selekcjoner nie próbował też wymazać tamtego meczu z pamięci kadry. „Tamten mecz już przeszedł do historii – czy nam się podoba, czy nie. I będziemy o nim pamiętać zawsze. Dlaczego? Bo to był mecz o najwyższą stawkę, o awans do mistrzostw świata. Tego po prostu nie da się zapomnieć” – mówił Urban.

Punkty zdobyte w poniedziałek miałyby jednak zupełnie inny wymiar niż emocjonalny odwet. Sukcesu w Solnie Urban nie chciał nazywać punktem zwrotnym. „Nie nazwałbym tego punktem zwrotnym, ale na pewno kolejnym krokiem do przodu – skoro jesteś w stanie powalczyć i zdobyć punkty na takim terenie, to znaczy, że możesz to zrobić z każdym” – ocenił selekcjoner.

14 września 1939 roku pod Różą Podgórną kapitan prowadzi natarcie na bagnety. Chwilę później trafia do niewoli. To tylko jeden z epizodów w życiu Władysława Wiro-Kiry – żołnierza, bramkarza i jedynego w historii trzykrotnego selekcjonera reprezentacji Polski w hokeju na lodzie.

Rodzina miała fińskie korzenie. Dziadek, Fin z pochodzenia, osiedlił się w Wilnie w 1875 roku. Niespełna trzydzieści lat później w tym samym mieście przyszedł na świat Władysław. Wilno stało się dla niego punktem wyjścia do dwóch równoległych karier – wojskowej i sportowej.

Najpierw była wojna. W starciu polsko-bolszewickim walczył w oddziałach szkolnych i został ranny. Kilka lat później, już jako cywil, związał się z pierwszym w swoim życiu klubem hokejowym – Wilią Wilno, założoną w 1921 roku i działającą przez sześć lat.

W latach 1927–31 studiował wychowanie fizyczne na Uniwersytecie Poznańskim. Na przełomie 1928 i 1929 roku bronił bramki AZS-u podczas mistrzostw Polski w Krynicy – turnieju, w którym warszawski AZS strzelił drużynie z Wilna aż 14 goli. Mimo tak dotkliwej porażki jego kariera dopiero nabierała rozpędu.

Powołanie do kadry na mistrzostwa Europy w Budapeszcie przyszło jako rezerwa dla bramkarza Józefa Stogowskiego. Polska pokonała wtedy Szwajcarię 2:0 i Austrię 3:1, a w finale przegrała po dogrywce 1:2 z Czechosłowacją. Wiro-Kiro nie rozegrał na tym turnieju ani minuty. Mimo to wrócił do domu jako wicemistrz Europy. Dwa lata później powtórzył ten sukces – tym razem już jako trener.

Przed mistrzostwami świata w Krynicy PZHL powierzył mu, obok Kanadyjczyka Harolda Farlowa, funkcję kapitana związkowego. Polacy pokonali wówczas m.in. Szwedów i zremisowali z Czechosłowacją, kończąc turniej na czwartym miejscu w mistrzostwach świata i drugim w mistrzostwach Europy. Tego samego roku Wiro-Kiro zamienił lodowisko na salę gimnastyczną – objął posadę nauczyciela wychowania fizycznego w Trzemesznie. W 1933 roku wrócił jednak do Wilna i grał w barwach AZS-u, Kolejarza i Ogniska aż do 1939 roku.

Wrzesień, niewola, order

Zmobilizowany w sierpniu 1939 roku, wziął udział w kampanii wrześniowej jako adiutant dowódcy II Batalionu 5 Pułku Legionów w składzie 1 Dywizji Piechoty Legionów grupy operacyjnej „Wyszków”.

Zmobilizowany w sierpniu 1939 uczestniczył w kampanii wrześniowej jako adiutant dowódcy II Batalionu 5 Pułku Legionów w składzie 1 Dywizji Piechoty Legionów grupy operacyjnej „Wyszków”.

Walczył nad Narwią i Bugiem, pod Wyszkowem i w bitwie pod Węgrowem na Lubelszczyźnie. Do niewoli trafił 14 września pod Różą Podgórną, wyróżniając się dowodzeniem natarciem na bagnety. Za wojenną postawę otrzymał Krzyż Walecznych od Rządu Emigracyjnego w Londynie w 1948 roku, a już w PRL-u przyznano mu srebrny krzyż Orderu Virtuti Militari.

Lata wojny spędził w niewoli – najpierw w Oflagu XVIII/B Wolfsberg w Karyntii, a od czerwca 1940 roku w Oflagu II C Woldenberg. Nawet za drutami nie porzucił sportu. W obozie organizowano „igrzyska olimpijskie” – w 1940 i ponownie w 1944 roku.

Powrót do gry po wojnie

Po wojnie Wiro-Kiro związał się z administracją sportu. W latach 1947–57 pracował w Głównym Komitecie Kultury Fizycznej, a w latach 1957–58 w Polskim Związku Szermierczym. Od 1958 roku aż do emerytury w 1972 roku pracował w Polskim Komitecie Olimpijskim, gdzie opiekował się hokejem na lodzie, biatlonem, pięcioboju nowoczesnym, strzelectwem i jeździectwem.

W 1955 roku, po nieudanym występie Polski na mistrzostwach świata w RFN, wraz z Mieczysławem Palusem zastąpił na stanowisku kapitanów związkowych Kazimierza Osmańskiego i Witalisa Ludwiczaka. Duet Wiro-Kiro–Palus poprowadził reprezentację na Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Cortina d’Ampezzo, gdzie Polacy zajęli ósme miejsce.

Po raz trzeci funkcję selekcjonera objął po nieudanym eksperymencie z czechosłowackim trenerem Antoninem Haukvicem – tym razem w parze z Andrzejem Wołkowskim. Ten duet poprowadził Polskę na mistrzostwa świata w 1958 roku w Oslo, gdzie kadra zremisowała z Finlandią, ale poniosła sześć wyraźnych porażek i skończyła turniej na ostatnim, ósmym miejscu. Poza pracą przy kadrze pełnił także funkcje szefa wyszkolenia oraz wiceprezesa PZHL.

Skalę wahań polskiego hokeja w tamtych latach dobrze pokazuje zestawienie dwóch wyników z Czechosłowacją. Dwa lata przed wojną Polska przegrała z nią na mistrzostwach świata w Londynie 0:1. Dwa lata po wojnie, na turnieju w Pradze, różnica wynosiła już 0:12.

O ojcu najlepiej opowiedział syn, Andrzej Wiro-Kiro, opisując go jako człowieka spokojnego, przyjaźnie nastawionego do ludzi, szczerego, bardzo uczciwego i lojalnego, bez „parcia” na stanowiska i robienie kariery.

Był (…) człowiekiem spokojnym, przyjaźnie nastawionym do ludzi, szczerym, bardzo uczciwym i lojalnym. Nie miał „parcia” na stanowiska i robienie kariery. Posiadał bardzo szeroką wiedzę, ilekroć o coś spytałem, to dostawałem odpowiedź. Był bardzo skromny.

Wystarczyło kilkadziesiąt sekund. Maksymilian „Kruszynka” Kubiak wylądował na macie w Będzinie, a jego niepokonana passa w zawodowym MMA rozsypała się w jednej chwili. Prawy sierpowy Ryszarda Raszkiewicza trafił celnie, sędzia natychmiast wskoczył między zawodników i przerwał walkę.

Pierwotnie Kubiak miał zmierzyć się na gali MMA Attack 7 z Krzysztofem „Wujaszkiem Fericze” Ferencem. Ten plan pokrzyżowała kontuzja rywala. W ostatniej chwili za niego wskoczył 52-letni Ryszard Raszkiewicz. I to właśnie z nim, a nie z zapowiadanym wcześniej przeciwnikiem, „Kruszynka” stoczył pojedynek, który przyniósł mu pierwszą porażkę w zawodowej karierze.

Sam finał starcia wzbudził sporo emocji. Interwencja arbitra tuż po upadku Kubiaka od razu odpaliła dyskusję – czy przerwanie walki w tym momencie było słuszną decyzją. Dla wielu kibiców to właśnie te kilka sekund, a nie sama przegrana, stało się głównym tematem rozmów po gali.

Przed tym starciem Kubiak miał na koncie udane występy amatorskie i zwycięstwo w zawodowym debiucie. Porażka z zastępcą starszym od niego o kilkanaście lat mocno odstawała od tej dotychczasowej formy. Do tego zawodnik jest rozpoznawalną twarzą wśród kibiców Legii Warszawa, co jeszcze bardziej nakręciło temat w mediach społecznościowych.

Wyzwanie od Daro Lwa

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Dariusz Kaźmierczuk, znany w środowisku jako Daro Lew i reprezentujący Uniq Fight Club, obejrzał starcie i szybko postanowił działać. Na Instagramie skierował do Kubiaka bezpośrednią propozycję pojedynku.

„Oglądałem walkę Kruszynki. No nie udało się, każdemu się zdarza. Także co, Kruszynko? Może polecimy waleczkę? Why not? Myślę, że fajna walka by była. Nie, że się śmieję. Porażka normalna rzecz, no ale można zrobić taki pojedynek”.

Czy Kubiak przyjmie wyzwanie Daro Lwa i szybko zawalczy o rehabilitację? Na razie brak oficjalnej odpowiedzi. Środowisko MMA czeka teraz na jego reakcję po pierwszej porażce w karierze.

Piątkowy wieczór, mecz z Bośnią i Hercegowiną, niespełna pół godziny gry. Jakub Kamiński rusza z piłką lewą stroną boiska, próbuje dograć ją w pole karne. Nagle czuje ostry ból w mięśniu przywodziciela – i po chwili schodzi z murawy. Reprezentacja Polski ostatecznie kończy to spotkanie bezbramkowym remisem, otwierając nim dywizję B Ligi Narodów.

Sam piłkarz nie owija w bawełnę, opisując moment urazu. „W piątek z Bośnią doznałem urazu przy zagraniu z lewej strony boiska. Chciałem dograć piłkę, poczułem ból i uznałem, że nie ma co ryzykować i pogłębiać kontuzji” – relacjonował Kamiński.

Skrzydłowy nie ukrywa też, co mogło stać za urazem – i wskazuje na brak regularnej gry w Benfice jako możliwą przyczynę problemu. „Coś w tym jest, że brak regularnych występów w klubie mógł doprowadzić do takiej sytuacji” – przyznał. Kontuzja okazała się na tyle poważna, że Polak opuścił zgrupowanie kadry i wrócił do Portugalii. Na wyjazdowy mecz z Bośnią i Hercegowiną, wyznaczony na 5 października, już nie zdążył.

Trudna rywalizacja w Lizbonie

Latem Benfica zapłaciła za Kamińskiego 17 milionów euro, a Polak podpisał pięcioletni kontrakt z klubem prowadzonym przez Marco Silvę. Rzeczywistość na boisku wygląda jednak zupełnie inaczej, niż mogłaby sugerować taka kwota transferu. W siedmiu ligowych meczach Benfiki zagrał dłużej tylko raz – 73 minuty przeciwko Maritimo, w spotkaniu wygranym 3:0.

Był za to bohaterem starcia w Lidze Europy z Milanem – Benfica wygrała wówczas 2:0, a Kamiński zaliczył gola i asystę. Mimo to już kilka dni później zabrakło go w wyjściowym składzie na kolejny mecz portugalskiej ligi.

Sytuacja Polaka na tyle zaintrygowała miejscowych dziennikarzy, że pod koniec sierpnia jeden z nich zapytał wprost Marco Silvę, dlaczego Kamiński nie gra. Trener Benfiki odpowiedział przykładami innych zawodników z szerokiej rotacji ofensywnej. „Ile kosztował Lukebakio? 20 milionów. Ile minut zagrał w ostatnich trzech meczach? A ile kosztował Rios? Ile zagrał w ostatnich spotkaniach?” – odpowiedział Silva.

Portugalski szkoleniowiec podkreślił przy tym, że to on, i tylko on, decyduje o składzie na każdy mecz. „Jestem tu po to, by podejmować decyzje najlepsze dla drużyny na dany mecz. To moja rola jako trenera” – stwierdził. Nie uciekł też od tematu konkurencji na pozycji Kamińskiego, chwaląc formę młodego Argentyńczyka. „Może oczekujecie, że posadzę Prestianniego na ławce i wpuszczę Kamińskiego. Prestianni gra dobrze, choć wy pewnie czekacie, aż go zdejmę” – powiedział Silva.

Sam Kamiński, mimo trudnej sytuacji, nie żałuje decyzji o przenosinach do Lizbony. „Jeżeli zgłasza się Benfica, człowiek nie zastanawia się dwa razy. Chcę spróbować swoich sił w takim klubie” – zadeklarował piłkarz.

Kalendarz najbliższych tygodni dla reprezentacji Polski prowadzonej przez Jana Urbana zapowiada się napięcie. Po starciu z Bośnią biało-czerwonych czeka wyjazd do Szwecji 28 września, potem mecz w Warszawie z Rumunią 2 października, a na koniec rewanż z Bośnią i Hercegowiną 5 października. Cel tej serii spotkań Kamiński formułuje bez owijania w bawełnę. „Naszym celem jest awans do dywizji wyżej” – zaznaczył.

Instalacja aplikacji
Pobierz