⚡ Aktualnie:
Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku Kto zmierzy się z Jake’em Paulem w Wigilię? Youtuber ogłasza powrót na ring w Dubaju Michał Cieślak: Całe życie pracowałem na walkę taką jak ta! Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? MOUZ zmierzy się z FURIA o miejsce w wielkim finale PGL Masters Bucharest 2026 Vitality wraca z 1-13 na Cache i wyrzuca NAVI z PGL Masters Bucharest B1ad3: „Te porażki są dla nas bardzo przydatne” po wyjściu NAVI z PGL Masters Bucharest Kto zajmie ostatnie dwa europejskie miejsca na Singapore Major 2026? B8 już poza grą Czy infekcja wirusowa powstrzyma Antonellego przed historycznym tytułem w Meksyku? Kubica blokował Vettela w BMW. Wtedy pojawił się Red Bull Prawie wszystkie zespoły wystawią młodych kierowców w 1. treningu przed GP Meksyku

„Jeśli do 25 roku życia osiągnę w karierze wszystko, czego chciałem, to odejdę. Celem jest zdobycie pasa, kilka jego obron, a potem próba rzucenia sobie wyzwania w jednej lub dwóch kategoriach wyżej” – tak Raul Rosas Jr. opisywał swój plan we wrześniu ubiegłego roku. Wtedy też zapowiedział, że chce zostać najmłodszym mistrzem w historii UFC i zakończyć karierę w 2029 roku.

Rosas Jr. (12-1) to jedno z największych objawień wagi koguciej UFC. W październiku skończy dopiero 22 lata, a na koncie ma już 13 zawodowych pojedynków. W rankingu wagi koguciej zajmuje obecnie 12. miejsce. Kontrakt z UFC podpisał w 2022 roku, mając zaledwie 18 lat – i od razu zaliczył udany debiut, duszą rywala już w pierwszej rundzie.

Jedyną porażkę w karierze zawodnik zaliczył z Christianem Rodriguezem, który wygrał jednogłośną decyzją sędziów. Od tamtej pory Rosas Jr. zbudował serię pięciu zwycięstw z rzędu. Po raz ostatni w oktagonie oglądaliśmy go 7 marca, gdy pokonał weterana Roba Fonta.

W najbliższą sobotę czeka go rywal zupełnie innego kalibru – doświadczony Raoni Barcelos. Różnica wieku robi wrażenie: Barcelos mógłby być ojcem swojego przeciwnika, bo dzieli ich aż 18 lat. To będzie walka wieczoru, a dla Rosasa Jr. – pierwszy w karierze pojedynek na dystansie pięciu rund.

Wzorem Jona Jonesa

Punktem odniesienia dla młodego zawodnika jest Jon Jones, najmłodszy mistrz w historii organizacji. W 2011 roku „Bones” rozprawił się przed czasem z Mauricio Ruą i sięgnął po pas w wieku 23 lat i 243 dni. Rosasowi Jr. zostało niecały rok, żeby go dogonić, jeśli chce pobić ten rekord.

„Na tym polega mój cel. Uważam, że idę właściwą drogą. Zwycięstwo w walce wieczoru stawia mnie w bardzo korzystnej pozycji, by dalej podążać za swoim marzeniem. Muszę być gotowy na walki zestawiane w ostatniej chwili i na ryzyko. W tę sobotę chcę też głośno o sobie przypomnieć. Nie chodzi mi wyłącznie o wygraną, ale przede wszystkim o sam występ” – mówił Rosas Jr. przed starciem z Barcelosem.

Droga do pasa łatwa nie będzie. Na tronie wagi koguciej siedzi Petr Yan, który w ostatniej walce pokazał jedną ze swoich najlepszych wersji. W czołówce dywizji też nie brakuje przeszkód: Merab Dvalishvili, doświadczony zapaśnik o niespożytej kondycji, elitarny striker Sean O’Malley, a resztę ścisłej czołówki uzupełniają wszechstronni Song Yadong i Umar Nurmagomedov oraz weteran Cory Sandhagen.

Zadecydował super tie-break. Dzięki niemu Martyna Kubka razem z Isabelle Haverlag zameldowały się w półfinale debla turnieju ITF w Ankarze. Obie Polki – Kubka i Weronika Falkowska – są już w najlepszej czwórce gry podwójnej i wciąż mają szansę na wspólny, polski finał.

W singlu nie było tak kolorowo. Falkowska i Kubka odpadły z rywalizacji indywidualnej już na wcześniejszych etapach turnieju, a pierwsza przeciwniczka Kubki po prostu okazała się od niej mocniejsza. Za to w deblu obie znalazły swój rytm – i to szybko.

Jako pierwsza z Polek miejsce w półfinale zapewniła sobie Falkowska. Gra w parze z Amerykanką Alaną Smith – ich duet, rozstawiony z numerem czwartym, rozprawił się w ćwierćfinale z parą Alya Naz Altinel/Daria Jegorowa 6:3, 6:2. Cały mecz zajął im zaledwie 59 minut. Wynik nie pozostawiał złudzeń, kto tego dnia był lepszy.

Kubka i Haverlag przetrwały super tie-break

Dużo trudniej do półfinału przebijały się Martyna Kubka i Szwedka Isabelle Haverlag, rozstawione z numerem trzecim. W ćwierćfinale trafiły na Amerykanki Fionę Crawley i Jaedę Daniel i po przegranym pierwszym secie musiały gonić wynik. Ostatecznie triumfowały 5:7, 6:2, 10-5, wygrywając decydującego super tie-breaka.

W piątek obie polskie pary czeka kolejny sprawdzian. Falkowska i Smith zmierzą się z Teodorą Kostović i Eleną Micić, a Kubka z Haverlag zagrają z rozstawionymi z „dwójką” Dalilą Jakupović i Naimą Karamoko. Stawką jest miejsce w finale – i pytanie, czy o tytule w Ankarze zadecyduje mecz dwóch polskich par po przeciwnych stronach siatki, czy może jednak wspólny triumf, gdyby losy turnieju ułożyły się inaczej.

Włoszki są w półfinale Pucharu Billie Jean King. Pokonały Chiny 2:1 i to właśnie tym wynikiem można podsumować czwartkowe zmagania w Shenzhen Bay Sports Center.

Spotkanie ćwierćfinałowe rozegrano na twardym korcie w hali, w Shenzhen, w Chinach. Obrończynie tytułu, reprezentantki Włoch, musiały się jednak trochę namęczyć, zanim awans stał się faktem.

Pierwszy punkt dla drużyny Italii padł szybko. Elisabetta Cocciaretto nie dała żadnych szans Shuai Zhang, wygrywając 6:0, 6:2 – sygnał, że Chinki będą miały tego dnia pod górkę.

Najwięcej emocji dostarczył jednak drugi pojedynek singlowy. Jasmine Paolini zmierzyła się z Qinwen Zheng i pokonała ją 6:3, 7:6(4). Nazwisko rywalki nie było przypadkowe – to właśnie Zheng wyeliminowała wcześniej Igę Świątek podczas wielkoszlemowego US Open. Tym razem górą była Włoszka, choć drugiego seta musiała domykać w tie-breaku.

Zwycięstwo Paolini oznaczało, że o awansie i tak zadecyduje debel. Na kort wróciła więc ponownie, tym razem u boku Sary Errani. Włoski duet pokonał parę Hanyu Guo i Xinyu Jiang 6:3, 5:7, 6:3, pieczętując triumf 2:1 dla Italii.

Rywalizacja o finał

Awans to dla Włoszek kolejny krok w obronie tytułu zdobytego rok wcześniej. W półfinale Pucharu Billie Jean King czeka je reprezentacja Ukrainy.

„On cały czas robi postępy. Jego umiejętności wzrastają, ale czasem ma przestoje. To wszystko jest zależne od tego, co się dzieje. Ja uważam, że takie stwierdzenie, na jakim miejscu się jest, że zaraz nie walczę, ale za dwa miesiące będzie walka, to jest bardzo ważne dla zawodnika. Nie wiem, kiedy on walczy, więc zobaczymy” – tak Artur Szpilka opisał obecną formę Denisa Labrygi. Tyle usłyszał od niego Michał Cichy, który rozmawiał z bokserem dla MMA.pl.

Labryga od dłuższego czasu nie stoczył kolejnej zawodowej walki MMA. Ostatni raz w klatce – a właściwie na stójce – widzieliśmy go w marcu, podczas gali FAME 30, gdzie zmierzył się z byłym zawodnikiem UFC Makhmudem Muradovem. Od tamtej pory kibice czekają na informację o kolejnym starcie.

Z pola widzenia fanów freak fightów jednak nie zniknął. Przed galą FAME 32 Labryga pojawił się w programie „FAME: The Game”, gdzie wziął udział w sparingach – między innymi z Glebem i Don Kasjo.

Opinia trenera partnera z klubu

Ocena Szpilki nie jest przypadkowa. Obaj zawodnicy trenują razem w WCA Fight Team, więc boksowski wicemistrz Europy obserwuje postępy Labrygi z bliska, na co dzień – a nie tylko przy okazji telewizyjnych transmisji.

Konkretów jednak zabrakło. Szpilka nie wskazał ani terminu, ani rywala kolejnej walki Labrygi. Zamiast tego zwrócił uwagę na coś innego: jak ważna dla zawodnika jest jasność co do kalendarza startów, świadomość, czy walka czeka za dwa miesiące, czy w ogóle nie widać jej na horyzoncie.

Sam Labryga jeszcze w 2026 roku zapowiadał, że planuje stoczyć w tym roku jeszcze jedną walkę w zawodowym MMA. Czy do tego dojdzie i kiedy – tego na razie nie wie nawet jego trener z WCA Fight Team.

„Amsterdam był świadkiem początku nowych rozdziałów w historii reprezentacji Holandii i Niemiec”. Tak w skrócie można ująć wieczór, w którym na ławkach trenerskich po raz pierwszy zasiedli Xavi Hernandez i Juergen Klopp – tym razem nie jako rywale klubowi, lecz jako selekcjonerzy dwóch wielkich reprezentacji Europy.

To był debiut Xaviego jako selekcjonera Holandii i zarazem pierwszy oficjalny mecz Kloppa na ławce Niemiec. Obaj przyjechali do Amsterdamu z bagażem doświadczeń wyniesionych z zupełnie innego świata – futbolu klubowego. Xavi grał wcześniej jako piłkarz, a potem prowadził FC Barcelonę z ławki trenerskiej. Klopp z kolei budował swoją legendę w Borussii Dortmund i Liverpoolu, gdzie odnosił sukcesy, które dziś stawia się za wzór. To spotkanie było więc czymś więcej niż zwykłym meczem Ligi Narodów. To było zderzenie dwóch filozofii, które od lat kształtują europejski futbol.

Mecz zaczął się nerwowo, od szybkiej wymiany ciosów. Już w 10. minucie Quinten Timber oddał pierwsze uderzenie spotkania po podaniu Cody’ego Gakpo. Dwie minuty później Holendrzy mogli świętować prowadzenie, ale gol Virgila van Dijka został anulowany – chwilę wcześniej Brian Brobbey sfaulował Marca-Andre ter Stegena.

Niemcy odpowiedzieli szybko, choć nie obyło się bez strat. W 30. minucie boisko z powodu kontuzji opuścił Kai Havertz. Dwie minuty później drużyna Kloppa objęła prowadzenie – gola na 1:0 strzelił Felix Nmecha, a przy akcji bramkowej maczali palce Joshua Kimmich, Philipp Treu i Karim Adeyemi. Zamieszanie w defensywie Holandii pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy z boiska musiał zejść kontuzjowany Brian Brobbey.

Po przerwie gospodarze ruszyli szukać wyrównania. W 54. minucie Denzel Dumfries nie trafił do bramki po dograniu Tijjaniego Reijndersa. Osiem minut później sędzia Alejandro Hernandez odgwizdał faul i anulował próbę Holandii, mimo że piłka wtedy wpadła do siatki. Hiszpański arbiter prowadził to spotkanie od pierwszego do ostatniego gwizdka.

Rozstrzygnięcie przyszło dopiero w samej końcówce. W 90. minucie Cody Gakpo doprowadził do wyrównania, ustalając wynik na 1:1. Tak zakończyło się spotkanie w Amsterdamie.

Kartki, składy i historia rywalizacji

Sędzia Hernandez sięgał po żółte kartki wyłącznie wobec Holendrów – ukarani zostali Timber, Van Hecke i Van Dijk. Xavi na start wystawił: Barta Verbruggena, Denzela Dumfriesa, Jana Paula van Hecke, Virgila Van Dijka, Micky’ego Van de Vena, Ryana Gravenbercha, Quintena Timbera, Tijjaniego Reijndersa, Cryscencio Summerville’a, Briana Brobbeya i Cody’ego Gakpo. Po stronie Kloppa na boisku pojawili się: Marc-Andre ter Stegen, Philipp Treu, Nico Schlotterbeck, Jonathan Tah, Nathaniel Brown, Joshua Kimmich, Jamal Musiala, Felix Nmecha, Karim Adeyemi, Kai Havertz i Kevin Schade.

Holandia i Niemcy mają za sobą długą historię wielkich starć. Reprezentacje mierzyły się choćby w finale mistrzostw świata w 1974 roku, a także w półfinale Euro 1988. Remis w Amsterdamie dopisuje do tej rywalizacji kolejny rozdział – może mniej spektakularny niż tamte, ale symbolicznie ważny.

Tego samego dnia w Lidze Narodów padły też inne wyniki. Serbia przegrała z Grecją 1:2 – gole strzelili Andrija Zivković w 4. minucie, Christos Tzolis w 74. minucie i Anastasios Douvikas w 90. minucie. Liechtenstein uległ Litwie 0:2, a bramki zdobyli Lukas Michelbrink w 53. minucie i Artur Dolznikov w 66. minucie.

„STS Sanok Sokół – JKH GKS Jastrzębie 1:2 (0:0, 1:0, 0:2)” – taki wynik przyniósł czwartkowy mecz 4. kolejki TAURON Hokej Ligi. Zapis brzmi skromnie, ale o losach spotkania zdecydowały dopiero ostatnie sekundy – 140 przed końcową syreną krążek w siatce umieścił Martin Kasperlík.

Pierwsza tercja minęła bez goli, choć Sanok miał po temu wszelkie warunki. Już w 7. minucie gospodarze grali w przewadze aż 5 na 3 – i nic z tego nie wynikło.

Przełom przyszedł w środkowej odsłonie. W 37. minucie Wiktor Zacharow huknął bez przyjęcia w kierunku bramki, pokonał Paavo Hölsę i dał STS Sanok Sokół prowadzenie 1:0. Przy tym trafieniu asystowali Bohdan Truszczenko i Jewhen Ratusznyj.

Goście odpowiedzieli dopiero w 53. minucie. Martin Kasperlík dostał dobre podanie wzdłuż bramki i precyzyjnym uderzeniem posłał krążek w prawe okienko – 1:1. Przy tej akcji zanotowali asysty Emil Bagin i Jake Stella.

Decydujący cios przy przewadze Sanoka

Wyglądało na to, że to Sokół dostanie szansę na zwycięskie uderzenie, gdy w 57. minucie na ławkę kar trafił Bartłomiej Stolarski z Jastrzębia. Stało się jednak odwrotnie. Grając w osłabieniu, to JKH GKS wyszedł na prowadzenie. W 58. minucie pod bramką gospodarzy zrobiło się gorąco – Kasperlík próbował dwukrotnie, aż krążek, wraz z interweniującym Ēriksem Vītolsem, wylądował w siatce. 2:1 dla Jastrzębia. Bramka padła przy przewadze liczebnej 4 na 5, a sędziowie zanim ją uznali, musieli jeszcze sprawdzić wideopowtórkę. Przy drugim trafieniu Kasperlíka asystę zaliczył Emil Bagin.

Sanok jednak nie odpuścił. Na 50 sekund przed końcem trener Ołeh Szafarenko poprosił o czas, po czym gospodarze zdecydowali się na grę bez bramkarza. Mimo desperackich prób w ostatnich sekundach, straty nie udało się odrobić.

W bramce STS Sanok Sokół stanął Ēriks Vītols, po drugiej stronie lodowiska broniony był Paavo Hölsä. Drużyną z Sanoka kieruje Ołeh Szafarenko, ławkę Jastrzębia zajmuje Rafał Bernacki.

Spotkanie sędziowali Marcin Polak i Andrzej Nenko jako arbitrzy główni, liniami zajęli się Kacper Król i Dawid Kubiszewski. Statystyki kar zamknęły się wynikiem 4-6 minut, strzały na bramkę – 21-27. Na trybunach zasiadło 1200 widzów.

Anwil Włocławek zwycięski na inaugurację European North Basketball League.

Włocławianie pokonali Donar Groningen 97:81 w meczu otwierającym rozgrywki European North Basketball League. Spotkanie odbyło się w Hali Mistrzów we Włocławku. Gospodarze prowadzili od pierwszej do ostatniej syreny, wygrywając wszystkie cztery kwarty kolejno 27:23, 19:15, 26:25 i 25:18.

Show od pierwszych minut należał do Hansa Vanwijna. Belgijski reprezentant zdobył aż 14 z pierwszych 15 punktów Anwilu i już na starcie trafił wszystkie cztery swoje próby zza łuku. Tempa nie zwolnił do samego końca – zamknął mecz z dorobkiem 27 punktów, sześciu zbiórek, pięciu asyst i dwóch przechwytów, celując z dystansu w siedmiu z dziewięciu prób.

Najwięcej punktów w spotkaniu zanotował jednak ktoś inny – Sam Hines skończył z 28 oczkami i sześcioma zbiórkami na koncie. Goście z Groningen w końcówce pokazali jednak charakter. Kevon Godwin rzucił pięć punktów z rzędu w czwartej kwarcie, doprowadzając do wyrównania na 77:77. Odpowiedź Anwilu przyszła natychmiast i była bezlitosna – włocławianie odpowiedzieli serią 15:0, która przesądziła o losach spotkania.

Kadrowe braki i plan na PLK

Trener Vedran Bosnić musiał radzić sobie bez trzech zawodników. Zabrakło Josiaha Stronga, Jacka Forresta oraz Deona Edwina, najnowszego nabytku klubu. Na parkiecie nie pojawił się też Szymon Wójcik – całe spotkanie przesiedział na ławce rezerwowych.

Poza Hinesem i Vanwijnem w statystykach Anwilu zapisali się także Lennard Freeman – 14 punktów i 12 zbiórek, Emmanuel Lecomte – 11, Mateusz Szlachetka – 7, Adam Brenk – 6, Bartosz Łazarski i Dawid Słupiński po 2. Wiktor Szczesko zszedł z parkietu bez punktu na koncie.

To był jednak dopiero sprawdzian – prawdziwy sezon dopiero się zaczyna. Anwil Włocławek rozpocznie rozgrywki Polskiej Ligi Koszykówki 5 października o godzinie 19:00 meczem z Górnikiem Zamek Książ Wałbrzych, znów w Hali Mistrzów.

„Ten zostanie rozegrany albo w Abu Zabi, albo we Włoszech” – tak w skrócie można dziś opisać sytuację wokół ostatniego wyścigu sezonu F1 2026. Formuła 1 zdążyła już zawęzić listę kandydatów do organizacji finałowej rundy do dwóch scenariuszy: Abu Zabi albo Imola.

Za całym zamieszaniem stoi trwający konflikt między USA a Iranem, który stawia pod poważnym znakiem zapytania organizację wyścigów w Katarze i Abu Zabi. Formalnie obie te rundy wciąż figurują w oficjalnym kalendarzu sezonu 2026. Katar ma zapłacić za organizację swojego Grand Prix 55 milionów dolarów, Zjednoczone Emiraty Arabskie – 40 milionów. Gdyby to sama F1 zdecydowała się odwołać te wyścigi, opłaty wpisowe organizatorów mają zostać zwrócone.

Zespoły długo w niepewności jednak nie zostaną. Decyzja o tym, czy stawka pojedzie na Bliski Wschód, ma do nich dotrzeć do połowy października. Jak podaje Motorsport, kierownictwo serii nie narzuciło sobie żadnych sztywnych ram czasowych na finalne rozstrzygnięcie – choć konkretną datę graniczną zespoły już usłyszały.

Imola czeka w gotowości

Jedyną alternatywą na wypadek odwołania wyścigów w Zatoce Perskiej pozostaje Imola. Gdyby to właśnie włoski tor przejął organizację finału, wyścig odbyłby się 6 grudnia 2026 roku – dwa tygodnie po Grand Prix Las Vegas. Taki scenariusz oznaczałby też skrócenie całego kalendarza sezonu z 23 do 22 rund.

Włoscy organizatorzy z założonymi rękami nie siedzą. FOM dało im zielone światło na budowę trybun i prowadzenie przygotowań tak, jakby faktycznie mieli gościć stawkę F1. Cały koszt ryzyka finansowego związanego z tymi przygotowaniami bierze na siebie sama F1 – Imola nic więc nie straci, jeśli ostatecznie wyścig tam się nie odbędzie.

Doniesienia o całej sytuacji potwierdzili w czwartek na konferencji prasowej Ayao Komatsu, szef zespołu Haas, oraz Mattia Binotto.

Stefano [Domenicali] ma o tym nas poinformować do połowy października. Wiemy, jaka jest sytuacja. Imola rozpoczęła już przygotowania na wypadek, jakby mieli wskoczyć do kalendarza. Wszelkie wyzwania dotyczą samej infrastruktury i przygotowania np. motorhome’ów w Europie

Komatsu zwrócił uwagę na praktyczny problem organizacji wyścigu w Europie w grudniu. Osoby, które normalnie zajmują się taką logistyką, mają zimą inną pracę – trzeba więc będzie znaleźć dla nich zastępstwo. Szef Haasa wyraził jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie i stawka pojedzie zgodnie z pierwotnym planem do Kataru oraz Abu Zabi.

Na poniedziałkowym spotkaniu Komisji F1 ustalono, że ostateczna decyzja w sprawie finału sezonu ma zapaść do połowy października. Binotto podkreślił, że obawy dotyczące zimowych opon i niskich temperatur są w przypadku Imoli mocno przesadzone. Jak zaznaczył, średnia temperatura na torze w tej porze roku jest wyższa niż w terminie wyścigu w Las Vegas, więc prawdziwym wyzwaniem pozostaje wyłącznie organizacja i logistyka.

„Pięściarzy z Rosji i Białorusi jeszcze niedawno w strukturach World Boxing i European Boxing nie było – mieli swoją skompromitowaną federację IBA, zarządzaną przez Umara Kremlowa, przyjaciela zbrodniarza wojennego Władimira Putina”. To się zmieniło, i to na tyle mocno, że mistrzostwa Europy w boksie zamieniły się w polityczno-sportowy spektakl. Jego kulminacją był gest ukraińskiej pięściarki Hanny Ochoty.

Od kwietnia zawodnicy z Rosji mogli startować jako neutralni pięściarze, między innymi w Pucharze Świata. Zielone światło dał również Międzynarodowy Komitet Olimpijski, zalecając dopuszczanie sportowców z Rosji i Białorusi do rywalizacji. Trener Tomasz Dylak przyznał w rozmowie z Interią, że właśnie z tego powodu obecne mistrzostwa Europy będą najmocniejsze od lat.

Skala rosyjskiej obecności była widoczna już w czwartek. W kategoriach nieolimpijskich reprezentanci Rosji obsadzili aż pięć z sześciu finałów – trzy w rywalizacji kobiet i trzy wśród mężczyzn.

Finał bez przybicia rękawic

W finale kategorii kobiecej naprzeciw siebie stanęły Rosjanka Julia Czumgałakowa i Ukrainka Hanna Ochota. Czumgałakowa dotarła do finału po zwycięstwie w półfinale nad Polką Angeliką Krysztoforską. Po drugiej stronie ringu stanęła 30-letnia Ochota – wicemistrzyni świata i dwukrotna brązowa medalistka mistrzostw Europy – która zaledwie miesiąc wcześniej w Gliwicach przegrała z 18-letnią wówczas Natalią Niewiadomską. Już pierwsza runda pokazała, dokąd to zmierza – Czumgałakowa wygrała ją jednogłośnie 5:0. Ostatecznie sędziowie orzekli zwycięstwo Rosjanki jednogłośnie, czterokrotnie wskazując wynik 30:27.

To, co wydarzyło się później, mówiło więcej niż sama punktacja. Przed walką zabrakło tradycyjnego przybicia rękawic, a po ostatnim gongu zawodniczki nie podziękowały sobie nawzajem. Ochota podała rękę jedynie sędziemu z Maroka i zeszła z ringu.

Ceremonii medalowej polscy widzowie przed telewizorami zresztą nie zobaczyli – TVP Sport nadawał wtedy archiwalne walki reprezentantek Polski. Brąz w tej kategorii trafił do Angeliki Krysztoforskiej oraz Turczynki Nurselen Yalgettekin.

Srebro Hanna Ochota odebrała z rąk prezesa European Boxing Larsa Brovina. Zaraz potem zeszła z podium i opuściła salę – jeszcze zanim ogłoszono nazwisko złotej medalistki. Gdy popłynął hymn Rosji, miejsce, w którym powinna stać Ukrainka, zajął sam Brovin, maskując puste miejsce na podium. Grono rosyjskich działaczy i kibiców wiwatowało podczas odtwarzania hymnu.

Zupełnie inaczej zachowała się Krysztoforska. Polka pozostała na podium, podała rękę Rosjance i pozowała do wspólnych zdjęć z nią oraz z turecką zawodniczką.

Dalsza część czwartkowych finałów wypadła już mniej po myśli Rosjan – w trzech kolejnych starciach przegrali. W kategorii, w której zabrakło rosyjskiego reprezentanta w finale, triumfował Ukrainiec Elvin Alijew, na co dzień boksujący w Polskiej Lidze Boksu w barwach Rushh Kielce. W wadze 85 kg mistrzem Europy został jednak Rosjanin Dmitrij Karmanow, który po mocnej trzeciej rundzie pokonał Francuza Juniora Tadaha.

Na piątek zostało jeszcze siedem szans na złoto dla rosyjskich pięściarzy – pięć w kategoriach męskich i dwie w żeńskich. Polska reprezentacja zakończyła mistrzostwa z czterema brązowymi medalami: zdobyły je Angelika Krysztoforska (48 kg), Natalia Kuczewska (51 kg), Kinga Krówka (65 kg) oraz Elżbieta Wójcik (+85 kg).

„On musi szczerze wierzyć, że oszukiwałem, bo inaczej jak mógłby chcieć walczyć ze mną ponownie? Przecież zmasakrowałem mu twarz” – takimi słowami Justin Gaethje odpowiedział na antenie programu Flagrant na oskarżenia Ilii Topurii.

Historia zaczyna się w czerwcu 2026 roku. Podczas gali UFC rozgrywanej przed Białym Domem Gaethje brutalnie rozprawił się z Topurią i zabrał mu mistrzowski pas wagi lekkiej. Dla Hiszpana była to pierwsza porażka w karierze. Starcie skończyło się dla niego złamaniem kości oczodołu – do piątej rundy już nie wyszedł.

Miesiące później Topuria dał znać, że wraca do gry. Na X napisał, że przeszedł ostateczne badania medyczne i jest znów w formie. Nie obyło się bez przytyku pod adresem sceptyków: „Do wszystkich klaunów, którzy przez cały ten czas gadali bzdury i spisywali mnie na straty, oto jestem. Teraz zobaczymy, kto ma jaja. Dzięki wszystkim za wsparcie”.

W tym samym wpisie poszedł jednak o krok dalej. Zasugerował, że przy rewanżu ktoś powinien dokładniej przyjrzeć się sprzętowi rywala: „Następnym razem dopilnuję, żeby sprawdzili rękawice Justina, żeby nie nałożył na nie niczego podejrzanego. Do zobaczenia wkrótce”.

Gaethje: on musi wierzyć, że oszukiwałem

Mistrz nie zostawił tego bez odpowiedzi. W programie Flagrant odparł zarzuty, uznając je za jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie Topuria mógł sobie ułożyć po tak dotkliwej porażce. Nie poprzestał zresztą na obronie własnej reputacji – przy okazji podważył sens startów Hiszpana w wadze lekkiej w ogóle. „Nie uważam, żeby był zawodnikiem wagi lekkiej. Uważam, że powinien zejść niżej” – stwierdził.

Poszedł jeszcze dalej, kreśląc scenariusz na przyszłość swojego rywala. Jego zdaniem Topuria mógłby pokonać Alexandra Volkanovskiego i odzyskać pas mistrza wagi piórkowej. Mistrzostwa w wadze lekkiej, jak twierdzi Gaethje, Hiszpan już nigdy nie zdobędzie. Warto pamiętać, że do kategorii lekkiej Topuria trafił właśnie po tym, jak rządził w piórkowej jako jej mistrz.

Instalacja aplikacji
Pobierz