Rozmowy New York Knicks z Karlem-Anthonym Townsem w sprawie przedłużenia kontraktu utknęły w martwym punkcie. ESPN podaje, że porozumienie przed startem obozu przygotowawczego jest teraz mało realne.
Obie strony rozmawiały o warunkach nowej umowy przez całe lato. Ostatnio jednak cisza – żadnego postępu. Trzydziestoletni Towns może liczyć maksymalnie na czteroletnie przedłużenie warte 276 mln dolarów.
A stawka jest wysoka, i to nie tylko w dolarach. W minionych play-offach Towns notował średnio 15,9 punktu, 10,6 zbiórki i 4,9 asysty przy 55 proc. skuteczności z gry. Knicks zamknęli tamten sezon bilansem 16-3 w fazie pucharowej i sięgnęli po pierwsze mistrzostwo NBA od 53 lat.
Widmo drugiego progu podatkowego
Za impasem stoi przede wszystkim polityka finansowa klubu. Właściciel Knicks James Dolan od dawna powtarza, że chce uniknąć przekroczenia drugiego progu podatkowego. Jedną z konsekwencji tej strategii już widać – to odejście Mitchella Robinsona do Boston Celtics.
Sam Towns i tak nie może narzekać. W tym sezonie zarobi 57 mln dolarów, a na rozgrywki 2027/28 ma zagwarantowaną opcję zawodnika wartą 61 mln dolarów. Stąd presja czasu jest tu mniejsza niż u zawodników bez takiego zabezpieczenia.
Strony wciąż mogą dogadać się w trakcie sezonu, ale na razie nic nie zapowiada szybkiego finału rozmów. Dochodzi do tego szerszy obraz sytuacji kadrowej – Knicks będą musieli wkrótce zdecydować, co dalej z kontraktami Josha Harta, Jalena Brunsona i OG Anunoby’ego. To dodatkowo komplikuje kalkulacje wokół budżetu drużyny.
„Moje kolano nie jest w takim stanie, w jakim chciałbym, i nie jestem jeszcze gotowy do rywalizacji” – powiedział Jannik Sinner. Tymi słowami lider światowego rankingu ogłosił wycofanie się z turnieju ATP 500 China Open 2026 w Pekinie, gdzie miał bronić tytułu.
Włoch przekazał tę wiadomość w krótkim nagraniu opublikowanym na platformie X. Jak dodał, chciał przesłać najserdeczniejsze pozdrowienia chińskim kibicom, choć z wielką przykrością musi ich poinformować, że w tym roku w Pekinie nie zagra.
Od lipcowego triumfu na Wimbledonie Sinner nie rozegrał ani jednego meczu. Ominął go cały amerykański blok sezonu na kortach twardych – to właśnie kolano, o którym mówił w nagraniu, trzyma go z dala od kortów już od kilku miesięcy.
Pekin nie jest dla niego przypadkowym punktem na mapie. Włoch triumfował tam w 2023 i 2025 roku, a rok wcześniej, w 2024, dotarł do finału. „Najbardziej brakuje mi oczywiście turnieju, kibiców i atmosfery. W przeszłości przeżyłem tam wspaniałe chwile, wygrywając tytuł również w ubiegłym roku. Jestem bardzo rozczarowany, że w tym roku nie mogę go obronić” – przyznał.
Zapewnił przy tym, że zrobi wszystko, co możliwe, by jak najszybciej wrócić na kort.
Sezon mimo wszystko udany
Mimo przymusowej przerwy bilans Sinnera w tym sezonie robi wrażenie: 44 zwycięstwa przy zaledwie trzech porażkach. Zdążył wygrać pięć turniejów rangi ATP Masters 1000, a w lipcu sięgnął po tytuł wielkoszlemowy na Wimbledonie.
Tegoroczna edycja China Open potrwa od 30 września do 6 października. Na liście zgłoszeń widnieją Alexander Zverev, Felix Auger-Aliassime, Flavio Cobolli, Danił Miedwiediew oraz Alex de Minaur. Bez Sinnera na korcie stawka o tytuł w Pekinie otwiera się szerzej niż w ostatnich dwóch latach.
„Leylah jest taka jak ja: nienawidzi przegrywać. Do radości ze zwycięstw można się przyzwyczaić, ale emocje, które pojawiają się po porażce, są tak silne, że człowiek chce zrobić wszystko, by ich uniknąć. Tak, to naprawdę bardzo boli” – tak Jorge Fernandez opisał w Radio-Canada charakter swojej córki. To on jest trenerem Leylah, choć sam nigdy nie grał zawodowo w tenisa. Ta relacja trafia teraz na kolejną próbę: w półfinale WTA 500 w Singapurze Fernandez zmierzy się z Mają Chwalińską.
Leylah Fernandez urodziła się 6 września 2002 roku w Montrealu. Jej rodzinne korzenie sięgają dwóch kontynentów – ojciec Jorge pochodzi z Ekwadoru i grał zawodowo w piłkę nożną w klubie Montreal Impact, matka Irene ma z kolei korzenie filipińskie. To właśnie Jorge, mimo że sam nigdy nie miał tenisowego zaplecza, został trenerem córki i towarzyszy jej karierze od samego początku.
Ten mieszany rodowód przełożył się też na językowe zdolności zawodniczki. Fernandez swobodnie posługuje się angielskim, hiszpańskim i francuskim. Ma również młodszą siostrę Biancę, która – podobnie jak ona – gra w tenisa.
Od juniorskiego Roland Garros do finału US Open
Pierwszy poważny sygnał, że to wyjątkowy talent, przyszedł w 2019 roku. Fernandez sięgnęła wtedy po juniorski tytuł Roland Garros jako pierwsza Kanadyjka od czasu triumfu Eugenie Bouchard w 2012 roku. W tym samym roku wygrała swój pierwszy profesjonalny turniej rangi ITF, rozgrywany w Gatineau. Rok później zadebiutowała w czołowej setce rankingu WTA i awansowała do pierwszego seniorskiego finału, w Acapulco. W marcu 2021 roku przyszedł pierwszy tytuł WTA w singlu – w Monterrey, zdobyty bez straty choćby jednego seta.
Kilka miesięcy później, podczas US Open 2021, 19-letnia wówczas Fernandez zaliczyła serię, o jakiej marzy każda młoda zawodniczka: pokonała kolejno Naomi Osakę, Andżelikę Kerber, Elinę Switolinę i Arynę Sabalenkę, docierając do finału. Tam uległa Emmie Raducanu.
Kolejne sezony przyniosły potwierdzenie klasy, choć nie obyło się bez przeszkód. W 2022 roku Kanadyjka obroniła tytuł w Monterrey i dotarła do ćwierćfinału Roland Garros, ale passę wyhamowała kontuzja stopy. W 2023 roku wróciła z trzecim tytułem singlowym w karierze, wywalczonym w Hongkongu, a w deblu doszła do finału Roland Garros. Pod koniec tego samego sezonu poprowadziła reprezentację Kanady do pierwszego w historii triumfu w Pucharze Billie Jean King.
Poza kortem Fernandez zachowuje dystans do sportu, który zdominował jej życie od dziecka. „Tenis jest dla mnie niezwykle ważny, ale wiem, że nie jest całym moim życiem i nie będzie trwał wiecznie. Dlatego myślę też o tym, co poza kortem. Mam wsparcie moich sióstr i za każdym razem, gdy wracam do domu, zawsze gdzieś wychodzimy i robimy coś fajnego. Pomagają mi oderwać się od tenisa” – wyznała w rozmowie z ClayTenis.
Do Singapuru Fernandez dojechała w dobrej formie. W ćwierćfinale rozprawiła się z Mirrą Andriejewą, wygrywając 6:2, 7:5. Po drugiej stronie siatki stanie Maja Chwalińska, która awans do półfinału przypieczętowała pewnym zwycięstwem nad Elise Mertens 6:2, 6:2. Starcie dwóch zawodniczek w świetnej dyspozycji zapowiada się na jeden z najciekawszych meczów całego turnieju.
„Szefowie MKOl plują nam w twarz powrotem Rosji” – powiedział Władimir Kliczko w rozmowie z „The Times”. Słowa byłego mistrza świata w wadze ciężkiej padły tuż po mistrzostwach Europy w boksie, na których Polacy wywalczyli cztery medale.
Impreza w Sofii miała szczególny wymiar – to była pierwsza tego typu impreza od czasu pełnoprawnego przywrócenia do rywalizacji Rosjan i Białorusinów. Kliczko pojawił się w Bułgarii osobiście i, jak podano, był zniesmaczony widokiem flag kraju agresora.
Podczas turnieju doszło też do symbolicznego gestu ze strony polskiej dziennikarki. Hanna Ochota opuściła podium w trakcie odgrywania hymnu Rosji dla Julii Czumgałakowej.
Kliczko: nie podoba mi się ta decyzja
Cytowany przez BTV Sport Kliczko nie krył irytacji tym, że rosyjscy sportowcy mogą rywalizować pod własną flagą i przy dźwiękach własnego hymnu. „Nie podoba mi się decyzja, aby rosyjscy sportowcy rywalizowali pod własną flagą i słuchali hymnu” – mówił Ukrainiec.
Bokser przypomniał też o cenie, jaką płaci jego kraj. Zaznaczył, że wielu sportowców, dzieci i innych ludzi straciło życie nawet w czasie trwania samego turnieju w Sofii.
Na krytyce się jednak nie zatrzymał. Kliczko ma nadzieję, że decyzja o dopuszczeniu Rosjan do rywalizacji pod własną flagą i hymnem zostanie ponownie rozważona.
Muszą być konsekwencje. Jeśli nie ma konsekwencji, gdy czynisz zło w społeczeństwie, to znaczy, że je popierasz. Społeczeństwo musi zobaczyć te sankcje
Słowa Kliczki, wypowiedziane wprost i bez owijania w bawełnę, szybko obiegły sportowe media. Nic dziwnego – padły z ust człowieka, który sam pochodzi z kraju objętego wojną, a jego krytyka MKOl dotyczy decyzji wciąż dzielącej środowisko sportowe.
„Ricardo joins us as the new Head Coach of our CS roster. We’re excited to have him on board and can’t wait to see what we can achieve together. Welcome to the team! ❤️ #123FOKUS”
Tak FOKUS ogłosił 24 września 2026 roku dołączenie Ricardo „JTR” Júniora do składu CS. Portugalczyk przejął funkcję głównego trenera, zastępując w wyjściowej piątce Jakuba „kubena” Gurczyńskiego.
Wszystko rozegrało się błyskawicznie. W czwartkowe popołudnie klub poinformował o przesunięciu kubena na ławkę rezerwowych – i już godzinę później miał gotowego następcę. JTR został przedstawiony oficjalnie niemal od razu. Gurczyński prowadził drużynę ponad siedem miesięcy.
Nowy szkoleniowiec to nie żaden anonim. We FLY pracował jako asystent trenera od 11 września 2024 roku do 12 sierpnia 2026 roku. Jeszcze za czasów Counter-Strike’a: Global Offensive prowadził jako główny trener zespoły ODDIK, Nigma Galaxy, GXR.fe oraz Rhyno Esports.
Ma też na koncie konkretne trofea. Wygrał 1. i 2. sezon ESL Impact w 2022 roku, triumfował również na ESL Impact Valencia w tym samym roku. Rok później poprowadził Nigma Galaxy do zwycięstwa na ESL Impact w Katowicach.
Debiut już w sobotę
Na aklimatyzację JTR nie dostanie zbyt wiele czasu. FOKUS otrzymało zaproszenie do fazy play-off turnieju NODWIN Clutch Series 12, a już w sobotę 26 września o godzinie 13:00 zespół zmierzy się ze SPARTĄ w ćwierćfinale. Zwycięzca tego starcia zagra w kolejnej rundzie z lepszym z pary Iberian Soul vs. UPGRADE. Pula nagród całego turnieju wynosi 30 tysięcy dolarów.
Obecnie FOKUS zajmuje 55. pozycję w światowym rankingu Valve oraz 45. miejsce w zestawieniu HLTV. Skład, z którym JTR wejdzie do rywalizacji, tworzą Jacob „jocab” Nerheden, Matias „Banjo” Kivistö, Paavo „podi” Heiskanen, Mateo „Matheos” Prišlin oraz Erik „ztr” Gustafsson.
„Leylah Fernandez (Kanada, 6/WC) – Mira Andriejewa (1) 6:2, 7:5” – ten suchy wynik wystarczył, by wstrząsnąć turniejem Singapore Tennis Open 2026. Mirra Andriejewa, najwyżej rozstawiona zawodniczka imprezy, przegrała w ćwierćfinale 2:6, 5:7 i w ten sposób pożegnała się z marzeniami o finale.
Mecz trwał godzinę i 32 minuty. Przez cały ten czas obie panie zawzięcie odbierały sobie serwis. Fernandez aż sześciokrotnie przełamała rywalkę, Andriejewa odpowiedziała trzema przełamaniami – to jednak było za mało.
Wizerunkowo ta porażka boli, bo mówimy przecież o mistrzyni Rolanda Garrosa 2026 i piątej rakiecie świata. Fernandez, notowana dopiero na 31. miejscu rankingu WTA, po raz kolejny udowodniła, że potrafi zaskakiwać wyżej notowane rywalki.
To już trzecie zwycięstwo Kanadyjki nad Rosjanką w bezpośrednich starciach – bilans par sięga teraz 3-2 na jej korzyść. Ciekawy wzorzec rysuje się przy okazji nawierzchni: na mączce górą zawsze była Andriejewa, wygrywając w Madrycie w 2023 i 2026 roku. Na twardych kortach role się odwracają – tu dyktowała warunki Fernandez, triumfując w Hongkongu w 2023, Toronto w 2026 i teraz w Singapurze.
Chwalińska czeka na debiut w starciu z Fernandez
Zwyciężczyni czwartkowego ćwierćfinału w sobotę zagra o finał z Mają Chwalińską, rozstawioną z numerem piątym. Będzie to ich pierwsze spotkanie na światowych kortach – wcześniej te zawodniczki nigdy się nie mierzyły.
Singapore Tennis Open 2026 to impreza kategorii WTA 500, rozgrywana na twardych kortach w hali, z pulą nagród sięgającą 1,206 mln dolarów. Zmagania w głównej drabince singla potrwają do niedzieli 27 września. Zwyciężczynię czeka nagroda: 500 punktów do rankingu WTA i czek na 185,5 tys. dolarów.
„Wydaje mi się, że będziecie zaskoczeni jednym czy drugim zawodnikiem. Będzie o czym rozmawiać” – zapowiedział selekcjoner Jan Urban przed meczem z Bośnią i Hercegowiną. Spotkanie w ramach Ligi Narodów zacznie się o 20:45. Kibice mają zobaczyć skład inny, niż się spodziewali.
Powód jest prosty. Reprezentacja Polski straciła jedenaście goli w sześciu ostatnich meczach. W marcowych eliminacjach do mundialu 2026 pomylił się Jan Bednarek w spotkaniu z Albanią. W Sztokholmie z kolei zawiódł Jakub Kiwior – dał się ograć na zamach w końcówce meczu ze Szwecją. Ten błąd skończył się golem na 2:3 i porażką, która przekreśliła szanse na awans na mundial. Mimo to obaj obrońcy, według przewidywanego składu, mają zagrać ponownie.
Kto ma zaskoczyć w składzie
Pierwsze nazwisko, które budzi emocje, to Kacper Potulski. Zawodnik regularnie gra w Bundeslidze, w barwach Mainz, gdzie jest bardzo ceniony. Przed wakacjami rozegrał już dwa mecze w seniorskiej reprezentacji Polski i zdążył strzelić gola w spotkaniu z Nigerią, które zakończyło się wynikiem 2:2. Wcześniej powoływał go do kadry młodzieżowej Jerzy Brzęczek. Dariusz Dudka, asystent reprezentacji do lat 21, mówi o nim bez ogródek: „Przy jego wzroście i młodym wieku jest naprawdę szybki i agresywny, co nie zdarza się często. Ma cechy obrońcy z krwi i kości: jest zdecydowany w odbiorze, ma dobre wyczucie. Wie, kiedy blokować strzały wślizgiem. Ma cechy lidera i co najważniejsze: słucha, jest otwarty na uwagi, bo wie, że może się dzięki nim rozwinąć. Poza tym: lubi pracować, ma charakter”.
Drugim kandydatem do gry w obronie jest Wojciech Mońka, na co dzień zawodnik Lechu Poznań. Poznaniacy z nim w składzie przegrali niedawno z Crystal Palace aż 0:4 – ale to Urbana najwyraźniej nie zniechęciło, bo wciąż go rozważa.
W bramce nie zobaczymy ani Kamila Grabary, który jest kontuzjowany, ani Łukasza Skorupskiego, odsuniętego z powodu słabej formy. Miejsce numer jeden ma zająć Marcin Bułka, dziś zawodnik Neom SC. Droga do tego powołania nie była dla niego łatwa: po transferze do Arabii Saudyjskiej wypadł z kadry, a potem zerwał więzadła krzyżowe w kolanie, co wykluczyło go z gry na niemal cały sezon.
W pomocy ma się pojawić Wiktor Nowak, zawodnik Slavii Praga, który znakomicie wszedł w sezon w Czechach. Strzela, asystuje i potrafi grać na kilku pozycjach – dla selekcjonera to elastyczne rozwiązanie.
Zalewski i Kamiński mimo problemów z minutami
Nicola Zalewski przestał grać regularnie w Atalancie, a Jakub Kamiński od dłuższego czasu siedzi na ławce w Benfice. Urban nie widzi w tym jednak przeszkody. O Zalewskim mówił wprost: „Faktycznie, Nicola grał ostatnio zdecydowanie mniej i musimy brać to pod uwagę przy operowaniu jego siłami. Nie jest jednak tak, że pauzował od trzech miesięcy. Zdarza się, że zawodnik w takiej sytuacji wręcz pali się do gry”. Podobnie ocenił sytuację Kamińskiego: „Gdy dostał swoją szansę w meczu z Milanem, pokazał się ze znakomitej strony i widać było u niego ogromną ochotę do gry. Brak regularnych minut nie stanowi tu pełnoprawnego problemu”.
Na czele ataku znów stanie Robert Lewandowski. Gra obecnie w Chicago Fire, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach rozegrał piętnaście meczów. Kapitan reprezentacji nie przeszedł okresu przygotowawczego i po raz pierwszy w karierze zjawi się na zgrupowaniu kadry po zmianie strefy czasowej. Ma 38 lat. Mimo to wciąż to on ma prowadzić Polaków w ataku.
Przewidywany skład na mecz z Bośnią i Hercegowiną: Marcin Bułka – Kacper Potulski, Jan Bednarek, Jakub Kiwior – Matty Cash, Wiktor Nowak, Piotr Zieliński, Nicola Zalewski – Sebastian Szymański, Jakub Kamiński – Robert Lewandowski.
Jeden cios, jedna bramka, żadnych fajerwerków. Portugalia pokonała Walię 1:0, a o wszystkim zdecydował pojedynczy gol w 22. minucie. Bohaterem wieczoru został Joao Felix, który pokonał bramkarza gości Danny’ego Warda.
To był pierwszy sprawdzian nowego selekcjonera Portugalczyków. Reprezentację, która rok wcześniej triumfowała w Lidze Narodów po raz drugi w historii, przejął Jorge Jesus. Na inaugurację jego podopieczni dowieźli zwycięstwo – może niezbyt widowiskowe, ale jednak.
Bramkę dającą prowadzenie Portugalii strzelił Joao Felix jeszcze przed przerwą. Danny Ward, broniący bramki Walii, nic w tej sytuacji nie mógł zrobić. Do przerwy gospodarze prowadzili minimalnie i tak już zostało do końcowego gwizdka.
Więcej emocji dostarczył Cristiano Ronaldo – choć niekoniecznie takich, jakich by sobie życzył. W 49. minucie kapitan reprezentacji nie trafił dobrze w piłkę z około siedmiu metrów przed bramką i zmarnował dogodną okazję. Dziesięć minut później wydawało się, że w końcu wpisze się na listę strzelców. Nic z tego: gol został anulowany po analizie VAR z powodu spalonego w 59. minucie. Ronaldo zszedł z boiska w 67. minucie, ustępując miejsca Joao Palhinha.
Bramki Portugalii strzegł Diogo Costa. Selekcjoner Jesus wystawił skład: Diogo Costa – Joao Cancelo (90′ Diogo Dalot), Renato Veiga, Ruben Dias, Nuno Mendes (78′ Nuno Tavares) – Ruben Neves (67′ Goncalo Ramos) – Bruno Fernandes (90′ Joao Neves), Vitinha, Pedro Neto – Joao Felix, Cristiano Ronaldo (67′ Joao Palhinha). Po stronie Walii na boisku pojawili się: Danny Ward – Neco Williams, Benjamin Cabango (71′ Chris Mepham), Ben Davies, Jay Dasilva – Jordan James (76′ Sorba Thomas), Josh Sheehan, Ethan Ampadu – Lewis Koumas (76′ Kieffer Moore), Brennan Johnson, David Brooks (63′ Daniel James). Żółtą kartkę zobaczył Benjamin Cabango. Spotkaniem kierował sędzia Donatas Rumsas z Litwy.
Bramkostrzelny wieczór w pozostałych meczach
Zupełnie inny scenariusz rozegrał się w Skandynawii. Norwegia pokonała Danię aż 3:2, a bramki padały jedna po drugiej: Bobb w 14. minucie, Haaland w 18. i 74., Damsgaard dla Duńczyków w 25. oraz Hojlund w 60. minucie.
W grupie A dywizji B Austria rozgromiła Izrael 3:1. Gospodarze objęli prowadzenie po karnym Schmida w 41. minucie, a listę strzelców uzupełnili Abu Frakhi w 55., Mwene w 90. i Kalajdzic już w doliczonym czasie gry. W tej samej grupie Kosowo pokonało Irlandię 1:0 – o zwycięstwie zadecydował gol Muriqiego w 83. minucie.
«Po prostu zrealizowałem swój plan. Przegrałem z nim podczas US Open, co mnie zabolało, ale zdołałem mu się zrewanżować. Cieszę się też, że mogłem zagrać przed swoimi kibicami» – powiedział Yunchaokete Bu po zwycięstwie 6:4, 6:3 nad Michaelem Zhengiem w pierwszej rundzie ATP 250 w Hangzhou. I to właśnie on, reprezentant gospodarzy, czeka teraz na Kamila Majchrzaka.
Bu, sklasyfikowany na 111. miejscu rankingu ATP, potrzebował 87 minut, by rozprawić się z grającym z dziką kartą Zhengiem. 24-letni Chińczyk serwował pewnie – osiem asów, trzy przełamania rywala – i domknął sprawę bez większych komplikacji. W sobotę zagra z Majchrzakiem po raz pierwszy w karierze. Polak i reprezentant gospodarzy nigdy wcześniej się nie spotkali na korcie.
Turniej AITO Hangzhou Open toczy się na twardych kortach w chińskim Hangzhou, a pula nagród sięga 1,039 mln dolarów. Do imprezy kategorii ATP 250 zgłosili się czołowi tenisiści światowego rankingu, choć czterech z nich jeszcze czeka na swój debiut w turnieju – Danił Miedwiediew, Andriej Rublow, Tomas Martin Etcheverry i Quentin Halys mają wolne losy.
Rozstawieni bez większych problemów
Piąty w stawce rozstawionych Adolfo Daniel Vallejo musiał się solidnie napracować. Trzy sety, walka do samego końca – ostatecznie pokonał posiadacza dzikiej karty Jie Cuia 6:1, 6:7(2), 6:4. Dalej zmierzy się z Colemanem Wongiem, który poradził sobie z grającym z dziką kartą Zhizhenem Zhangiem 6:3, 6:3.
Szósty rozstawiony Fabian Marozsan poszedł zupełnie inną drogą – rozprawił się z kwalifikantem Alexem Boltem 6:4, 6:2, ani razu nie oddając własnego serwisu i wykorzystując trzy z sześciu break pointów. Teraz czeka go starcie z kwalifikantem Taro Danielem, który wcześniej ograł Dane’a Sweeny’ego 7:6(4), 6:2.
Najwięcej emocji dostarczył mecz siódmego rozstawionego Jaime Farii z Terence’em Atmane’em. Portugalczyk bronił dwóch meczboli i po dwuipółgodzinnej batalii wygrał 3:6, 7:6(9), 6:4. W kolejnej rundzie zmierzy się z Hugo Gastonem, który pokonał Sho Shimabukuro 6:4, 6:4.
Spośród zawodników z wolnym losem pierwszy do gry wejdzie Andriej Rublow, rozstawiony z numerem drugim. Jego rywalem będzie Rinky Hijikata, zwycięzca starcia z kwalifikantem Daliborem Svrciną 7:6(4), 6:4. Z kolei czwarty rozstawiony Quentin Halys w swoim pierwszym meczu zagra z Romanem Safiullinem, który rozgromił zawodnika z eliminacji Fajinga Suna 6:2, 6:0.
„Ja zawsze jestem za Jurasem… Nawet nie tyle za Jurasem. Z Mariuszem wielokrotnie gadałem, że jeśli chodzi o zawodników, to ja zawsze jestem za nimi” – powiedział Artur Szpilka, zapytany o spór między organizacjami GROMDA i Fight Mode.
Chodzi o konflikt między Mariuszem Grabowskim, twórcą GROMDY, a Łukaszem „Jurasem” Jurkowskim, stojącym za Fight Mode. Napięcie zaczęło rosnąć, gdy organizacja związana z Jurkowskim zaczęła podpisywać zawodników wcześniej kojarzonych z galami Grabowskiego. Najwięcej emocji wywołało przejście Jakuba Słomki do Fight Mode. Grabowski i Juras nie zostawili tego bez komentarza – publicznie wymienili się zdaniami na temat zawodników i innych spornych kwestii.
Do sprawy odniósł się sam Szpilka w rozmowie z Michałem Cichym z MMA.pl. Bokser od razu zaznaczył, że nie zamierza mieszać się w spór między promotorami. Z Grabowskim łączą go dobre relacje. Jednocześnie na co dzień trenuje z Jurasem w klubie WCA Fight Team – i to właśnie ten drugi fakt zdaje się tłumaczyć jego stanowisko.
Szpilka przyznał jednak, że w takich sytuacjach zawsze staje po stronie zawodnika, a nie organizatora. „Z tydzień temu mówię: Mariusz, zawsze będę za zawodnikami. Ja wiem, jak to wszystko zawsze ładnie, bo zawodnik walczy o wszystko, to jest jego całe życie, a oni – czy wygra ten czy ten – zrobią galę następną” – mówił, cytując własną rozmowę z Grabowskim. Dodał, że ma na ten temat własne przemyślenia, którymi podzieli się w przyszłości.
Na razie zapowiedział, że pojawi się na drugiej gali Fight Mode. „Gromda to marka, nie ma co dyskutować” – zastrzegł od razu, tłumacząc jednocześnie, że na galę Jurasa wybiera się głównie dlatego, że odbywa się ona w jego mieście.
Fight Mode 2 w Legionowie
Gala Fight Mode 2 odbędzie się 3 października w Legionowie – rodzinnym mieście Artura Szpilki. Na karcie znalazło się starcie Łukasza „Goata” Parobca z Vasylem Halychem. Obaj wcześniej występowali w GROMDZIE i wygrywali organizowane przez nią turnieje, co dodatkowo podsyca napięcie między obiema organizacjami. Zaplanowano też pojedynek Wiktorii Czyżewskiej z Jessicą Kusz. Za jedną z najgłośniejszych walk wieczoru uchodzi starcie Hectora Lombarda z Gracjanem Szadzińskim.