„Prezydent FIFA aktywnie promował szkodliwe inicjatywy, zamiast chronić przed nimi futbol” — czytamy we wspólnym oświadczeniu Premier League, LaLiga, Bundesligi i Serie A. Cztery najsilniejsze ligi europejskiego futbolu wystosowały komunikat, w którym domagają się głębokich zmian w zarządzaniu FIFA. Ich zdaniem szef światowej federacji forsował rozwiązania szkodliwe dla futbolu.
Iskrą, która zapaliła ten spór, był plan „FIFA Forward Enterprise” — pomysł sprzedaży prywatnym inwestorom udziałów w mistrzostwach świata. Środowisko piłkarskie zaprotestowało i projekt ostatecznie wycofano. Ligi twierdzą jednak, że problem wcale nie zniknął razem z planem — przyczyny kryzysu zarządzania FIFA pozostają aktualne. Kosmetyczne poprawki proceduralne, jakie wprowadzono po odwołaniu projektu, to w ich ocenie zdecydowanie za mało. FIFA potrzebuje zasadniczej reformy zarządzania.
Autorzy stanowiska nie poprzestali na krytyce jednego pomysłu. Poszli dalej, atakując „nieustanną ekspansję” FIFA i wskazując między innymi na jednostronne decyzje dotyczące rozszerzania międzynarodowego kalendarza meczów. To właśnie ten wątek — decyzje zapadające bez konsultacji z tymi, którzy na co dzień organizują rozgrywki klubowe — wraca w komunikacie najczęściej.
Czego domagają się ligi
Premier League, LaLiga, Bundesliga i Serie A chcą powołania stałego organu reprezentującego federacje krajowe, ligi, kluby oraz zawodników i zawodniczki. Taka instytucja miałaby dostawać pełne informacje o planowanych inicjatywach FIFA i realnie uczestniczyć w procesie decyzyjnym — nie tylko dowiadywać się o gotowych decyzjach. Przedstawiciele najsilniejszych europejskich lig oczekują też, by przyszłe projekty FIFA opierały się wcześniej na jasno określonych przesłankach, danych oraz niezależnej ocenie.
Sprzeciw wobec „FIFA Forward Enterprise” nie ograniczył się do lig klubowych. Zdecydowany opór postawiła UEFA, grożąc nawet bojkotem turniejów organizowanych przez federację. Krytycznie zareagowały też CONCACAF i AFC. Wiceprezydent UEFA Laura McAllister oceniła, że propozycja FIFA naruszała podstawowe zasady futbolu, a europejska federacja podjęła w tej sprawie kroki prawne.
Cała sprawa nabiera dodatkowego ciężaru w kontekście kalendarza politycznego światowego futbolu. Gianni Infantino zapowiedział bowiem start w kolejnych wyborach prezesa FIFA. Głosowanie odbędzie się w marcu, podczas kongresu FIFA w Maroku — a presja czterech najsilniejszych lig kontynentu może się okazać jednym z najpoważniejszych wyzwań, z jakimi Szwajcar zmierzył się od objęcia stanowiska.
„To specyficzny turniej na początku sezonu, gdzie te niewiadome są duże. Może być niespodzianka. My na pewno jesteśmy stawiani w roli underdoga i nie mamy niczego do stracenia” – mówi Jakub Schenk, rozgrywający Energi Trefla Sopot.
Do Sosnowca sopocianie jadą jako obrońcy tytułu – to właśnie Energa Trefl sięgnęła po Puchar Polski w minionym sezonie. Turniej o Superpuchar Polski rozegrany zostanie 26-27 września w hali ArcelorMittal Park w Sosnowcu. Obok drużyny Krzysztofa Roszyka o troфeum powalczą Legia Warszawa, Zastal Zielona Góra i Dziki Warszawa. To właśnie ta trójka rządziła w minionym sezonie PLK – zajęli trzy najwyższe miejsca w tabeli.
System rozgrywek jest prosty, klasyczny, półfinałowy. W sobotę 26 września o 16:30 na parkiecie spotkają się Legia Warszawa i Energa Trefl Sopot. Dwie i pół godziny później, o 19:15, zagrają Dziki Warszawa i Zastal Zielona Góra. Zwycięzcy obu tych starć spotkają się w niedzielnym finale, 27 września o 17:30.
Presji faworyta w Sopocie nikt na siebie nie bierze. „Musimy się skupić na tym, żeby zagrać najlepiej, jak potrafimy w naszym systemie. Skupić się na sobie, ograniczyć liczbę błędów i wyjść z przekonaniem, że możemy wygrać” – deklaruje Schenk.
Legia broni pozycji lidera, Dziki i Zastal szukają formy
Legia Warszawa wchodzi w nowy sezon z etykietą najlepszej drużyny PLK z dwóch ostatnich sezonów. W kadrze widać jednak wyraźne zmiany – zabraknie już Andrzeja Pluty, Dominica Brewtona i Jayvona Gravesa. Dziki Warszawa pod wodzą trenera Marco Legovicha nie awansowały do fazy grupowej koszykarskiej Ligi Mistrzów – to jednak oznacza więcej czasu na przygotowania do sezonu krajowego. Do zespołu trafił niedawno nowy gracz, Quan Jackson. Zastal Zielona Góra stawia na sprawdzone nazwiska: w składzie zostali Andrzej Mazurczak i Conley Garrison.
Sama formuła Superpucharu Polski istnieje od 2024 roku. Pierwszą edycję, rozegraną w Radomiu, wygrał Śląsk Wrocław, drugą, w Warszawie – PGE Start Lublin. Tym razem żadnego z tych klubów w Sosnowcu nie zobaczymy. Scenę przejmuje nowa czwórka: Legia, Zastal, Dziki i Energa Trefl.
„Vinicius ruszył w kierunku rywala, ale… zostawił piłkę za sobą” — tak można było podsumować wieczór skrzydłowego Realu Madryt w starciu z Australią. Brazylia zremisowała 1:1, a gwiazdor Realu znów nie pokazał niczego, co uspokoiłoby kibiców przed jego rychłym powrotem do klubu.
Bramkę dla Canarinhos zdobył Rayan — dopiero w piątej minucie doliczonego czasu gry. Vinicius wyrównania już jednak nie obejrzał z boiska, bo w tym momencie siedział na ławce. Carlo Ancelotti zdjął swojego byłego podopiecznego z Realu w 65. minucie, wpuszczając w jego miejsce Samuela Lino.
27-letni skrzydłowy zaczynał mecz na lewej stronie, próbując dogadać się z Raphinhą, Estevao i Endrickiem. Ta współpraca w praktyce nie zagrała. W jednej z akcji Vinicius ruszył do dryblingu i po prostu zgubił piłkę, zostawiając ją za sobą. Chwilę potem, mając czystą sytuację strzelecką, zawahał się na tyle długo, że w ogóle nie oddał uderzenia. Doszło do tego jeszcze niedokładne podanie w polu karnym — choć akurat tutaj winę ponosił też partner, który źle odczytał jego intencje.
Ancelotti nie ukrywa problemu, ale broni zawodnika
Jeszcze przed meczem z Australią Ancelotti sam przyznał, że Vinicius nie jest obecnie w optymalnej dyspozycji. Włoski trener nie odciął się jednak od piłkarza. Podkreślił, że wciąż uważa go za jednego z filarów swojej drużyny — a te słowa nabierają dodatkowej wagi, bo zbliża się powrót Viniciusa do Realu, gdzie presja na miejsce w składzie rośnie z tygodnia na tydzień.
Na razie Brazylijczycy zostają jednak na antypodach. Canarinhos są nadal w Australii i 29 września zagrają z gospodarzami po raz drugi, tym razem w Brisbane. Ostatnim testem tej przerwy reprezentacyjnej będzie mecz z Indiami zaplanowany na 3 października. Dopiero po tych dwóch spotkaniach kibice Realu przekonają się, czy Vinicius wróci do klubu w formie, która uspokoi Ancelottiego — czy w takiej, jaką pokazał w Melbourne.
„W środę, 23 września, oficjalnie otwarto tam Morehouse Multimedia Center” – taką wiadomością podsumowano wydarzenie, które w Morehouse College w Atlancie zamyka kilkuletni projekt wsparty przez Michaela Jordana. Nową przestrzeń pomyślano z myślą o przyszłych dziennikarzach, twórcach internetowych i ludziach mediów.
Za projektem stoją Michael Jordan i marka Jordan Brand. To nie pierwsza tego typu inwestycja legendarnego koszykarza w tę uczelnię. Już w 2021 roku Jordan wraz ze swoją marką przeznaczył na Morehouse College ponad milion dolarów. Te pieniądze miały zasilić stypendia i programy akademickie związane z dziennikarstwem i sportem.
Dziś tamta inwestycja procentuje w praktyce. Studenci korzystający z centrum mogą pracować m.in. nad materiałami wideo, podcastami, filmami, transmisjami sportowymi oraz cyfrowymi formami dziennikarstwa. Mają do dyspozycji profesjonalny sprzęt, studio produkcyjne i stanowiska montażowe. Jak podaje HBCU Sports, wartość samego wyposażenia centrum sięga około 250 tys. dolarów.
Efekty tej infrastruktury da się już policzyć. Morehouse poinformowało, że materiały nagrane na nowym sprzęcie zebrały w samym sierpniu ponad milion wyświetleń w mediach społecznościowych.
Program dziennikarski, który rośnie z roku na rok
Morehouse College to historycznie czarna uczelnia (HBCU) z siedzibą w Atlancie. W 2022 roku ruszył tam kierunek Journalism in Sports, Culture, and Social Justice – i od tego czasu zdążył już wypuścić w świat spore grono absolwentów. Jak wynika z danych uczelni, blisko 120 osób po tym programie pracuje dziś w mediach i sporcie. Ponad 60 kolejnych zdobyło wyższe stopnie naukowe.
Otwarcie Morehouse Multimedia Center to więc nie jednorazowy gest, lecz kolejny etap rozwoju programu, który w ciągu zaledwie kilku lat zdążył wypracować konkretne, policzalne rezultaty.
„Taka przerwa dla ciała i umysłu przyniosła odpowiednie rezultaty w poprzednim sezonie, kiedy zadziałaliśmy podobnie” – mówi Niels Frederiksen, duński trener Lecha Poznań. Ten sam przepis szkoleniowiec postanowił teraz powtórzyć, korzystając z długiej przerwy na mecze reprezentacji w Lidze Narodów.
Po niedzielnym zwycięstwie z Radomiakiem Radom 5:1 przy ulicy Bułgarskiej ośmiu zawodników Lecha od razu wyjechało na zgrupowania kadr narodowych. Reszta drużyny nie próżnowała długo. W poniedziałek na boisku pojawił się tylko trening regeneracyjny, a zaraz po nim przyszła nagroda: krótkie urlopy i wolne dla wszystkich aż do końca tygodnia.
Dla Frederiksena to nie żaden eksperyment, tylko sprawdzona już metoda. Duńczyk przypomina, że podobny model odpoczynku zastosował w poprzednim sezonie i przyniósł on wymierne efekty. Jak tłumaczy, po kilku dniach wolnego zawodnicy wracali z nową energią – bardziej naładowani i chętniejsi zarówno do treningów, jak i do gry.
Sparing przed powrotem do ligi
Po weekendowym wypoczynku piłkarze Lecha wrócą do normalnych zajęć treningowych. Klub zaplanował też dodatkowe sprawdzenie formy – w przyszły piątek lub sobotę rozegrany zostanie mecz kontrolny. Dokładny termin sparingu oraz nazwisko rywala poznamy, gdy wszystkie ustalenia zostaną oficjalnie potwierdzone.
Do rozgrywek ligowych Lech wróci w sobotę 10 października o godzinie 17:30. W ramach 10. kolejki PKO Ekstraklasy poznaniacy zagrają na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław – to będzie pierwszy oficjalny sprawdzian po długiej przerwie, jaką kluby mają obecnie z powodu meczów reprezentacji w Lidze Narodów.
„Bolid na hamowaniu skacze jak kangur” — tak Max Verstappen opisał zachowanie swojego Red Bulla po sobotnim, trzecim treningu przed Grand Prix Azerbejdżanu. I choć narzekał, to właśnie on był najszybszy na torze w Baku, zatrzymując pochód Mercedesa tuż przed kwalifikacjami wyznaczonymi na godzinę 14:00.
Sesja zaczęła się od dość nietypowej interwencji organizatorów. W nocy poprzedzającej trening wymieniono nawierzchnię w okolicach zakrętu numer siedem — odpowiedź na skargi kierowców zgłaszane jeszcze przed piątkiem. To jednak nie zmieniło głównego wątku weekendu. Piątek należał bezapelacyjnie do Mercedesa, a George Russell w pewnych momentach wyprzedzał rywali o niemal sekundę na okrążenie.
Piątkowa jazda Russella miała też swój kuriozalny moment. Do jego bolidu przyczepiła się gałązka, która spadła z pobliskiego drzewa, przez co organizatorzy musieli ogłosić wirtualną neutralizację toru, żeby funkcyjni zdążyli ją usunąć.
Verstappen przerywa passę Mercedesa
W sobotę wszystko zapowiadało powtórkę z piątku. Russell w trzecim treningu znów budował przewagę sięgającą blisko sekundy nad resztą stawki, a jego młody kolega z zespołu, Andrea Kimi Antonelli, nie nadążał za tym tempem. Pod koniec sesji Brytyjczyk musnął bandę i wypadł z toru.
I to otworzyło drzwi Verstappenowi. Holender pojechał świetne okrążenie w samej końcówce treningu, okazując się szybszy od Russella o zaledwie 0,099 sekundy. Pomogła mu przy tym struga powietrza za bolidem Charlesa Leclerca na długiej prostej w Baku — dodatkowy zapas prędkości akurat wtedy, gdy był najbardziej potrzebny.
Za plecami dwójki liderów rozegrał się kolejny ciekawy pojedynek. Lewis Hamilton, korzystając z holu aerodynamicznego, podciągnął się w ostatnich minutach sesji i uplasował się na trzeciej pozycji ze stratą 0,111 sekundy do Verstappena. Warto dodać, że 41-letni Brytyjczyk chwilę wcześniej tracił w poprzednim sektorze ponad pół sekundy — a mimo to zdołał się odrobić.
Ostateczna klasyfikacja trzeciego treningu: Verstappen (Red Bull Racing) z czasem 1:43.922, przed Russellem (Mercedes, +0.099) i Hamiltonem (Ferrari, +0.111). Czwarty był Antonelli (Mercedes, +0.351), a piąty Leclerc z Ferrari, tracący już 0,622 sekundy.
Dalej w stawce uplasowali się Pierre Gasly z Alpine na szóstym miejscu (+0.715) oraz Oscar Piastri z McLarena na siódmym (+0.824). Drugi kierowca McLarena, Lando Norris, zajął ósmą pozycję ze stratą 0,977 sekundy do lidera. Stawkę zamknął Lance Stroll z Aston Martina — 22. miejsce, bez zanotowanego czasu okrążenia.
„My jako sportowcy nie chcemy się jakoś dowartościowywać w FAME, tylko zarobić siano” — mówi Sebastian „Scarface” Skiermański, tłumacząc swoją decyzję o starcie w turnieju K-1 na gali FAME 33. Brzmi to zaskakująco, bo jeszcze niedawno zawodnik ostro krytykował FAME i całe środowisko freakowe za sposób promowania wydarzeń.
17 października w warszawskim ATM Studio odbędzie się FAME 33: GRAND FREAKS. Gwoździem programu będzie turniej K-1 w małych rękawicach. Wśród pierwszych ogłoszonych uczestników są Erko Jun, Alberto Simao, Dawid „Crazy” Załęcki i właśnie Skiermański. Organizacja zapowiada, że ostatecznie w rywalizacji stanie ośmiu zawodników.
Do świata freak fightów Skiermański trafia po kilku latach występów w GROMDZIE. Z tą formacją, specjalizującą się w walkach na gołe pięści, był związany od około czterech lat. Teraz czeka go debiut w FAME — i to od razu w formule K-1 w małych rękawicach.
Dlaczego zmienił zdanie?
O kulisach swojej decyzji opowiedział w programie Freak Show w Kanale Sportowym. Wymienił dwa powody: rosnący poziom sportowy turnieju i konkretną szansę na zarobek. „Ja uważam, że ten turniej układa się bardzo sportowo, bo nazwiska: Erko Jun, Dawid Załęcki to nie są ludzie z pierwszej łapanki” — przekonywał.
Nie krył przy tym, że decydujący głos miały pieniądze. „Już sam start w turnieju to jest dobra kasa, a wygranie turnieju to też są potężne pieniążki dla mnie” — dodał.
„Krzysztof Maciaś w barwach Vitkovic”, „Paweł Zygmunt w ekipie z Litvínova” – od pierwszej kolejki czeskiej Tipsport Ekstraligi kibice wypatrują tych nazwisk w tabelach statystyk. Na razie na próżno. Obaj Polacy wciąż nie zdobyli ani jednego punktu w tym sezonie.
Maciaś gra w Vitkovicach – klubie, który po trzech kolejkach zamyka tabelę czeskiej ligi. Zygmunt reprezentuje barwy Litvínova, drużyny radzącej sobie zdecydowanie lepiej, obecnie na 6. miejscu. Sytuacja drużynowa różni ich mocno, ale w jednym są zaskakująco zgodni: obu ciągnie się ta sama punktowa susza, sięgająca jeszcze poprzedniego sezonu.
Liczby mówią same za siebie. Maciaś ostatni punkt zdobył 4 marca. Zygmunt – 22 kwietnia. Od tamtej pory minęło już kilka miesięcy, a żaden z nich nie zdołał się przełamać w nowych rozgrywkach.
Czwarta kolejka raczej nie ułatwi im zadania. W terminarzu czekają mecze z niepokonanym liderem tabeli z Trzyńca oraz ze Spartą Praga – drużyną z ambicjami sięgania po najwyższe cele.
Wałęga liderem na Słowacji
Zupełnie inny obraz roztacza się na Słowacji. Kamil Wałęga, reprezentant Polski, występuje tam w barwach Vlci Żylina, w słowackiej Tipsport Ekstralidze. Jego klub prowadzi w tabeli, a sam Wałęga zdążył już zebrać dwa punkty w trzech ostatnich meczach.
Trudno o lepszy przykład tego, jak różnie może wyglądać start sezonu dla polskich hokeistów za granicą. Jedni wciąż czekają na przełamanie, inni od razu meldują się na fotelu lidera ligowej tabeli.
„Weekend Formuły 2 w Baku ma wyjątkowy format. Rywalizacja rozpoczęła się już w czwartek, a zamiast tradycyjnego układu z jednym sprintem i jednym wyścigiem kierowcy mają do rozegrania dwa wyścigi główne” – tak wygląda azerbejdżańska odsłona sezonu. I to właśnie w niej świetnie odnalazł się Roman Biliński.
W piątek na ulicznym torze w Baku rozegrano skróconą formę rywalizacji oraz standardowy wyścig na dłuższym dystansie. Kierowca zespołu DAMS Lucas Oil wyjechał z obu starć z kompletem punktów – lepiej ten piątek nie mógł się dla niego ułożyć.
W pierwszym z piątkowych wyścigów Biliński ruszał z trzynastego pola. Przejechał przez stawkę aż do szóstej pozycji, co dało mu trzy punkty do klasyfikacji generalnej. Na najwyższym stopniu podium stanął wówczas Dino Beganovic, wyprzedzając Laurensa van Hoepena i Alexandra Dunne’a.
Drugi wyścig główny Polak zaczynał z tego samego, trzynastego miejsca na starcie. Tym razem awansował na siódmą lokatę i zainkasował sześć punktów. Nie obyło się jednak bez komplikacji. Biliński zjechał do alei serwisowej tuż za swoim kolegą z zespołu Dino Beganoviciem i musiał odczekać, zanim mechanicy zajęli się jego bolidem. Triumfatorem tej odsłony został Alexander Dunne, a za nim na mecie zameldowali się Stenshorne i Beganovic.
Awans w klasyfikacji przed sobotnią walką
Dla 22-letniego Bilińskiego piątek okazał się jednym z lepszych momentów sezonu. Dzięki dwóm udanym wyścigom awansował w klasyfikacji generalnej Formuły 2. Przed Polakiem został jeszcze jeden wyścig główny, zaplanowany na sobotę – to kolejna okazja, by dołożyć punkty w Baku.
26 września 2026 roku – tę datę organizatorzy wpisali do kalendarza jako kolejną galę cyklu UFC Vegas, a w oktagonie znów zobaczymy Polaka. Robert Bryczek zmierzy się z Rodolfo Vieirą w kategorii do 185 funtów. To jeden z dwunastu pojedynków zaplanowanych na tę noc.
Bryczek, zawodnik Uniq Fight Club, wchodzi do klatki z bilansem 18 zwycięstw i 7 porażek. Kilka miesięcy temu przegrał z Camem Rowstonem – walka z Vieirą to więc okazja, żeby odbić się od dna. Jego rywal, Brazylijczyk z dorobkiem 11-5, ma za sobą dwie porażki z rzędu w UFC, choć w całej organizacji wciąż może pochwalić się dodatnim bilansem. Ciekawostka: pojedynek Polaka pierwotnie miał być co-main eventem całej gali, ale krótko przed wydarzeniem przesunięto go na kartę wstępną.
Walką wieczoru będzie starcie w wadze koguciej pomiędzy Raulem Rosasem Jr. a Raonim Barcelosem. To pojedynek zawodników z rankingu – Rosas Jr. zajmuje 12. miejsce, Barcelos 13. w kategorii do 135 funtów. Obaj wchodzą do klatki w świetnej dyspozycji: każdy notuje serię pięciu zwycięstw z rzędu. 21-letni Rosas Jr., z bilansem 12-1, w ostatniej walce pokonał Roba Fonta. Barcelos ma na koncie 22 zwycięstwa i 5 porażek, a wśród jego ofiar są Cody Garbrandt i Ricky Simon.
Co-main event to starcie kobiet w wadze koguciej: Norma Dumont (13-3) kontra Ailin Perez (13-2). Dumont zajmuje czwarte miejsce w rankingu dywizji, Perez plasuje się tuż za nią, na piątej pozycji.
Pełna karta walk
Na gali w Meta Apex zobaczymy też Rodolfo Bellato (13-3-1), Ricky’ego Simona (22-7-1) oraz Yazmin Jauregui (11-2). Uwagę zwracają dwaj niepokonani zawodnicy broniący czystych rekordów: Luis Hernandez (8-0) i Melissa Amaya (8-0).
Kartę główną otwiera starcie Sedriquesa Dumasa (10-5) z Luisem Hernandezem (8-0) w wadze do 170 funtów. Dalej zobaczymy pojedynek Ilimbeka Akylbeka Uulu (10-3) z Mehemmedelim Osmanim (12-1) w kategorii do 135 funtów, a także starcie Tiny Black (15-4) z Melissą Amaya (8-0) w wadze do 115 funtów.
Kartę wstępną wypełnia sześć pojedynków. Rinya Nakamura (10-1) zmierzy się z Bradym Hiestandem (8-2) w wadze do 135 funtów, Rodolfo Bellato (13-3-1) stanie naprzeciw Christiana Edwardsa (8-5) w kategorii do 205 funtów, a Elves Brener (16-6) powalczy z Josiahem Harrellem (11-1) w wadze do 170 funtów. Do tego dochodzą starcia Montela Jacksona (15-4) z Rickym Simonem (22-7-1) w wadze do 135 funtów, Johna Castanedy (21-8-1) z Alatengheilim (17-10-2) w tej samej kategorii oraz Yazmin Jauregui (11-2) z Vanessą Demopoulos (11-8) w wadze do 115 funtów. I właśnie w tej części karty pojawi się walka Roberta Bryczka.
Transmisja i godziny startu
Kartę główną gali pokaże na żywo Polsat Sport 1 – emisja startuje o 2:00 w nocy. Całe wydarzenie, łącznie z kartą wstępną, będzie dostępne na platformie UFC Fight Pass już od godziny 23:00 w sobotę. W momencie publikacji nie było jeszcze wiadomo, na którym dokładnie kanale Polsatu pojawi się karta wstępna z walką Bryczka. A to właśnie tam Polak spróbuje przełamać passę porażek.