George Russell jest obecnie wiceliderem klasyfikacji generalnej Formuły 1, ale do czoła ma daleko — traci 102 punkty do prowadzącego Andrei Kimiego Antonellego. Sezon zbliża się ku końcowi, zostało zaledwie sześć rund, a nad Brytyjczykiem wisi widmo kolejnej kary, która może go kosztować pozycję w tabeli.
W Singapurze Russell startował z samego końca stawki — Mercedes przekroczył bowiem roczny limit jednostek napędowych w jego bolidzie. Mimo to Brytyjczyk odrobił straty na tyle, by dojechać dziewiąty na torze Marina Bay. Kłopoty z silnikiem na tym się jednak nie kończą. Sam kierowca przyznał, że zanim sezon dobiegnie końca, czeka go jeszcze jedna kara za kolejne przekroczenie limitu.
Najprawdopodobniej nastąpi to w późniejszej fazie sezonu. Szczerze mówiąc, być może w Las Vegas
Tym razem zespół ma jednak pewne pole manewru co do terminu kary. „Teraz możemy wybrać moment, w którym ją przyjmiemy. Postawimy na tor nieco łatwiejszy niż ten” — powiedział Russell stacji Sky Sports, mając na myśli trudny do wyprzedzania tor w Singapurze. W Singapurze sytuacja była wymuszona — Mercedes w ogóle nie planował montować nowej jednostki napędowej akurat na tę rundę, ale musiał zmienić plany po awarii, która wyeliminowała Russella z GP Bahrajnu w Malezji. Najwygodniejszym momentem na odbycie kary wydaje się GP USA w Austin, zaplanowane na 25 października.
Antonelli o krok od historycznego tytułu
Walka o mistrzostwo świata tymczasem nabiera tempa. 20-letni Andrea Kimi Antonelli już w Austin będzie miał pierwszą matematyczną szansę, by zostać najmłodszym mistrzem świata w historii Formuły 1. Włoch ma na koncie już osiem zwycięstw w tym sezonie i prowadzi w klasyfikacji z ogromną przewagą. Żeby przypieczętować tytuł już w Teksasie, musiałby jednak wygrać wyścig, a przy tym Russell i Hamilton musieliby skończyć go daleko w tyle.
Lewis Hamilton traci do Antonellego 111 punktów. Po Austin do zdobycia zostanie już tylko 125 punktów w całym sezonie — to wciąż teoretycznie trzyma go w grze, choć z każdą rundą coraz bardziej na papierze. Gdyby Antonelli wygrał w Teksasie, z walki o tytuł od razu odpadliby Max Verstappen, Charles Leclerc oraz broniący mistrzostwa Lando Norris. Sam Verstappen zdążył tymczasem mocno zbliżyć się do Russella — Holendra dzieli od Brytyjczyka już tylko 17 punktów w klasyfikacji generalnej. To oznacza, że ewentualna kara dla kierowcy Mercedesa może jeszcze namieszać w walce o drugie miejsce w stawce.
Las Vegas miało w ostatnich dniach poważny problem z wodą. Zalało Coval Lane — odcinek ulicznego toru F1, po którym samochody mkną podczas GP Las Vegas.
Jak podaje WeatherNation, w niedzielę nad miastem przeszło około 28 mm deszczu. To tyle samo, co historyczne maksimum dla najbardziej mokrego dnia października w historii Las Vegas. Dla porównania: dotychczasowy rekord dobowych opadów w tym mieście to zaledwie 1,9 mm. Różnica mówi sama za siebie — niedzielna ulewa była wyjątkowa.
Za nawałnicę odpowiadają pozostałości huraganu Rachel, które dotarły też do innych części południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych. Służby wydały liczne ostrzeżenia przed gwałtownymi powodziami, obowiązujące do poniedziałku. Synoptycy zapowiadali kolejne 25-50 mm deszczu w regionie. Niebezpieczna pogoda miała dotknąć między innymi okolice Joshua Tree, Las Vegas, St. George oraz Cedar City. Z kolei ostrzeżenia przed powodziami przybrzeżnymi na wybrzeżu południowej Kalifornii przedłużono do końca wtorku, 13 października.
Co z wyścigiem?
I tu dobra wiadomość dla kibiców Formuły 1: władze Las Vegas zapewniają, że zalana ulica nie pokrzyżuje planów. Grand Prix Las Vegas ma odbyć się zgodnie z harmonogramem.
Trasa toru biegnie przez centrum miasta, w tym kawałek przy słynnym Las Vegas Strip. Na kilka tygodni przed wyścigiem organizatorzy stawiają tam tymczasowe trybuny i rozkładają bariery ochronne — to właśnie ta infrastruktura najbardziej ucierpiałaby, gdyby deszcz wrócił. GP Las Vegas 2026 wyznaczono na 21 listopada.
Formuła 1 ogłosiła we wtorek wieloletnią umowę z Rwandą na organizację Grand Prix. Wyścig ma zadebiutować w kalendarzu w latach 30. XXI wieku, najprawdopodobniej w 2030 lub 2031 roku. Jeśli jednak budowa toru się opóźni, start może się przesunąć jeszcze dalej.
Nowy obiekt powstanie w miejscowości Buguser, jakieś 40 kilometrów od stolicy kraju, Kigali. To właśnie tam za kilka lat ma się odbyć pierwsze afrykańskie Grand Prix od ponad trzech dekad.
Prezydent Rwandy Paul Kagame, cytowany przez serwis „The Race”, nazwał to ogłoszenie „dniem należącym do Afryki”. Szef F1 Stefano Domenicali w oficjalnym oświadczeniu nie krył, że traktuje tę decyzję jako przełomową.
„Afryka zawsze należała do przyszłościowych planów Formuły 1. Od początku byliśmy zdeterminowani, aby przywrócić ją do kalendarza we właściwy sposób z właściwym partnerem. Długoterminowa umowa to wizja wytworzenia znaczącego wpływu”
Rwanda od lat konsekwentnie buduje swoją rozpoznawalność w światowym sporcie, i to daleko poza własnymi granicami. Kigali pojawiało się na koszulkach i bandach reklamowych takich klubów piłkarskich jak Atletico Madryt, Paris Saint-Germain, Aston Villa, Bayern Monachium czy Arsenal FC.
Gospodarczy boom i cień ubóstwa
Decyzja F1 zbiega się z okresem dynamicznego wzrostu gospodarczego kraju. PKB Rwandy zwiększył się o 9,4 proc. w 2025 roku, a w pierwszej połowie 2026 roku gospodarka urosła o kolejne 9,7 proc.
Te liczby kontrastują jednak mocno z danymi o ubóstwie. W 2024 roku 38,6 proc. społeczeństwa Rwandy żyło poniżej dziennej granicy ubóstwa. Bank Światowy wskazuje, że problemem pozostają niewystarczająca liczba miejsc pracy, niska produktywność i nierównomierny podział korzyści ze wzrostu gospodarczego.
Paul Kagame rządzi Rwandą od 2000 roku, a jego rządy regularnie krytykują organizacje zajmujące się prawami człowieka. Kigali oskarżane jest też o wspieranie rebeliantów M23 działających w sąsiedniej Demokratycznej Republice Konga, czemu rwandyjskie władze częściowo zaprzeczają.
Powrót po 37 latach przerwy
Formuła 1 ścigała się już wcześniej na kontynencie afrykańskim — na torze Kyalami w RPA. Inauguracja wyścigów na tym obiekcie odbyła się w 1967 roku, a seria wracała tam nieprzerwanie aż do 1985 roku.
Potem, z powodu politycznych sankcji związanych z apartheidem, Kyalami na sześć lat zniknęło z kalendarza. Ostatnie dwie edycje Grand Prix RPA rozegrano w latach 1992-1993 — i to właśnie wtedy F1 ścigała się w Afryce po raz ostatni przed ogłoszeniem umowy z Rwandą.
Z torem Kyalami nierozerwalnie wiąże się nazwisko Jody’ego Schecktera. To tam w 1975 roku wygrał swój domowy wyścig w barwach Tyrrella, a cztery lata później sięgnął po tytuł mistrza świata z Ferrari. Pomysł powrotu F1 do Afryki od lat przebijał się też w paddocku za sprawą Lewisa Hamiltona, który był głównym orędownikiem tej idei wśród kierowców.
Warto dodać, że chęć organizacji wyścigu zgłaszały przede wszystkim środowiska związane z RPA — krajem, którego historia w F1 sięga właśnie Kyalami. Mimo to pierwsza umowę z Formułą 1 podpisała ostatecznie Rwanda.
Tomasz Adamek zapowiedział, że spotka się z prezydentem Karolem Nawrockim w ringu bokserskim, gdy ten jesienią znów pojawi się w Warszawie. Wiadomość tę przekazał w wywiadzie dla MMA.pl.
Były mistrz świata, w dorobku którego jest 53 wygranych i 7 porażek, przyznał, że to on sam wyszedł z inicjatywą. Jak opowiedział na kanale MMA.pl na YouTube, kilka dni wcześniej napisał komentarz na Facebooku, proponując wspólny trening.
Obiecałem mu trening, więc napisałem parę dni temu komentarz na Facebooku: przygotuj dwa kaski, duże rękawice, pobawimy się
Adamek w świecie zawodowego boksu nie musi nikomu niczego udowadniać. Był mistrzem świata IBF i IBO w wadze junior ciężkiej oraz WBC w wadze półciężkiej. Ma 49 lat.
Inspiracja z Azji
Pomysł nie wziął się z powietrza. Podczas podróży po Azji Karol Nawrocki trenował na tarczach trzymanych przez samego Manny’ego Pacquiao. Nagranie z tamtego spotkania szybko obiegło Polskę i wywołało spór o to, czy taka forma aktywności przystoi głowie państwa.
Adamka te głosy oburzenia wyraźnie zirytowały. Krytykom nie zostawił suchej nitki.
No ale gdzie jest problem? To co, prezydent już nic nie może zrobić? A kto to? Jest to człowiek. Dobrze, jest prezydentem, ma tytuł, jest prezydentem Polski, reprezentuje Polskę, ale to dlaczego ma nie potarczować z wielkim mistrzem Mannym Pacquiao?
Sam zastrzega jednak, że spotkanie z prezydentem w ringu będzie miało czysto rekreacyjny charakter — żadnej walki w sportowym sensie tego słowa.
Nie to, że będziemy się bić, bo wiadomo, że przecież prezydent nie jest tam, żeby walczyć, ale posparujemy sobie razem. Jak się mu spodoba, będziemy to kontynuować
Konkretnej daty na razie brak. Wiadomo tylko tyle, że do spotkania dojdzie jesienią, kiedy prezydent Nawrocki będzie w Warszawie.
140 zwycięstw, 7 porażek – taki bilans w karierze amatorskiej ma na koncie Fabian Urbański. Młody szczeciński pięściarz po raz kolejny pokazał, że to nie przypadek. Na gali boksu zawodowego transmitowanej przez Polsat rozprawił się z Litwinem Vladimirem Abramovasem, nie zostawiając mu w ringu żadnych złudzeń. „Litwin Vladimir Abramovas nie miał najmniejszych szans” – takim podsumowaniem skwitowano to starcie.
Na co dzień Urbański trenuje w BKS Skorpion Szczecin, gdzie nad jego formą czuwa trójka trenerów. W narożniku podczas ostatniej walki, jak zwykle, stał jego ojciec Daniel Urbański – sam w przeszłości pięściarz, dziś jeden z filarów przygotowań syna. Zawodnik rywalizuje w kategorii do 80 kg.
Chwili wytchnienia po zwycięstwie nie było. Polak od razu wrócił na zgrupowanie reprezentacji w Wałczu. W tamtejszym Centralnym Ośrodku Sportu trwają teraz przygotowania młodzieżówki – seniorzy po niedawnych mistrzostwach Europy dostali chwilę oddechu, więc na obozie rej wodzą zawodnicy z młodszych roczników. Kadrą seniorów zajmuje się tymczasem trener Tomasz Dylak.
Skąd ten pośpiech? Odpowiedź jest prosta – 14 listopada startują młodzieżowe mistrzostwa Europy w boksie, tym razem w chorwackim Poreczu. Dla Urbańskiego to szansa, by udowodnić, że zdobyty rok wcześniej tytuł mistrza Europy juniorów nie był dziełem przypadku.
Cel jest jeden – złoto
Sam zainteresowany nie bawi się w dyplomację, gdy pytać go o oczekiwania przed Poreczem. „Interesuje mnie tylko złoty medal” – zadeklarował wprost, nie zostawiając pola do interpretacji. Z imponującym bilansem na koncie i świeżym zwycięstwem w kieszeni, młody Szczecinianin jedzie do Chorwacji z jednym zadaniem: obronić europejską dominację w swojej kategorii.
Witalij Kliczko trafił do Krajowego Rejestru Dokumentów Ukrainy jako jedyny urzędujący burmistrz kraju, który w wieku 55 lat potrafi wykonać 55 podciągnięć na drążku. Taką informację przekazał Jarosław Romaniuk, przedstawiciel rejestru, w rozmowie z ukraińskim portalem Shelter.
Kliczko od lat rządzi Kijowem. Zanim zajął się polityką, bił się jako mistrz świata organizacji WBC w kategorii wagi ciężkiej. Tym razem do ukraińskich rekordów wpisał się nie pięścią, a liczbą podciągnięć równą własnemu wiekowi.
To już drugi taki wyczyn z rzędu – rok wcześniej zrobił 54 podciągnięcia, dokładnie tyle, ile miał wtedy lat. Romaniuk, komentując tegoroczne nagranie, nie krył uznania dla formy burmistrza. „Jego technika była perfekcyjna” – stwierdził przedstawiciel rejestru.
55 lat Kliczko skończył 19 lipca i tego samego dnia nagrał swoje podciągnięcia. Materiału jednak od razu nie opublikował. Do sieci trafił dopiero w sierpniu.
Powód opóźnienia
Burmistrz sam wytłumaczył, dlaczego zwlekał z publikacją. „Nie opublikowałem tego wideo na moje 55. urodziny, ponieważ w nocy przed tym doszło do ogromnego ataku wroga na stolicę” – napisał Kliczko. Ostatecznie postanowił pokazać nagranie szerszej publiczności i zadedykować je rodakom. „Teraz dedykuję to wszystkim Ukraińcom, którzy kochają swój kraj, którzy są silni – każdy na swój sposób i w naszej pracy dla naszej wspólnej sprawy – zwycięstwa Ukrainy” – dodał.
Wpis do rejestru i samo nagranie pojawiły się w tym samym czasie co 35. rocznica niepodległości Ukrainy. Kliczko nawiązał do tej daty wprost – napisał, że aby Ukraina wygrała, musi być silna, a dzięki swojemu narodowi, woli i wierze w przyszłość stanie się niezawodnym europejskim państwem. Zwrócił też uwagę na zbieg dat we własnym życiu: 55 lat skończył mniej więcej miesiąc przed rocznicą niepodległości, co oznacza, że przez większość życia żył już w niezależnej, wolnej Ukrainie.
Prudential Center w Newark zgotuje kibicom prawdziwy pojedynek mistrzów – to on będzie główną atrakcją gali BKFC 95. W walce wieczoru naprzeciw siebie staną Jamel Herring i John Dodson.
Herring sięgnął po pas mistrzowski BKFC wagi koguciej i teraz broni go po raz pierwszy. Po drugiej stronie klatki czeka Dodson, obecny mistrz wagi muszej, który chce dołożyć do kolekcji drugi tytuł w organizacji. A jeśli spojrzeć na wspólny bilans obu zawodników w BKFC, robi się naprawdę imponująco: 6 zwycięstw, 0 porażek i tylko 1 remis na dwoje.
Herringa nie trzeba przedstawiać fanom boksu zawodowego. Ma na koncie 24 zwycięstwa i 5 porażek, a w przeszłości nosił pasy mistrza świata WBO oraz IBF w wadze junior lekkiej. W bokserstwie bez rękawic też się odnalazł – dwie walki w BKFC, dwa zwycięstwa.
Dodson z kolei przeszedł przez UFC, gdzie walczył nawet o pas mistrzowski tej organizacji. W BKFC jest niepokonany po pięciu występach, a tytuł zdobył w efektownym stylu – nokautem już w pierwszej rundzie.
Co-main event i reszta karty
Drugą najważniejszą walką wieczoru będzie starcie Jimmiego Rivery z Brandonem Meyerem. Rivera, były pretendent do tytułu BKFC w wadze piórkowej, wraca po ponad rocznej przerwie. Ostatni raz widzieliśmy go właśnie w Prudential Center, gdzie zatrzymał Timmy’ego Masona w trzeciej rundzie. Meyer liczy na czwarte z rzędu zwycięstwo w BKFC.
Na karcie pojawi się też pojedynek Tony’ego Soto z Anthonym Pike’em w limicie do 155 funtów. Soto ma za sobą już walkę o mistrzowski pas BKFC, a Pike w Newark spróbuje zaliczyć drugie z rzędu zwycięstwo przed czasem.
Resztę main card wypełnią starcia: Santo Curatolo z Anthonym Yostem, Irakliego Ghvinjilii z Jonathanem Quirozem, Dalvina Blaira z Parisem Boydem, Jeffa Lentza z Eduardo Peraltą, Noaha Getahouna z Dustinem Baileyem, Mike’a Medrano z Robem Emersonem, Phila Caracappy z Colem Cameronem, Gabrielle Roman z Brooke Evans oraz Dylana Pitta z Nicholasem Saragosą.
Gala BKFC 95 wystartuje w nocy z soboty na niedzielę, 17/18 października, o godzinie 2:00 czasu polskiego. Transmisję na żywo zobaczymy na antenie Fightklubu.
Sześć lat. Tyle brązowy medalista olimpijski z Seulu nie mógł pokazać się w Polsce, bo groził mu areszt za zdarzenie w restauracji we Włocławku. Andrzej Gołota, bohater igrzysk 1988 roku, w maju 1990 roku pojechał z reprezentacją Polski do Włocławka na mecz ze Startem. Tamtego wieczoru nikt jeszcze nie przypuszczał, że sprawa skończy się listem gończym i ucieczką za ocean.
Po zawodach grupa pięściarzy wybrała się najpierw do dyskoteki „Pokusa”, a później do restauracji „Zazamcze”. Krótko po północy przy barze doszło do spięcia między Gołotą a Pawłem Białostockim. Wersje obu stron były diametralnie różne — Gołota twierdził, że to Białostocki napierał na niego przy barze i rozerwał mu koszulkę, Białostocki z kolei utrzymywał, że został uderzony bez żadnego powodu.
O dalszych losach sprawy przesądziły jednak ustalenia sądu. Według nich Gołota wrócił do mężczyzny, sterroryzował go pistoletem gazowym i zabrał mu ubranie. I właśnie ten szczegół zmienił całą sprawę z bójki w lokalu w poważne przestępstwo.
Zarzut rozboju i ucieczka za ocean
Prokuratura postawiła bokserowi zarzut rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Groziło za to wówczas co najmniej pięć lat więzienia. Gołota nie czekał na rozwój wypadków — jeszcze w 1990 roku opuścił Polskę i ostatecznie trafił do Stanów Zjednoczonych. Jak podawał Polski Komitet Olimpijski, zanim dotarł do rodziny w Chicago, przejeżdżał przez Szwecję. W kraju tymczasem wszczęto za nim poszukiwania listem gończym.
W Chicago zamieszkał z żoną Mariolą i małą córką. O karierze zawodowego pięściarza wtedy jeszcze nie myślał — zapisał się na kurs kierowcy ciężarówki. To żona zaczęła szukać dla niego miejsca do treningów, co ostatecznie doprowadziło go do Windy City Gym.
Droga od sali treningowej do zawodowego ringu okazała się zaskakująco krótka. Gołota zadebiutował jako zawodowiec 7 lutego 1992 roku w Milwaukee, pokonując Roosevelta Shulera, który nie dotrwał do końca trzeciej rundy. W pierwszym roku kariery wygrał osiem walk, po czym trafił pod skrzydła grupy promotorskiej Main Events. Kilka lat po ucieczce z Polski stanął już w Madison Square Garden naprzeciwko Riddicka Bowe’a, a w kolejnych latach walczył o mistrzostwo świata z Lennoxem Lewisem, Chrisem Byrdem, Johnem Ruizem i Lamonem Brewsterem.
Powrót do Polski i wyrok
Na formalne rozwiązanie sprawy trzeba było poczekać do 1996 roku. Wtedy Gołota otrzymał list żelazny i po sześciu latach mógł wrócić do Polski bez ryzyka natychmiastowego aresztowania. Proces w sprawie włocławskiej awantury ruszył na początku 1997 roku. Sąd we Włocławku złagodził kwalifikację czynu i skazał boksera na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy lata oraz grzywnę. Sąd apelacyjny poszedł jeszcze dalej, zmniejszając karę do roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata.
Epizod z „Zazamcza” na zawsze pozostał częścią biografii Gołoty. Moment, który wypchnął go z Polski, a pośrednio otworzył mu drogę do kariery na amerykańskich ringach.
42. minuta meczu Azjatyckiej Ligi Mistrzów, Al-Nassr prowadzi z Neftchi Fergana. Piłka ląduje pod nogami Cristiano Ronaldo, a on dobija ją do siatki. Kolejny wieczór, kolejny bohater — i znów to on. Al-Nassr ostatecznie wygrywa 3:1, ale dla 41-letniego Portugalczyka samo trafienie znaczy więcej niż wynik meczu.
To był 981. gol Ronaldo w zawodowej karierze. Do magicznej bariery tysiąca bramek zostało mu już tylko 19 trafień. Liczba, która jeszcze niedawno brzmiała jak odległa abstrakcja, nabiera teraz realnych kształtów.
A forma Portugalczyka w tym sezonie nie daje powodów do wątpliwości — to raczej kwestia czasu niż „czy”. W dziewięciu rozegranych spotkaniach zdobył już pięć goli. Przy odpowiedniej dawce zdrowia i minut na boisku takie tempo może z łatwością domknąć brakujące 19 trafień już w ciągu kilku najbliższych miesięcy.
„Najlepszym piłkarzem w historii jestem ja, kropka”
Ronaldo nie owija w bawełnę, mówiąc o swoich ambicjach, choć jednocześnie stara się trzymać na wodzy oczekiwania wokół samej magicznej liczby. W jednym z ostatnich wywiadów powiedział wprost:
Ludzie nie doceniają mojej formy i moich celów. Czy dążę do tego, by strzelić 1000 goli? Wszystko musi dziać się naturalnie. Najlepszym piłkarzem w historii jestem ja, kropka. Liczby mówią same za siebie. Jeśli uda mi się oto osiągnąć, to będzie niesamowicie.
Te słowa padły tuż przed golem strzelonym Neftchi Fergana. Trudno więc nie odczytać ich jako deklaracji wypowiedzianej w idealnym momencie formy.
W rozgrywkach Azjatyckiej Ligi Mistrzów Al-Nassr ma na koncie dwa mecze i trzy punkty. Bilans jednak nie jest jednoznaczny: w pierwszej kolejce klub z Rijadu doznał bolesnej porażki 0:4 z Al-Ain FC, po czym odbił się zwycięstwem nad Neftchi Fergana.
Kolejna okazja do pogoni za historyczną liczbą nadejdzie już w najbliższy czwartek — tego dnia Al-Nassr zagra na wyjeździe z Al-Ahli Dżudda w lidze saudyjskiej. Każdy kolejny mecz to teraz dla Portugalczyka kolejny krok w stronę bramki numer tysiąc.
78. minuta, Coventry City prowadzi z Newcastle United 2:1. Na boisko wchodzi Ellis Simms. Napastnik zaczynał ten mecz na ławce – Frank Lampard w wyjściowym składzie postawił na 19-letniego Sidikiego Cherifa. Trzy minuty później Simms po raz pierwszy dotyka piłki w tym meczu. I od razu ją wpakowuje do siatki.
Akcja nie była specjalnie skomplikowana. Piłkę od Brandona Thomasa-Asante Simms przejął na skraju pola karnego Newcastle, uderzył – bramkarz Lukas Hornicek nie miał żadnych szans. Ostatecznie Coventry rozbiło rywala 4:1, a czwartego gola dopisał sobie Stephen Mfuni. Dla zespołu Lamparda to skok na 14. miejsce w tabeli Premier League – sześć punktów na koncie i trzypunktowa przewaga nad strefą spadkową.
Sam gol mógłby przejść jako jedna z wielu historii weekendu w Premier League. Ale Simms od pewnego czasu jest też bohaterem innej rozmowy – o reprezentacji Polski. Napastnik złożył już dokumenty potrzebne do wydania polskiego paszportu w konsulacie w Manchesterze. Podstawą jest babcia Simmsa ze strony mamy, urodzona w Polsce.
Temat nie jest nowy – wraca jak bumerang. Media pisały o możliwej grze Simmsa dla Polski już w grudniu 2021 roku, gdy był zawodnikiem Evertonu. Miał wtedy, oprócz Polski, także opcję gry dla Anglii lub Jamajki. Cztery lata później sprawa nabrała realnego tempa, i to na kilka miesięcy przed kluczowymi meczami kadry.
Co na to PZPN
Selekcjoner reprezentacji Polski Jan Urban nie zamyka drzwi. „Jeśli uznamy, że może pomóc reprezentacji, to wtedy go powołamy. To dla mnie normalne, że zawodnicy, którzy mają polskie korzenie, mają prawo być traktowani tak, jak każdy inny Polak z polskim paszportem” – powiedział.
Adrian Mierzejewski, dyrektor techniczny reprezentacji Polski, idzie krok dalej, gdy opisuje samego zawodnika. „Ellis ma polskie korzenie, złożył już dokumenty w konsulacie i czeka na polski paszport. Jesteśmy otwarci na to rozwiązanie, natomiast spokojnie czekamy na rozwój zdarzeń. To wysoki, silny napastnik. Ma dobre wykończenie w polu karnym, potrafi się zastawić, utrzymać przy piłce, zbić ją z powietrza do boku i pójść na dośrodkowanie. Dużo pracuje dla drużyny i co najważniejsze: umie strzelać gole. Nie traktujemy go jako zbawienia reprezentacji, ale daje nam inne możliwości” – ocenił.
Nie wszyscy w polskiej piłce patrzą na to równie optymistycznie. Maciej Chorążyk, szef skautingu zagranicznego w PZPN, przyznaje, że dotąd inicjatywa leżała głównie po stronie związku, nie rodziny zawodnika. „To skomplikowana sprawa. Rodzina nie poczyniła żadnych kroków, żeby skompletować dokumenty. Nasz skaut jest z rodziną Simmsa na łączach, ale z ich strony nie ma inicjatywy. Ellis miał dużo czasu, żeby cokolwiek zrobić i nie zrobił nic, więc nie byłbym optymistą” – mówił Chorążyk.
Złożenie dokumentów w konsulacie w Manchesterze może więc być sygnałem, że coś wreszcie się ruszyło. A terminy nie czekają: Polska zagra w Lidze Narodów z Rumunią 14 listopada, trzy dni później ze Szwecją. Nie jest wykluczone, że właśnie na to zgrupowanie trafi powołanie dla Simmsa. Gol z Newcastle przy pierwszym kontakcie z piłką i rosnąca pozycja Coventry w tabeli Premier League – to wszystko gra teraz na jego korzyść.