⚡ Aktualnie:
Jee wraca do TYLOO przed IEM Beijing 2026, m0NESY broni formy kyousuke m0NESY o kryzysie kyousuke, Cache w puli map i kontrakcie z Falcons do 2030 roku Piastri poza Q3 po raz pierwszy od dwóch sezonów przed GP Meksyku Kierowcy Williamsa nie mają złudzeń: wejście do strefy punktowej będzie niezwykle trudnym wyzwaniem Mocny występ kierowców Racing Bulls przyćmiła dyskwalifikacja Lawsona Co nowego zespoły przywiozły do Meksyku? 2. trening: Leclerc znowu najszybszy, awaria Hamiltona, kolizja Verstappena z Lawsonem Wielki mecz Wembanyamy w NBA. Francuz pomógł wygrać hitowe starcie ze Timberwolves Ogromna szansa przed Soldiciem. Może zmierzyć się z gwiazdą TOP 15 UFC Stolica jest Dzika! Mistrz Polski przegrał derby Warszawy 77:92 Jee wraca do TYLOO przed IEM Beijing 2026, m0NESY broni formy kyousuke m0NESY o kryzysie kyousuke, Cache w puli map i kontrakcie z Falcons do 2030 roku Piastri poza Q3 po raz pierwszy od dwóch sezonów przed GP Meksyku Kierowcy Williamsa nie mają złudzeń: wejście do strefy punktowej będzie niezwykle trudnym wyzwaniem Mocny występ kierowców Racing Bulls przyćmiła dyskwalifikacja Lawsona Co nowego zespoły przywiozły do Meksyku? 2. trening: Leclerc znowu najszybszy, awaria Hamiltona, kolizja Verstappena z Lawsonem Wielki mecz Wembanyamy w NBA. Francuz pomógł wygrać hitowe starcie ze Timberwolves Ogromna szansa przed Soldiciem. Może zmierzyć się z gwiazdą TOP 15 UFC Stolica jest Dzika! Mistrz Polski przegrał derby Warszawy 77:92

„Długo nie chciał pokazać tego światu” – tak włoscy dziennikarze opisują prywatną stronę życia Roberta Kubicy, jedynego polskiego kierowcy, który dotarł do Formuły 1. Teraz jednak na łamach „Sport Week”, dodatku do „La Gazzetta dello Sport”, pojawiła się sesja zdjęciowa z jego domu w Toskanii.

Kubica ma 41 lat, a jego kariera obfitowała w zwroty, jakich mało kto w polskim sporcie doświadczył. W 2008 roku wygrał Grand Prix Kanady i skończył sezon na czwartym miejscu w klasyfikacji generalnej mistrzostw świata F1. Trzy lata później, podczas rajdu Ronde di Andorra, uległ wypadkowi, który na długo zmienił jego życie. Mimo to ze sportów motorowych nie zniknął – startował w WRC, w DTM, a później wrócił nawet do Formuły 1. Dziś jeździ w serii WEC, czyli w wyścigach długodystansowych. W 2025 roku wraz z Philipem Hansonem i Yifei Ye wygrał 24-godzinny wyścig Le Mans.

Jego związek z Włochami nie jest przypadkowy. Jako 13-latek wyjechał tam, by rozwijać karierę sportową, i to właśnie we Włoszech – w Toskanii, w miejscowości Forte dei Marmi, kilka kilometrów od morza – znajduje się jego dom. Sesję w tym domu sfotografował Michele Borzoni, włoski fotograf i laureat nagrody World Press Photo. Jego obiektyw uchwycił rzeczy, które mówią więcej niż jakikolwiek wywiad: symulator jazdy, półkę z trofeami i pamiątkami z kariery oraz profesjonalny rower stacjonarny.

Sąsiedzi z Forte dei Marmi

W tej samej sesji zdjęciowej, co Kubica, wziął udział Alessandro Petacchi – włoski kolarz, zwycięzca klasyfikacji punktowej Tour de France z 2010 roku, od lat jeden z bliskich znajomych polskiego kierowcy. To zestawienie nie jest dziełem przypadku, bo Forte dei Marmi od dawna przyciąga ludzi sportu i show-biznesu.

Miejscowość liczy zaledwie osiem tysięcy mieszkańców i leży na północnym wybrzeżu Toskanii. Jej lista mieszkańców i gości przypomina jednak raczej spis gwiazd. Przez lata mieszkał tam światowej sławy tenor Andrea Bocelli, który wciąż ma w Forte dei Marmi willę. Swoją posiadłość miał tam również Giorgio Armani, zmarły w zeszłym roku projektant. W takim sąsiedztwie Kubica, choć z dala od świateł F1, znalazł sobie miejsce, które – jak pokazuje włoska prasa – długo trzymał dla siebie.

„Zbieram jedzenie. Szukam czegoś do jedzenia” — mówi do kamery mężczyzna w zniszczonych ubraniach, przeszukujący uliczny kosz na śmieci. To Felix Savon, trzykrotny mistrz olimpijski w boksie.

Nagranie obiegło media społecznościowe w kilka godzin. Widać na nim, jak przejeżdżający samochód zatrzymuje się, a kierowca, rozpoznając legendę kubańskiego ringu, pyta z niedowierzaniem: „Mistrzu, co robisz, co się stało?”. Savon ma dziś 59 lat. W świecie boksu mówiono o nim „Big Kid”.

Trudno sobie wyobrazić większy kontrast z karierą, którą Savon zbudował na ringu. 258 zwycięstw, w tym 158 przed czasem, nokautem albo przerwaniem walki. Z boksem rozstał się w wieku 33 lat, tuż po tym, jak w Sydney w 2000 roku sięgnął po trzeci złoty medal olimpijski z rzędu.

Złoto w wadze 91 kg wywalczył trzy razy: w Barcelonie w 1992 roku, w Atlancie w 1996 i w Sydney w 2000. Do kolekcji dodał sześć tytułów mistrza świata. Po dwudziestu latach w boksie amatorskim zawiesił rękawice na kołku w 2001 roku.

Odrzucona fortuna

W latach 90. miał na stole kontrakty warte ponad 10 milionów dolarów — za walki pokazowe z Mikiem Tysonem i Evanderem Holyfieldem. Odmówił. Na Kubie sport zawodowy był surowo zabroniony, a przejście na zawodowstwo oznaczałoby dla niego ucieczkę z kraju. Wybrał lojalność wobec systemu i status amatora.

Lata później zaczął się zupełnie inny rozdział jego życia. Od 2018 do 2024 roku siedział w więzieniu po oskarżeniach o molestowanie seksualne osoby nieletniej. Sąd wymierzył mu 11 lat pozbawienia wolności, choć za kraty spędził sześć — po tym czasie wyszedł na wolność.

Dziś człowiek, który odrzucił fortunę w imię własnych zasad, szuka jedzenia w śmietnikach na ulicy. Nagranie, które rozniosło się po sieci, nie wyjaśnia, co doprowadziło do tego po wyjściu z więzienia. Pokazuje tylko, że byłego mistrza nikt już nie rozpoznaje w garniturze — tylko w podartym ubraniu, pochylonego nad koszem na śmieci.

„Zobacz ile razy już zrobiła z Ciebie, mówiąc najdelikatniej, nienachalnie mądrego”

— napisał Marcin Najman do Tomasza Adamka, znów sugerując, że byłego mistrza świata w boksie trapi problem alkoholowy. Tym razem wpis opatrzył zdjęciem z polskich gór, które wrzucił do mediów społecznościowych.

Temat walki z Adamkiem Najman ciągnie od miesięcy i nie zamierza go puszczać. We wrześniu ogłosił, że przyjmuje wyzwanie — „Zastanowiłem się i powiedziałem, że podejmuję wyzwanie”, napisał wtedy. Wcześniej rozmawiał o tym z Mateuszem Borkiem, który bywa nazywany mentorem Adamka. Sam przyznał, że na początku myślał o MMA, bo — jak to ujął — „wtedy Adamek nie miałby żadnych szans”. Borek jednak miał mu odpowiedzieć, że jeśli chce się naprawdę zmierzyć z Adamkiem, to w rękawicach bokserskich, nie w MMA.

Murański jako przystanek po drodze

Zanim dojdzie do ewentualnego starcia z Adamkiem, Najmana czeka inny rywal. 7 listopada 2026 roku stanie w ringu przeciwko Jackowi Murańskiemu na gali PRIME 19. W jego ocenie ten pojedynek to właśnie klucz do Adamka: „Jak w listopadzie znokautuję Murańskiego, to walka z Adamkiem będzie o krok”.

Tym razem Najman nie ograniczył się do zwykłych sportowych przepychanek. Napisał do Adamka, że to on przyszedł do Freaków i musi się dostosować do „świata Cesarza z Częstochowy”. Dołożył też fragment z polityczną nutą, zarzucając Adamkowi, że w jednym z wywiadów chwalił osobę, która notorycznie obraża prezydenta Karola Nawrockiego. „Ostatnio w wywiadzie wychwalałeś Jacę, tego samego, który notorycznie obraża Twojego kolegę Prezydenta” — napisał.

Przy okazji nazwał się „Cesarzem Freak Fightów” i zarysował podwójny plan na najbliższe miesiące. „To ja jestem Cesarzem Freak Fightów. Siódmego listopada na gali Prime zbiję Twojego ulubieńca Jacę. A później na gali Fame MMA zmierzysz się z gniewem Cesarza” — ogłosił.

Adamek nie wierzy w ten scenariusz

Adamek do całej sprawy podchodzi ze sporym dystansem. W rozmowie z portalem mma.pl nie owijał w bawełnę: „Słuchaj, musiał coś pić. Musiał coś pić albo dobry towar bierze, bo no przecież on się do niczego nie nadaje”. Były mistrz świata zwrócił też uwagę na różnicę w stylu walki między nim a rywalem: „No ja mam walczyć, nawet gdy przegrywam, ale wchodzę i walczę jak prawdziwy tygrys, a nie to, żeby wyjść, dostać jakiś tam jeden cios i się przewracać”.

Jest jeszcze jeden element tej układanki. Adamek ma stoczyć pożegnalny pojedynek, by wypełnić kontrakt z federacją Fame. Czy rywalem w tym ostatnim starciu będzie akurat Najman — tego na razie nikt nie wie. Jedno jest pewne: on prowokuje, Adamek odpowiada z dystansem, i tak to się ciągnie.

„Wymagania wobec pana Tysona wykraczały daleko poza zakres tego, co można było uznać za konieczne do wypełnienia zobowiązań” – mówiła na sali sądowej mecenas Amanda Hadkiss, reprezentująca byłego mistrza świata w boksie. Te słowa padły podczas procesu, który Mike’owi Tysonowi wytoczyła firma Medier Ltd.

Medier Ltd pozwała w Londynie nie tylko samego Tysona, ale też spółkę Tyrannic, którą zarządza jego żona Lakiha Spicer. Powód żąda od 60-letniego byłego boksera 1,5 mln funtów odszkodowania – to niespełna 7,7 mln złotych. O sprawie napisał brytyjski Daily Mail.

Chodzi o kampanię reklamową platformy hazardowej, którą Tyson wcześniej promował. Kłopoty zaczęły się, gdy odmówił udziału w internetowym show tej firmy pod tytułem „Talking Pigeons”, nagrywanym w Amsterdamie. Produkcję zaplanowano na lipiec 2024 roku.

Według scenariusza Tyson miał połączyć się ze studiem, gdzie czekało na niego czterech prezenterów – jeden przebrany za gołębia. Były mistrz miał czytać z kartki przygotowane kwestie, wspominać dzieciństwo i uczyć boksu na manekinie z podobizną Evandera Holyfielda.

Obrona przedstawia to inaczej. Mecenas Hadkiss przekonywała sąd, że podpisany kontrakt zobowiązywał jej klienta jedynie do pokazywania, jak gra w ruletkę czy pokera. Tyson – jak podkreślała – niczego nie złamał. Po prostu odmówił występu w kabaretowej produkcji, która wykraczała poza umówiony zakres.

Walka z Jakiem Paulem w tle

Kluczowy dla sprawy jest moment, w jakim doszło do spięcia. Termin amsterdamskiego show zbiegł się z pierwotną datą walki Tysona z Jakiem Paulem – pojedynku wartego 15 mln dolarów. Ali Reza Sinai, przedstawiciel agencji reklamowej, zeznał przed sądem, że oskarżeni stracili zainteresowanie kampanią w chwili, gdy walka została oficjalnie potwierdzona.

Do tego Netflix, transmitujący pojedynek, zakazał Tysonowi jakiejkolwiek działalności sponsorskiej przed starciem z Paulem. Walkę w końcu przeniesiono na listopad, a Jake Paul wygrał ją jednogłośną decyzją sędziów. Współpraca Tysona z bukmacherem tych wstrząsów nie przetrwała i rozpadła się na dobre – a spór o odszkodowanie trafił teraz przed brytyjski sąd.

UEFA nałożyła na bośniacką federację piłkarską (NFS BIH) grzywnę w wysokości 40,5 tys. euro, czyli około 177 tys. złotych. Powód? Zachowanie kibiców podczas meczu Ligi Narodów z Polską w Zenicy. To pokłosie starcia, w którym Bośnia i Hercegowina pokonała Polaków 1:0.

Reprezentacja Fernando Santosa jechała do Zenicy w dobrych nastrojach – tydzień wcześniej rozbiła Rumunię aż 6:0. Tym razem jednak wszystko poszło inaczej. O losach spotkania zadecydował rzut karny podyktowany po faulu Jana Bednarka w polu karnym, już w końcówce meczu. Z jedenastu metrów nie pomylił się Ivan Basić, dając gospodarzom komplet punktów. Partię prowadził francuski arbiter Jeremie Pignard.

Dla biało-czerwonych to już druga porażka w tej edycji rozgrywek. Sprawa utrzymania w obecnej dywizji Ligi Narodów wciąż nie jest przesądzona – widmo spadku do dywizji C nadal wisi nad kadrą.

Długa lista zarzutów wobec Bośni i Hercegowiny

Jeszcze zanim zapadły decyzje o karach, UEFA otworzyła postępowanie dyscyplinarne w sprawie zachowania kibiców w Zenicy. Bośniacka federacja usłyszała zarzuty: rzucanie przedmiotami na murawę, odpalanie pirotechniki, użycie wskaźników laserowych. Do tego doszły zarzuty o rasistowskie i/lub dyskryminujące zachowania części publiczności – i właśnie ten punkt kosztował NFS BIH najwięcej. UEFA zwróciła uwagę także na opóźnienie rozpoczęcia meczu z Polską, za co odpowiedzialność również spada na federację.

Jak rozkładają się poszczególne kwoty? 15 tys. euro za rasistowskie i/lub dyskryminujące zachowania kibiców, 10 tys. euro za opóźnienie startu meczu, 8 tys. euro za użycie wskaźników laserowych, 4,5 tys. euro za rzucanie pirotechniką i 3 tys. euro za samo jej posiadanie i użycie. UEFA dołożyła do tego karę częściowego zamknięcia stadionu na kolejny mecz reprezentacji Bośni i Hercegowiny, choć z zawieszeniem na dwa lata.

Bośniacy nie są zresztą jedyni. W tej samej turze dyscyplinarnych decyzji UEFA ukarała Węgrów za zachowanie kibiców podczas meczu z Ukrainą – na liście zarzutów znalazły się rzucanie przedmiotami, niszczenie infrastruktury stadionu, zakłócanie hymnów narodowych, pirotechnika i rasistowskie zachowania. Nie obyło się też bez sankcji dla Chorwacji po meczu z Hiszpanią: tam UEFA wskazała na blokowanie przejść ewakuacyjnych, użycie pirotechniki oraz rasistowskie zachowania publiczności.

Max Verstappen w najbliższy weekend znów zamieni kokpit bolidu F1 na coś innego. Pojedzie w wyścigu GT3 na torze w Portimao, w barwach własnej ekipy Verstappen Racing. Za kierownicą zasiądzie Mercedes-AMG GT3 EVO z numerem 3.

Kierownicą podzieli się z Chrisem Lulhamem i Benem Barnicoatem. Zabraknie za to Julesa Gounona i Daniego Juncadelli – ci akurat w tym samym czasie ścigają się w mistrzostwach świata długodystansowego WEC w Barcelonie.

To już kolejna w tym sezonie wycieczka czterokrotnego mistrza świata poza F1. Wcześniej był między innymi 24-godzinny wyścig na Nürburgringu.

Sam Verstappen nie ukrywał, że na wyjazd do Portugalii czeka z niecierpliwością. „Nie mogę się już doczekać. Czeka mnie siedem intensywnych tygodni, ale sprawi mi to przyjemność. Zobaczymy, co uda nam się osiągnąć w Portimao. Uwielbiam ten tor i pobyt w Portugalii, więc postaramy się zaliczyć udany weekend” – mówił na początku października.

Weekend rusza w czwartek, 15 października, sesją testową. Piątek to treningi i kwalifikacje, a najważniejsze wydarzenie – sobotni wyścig – odbędzie się 17 października. Trzygodzinna rywalizacja zacznie się o godz. 17:00 czasu lokalnego, czyli też 17:00 czasu polskiego.

Walka o tytuł w F1 nabiera tempa

Verstappen szykuje się do Portimao, a w Formule 1 tymczasem wrze. Na czele klasyfikacji kierowców jest Kimi Antonelli. Przewagę nad George’em Russellem, Lewisem Hamiltonem i samym Verstappenem ma na tyle solidną, że tytuł mistrza świata może zapewnić sobie już przy okazji Grand Prix USA na torze Circuit of the Americas w Austin. Gdyby się to udało, zostałby najmłodszym mistrzem świata w historii Formuły 1.

Przed kierowcami jeszcze sześć weekendów wyścigowych: Austin, Meksyk, Sao Paulo, Las Vegas, Lusajl i Abu Zabi. Pytanie, czy dwa ostatnie wyścigi sezonu w ogóle odbędą się zgodnie z planem – napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie wciąż stawia to pod znakiem zapytania.

F1 ogłosiła powrót do Afryki po blisko 40 latach przerwy. Gospodarzem zostaje Rwanda — kraj podpisał 10-letnią umowę na organizację Grand Prix. W kalendarzu wyścig pojawi się pod nazwą Grand Prix Afryki i, jak podano w oficjalnym komunikacie, ma zadebiutować na początku lat 2030. Na ogłoszeniu nie zabrakło prezydenta Rwandy Paula Kagame.

Bolidy F1 po raz ostatni pojawiły się na afrykańskiej ziemi w 1993 roku, na torze Kyalami pod Johannesburgiem w RPA. Na starcie stanęli wtedy Michael Schumacher, Alain Prost i Ayrton Senna — nazwiska, które dziś brzmią jak zamknięty rozdział historii sportu. Od tamtego wyścigu kontynent czekał na powrót cyrku F1 niemal cztery dekady.

Stały tor z różnicą wysokości 200 metrów

W odróżnieniu od wielu nowych punktów na mapie kalendarza, tor w Rwandzie nie będzie ulicznym obwodem — powstanie stały obiekt wyścigowy. Za projektem stoi firma byłego kierowcy F1 Alexa Wurza, pracująca w tandemie z Carstenem Tilke, synem znanego projektanta torów Hermanna Tilke. Różnica poziomów na trasie ma sięgać blisko 200 metrów — to stawia ją w gronie najbardziej wymagających terenowo obiektów w całym kalendarzu.

Sama lokalizacja imponuje już samą wysokością. Kigali leży na 1500 m n.p.m., a wyżej spośród obecnych destynacji F1 położone jest tylko Mexico City — 2200 m n.p.m. Tor stanie w Bugeserze, jakieś 40 kilometrów na południe od stolicy Rwandy.

Bugesera nie wzięła się znikąd. Od kilku lat trwa tam budowa dużego regionalnego lotniska, wspieranego finansowo przez Katar i Koreę Południową. Jego otwarcie zaplanowano na początek 2028 roku — a więc jeszcze zanim na torze pojawią się pierwsze bolidy.

Rwanda zostanie trzecim krajem na kontynencie, który ugości wyścig F1 — po RPA, gdzie odbyło się ponad 20 wyścigów, oraz Maroku. To właśnie Maroko otwierało afrykańską historię F1: edycja z 1958 roku w Casablance była zarazem pierwszym wyścigiem Formuły 1 rozegranym w kraju arabskim.

Nowy wyścig może dopisać ciekawy wątek do karier dzisiejszych gwiazd stawki. Lewis Hamilton mówił na początku tego sezonu, że przed zakończeniem kariery chciałby jeszcze pościgać się w Afryce. Brytyjczyk ma dziś 41 lat, więc start Grand Prix Afryki na początku lat 2030 może nadejść dla niego zbyt późno. Inaczej wygląda sytuacja Maxa Verstappena, który niedawno przedłużył kontrakt z Red Bullem. Jesienią 2030 roku Holender będzie miał 33 lata — byłby to już jego 16. sezon w Formule 1.

Sutanna zamiast rękawic bokserskich — przynajmniej na planie. Mariusz Pudzianowski zagrał rolę księdza w filmie „Sąsiady”. Produkcja opowiada o mieszkańcach ubogiej łódzkiej kamienicy, których codzienność naznaczona jest trudnymi doświadczeniami oraz brakiem perspektyw.

W jednej ze scen postać grana przez byłego strongmana spotyka kobietę graną przez Annę Muchę i wdaje się z nią w ostrą wymianę zdań. Obok Pudzianowskiego w obsadzie znaleźli się Ewa Błaszczyk, Piotr Głowacki, Katarzyna Herman, Krystyna Tkacz i Marek Dyjak.

To nie jest zresztą jego pierwsze aktorskie podejście. Wcześniej pojawiał się w serialach „Dziki”, „Niania”, „Daleko od noszy”, „Mały Grand Hotel” oraz w „Camera Cafe”. Zagrał też siłacza w filmie „Nie ma takiego numeru”, a w 2024 roku wystąpił gościnnie jako on sam w serialu „Gąska”.

Plotki o powrocie do klatki

W cieniu doniesień o roli w „Sąsiadach” na nowo odżyły spekulacje o sportowej przyszłości 49-letniego zawodnika. Zagraniczna federacja Oktagon MMA chciała z nim współpracować, ale do podpisania kontraktu ostatecznie nie doszło. Nie udało się też Łukaszowi „Jurasowi” Jurkowskiemu, zaangażowanemu w projekt Fight Mode — on także próbował namówić Pudzianowskiego do powrotu do klatki, bezskutecznie.

Mimo to w kuluarach pojawiły się doniesienia, że Pudzianowski ma zadebiutować jako zawodnik Fame MMA na gali Fame MMA 33. Temat podchwycił Jarosław „pashaBiceps” Jarząbkowski, który podczas jednego ze streamów odniósł się do potencjalnej walki.

Ogłaszają go chyba teraz w Radomiu, w sobotę i w boksie, małe rękawice. (…) Wczoraj do mnie dzwonili i mówią, ty słuchaj „10 października”, bo chcą zestawić legendę sportu z legendą esportu

Na razie żadna ze stron oficjalnie nie potwierdziła szczegółów starcia. A samego Pudzianowskiego dziś łatwiej spotkać na planie filmowym niż w oktagonie.

Przemysław Saleta potwierdził w rozmowie z Interią, że obecnie przebywa w szpitalu. Od razu jednak zastrzegł — jego obecny stan nie jest powodem do paniki.

Wszyscy myślą lub boją się, że umieram

58-letni były bokser trafił na oddział na szczegółowe badania. To właśnie wtedy lekarze wykryli u niego niewydolność nerki. Dla niego samego nie jest to żadne zaskoczenie — jak przyznaje, choruje na nią od pięciu lat. Tyle samo czasu minęło od udaru, którego Saleta doświadczył i który — jak twierdzi — nie zostawił po sobie żadnych trwałych śladów.

Kłopoty zaczęły się nawarstwiać, gdy u sportowca pojawiło się migotanie przedsionków. Co ciekawe, w ogóle go nie czuł. „Natomiast jakiś czas temu pojawiło się migotanie przedsionków, którego nie odczuwałem. Nadwyrężyło ono moje serce, a to z kolei miało trochę wpływ na chorą nerkę”. Od wakacji parametry chorej nerki są gorsze, choć — jak zaznacza — w jej funkcjonowaniu nic się nie zmieniło.

Saleta od pięciu lat ma świadomość, że prędzej czy później czekają go dializy i przeszczep nerki. Gdy latem wyniki się pogorszyły, zdecydował się ruszyć z badaniami kwalifikacyjnymi do przeszczepu. Problem w tym, że takie wyniki ważne są tylko pół roku — na decyzję czasu więc nie zostało wiele.

Na razie jednak do samej wizji dializ bokser podchodzi z dystansem. „Lekarz na dializy chciałby mnie wrzucić natychmiast, ale ja nie widzę ani nie odczuwam takiej potrzeby. Być może jednak się na nie zdecyduję”.

Czy to echo oddanej nerki sprzed lat?

Artur Gac z Interii zapytał wprost, czy obecne problemy zdrowotne Salety mogą mieć związek z oddaniem nerki córce blisko dwie dekady temu. Saleta zaprzeczył bez wahania. „Nie, ponieważ te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego. Oddałem nerkę 19 lat temu. Nikt nie wie, co wydarzy się za 19 lat (…) Na pewno nie wiązałbym oddania jednej nerki z chorobą nerki”.

Ta historia zaczęła się w 2007 roku, gdy lekarze zdiagnozowali u córki Salety, Nicole, ostrą niewydolność nerek. Przemysław Saleta bez wahania zdecydował się wtedy oddać jej własną nerkę. Sama operacja nie przebiegła jednak gładko — doszło do krwotoku wewnętrznego i niewydolności oddechowej. Lekarze nie mieli wyjścia i wprowadzili boksera w stan śpiączki farmakologicznej.

Ołeksandr Usyk oddał pasy mistrzowskie i zapowiedział, że przed nim najpewniej ostatnia walka w karierze. Ukrainiec wciąż jednak szuka godnego pożegnania z ringiem, a jego plany w ostatnich tygodniach wywróciły się do góry nogami.

Jeszcze niedawno sam mówił, że chętnie zmierzyłby się z Deontayem Wilderem. „Jeśli Wilder będzie chciał ze mną walczyć, to to zrobimy. To dobre pieniądze” – przyznawał Ukrainiec. W amerykańskich mediach pojawiły się nawet doniesienia, że do pojedynku miało dojść w marcu, w Stanach Zjednoczonych.

Z tego nic jednak nie będzie. Rozmowy w sprawie starcia Usyk-Wilder rozbiły się w drobny mak.

Na miejscu Amerykanina pojawiło się zupełnie inne nazwisko. Jak podaje ekspert bokserski Mike Coppinger, Usyk ma teraz na oku Davida Benavideza – kolejnego, a być może już ostatniego rywala w karierze.

Kim jest David Benavidez

Benavidez to obecnie mistrz świata federacji WBA i WBO w wadze ciężkiej. Amerykanin wciąż nie zna smaku porażki na zawodowym ringu, a w jego dorobku jest aż 25 zwycięstw przez nokaut. To właśnie z nim Usyk może postanowić zamknąć swoją wielką karierę.

Instalacja aplikacji
Pobierz