⚡ Aktualnie:
Jee wraca do TYLOO przed IEM Beijing 2026, m0NESY broni formy kyousuke m0NESY o kryzysie kyousuke, Cache w puli map i kontrakcie z Falcons do 2030 roku Piastri poza Q3 po raz pierwszy od dwóch sezonów przed GP Meksyku Kierowcy Williamsa nie mają złudzeń: wejście do strefy punktowej będzie niezwykle trudnym wyzwaniem Mocny występ kierowców Racing Bulls przyćmiła dyskwalifikacja Lawsona Co nowego zespoły przywiozły do Meksyku? 2. trening: Leclerc znowu najszybszy, awaria Hamiltona, kolizja Verstappena z Lawsonem Wielki mecz Wembanyamy w NBA. Francuz pomógł wygrać hitowe starcie ze Timberwolves Ogromna szansa przed Soldiciem. Może zmierzyć się z gwiazdą TOP 15 UFC Stolica jest Dzika! Mistrz Polski przegrał derby Warszawy 77:92 Jee wraca do TYLOO przed IEM Beijing 2026, m0NESY broni formy kyousuke m0NESY o kryzysie kyousuke, Cache w puli map i kontrakcie z Falcons do 2030 roku Piastri poza Q3 po raz pierwszy od dwóch sezonów przed GP Meksyku Kierowcy Williamsa nie mają złudzeń: wejście do strefy punktowej będzie niezwykle trudnym wyzwaniem Mocny występ kierowców Racing Bulls przyćmiła dyskwalifikacja Lawsona Co nowego zespoły przywiozły do Meksyku? 2. trening: Leclerc znowu najszybszy, awaria Hamiltona, kolizja Verstappena z Lawsonem Wielki mecz Wembanyamy w NBA. Francuz pomógł wygrać hitowe starcie ze Timberwolves Ogromna szansa przed Soldiciem. Może zmierzyć się z gwiazdą TOP 15 UFC Stolica jest Dzika! Mistrz Polski przegrał derby Warszawy 77:92

„’Siostra Księżyc’ Chwalińska pokonała Dianę Sznajder 7:6, 6:4 i awansowała do finału. Startując od kwalifikacji, 'Siostra Księżyc’ odniosła 9 zwycięstw z rzędu. W walce o tytuł zmierzy się z Mirrą Andriejewą” — tak portal Sina Sport skomentował półfinał Rolanda Garrosa. Tym właśnie mianem chińscy kibice i media ochrzcili Maję Chwalińską. Po polsku brzmi to jak „Siostra Księżyc”.

Przydomek nie jest nowością. Pojawił się już podczas tegorocznego Rolanda Garrosa, kiedy Polka namieszała we Francji nie na żarty. Zaczęła od pierwszej rundy kwalifikacji, a skończyła w finale turnieju — sama ta droga była sportową sensacją. Chińscy dziennikarze przydomka nie zapomnieli i sięgnęli po niego ponownie, gdy nadarzyła się kolejna okazja.

Seria zwycięstw w Wuhan

Tą okazją był turniej w Wuhan. Chwalińska znów pokazała formę, która w tym sezonie stała się jej wizytówką — a wcześniej zdążyła jeszcze dotrzeć do półfinału w Singapurze. W Wuhan rozprawiła się z Egipcjanką Mayar Sherif, wygrywając 6:2, 6:3. Potem przyszła kolej na Czeszkę Marie Bouzkovą. Zaczęło się od słabego pierwszego seta, przegranego 1:6, ale Polka odwróciła losy meczu i triumfowała 1:6, 6:1, 6:1.

To zwycięstwo znaczyło więcej niż sam wynik na tablicy. Po pokonaniu Bouzkovej Chwalińska po raz pierwszy w karierze wskoczyła do czołowej dwudziestki rankingu WTA liczonego „na żywo”. Dla zawodniczki, która jeszcze niedawno przebijała się przez kwalifikacje wielkoszlemowych turniejów, to kolejny sygnał, że jej awans nie jest dziełem przypadku.

Charakterystyczny styl gry Polki — wysokie, mocno podkręcone piłki, trudne do przyjęcia dla rywalek, w żargonie tenisowym nazywane „moonballami” — najwyraźniej urzeka też chińską publiczność. To właśnie on zainspirował przydomek odwołujący się do księżyca. Trudno wymyślić trafniejszą metaforę dla zawodniczki, która wybija piłki wysoko w powietrze i czeka, aż opadną w polu rywalki.

Dzięki wynikom z tego sezonu Chwalińska ma już zapewnione miejsce w największych tenisowych turniejach świata na najbliższe miesiące. „Siostra Księżyc” będzie więc miała kolejne okazje, by pokazać, że chiński przydomek to nie jednorazowy żart kibiców, lecz trwały element jej tenisowej tożsamości.

„Zwyciężyła 6:2, 6:1 i zameldowała się w kolejnej rundzie turnieju” – takim wynikiem Iga Świątek zamknęła drugą rundę turnieju WTA 1000 w Wuhan, nie dając żadnych szans Magdalenie Fręch. Ten triumf oznacza dla Polki awans do trzeciej rundy zawodów.

Dobrze w Wuhan radzi sobie też Maja Chwalińska. W trzysetowym boju pokonała Marie Bouzkovą 1:6, 6:1, 6:1 – kolejny powód do satysfakcji dla kibiców polskiego tenisa śledzących ten turniej.

Na kolejną rywalkę Świątek nie musiała długo czekać. W trzeciej rundzie zagra z Amerykanką Ashlyn Krueger, a stawka tego starcia jest spora – wygrana otwiera drzwi do ćwierćfinału.

O której godzinie i gdzie obejrzeć mecz Świątek – Krueger?

Mecz trzeciej rundy wyznaczono na czwartek, 15 października. Organizatorzy zastrzegli jednak, że nie rozpocznie się on przed godziną 13:00 czasu polskiego. Kibice śledzący występy Świątek w Chinach muszą więc liczyć się z czekaniem – wszystko zależy od tego, jak poukładana zostanie kolejność meczów na korcie.

Transmisję pokaże CANAL+Sport 2. Nie macie dostępu do telewizji? Spotkanie da się śledzić także w serwisie streamingowym CANAL+ Online.

„CBA zwróciło się o dokumentację dotyczącą współpracy z Publiconem” — tak wizytę funkcjonariuszy w siedzibie PZPN opisują źródła Onetu, które jako pierwsze ujawniły, że sprawa kontraktu wrocławskiej spółki trafiła w pole widzenia służb. Agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zjawili się w związku i wyszli z dokumentami dotyczącymi umowy z Publicon Sport. Wizytę potwierdziły Onetowi obie strony — zarówno CBA, jak i sam PZPN.

Funkcjonariusze poprosili o dokumentację współpracy z Publiconem. Związek się nie opierał. PZPN udostępnił CBA wszystkie zażądane materiały i na tym wizyta agentów się zakończyła. Samo biuro na razie nie chce rozwijać tematu — oficjalnie sprawy nie komentuje.

Źródła Onetu łączą działania CBA z postępowaniem prokuratury w sprawie umowy na obsługę sponsorską związku. Chodzi o kontrakt, który od 2023 roku wiązał PZPN z wrocławską spółką Publicon Sport, odpowiadającą za obsługę umów sponsorskich. Za tę współpracę firma otrzymywała miesięczny ryczałt w wysokości 150 tys. zł — i do tego wysokie prowizje.

Skalę wątpliwości wokół kontraktu pokazało dziennikarskie śledztwo TVN24. Reporterzy ujawnili, że PZPN płacił Publicon Sport nawet za kontrakty, przy zawieraniu których spółka w ogóle nie brała udziału. Publicon Sport należy do firmy kontrolowanej przez biznesmena Radosława Tadajewskiego. Prezes spółki Szymon Sikorski nie podjął próby wyjaśnień — telefonu od Onetu nie odebrał, na prośbę o rozmowę nie odpowiedział.

Umowa do 2027, groziło przedłużenie do 2032

Presja wokół kontraktu nie jest nowa. Już w styczniu Onet informował, że PZPN zdecydował się zakończyć współpracę z Publicon Sport. To jednak nie oznacza szybkiego rozstania — umowa obowiązuje do 31 lipca 2027 roku. Gdyby związek nie podjął wówczas decyzji o zakończeniu współpracy, kontrakt automatycznie przedłużyłby się do 2032 roku.

Formalny impuls do działania służb dała prokuratura. Pod koniec sierpnia Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ochota wszczęła śledztwo dotyczące działania na szkodę PZPN w związku z kontraktem z Publicon Sport. Postępowanie obejmuje podejrzenie niegospodarności i wyrządzenia szkody majątkowej wielkich rozmiarów, wynoszącej co najmniej 4 mln zł.

Porażka Muchovej otwiera Idze Świątek drzwi do WTA Finals – tak najkrócej można streścić to, co się wydarzyło w Wuhan. Karolina Muchova przegrała w III rundzie turnieju z Dianą Sznajder 5:7, 3:6. Dla Świątek to wiadomość pierwszej wagi, bo wciąż może ona zakwalifikować się do turnieju dla ośmiu najlepszych tenisistek sezonu.

Po odpadnięciu z turnieju Muchova nie powiększy już swojej przewagi nad Polką w rankingu WTA Race. Czeszka wciąż prowadzi w tym bezpośrednim starciu – ma 816 punktów przewagi i zajmuje 7. pozycję z dorobkiem 4735 „oczek”. Poduszka wciąż solidna. Tylko że już nie rośnie.

Mechanizm kwalifikacji jest prosty: do WTA Finals jedzie osiem najlepszych zawodniczek klasyfikacji WTA Race. Sześć pierwszych miejsc jest już rozdanych – awans wywalczyły zawodniczki z czołówki tabeli. Na szczycie króluje Jelena Rybakina z 7502 punktami, za nią Aryna Sabalenka (6560), Mirra Andriejewa (6371), Jessica Pegula (5835), Coco Gauff (5774) i Elina Switolina (5036) – wszystkie mają już zapewnione miejsce w Rijadzie.

Ósme miejsce też jest już obsadzone, choć w dość nietypowy sposób. Linda Noskova zajmuje 8. pozycję w WTA Race i ma zapewniony awans jako zwyciężczyni Wimbledonu 2026. Zostaje więc tak naprawdę jedno wolne miejsce – siódme, obecnie w rękach Muchovej.

Gdzie jest Świątek i kto jej zagraża

Iga Świątek zajmuje obecnie 10. miejsce w rankingu WTA Race z 3919 punktami. Od 9. Marty Kostiuk dzieli ją zaledwie jeden punkt. Różnica kosmetyczna. Ale Ukrainka ma jedną istotną przewagę – nie gra już w Wuhan, więc nie zdobędzie tam żadnych dodatkowych punktów. Wystarczy więc, że Świątek wygra czwartkowy mecz z Ashlyn Krueger, a automatycznie wyprzedzi Kostiuk w klasyfikacji.

Dużo trudniejsze zadanie czeka Polkę w starciu z Muchovą. Aby wyprzedzić Czeszkę w rankingu WTA Race, Świątek musiałaby wygrać cały turniej w Wuhan. Tylko triumf daje matematyczną szansę na odwrócenie układu sił – przy pełnym zwycięstwie Polka miałaby na koncie 4799 punktów, czyli 64 więcej niż Muchova. Każde wcześniejsze odpadnięcie oznacza, że przewagi Czeszki w samym Wuhan już nie da się odrobić.

Na szczęście dla Świątek kalendarz daje jej jeszcze dwie szanse. Po Wuhan czekają ją turnieje w Ningbo i Tokio. I właśnie tam, a nie tylko w rozgrywanym teraz turnieju, rozstrzygnie się, czy Polka zdoła dogonić rywalkę przed startem WTA Finals 7 listopada.

„Dzisiejszy poziom sędziowania był szokujący. Po prostu okropny. Robert jest faulowany, a oni pozwalają na kontynuowanie gry. To naprawdę zaskakujące, że piłkarze nie są chronieni” – powiedział Gregg Berhalter, trener Chicago Fire, na konferencji prasowej po meczu.

A wściekłość miała swój konkretny powód. Chicago Fire przegrało 1:3 z Philadelphią Union i tym samym urwało sobie dobrą serię – wcześniej zespół Berhaltera wygrał trzy mecze z rzędu.

Początek spotkania nie wskazywał jednak na żadną katastrofę. Fire prowadziło 1:0 po golu Marena Haile-Selassie, a Robert Lewandowski, obecny w wyjściowym składzie Chicago, zdążył rozegrać 68 minut, zanim zszedł z boiska.

Potem zrobiło się nerwowo. Jeszcze przed przerwą Jack Elliott zobaczył drugą żółtą kartkę, więc pierwszą połowę Chicago musiało dokończyć w dziesięciu. W drugiej odsłonie gra się posypała – Philadelphia strzeliła trzy gole w ciągu zaledwie 17 minut i odwróciła losy meczu.

Berhalter: sędziowanie było szokujące

Po końcowym gwizdku Berhalter nie owijał w bawełnę i wrócił do decyzji sędziego Ricardo Fierro. Według trenera arbiter nie reagował na faule wobec Lewandowskiego, mimo protestów ze strony jego zespołu. Zaraz jednak dodał zastrzeżenie: to nie jest jego ogólna ocena sędziowania w tym sezonie, bo przez większość roku arbitrzy, jak sam przyznał, spisywali się znakomicie.

Osobno skomentował też obie żółte kartki dla Jacka Elliotta. Pierwszą nazwał decyzją, którą trudno nawet uznać za faul, drugą – ewidentnym żółtym kartonikiem. Zwrócił przy tym uwagę na problem, który wraca jak bumerang: to kolejny mecz, w którym Chicago grało w dziesiątkę i nie zdołało utrzymać korzystnego wyniku.

Na długie rozpamiętywanie porażki czasu jednak nie będzie. Najbliższy mecz w MLS zespół Berhaltera rozegra w nocy z soboty na niedzielę, o godzinie 1:30, z New England Revolution – obecnie trzecią siłą Konferencji Wschodniej. Dalej w kalendarzu sezonu zasadniczego czekają jeszcze: Atlanta United 25 października, Orlando City 29 października, Colorado Rapids 1 listopada oraz Columbus Crew 7 listopada.

„Portugalski klub przegrał 2:3” – tak lokalne media w Portugalii podsumowały wtorkowy wieczór FC Porto. Dla dwóch polskich piłkarzy ten wieczór miał jednak zupełnie inny wymiar. Real Betis pokonał FC Porto 3:2 w meczu Ligi Mistrzów, a o losach spotkania zdecydował rzut karny Isco w 84. minucie. Wcześniej było 0:1 dla gości, potem FC Porto zdołało odwrócić wynik na 2:1 w drugiej połowie – a jednak to Portugalczycy w końcu zeszli z boiska pokonani.

Dla Oskara Pietuszewskiego mecz w Sewilli znaczył więcej niż tylko kolejny wpis w tabeli. Pomocnik zadebiutował w Lidze Mistrzów, wchodząc na boisko w 59. minucie. Jakub Kiwior takiego luksusu, czyli wejścia do gry z marszu w jej trakcie, nie miał – zagrał całe dziewięćdziesiąt minut od pierwszego gwizdka. Obaj znaleźli się w składzie FC Porto w sytuacji, która dla klubu komfortowa nie była: Jan Bednarek odpadł z gry przez czerwoną kartkę, a to otworzyło Kiwiorowi drzwi do pełnego wymiaru gry w defensywie.

Jak oceniły ich portugalskie media

Portal Dia de Jogo wystawił Pietuszewskiemu notę 6,7/10. Za czym stały te liczby? W ciągu pierwszych trzydziestu minut na boisku Polak zdążył stworzyć świetną okazję i odzyskać pięć piłek – więcej niż jakikolwiek inny pomocnik z wyjściowej jedenastki w przeliczeniu na ten sam czas gry. Do tego siedem skutecznych podań z dziewięciu i trzy wygrane pojedynki z sześciu. Record poszła w zupełnie innym kierunku – przyznała mu tylko 2/6, odnotowując jedynie kilka podań po lewej stronie, które niczym nie groziły rywalom.

Kiwior od Dia de Jogo dostał nieco słabszą notę, 6,5/10 – mimo to portal uznał go za najlepszego obrońcę FC Porto tego wieczoru. Liczby mówią same za siebie: cztery przechwyty, siedem wybić, trzy odzyskane piłki i 48 celnych podań na 55 w pełnych dziewięćdziesięciu minutach, do tego pięć wygranych pojedynków z jedenastu. Record oceniła go wyżej niż Pietuszewskiego – 3/6 za skuteczne krycie Troya Parrotta i kilka naprawdę dobrych bloków.

Na kolejny egzamin obaj Polacy, a z nimi cały zespół FC Porto, poczekają. Przed starciem z PSV, zaplanowanym na 20 października na 21:00, portugalski klub nie rozegra ani jednego meczu ligowego.

„31-latek w meczu kontrolnym z Brooklyn Nets był nie do zatrzymania” – tak najkrócej można opisać występ Giannisa Antetokounmpo, który w barwach Miami Heat po raz kolejny przypomniał, dlaczego liczy się do grona najlepszych koszykarzy na świecie. Grek latem przeniósł się do Miami i w kolejnym sparingu przed startem sezonu 2026/2027 udowodnił, że w nowym zespole czuje się już jak u siebie.

Wystarczyło mu 24 minuty na parkiecie, by wpisać na swoje konto 20 punktów. Do tego 15 zbiórek i aż dziewięć asyst – statystyka, która ociera się o triple-double. Pod koszem wciąż ciężko go zatrzymać: trzy blokady to jego wizytówka, choć zdarzyły mu się też cztery straty. Z gry było 8 z 10, za trzy punkty gorzej – żadnej trafionej z dwóch prób. Słabiej wypadł za linią rzutów wolnych, gdzie wykorzystał tylko 4 z 9 szans.

Miami Heat rozbiło Brooklyn Nets 144:128. Mecz układał się nierówno, kwarta po kwarcie: 35:29, 34:37, 43:37 i 32:25. Heat mają już w przedsezonowych rozgrywkach bilans 3-1. Oprócz Antetokounmpo w ekipie z Florydy błysnęli jeszcze Andrew Wiggins, który dołożył 19 punktów, oraz Tim Hardaway Jr. z 14 oczkami.

Gościom z Nowego Jorku nie pomogły nawet 27 punkty Michaela Portera. Po stronie Nets uwagę zwracał też Egor Demin, autor 17 punktów, a Wagner i Julius Randle dopisali do swojego konta po 15.

Duren wraca po kontraktowych targach

Tego samego dnia Detroit Pistons rozbili Minnesotę Timberwolves 128:106. Błysnął Jalen Duren – 24 punkty i 8 z 9 z gry. Dla środkowego to był debiut przedsezonowy. Wcześniej, zamiast na parkiecie, spędzał czas przy stole negocjacyjnym, ustalając warunki nowego kontraktu.

Do startu sezonu zasadniczego NBA 2026/2027 zostało już niewiele czasu. Rozgrywki ruszają 20 października.

„Mam nadzieję, że jeszcze go zobaczymy. Bardzo bym tego chciał, ale tylko wtedy, gdy będzie to właściwe. Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał zobaczyć Michaela w stanie, w którym nie chcielibyśmy go widzieć albo w którym on sam nie chciałby, żebyśmy go oglądali” – powiedział Richard Hopkins w rozmowie z iPredicta. Ten były szef operacyjny Red Bull Racing poznał Schumachera jeszcze wtedy, gdy sam kręcił się po padoku jako mechanik McLarena. Od lat regularnie wpadali na kawę.

Stan zdrowia siedmiokrotnego mistrza świata i byłego kierowcy Ferrari to jedna z najpilniej strzeżonych tajemnic sportu. Historia zaczęła się w grudniu 2013 roku – wypadek na nartach we francuskich Alpach. Schumacher doznał wtedy ciężkich obrażeń głowy i przez kilka miesięcy pozostawał w śpiączce. Bliscy poinformowali później, że odzyskał przytomność, i od tamtej pory nie ujawnili żadnych szczegółów leczenia. Dziś Schumacher ma 57 lat. Z nieoficjalnych informacji wynika, że wymaga stałej pomocy medycznej i nie funkcjonuje samodzielnie.

Hopkins nie kryje, że chciałby znów usiąść z nim przy stoliku. Stawia jednak jasny warunek. „Chciałbym zobaczyć Michaela, ale chciałbym, żeby czuł się dobrze. Myślę, że 'dobrze’ to właściwe słowo. Jeśli jednak nie będzie dobrze, wolałbym go nie oglądać” – zaznaczył. Przyznał też, że nie wie, jak na takie spotkanie zareagowałaby Corinna Schumacher, żona kierowcy, która wraz z najbliższym otoczeniem konsekwentnie chroni prywatność rodziny.

„Michael był uosobieniem siły. Myślę, że Corinna chroni go bardziej, niż chroni samą siebie, rodzinę i wszystko inne. Chciałbym go zobaczyć, porozmawiać z nim i napić się z nim kawy, zamiast oglądać go w sytuacji, w której nie czułby się dobrze. Trzeba to uszanować” – powiedział Hopkins.

Schumacher, jakiego pamięta Hopkins

Do tych wspomnień sprowokowała premiera dokumentu „Schumacher 94: Narodziny legendy” na Netflixie. Produkcja opowiada historię pierwszego tytułu mistrzowskiego Niemca, zdobytego z zespołem Benetton. Sezon 1994 zapisał się w historii F1 z zupełnie innego powodu – tragicznymi śmierciami Ayrtona Senny i Rolanda Ratzenbergera podczas weekendu wyścigowego w Imoli. W dokumencie udział wzięła sama Corinna Schumacher.

Hopkins opisał kierowcę jako człowieka pełnego emocji, których rzadko ukrywał. „Schumacher był bardzo emocjonalnym człowiekiem i nosił serce na dłoni, szczególnie w sytuacjach, gdy ogarniały go emocje i złość. Nie zawsze dotyczyło to smutku. Jestem pewien, że zdarzały się również takie momenty. Nie był zbudowany ze stali ani nie był robotem. Ostatecznie był człowiekiem” – powiedział. Zwrócił też uwagę, że publiczny wizerunek Niemca nie zawsze pokrywał się z tym, co widzieli ludzie z jego najbliższego otoczenia. „Jestem pewien, że za zamkniętymi drzwiami część tego, co widzieliśmy, była pewnego rodzaju rolą. Myślę jednak, że wynikało to z jego własnych powodów” – zauważył Hopkins.

„Nie powiedziałbym, że to się nie udało. Oczywiście, nie zdobyliśmy tytułu. Trudno wygrać, gdy grupa zawodników gra ze sobą przez rok albo dwa”

— powiedział Joel Embiid, podsumowując lata prób i porażek Philadelphia 76ers. Teraz do tej samej drużyny trafia 41-letni LeBron James, który połączył siły z Jaylenem Brownem, Embiidem i Tyresem Maxeyem.

Ambicje klubu nie są tajemnicą. Jak pisze NBC News, walka o tytuł ma zacząć się już w pierwszym sezonie tego projektu. W Filadelfii to zdanie słyszano już wiele razy. Josh Harris przejął Sixers w 2011 roku i od tamtej pory klub w kółko próbuje poskładać zespół, który zaprowadzi go na szczyt.

Historia inwestycji, które nie przyniosły pierścionka

Lista nazwisk, które przewinęły się przez Filadelfię w poszukiwaniu mistrzostwa, jest długa. Andrew Bynum, sprowadzony przez Sixers, nie rozegrał w barwach klubu ani jednego meczu — problemy zdrowotne przekreśliły ten transfer, zanim zdążył się na dobre zacząć. Przez skład przewinęli się też Jimmy Butler, James Harden, Paul George, Tobias Harris i Al Horford. Kolejne inwestycje, kolejne nazwiska — a finału NBA Sixers nie zobaczyli ani razu.

Jimmy Butler trafił do Filadelfii z Minnesoty w 2018 roku. Rok później, z Butlerem, Embiidem i Benem Simmonsem w składzie, Sixers dotarli do półfinału Konferencji Wschodniej. Tam w siedmiu meczach przegrali z Toronto Raptors. Gdy klub postawił na Tobiasa Harrisa, a nie na zatrzymanie Butlera, ten nie przebierał w słowach: „Tobias Harris zamiast mnie?!”.

Decyzja o Harrisie okazała się kosztowna w najbardziej dosłownym sensie — kontrakt wart 180 mln dolarów, a przez pięć sezonów w Filadelfii ani jednego wyboru do Meczu Gwiazd.

James Harden dołączył do Sixers w lutym 2022 roku, budząc nadzieje na natychmiastowy skok jakościowy. W play-offach 2023 roku Filadelfia prowadziła z Boston Celtics 3:2 — seria była w zasięgu ręki, a jednak uciekła. W szóstym meczu Harden nie trafił żadnego z sześciu rzutów za trzy punkty, w decydującym siódmym zdobył zaledwie dziewięć punktów. Jesienią trafił do Los Angeles Clippers.

Rok później do klubu dołączył Paul George, podpisując czteroletnią umowę na 212 mln dolarów. George z czasem zamienił się w kartę przetargową — został wykorzystany w wymianie, która pomogła sprowadzić do Filadelfii Jaylena Browna, dziś jednego z partnerów LeBrona Jamesa w nowym projekcie.

Punktem odniesienia dla wszystkich tych prób pozostaje rok 1983 — ostatni, w którym Sixers świętowali mistrzostwo NBA. Przed tamtym sezonem klub sprowadził z Houston Rockets Mosesa Malone’a, a ten już w swoim debiutanckim sezonie w Filadelfii został MVP ligi. Grał wtedy u boku Juliusa Ervinga, Maurice’a Cheeksa, Bobby’ego Jonesa i Andrew Toneya — składu, który do dziś pozostaje wzorem, do jakiego Sixers wciąż próbują dorównać.

Czterdzieści jeden lat później klub znów stawia wszystko na jedną kartę. Liczy, że LeBron James dopisze do tej historii rozdział, którego od dekad brakuje.

„Musimy być przygotowani na najgorsze możliwości, a każdy musi wziąć na siebie odpowiedzialność – zarówno instytucje, jak i obywatele” – te słowa emira Kataru szejka Tamima bin Hamada Al Thaniego, cytowane przez stację Al Araby TV, zabrzmiały jak ostrzeżenie dla całego kraju. Władca zaapelował do katarskich instytucji i obywateli, by szykowali się na trudny rozwój wydarzeń. Chodzi o reakcję na to, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie.

A dzieje się sporo. W ostatnich dniach Huti atakują Arabię Saudyjską, a Rijad odpowiada uderzeniami w pozycje rebeliantów w Jemenie. Do tego dochodzi ryzyko eskalacji konfliktu między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Co ciekawe, w samym wystąpieniu emira nie padło ani słowo o Formule 1 – nie ogłoszono też żadnych zmian dotyczących Grand Prix Kataru.

Mimo regionalnego napięcia władze F1 nadal zakładają, że kierowcy pojawią się w przyszłym miesiącu na torze Lusail. Szef Formuły 1 Stefano Domenicali na początku miesiąca potwierdził, że GP Kataru i GP Abu Zabi zachowają swoje miejsca w końcówce kalendarza sezonu 2026. „Tak, jak już mówiliśmy, kalendarz jest potwierdzony: dwa ostatnie wyścigi odbędą się w Katarze i Abu Zabi” – zapewnił Domenicali.

Włoski szef serii nie ukrywał jednak, że ta decyzja nie jest bezwarunkowa. „Taki kierunek obraliśmy na podstawie informacji i zapewnień, które otrzymaliśmy i które oczywiście są nam absolutnie potrzebne” – dodał Domenicali. GP Kataru ma odbyć się 29 listopada 2026 roku. Tydzień później, 6 grudnia, sezon zamknie finałowy wyścig w Abu Zabi.

Plan B czeka na Imoli

Na wszelki wypadek F1 szykuje alternatywę. Na włoskiej Imoli trwają przygotowania związane z „planem B” – zorganizowaniem wyścigu we Włoszech na początku grudnia. W tym scenariuszu sezon 2026 zostałby skrócony o jedną rundę.

Na miejscu w Katarze nikt jeszcze nie mówi o odwołaniu. Szef toru Lusail Abdul Rahman bin Abdullatif Al Mannai zapewnił, że organizatorzy trzymają się pierwotnego scenariusza. „Plan zakłada organizację wyścigu. Oczywiście są jednak sprawy, których nie możemy przewidzieć. To trudne. Nie wiemy, co się wydarzy” – przyznał Al Mannai.

Instalacja aplikacji
Pobierz