⚡ Aktualnie:
Jee wraca do TYLOO przed IEM Beijing 2026, m0NESY broni formy kyousuke m0NESY o kryzysie kyousuke, Cache w puli map i kontrakcie z Falcons do 2030 roku Piastri poza Q3 po raz pierwszy od dwóch sezonów przed GP Meksyku Kierowcy Williamsa nie mają złudzeń: wejście do strefy punktowej będzie niezwykle trudnym wyzwaniem Mocny występ kierowców Racing Bulls przyćmiła dyskwalifikacja Lawsona Co nowego zespoły przywiozły do Meksyku? 2. trening: Leclerc znowu najszybszy, awaria Hamiltona, kolizja Verstappena z Lawsonem Wielki mecz Wembanyamy w NBA. Francuz pomógł wygrać hitowe starcie ze Timberwolves Ogromna szansa przed Soldiciem. Może zmierzyć się z gwiazdą TOP 15 UFC Stolica jest Dzika! Mistrz Polski przegrał derby Warszawy 77:92 Jee wraca do TYLOO przed IEM Beijing 2026, m0NESY broni formy kyousuke m0NESY o kryzysie kyousuke, Cache w puli map i kontrakcie z Falcons do 2030 roku Piastri poza Q3 po raz pierwszy od dwóch sezonów przed GP Meksyku Kierowcy Williamsa nie mają złudzeń: wejście do strefy punktowej będzie niezwykle trudnym wyzwaniem Mocny występ kierowców Racing Bulls przyćmiła dyskwalifikacja Lawsona Co nowego zespoły przywiozły do Meksyku? 2. trening: Leclerc znowu najszybszy, awaria Hamiltona, kolizja Verstappena z Lawsonem Wielki mecz Wembanyamy w NBA. Francuz pomógł wygrać hitowe starcie ze Timberwolves Ogromna szansa przed Soldiciem. Może zmierzyć się z gwiazdą TOP 15 UFC Stolica jest Dzika! Mistrz Polski przegrał derby Warszawy 77:92

Co właściwie kosztowało Christiana Hornera fotel szefa Red Bull Racing po dwóch dekadach pracy? Sam Horner, który stał na czele zespołu od momentu, gdy stał się on fabryczną ekipą Red Bulla, po 20 latach został zwolniony. Teraz, po raz pierwszy, tłumaczy, co właściwie stało za tą decyzją.

Przy okazji promocji swojej książki Horner udzielił wywiadu „Autosportowi” i wskazał na dwa możliwe powody rozstania. „Myślę, że firma chciała pójść w innym kierunku, a może uznano, że mam zbyt duży na nią wpływ. Życie w zespole po odejściu Mateschitza było zupełnie inne. On był Red Bullem. Wszystkie kluczowe decyzje były podejmowane przez niego. Zbudował ten biznes wraz z rodziną Yoovidhyów od zera” – powiedział.

Mowa o Dietrichu Mateschitzu, twórcy imperium Red Bulla. To on sprowadził napój energetyczny z Tajlandii do Europy w 1987 roku i wraz z rodziną Yoovidhyów zbudował cały biznes od podstaw. Austriak zmarł w październiku 2022 roku, w czasie weekendu GP USA, a jego rolę w zarządzaniu przejęli syn Mark Mateschitz oraz Oliver Mintzlaff.

Era bez jednego decydenta

Horner przyznaje, że śmierć Mateschitza zmieniła charakter całej organizacji. „Dietrich był pasjonatem wyścigów, uwielbiał kierowców i wszystkie rodzaje motorsportu. Kiedy spojrzysz na jego wpływ nie tylko na F1, ale także na rajdy i kategorie juniorskie, to nie ma rodzaju wyścigów, w których nie ujrzysz loga słońca z bykiem na kierowcy lub samochodzie. Łatwo pominąć to, co zrobił dla świata motorsportu. W momencie jego odejścia powstała pustka i dużo się zmieniło” – wspominał były szef zespołu.

Według Hornera to właśnie zanik jednoosobowego centrum decyzyjnego otworzył drogę do korporacyjnej rewolucji w strukturach Red Bulla. „To on dał mi szansę, był dla mnie bardzo dobry, wierzył we mnie i dał mi możliwość swobodnego działania. Zawsze będę mu za to wdzięczny. Po jego śmierci wiele się zmieniło. Nagle było więcej komitetów w zarządzie, co stworzyło działanie jak w korporacji, niż jednoosobowy właściciel, przez którego przechodziły wszystkie kluczowe decyzje” – podkreślił.

Dorobek Hornera w Red Bull Racing mówi sam za siebie. Pierwsze podium przyszło w GP Monako w 2006 roku, pierwsze zwycięstwo – trzy lata później, w GP Chin. Potem przyszła prawdziwa dominacja: w latach 2010–2013 Red Bull z Sebastianem Vettelem za kierownicą zgarnął cztery tytuły mistrzów świata konstruktorów i cztery mistrzostwa kierowców. W 2019 roku zespół rozstał się z silnikami Renault na rzecz jednostek Honda – i to właśnie ten ruch otworzył drogę do kolejnej złotej ery. Max Verstappen zdobył pierwszy z czterech tytułów mistrzowskich w 2021 roku, a rok później Red Bull świętował podwójne mistrzostwo, konstruktorów i kierowców.

Ostatnie lata wyglądały już inaczej. W 2024 roku wybuchła afera obyczajowa z udziałem Hornera, a zespół – choć Verstappen sięgnął po czwarty tytuł – skończył sezon konstruktorski dopiero na trzecim miejscu. Finał nastąpił w 2025 roku. Horner stracił pracę po wyścigu o Grand Prix Wielkiej Brytanii, zamykając dwudziestoletni rozdział, który zaczął się jeszcze za życia Mateschitza.

Siedmiokrotny mistrz świata rusza z trzeciego pola. Kończy wyścig na szóstym miejscu. Jego kolega z zespołu w tym samym czasie staje na podium. Dlaczego? Odpowiedź z GP Singapuru nie dotyczy już tylko tempa bolidu – dotyczy zaufania.

Lewis Hamilton ruszał w Singapurze z trzeciego pola startowego, ale na metę dojechał jako szósty. Charles Leclerc, jego partner z Ferrari, finiszował w tym samym wyścigu drugi, zaraz za Maxem Verstappenem. Różnica w punktach mówi sama za siebie: osiem „oczek” dla Brytyjczyka wobec osiemnastu dla Monakijczyka.

Karun Chandhok, były kierowca Formuły 1, dziś komentator Sky Sports, nie szukał dyplomatycznych sformułowań. „Myślę, że potrzebują jakiegoś resetu” – powiedział o relacji Hamiltona z Ferrari.

Zaufanie już wcześniej było nieco nadwyrężone, a w Singapurze Hamilton wyraźnie zdecydował, że nie zaufa decyzji zespołu. Myślę, że był zirytowany, ponieważ Ferrari popełniło kilka błędów.

Korzenie napięcia trzeba szukać tydzień wcześniej, na GP Bahrajnu rozgrywanym w Malezji. Tam Ferrari źle odczytało warunki pogodowe. Hamilton wystartował na oponach typu slick mimo mokrej nawierzchni i musiał gonić stratę, podczas gdy rywale na odpowiednim ogumieniu zyskiwali nad nim sekundy na okrążenie. Sam przyznał później, że liczył na inną strategię. „Oczywiście chciałem wystartować na oponach przejściowych, ale trzy inne osoby z zespołu odwiodły mnie od tego pomysłu. Odbyliśmy spotkanie i podjęliśmy decyzję. Przekonali mnie, żeby w Malezji wybrać slicki” – wyjaśnił Hamilton.

Singapur: Hamilton bierze sprawy w swoje ręce

W Singapurze role się odwróciły. Brytyjczyk wystartował na oponach pośrednich i jako pierwszy z czołówki zjechał do alei serwisowej. Spośród siedmiu najwyżej sklasyfikowanych kierowców tylko on zaczął wyścig na pośrednich i pierwszy wykonał pit-stop. Potem, wbrew zaleceniom zespołu, zrezygnował z kolejnej zmiany ogumienia. Efekt? Odwrotny od zamierzonego. Pod koniec wyścigu zabrakło mu tempa na zużytych oponach, a on sam spadł na szóste miejsce.

Gdy emocje opadły, Hamilton przyznał się do błędu bez owijania w bawełnę. Przeprosił Ferrari, tłumacząc, że to on wybrał niestandardową strategię i zdecydował się nie zjeżdżać do boksu podczas wirtualnego samochodu bezpieczeństwa.

Dzień wcześniej, w czwartek przed wyścigiem, bronił jeszcze zespołu przed falą krytyki. „Nie rozumiem, dlaczego Ferrari jest krytykowane bardziej niż ktokolwiek inny. McLaren w Malezji również wystartował na oponach typu slick. Nie wiem, dlaczego krytykuje się nas bardziej niż innych” – mówił w strefie medialnej.

Chandhok układa z tego spójną historię: kierowca, który po błędach zespołu w Malezji zaczął wątpić w podejmowane przez niego decyzje, a w Singapurze postawił na własną ocenę sytuacji. Dla siedmiokrotnego mistrza świata to sytuacja nietypowa – dotąd rzadko sam przejmował kontrolę nad strategią wbrew inżynierom.

Czy Rwanda właśnie ubiegła Republikę Południowej Afryki w wyścigu o powrót Formuły 1 do Afryki? Wszystko na to wskazuje — Formuła 1 podpisała z Rwandą dziesięcioletnią umowę na organizację Grand Prix. Wyścig trafi do kalendarza na przełomie lat 30. i odbywać się będzie na projektowanym torze RISE Motordrome w Bugesera.

Obiekt stanie około 40 kilometrów na południe od Kigali, stolicy Rwandy, tuż przy nowym międzynarodowym lotnisku kraju. Projekt od początku zakłada spełnienie wymagań homologacji FIA Grade 1 — bez tego standardu o organizacji wyścigów F1 w ogóle nie ma co marzyć. Za kreślenie toru odpowiadają firmy Tilke Engineers & Architects oraz WurzDesign, należąca do byłego kierowcy Formuły 1 Alexandra Wurza.

Dla RPA ta wiadomość dotyka starej, wciąż niezabliźnionej rany. Republika Południowej Afryki od lat próbuje przywrócić swoje Grand Prix do kalendarza F1. Wcześniejsza próba, oparta na torze Kyalami, upadła przed sezonem 2023 — promotorzy nie zdołali przedstawić właścicielowi F1 wymaganych gwarancji finansowych.

McKenzie: „To nie jest loteria”

Minister sportu RPA Gayton McKenzie nie czekał długo z reakcją na doniesienia o umowie z Rwandą. Jego słowa przytoczył serwis Independent Online. Zamiast narzekać, pogratulował rywalowi — i od razu sprzeciwił się narracji, że jego kraj poniósł porażkę.

Chcę pogratulować Rwandzie przyznania miejsca w kalendarzu F1 począwszy od lat 30. W Republice Południowej Afryki cieszymy się, że Rwanda otrzymała tę szansę. Chcę też bezpośrednio pogratulować prezydentowi Rwandy, Rwandyjczykom oraz ministrowi, który jest moim bardzo dobrym przyjacielem.

McKenzie nie zgodził się z tonem komentarzy, które posypały się po ogłoszeniu umowy. Jego zdaniem przyznawanie rundy Formuły 1 to nie żadna loteria.

Widziałem wiele komentarzy, że Republika Południowej Afryki została pokonana. Chcę się do tego odnieść. To nie jest loteria. Powtórzę: to nie jest loteria.

Minister przypomniał przy tym jedną istotną rzecz: to Rwanda ruszyła z wnioskiem jako pierwsza, na długo przed tym, jak RPA wkroczyło na tę ścieżkę. Rwanda złożyła wniosek o organizację GP wiele lat temu i wykonała wymaganą pracę, RPA dołączyło do starań dopiero później.

Rwanda złożyła wniosek wiele lat temu, zanim w ogóle pomyślałem, że zostanę ministrem sportu. Wykonała pracę, którą musiała wykonać. My dołączyliśmy później i realizowaliśmy oczekiwania F1. Przy ubieganiu się o miejsce w kalendarzu nie jesteśmy konkurentami.

Najważniejsza deklaracja dotyczy jednak przyszłości. McKenzie zapowiedział, że RPA nadal chce zorganizować własne Grand Prix i celuje w miejsce w kalendarzu F1 na lata 2028-2029.

Mówią teraz, że Rwanda nas pokonała. Nie, Rwanda nas nie pokonała. Jako mieszkańcy Republiki Południowej Afryki nadal patrzymy na lata 2028 i 2029. Rwanda zrobiła to, co musiała zrobić.

Zdradził też, na jakim etapie są rozmowy biznesowe wokół projektu. Organizatorzy GP RPA rozmawiali już z potencjalnymi sponsorami — wśród nich MTN, Betway, Discovery oraz Canal+.

Rozmawialiśmy z najważniejszymi osobami, czyli sponsorami. Mamy MTN, Betway, Discovery i Canal+. Jest też duży partner, którego nie mogę jeszcze ogłosić. Jeden z największych banków współpracuje z nami, ale przedstawimy go podczas kolejnego wydarzenia.

Nazwy banku McKenzie na razie nie zdradził. Bilans na dziś wygląda tak: Rwanda ma już termin w kalendarzu i projekt toru na papierze, RPA ma za sobą jedną porażkę, kilku sponsorów na horyzoncie — i ministra, który mówi jasno, że nie odpuszcza.

Kto zastąpi Estebana Ocona w Haasie od sezonu 2027? Zespół właśnie odpowiedział na to pytanie. Nowym kierowcą amerykańskiej stawki został Brazylijczyk Rafael Camara.

Ta decyzja nie spadła z nieba. Camara to aktualny lider punktacji w Formule 2, a rok wcześniej sięgnął po tytuł mistrza Formuły 3. W Haasie będzie partnerował Oliverowi Bearmanowi, od którego jest starszy jedynie o trzy dni — to będzie więc jedna z najmłodszych par kierowców na starcie sezonu F1.

Camara zajmie fotel po Estebanie Oconie, który — jak się wydaje — zostanie bez miejsca w stawce na 2027 rok. Haas nie podjął tej decyzji pochopnie, bo w ostatnich miesiącach zespół testował kilku kandydatów do fotela, wykorzystując do tego bolidy z 2-3 lat wcześniejszych. Wśród nazwisk, które pojawiały się w mediach jako potencjalni zmiennicy Ocona, byli Leonardo Fornaroli, Jack Doohan oraz Ryo Hirakawa, za którym stoi wsparcie Toyoty. Ostatecznie to Brazylijczyk przekonał kierownictwo — na jednym z testów osiągał czasy lepsze od samego Bearmana.

„Był po prostu wspaniały”

Szef zespołu Ayao Komatsu nie szczędził pochwał po występie Camary na testach w Portimao.

„W Portimao był po prostu wspaniały. Naprawdę chcieliśmy kogoś, kto dysponuje naturalną prędkością. Udowodnił, że nie potrzebuje zbyt wiele czasu do tego, aby nauczyć się auta. Pokazał nam więcej niż tylko czystą prędkość” — powiedział Komatsu w rozmowie z BBC.

Awans Camary ma też szersze znaczenie dla mapy Formuły 1. Od 2027 roku na starcie stanie trzech kierowców z Ameryki Południowej, w tym dwóch z Brazylii. Camara jest podopiecznym juniorskiego programu Ferrari, a obok niego w stawce trzeci sezon z rzędu pojedzie Gabriel Bortoleto, reprezentujący barwy Audi.

Sezon 2027 przyniesie też nowości poza samą stawką kierowców. Kalendarz na ten rok został już ogłoszony, a jego częścią będzie zapowiedź Grand Prix Afryki, które odbędzie się na nowo budowanym torze w Rwandzie. Obiekt powstanie w pobliżu międzynarodowego lotniska, które ma zostać oddane do użytku w 2028 roku. Dla Formuły 1 to powrót na kontynent afrykański po blisko 40 latach przerwy.

O marzeniu startu w F1 Camara mówił już dawno. Na początku sezonu 2025 z Brazylijczykiem rozmawiał Paweł Baran z redakcji weszlo.com. Zapytany, czy w 2027 roku zobaczymy go w Formule 1, odpowiedział wprost, że ma taką nadzieję. Niecałe dwa lata później ta nadzieja stała się kontraktem.

„Rozmawiam w tej chwili z trzema klubami” — przyznał Wiktor Jasiński w Radiu Gorzów, pytany o swoją przyszłość po spadku Polonii Piła z 2. Ekstraligi. Na stole ma już trzy konkretne oferty transferowe, a czas na decyzję jest ograniczony — żużlowe okno transferowe ruszy w listopadzie.

Spadek Pilan do Krajowej Ligi Żużlowej rozstrzygnął się w dramatycznych okolicznościach. W końcówce ostatniego meczu sezonu z Moonfin Malesa Ostrów Wielkopolski Jasiński został dwukrotnie wykluczony — i to te dwa wykluczenia przekreśliły szanse Polonii na pozostanie na zapleczu PGE Ekstraligi. Dla klubu to bolesna strata, a jednocześnie impuls do przebudowy składu. Przebudowa zaczyna się właśnie od pytania o przyszłość jego lidera.

Solidny sezon mimo spadku

Sam Jasiński jeździł w minionej edycji na niezłym poziomie, jeśli weźmiemy pod uwagę kłopoty klubu. Wychowanek Stali Gorzów zdobywał średnio 1,463 pkt. na bieg, co dało mu 27. miejsce w klasyfikacji średnich biegopunktowych całej Metalkas 2. Ekstraligi. Taki wynik tłumaczy, czemu kolejki po jego podpis ustawiają się mimo spadku jego dotychczasowego klubu.

Mimo zainteresowania innych drużyn Jasiński nie zamyka drzwi przed Piłą. „Nie wykluczam pozostania w Polonii Piła” — zadeklarował. To ważny sygnał dla kibiców klubu, którzy po degradacji liczą na utrzymanie przynajmniej części trzonu zespołu.

Decyzja zawodnika może jednak zależeć od ruchu kogoś innego. Jak wynika z informacji dziennikarzy, pozostanie Jasińskiego w Pile może być uzależnione od tego, czy w klubie zostanie menedżer Paweł Piskorz. Piskorz, podobnie jak jego zawodnik, również ma oferty i nie narzeka na ich brak. Innymi słowy: losy Jasińskiego i jego menedżera mogą się rozstrzygnąć razem, przy jednym stole negocjacyjnym.

Nilüfer Belediyespor Eker rozpoczął serię udanych występów Polek w trzeciej kolejce tureckiej Vodafone Sultanlar Ligi, rozbijając Sinnada Hotels Afyon Bld. Yüntas 3:0 (25:20, 25:20, 25:14). Bez straty seta, a jedną z bohaterek tego spotkania była Zuzanna Górecka.

Górecka zanotowała 13 punktów – dwa z zagrywki i jeden ze skutecznego bloku. W ataku skończyła ze skutecznością na poziomie 34 proc. Do tego 50-proc. dokładność w odbiorze zagrywki. Grała więc równie solidnie z tyłu, co z przodu.

Nie gorzej poszło Kuzeyboru, gdzie na boisku pojawiły się Julia Szczurowska i Martyna Czyrniańska. Zespół pokonał Türk Hava Yollari 3:1, choć zaczął od porażki 18:25 w pierwszej partii. Potem odpowiedział seriami 25:19, 25:20 i 25:22. Najskuteczniejsza na parkiecie była Szczurowska – 21 punktów, w tym trzy bloki i jeden as serwisowy. Jej skuteczność w atakowanych piłkach wyniosła 35 proc.

Czyrniańska nie dała się zdystansować w statystykach. Zdobyła 17 punktów, w tym jeden z bloku, co dało jej drugie miejsce w punktacji Kuzeyboru tego wieczoru. Do tego 44-proc. skuteczność w ataku i 41-proc. dokładność w przyjęciu zagrywki.

Smarzek i Wołosz bez większego wpływu na wynik

Nie wszystkim Polkom w Turcji ułożyło się tak dobrze. Ilbank Ankara, gdzie od tego sezonu gra Malwina Smarzek, przegrał z Eczacibasi Peron Stambuł 0:3 – bez wygranej choćby jednej partii (23:25, 17:25, 14:25). Sama Smarzek wyszła na boisko tylko raz, jako zmiennik, i nie zdobyła w tym meczu ani punktu.

We Włoszech z kolei, w przedterminowo rozegranym meczu czwartej kolejki Serie A, Prosecco Doc A. Carraro Imoco Conegliano z Joanną Wołosz w składzie rozbiło Reale Mutua Fenera Chieri ’76 3:0 (25:19, 25:14, 25:22). Wołosz odegrała całe spotkanie w podstawowej szóstce, od pierwszej do ostatniej akcji – choć jako rozgrywająca na tablicy wyników nie zapisała ani jednego punktu.

„Ciężko jest mi sobie wyobrazić co może przynieść przyszłość, i na razie gdy o niej myślę, to odczuwam więcej strachu niż nadziei” – napisała Kamila Sellier w środowym wpisie w mediach społecznościowych. Opisała w nim swój stan psychiczny po kontuzji odniesionej na igrzyskach olimpijskich.

Polska łyżwiarka doznała urazu podczas tegorocznych zimowych igrzysk olimpijskich. Podczas rywalizacji została trafiona przez rywalkę płozą w twarz. Uderzenie wykluczyło ją z dalszej walki na igrzyskach, a skutki okazały się poważne. Doszło do rozcięcia skóry na policzku oraz urazu oka. Po zdarzeniu pojawiły się obawy, czy Sellier w ogóle będzie mogła normalnie widzieć.

„Nie do końca umiem się odnaleźć”

W środowym wpisie 26-letnia zawodniczka nie kryła, że wciąż zmaga się z konsekwencjami tamtego momentu. Napisała, że znalazła się w punkcie, w którym nie do końca umie się odnaleźć, i że niespecjalnie chce w nim być. Strach, który przeważa nad nadzieją, gdy myśli o tym, co dalej – to najlepiej pokazuje, jak głęboki ślad zostawiła kontuzja w jej psychice.

Pod wpisem Sellier szybko zaczęły pojawiać się komentarze. Wiele z nich to słowa wsparcia dla sportsmenki. Dla kibiców łyżwiarstwa szybkiego to postać dobrze znana – w dorobku ma dwa wicemistrzostwa Europy wywalczone w sztafetach.

„Się biega!” – napisała Justyna Kowalczyk-Tekieli, publikując zdjęcie z trasy biegowej. Krótki podpis, a jednak fani skupili się na czymś zupełnie innym niż sam powrót do treningów.

43-letnia była mistrzyni olimpijska przeszła operację, która odbiła się na jej organizmie i formie sportowej. O pobycie w szpitalu informowała w połowie sierpnia. Sama przyznała, że miesiąc bez treningu i mniejszy apetyt po zabiegu kosztowały ją sporo masy mięśniowej. „Mistrzyni nie trenuje = mistrzyni znika!” – napisała wprost, tłumacząc, jak szybko mięśnie „lecą na łeb i na szyję”, gdy przez chwilę się odpuści.

Kowalczyk-Tekieli nie owijała w bawełnę. Swoją obecną sylwetkę porównała do czasów, gdy miała zaledwie 16 lat – odszukała nawet ubrania z tamtego okresu i stwierdziła, że leżą na niej znakomicie. Po tym odkryciu zapowiedziała krótko: bierze się do roboty.

I faktycznie wzięła. Po operacji stopniowo wraca do aktywności sportowej. Najpierw pochwaliła się pierwszą porehabilitacyjną wspinaczką, potem przebiegnięciem dziesięciu kilometrów. Właśnie z tego biegu pochodzi zdjęcie, które wywołało falę komentarzy w sieci.

Słuchawki, które zrobiły furorę

Na opublikowanej fotografii Kowalczyk-Tekieli miała na sobie bezprzewodowe słuchawki nauszne z motywem „Psiego Patrolu”. Internauci wychwycili to w mgnieniu oka i zasypali wpis komentarzami – nie o biegu, a właśnie o sprzęcie na jej uszach. „Klasa słuchaki, pani Justyno”, „Słuchawki pierwsza klasa” – pisali fani, dodając, że to „ten najnowszy model” i życząc jej „wiatru w plecy”.

Powrót do formy po operacji okazał się więc tematem numer dwa. Numerem jeden – przynajmniej w komentarzach – zostały słuchawki z bohaterami popularnego serialu animowanego.

„Gdybyśmy się spotkali, a ja spóźniłbym się choćby minutę czy dwie, pewnie pokazałby mi zegarek i zapytał, czy wiem, jak on działa” – mówi ze śmiechem Kamil Semeniuk o punktualności, jakiej wymaga od swoich zawodników trener Nikola Grbić, choćby podczas reprezentacyjnych śniadań.

Przyjmujący reprezentacji Polski ma jednak powody, by o swoim selekcjonerze mówić z uznaniem. Latem Polacy sięgnęli po złoty medal mistrzostw Europy, pokonując w finale Francję. Semeniuk był częścią tego triumfu. Złoto mistrzostw Europy oznaczało przy tym coś więcej niż tylko medal na szyi – dzięki niemu reprezentacja Polski wywalczyła kwalifikację na igrzyska olimpijskie w Los Angeles.

Po powrocie z turnieju Semeniuk nie pojechał jednak na zasłużony urlop. Razem z żoną zrezygnował z wakacyjnego wyjazdu – czekały ich sprawy związane z przeprowadzką do Włoch. Zamiast tego świętował inaczej. W rodzinnym Kędzierzynie spotkał się z bliskimi, zorganizował grilla i tam, w gronie rodziny, przeżywał sukcesy kadry.

Mistrzostwa Europy to nie jedyny powód do radości w tym sezonie. Reprezentacja Polski obroniła tytuł mistrza Ligi Narodów, pokonując w finale Stany Zjednoczone po tie-breaku. Był też epizod trochę egzotyczny – towarzyski dwumecz z japońskim zespołem Suntory Sunbirds, w którym Polacy wygrali oba spotkania. W drużynie Japończyków zagrał Wassim Ben Tara, w minionym sezonie klubowy kolega Semeniuka. Po zakończeniu rywalizacji każdy z zawodników dostał pamiątkowy medal.

Od lidera do „dżokera”

Rola Semeniuka w kadrze zmieniła się jednak wyraźnie od czasów mistrzostw świata w 2022 roku, gdy był podstawowym zawodnikiem reprezentacji. Wtedy Wilfredo Leon nie wrócił jeszcze do pełni zdrowia, co wpływało na skład Grbicia. Dziś sytuacja wygląda inaczej: Leon jest w pełni dyspozycji trenera, świetną formę prezentuje też Tomasz Fornal, a to razem ograniczyło rolę Semeniuka do zmiennika.

Sam zawodnik nie ucieka od tego określenia. „Ostatnio rzeczywiście jestem takim dżokerem, który pojawia się na boisku w trakcie spotkania, czasem dosłownie na jedną piłkę, na zagrywkę czy do obrony” – opisuje swoją rolę.

Pogodzenie się z taką funkcją nie jest jednak proste. „Oczywiście czasami muszę zacisnąć zęby. Ambicja jest duża i chciałbym spędzać na boisku więcej czasu, częściej wychodzić w podstawowym składzie” – przyznaje szczerze Semeniuk. Mimo to deklaruje, że uznanie trenera Grbića znaczy dla niego więcej niż indywidualne nagrody.

„Nie widzisz, co się tu dzieje? Mamy szczęście, że w ogóle jest prąd…” – tak Daniela Hantuchova wspomina swoją reakcję na jedną z próśb, które dostała od otoczenia Igi Świątek podczas turnieju w Madrycie.

Hantuchova, była czołowa tenisistka, dwa lata temu pełniła funkcję dyrektorki turnieju WTA 1000 w Madrycie. Dziś ze szczegółami wraca do tamtych wydarzeń w wideopodkaście „Kanar+” czeskiego oddziału Canal+. A było o czym mówić, bo akurat podczas tej edycji turnieju w całym mieście wystąpił poważny blackout.

„Pamiętasz, jak dwa lata temu w Madrycie wysiadł prąd? To była naprawdę poważna sytuacja w całym mieście” – przypomniała Hantuchova w rozmowie. Sytuacja była na tyle poważna, że organizatorzy musieli improwizować nawet przy podstawowych kwestiach logistycznych. „Dosłownie dostarczaliśmy bułki czy coś w tym stylu na kolację” – zdradziła była tenisistka.

Kurczak na jedenastą i tajemnicze pranie

Najbardziej zaskoczyła ją jednak prośba, która trafiła do niej następnego ranka po blackoucie. „Następnego ranka dostałam – hm – prośbę od trenerki mentalnej Świątek. Chciała, żeby podgrzać kurczaka na godzinę jedenastą” – opowiedziała Hantuchova, odnosząc się do Darii Abramowicz, trenerki mentalnej Igi Świątek.

Reakcja była natychmiastowa i pełna niedowierzania. „Pomyślałam sobie: 'Co mam zrobić? Pocierać o siebie dwa kamienie? Rozpalić ognisko? Nie widzisz, co się tu dzieje? Mamy szczęście, że w ogóle jest prąd…'” – wspominała, cytując swoje własne myśli z tamtego momentu.

Blackout to jednak nie był jedyny nietypowy epizod z udziałem polskiej tenisistki. Jeszcze przed przerwą w dostawie prądu Iga Świątek osobiście przyniosła Hantuchovej swoje pranie, pytając, co z nim zrobić. „Musiałam też osobiście zająć się praniem. Iga przyniosła mi je i zapytała, co z nim zrobić” – relacjonowała była dyrektorka turnieju.

Hantuchova, porównując to doświadczenie do swojego wychowania, zaznaczyła wyraźną różnicę pokoleniową. „Nie wyobrażam sobie, żebym podeszła do kogoś z pokolenia naszych rodziców i zapytała: 'No dobra, mam tu pranie – i co mam z nim zrobić?'” – stwierdziła. W studiu podkastu całą rozmowę prowadzono raczej w tonie rozbawienia i zdziwienia niż krytyki.

Sportowo tamten turniej zakończył się dla Świątek wielkim sukcesem – warto o tym przypomnieć. Polka sięgnęła po tytuł w Madrycie, pokonując w finale Arynę Sabalenkę 7:5, 4:6, 7:6(7). Dziś Świątek zajmuje 9. miejsce w rankingu WTA, a Sabalenka plasuje się na 2. pozycji.

Instalacja aplikacji
Pobierz