Nilüfer Belediyespor Eker rozpoczął serię udanych występów Polek w trzeciej kolejce tureckiej Vodafone Sultanlar Ligi, rozbijając Sinnada Hotels Afyon Bld. Yüntas 3:0 (25:20, 25:20, 25:14). Bez straty seta, a jedną z bohaterek tego spotkania była Zuzanna Górecka.
Górecka zanotowała 13 punktów – dwa z zagrywki i jeden ze skutecznego bloku. W ataku skończyła ze skutecznością na poziomie 34 proc. Do tego 50-proc. dokładność w odbiorze zagrywki. Grała więc równie solidnie z tyłu, co z przodu.
Nie gorzej poszło Kuzeyboru, gdzie na boisku pojawiły się Julia Szczurowska i Martyna Czyrniańska. Zespół pokonał Türk Hava Yollari 3:1, choć zaczął od porażki 18:25 w pierwszej partii. Potem odpowiedział seriami 25:19, 25:20 i 25:22. Najskuteczniejsza na parkiecie była Szczurowska – 21 punktów, w tym trzy bloki i jeden as serwisowy. Jej skuteczność w atakowanych piłkach wyniosła 35 proc.
Czyrniańska nie dała się zdystansować w statystykach. Zdobyła 17 punktów, w tym jeden z bloku, co dało jej drugie miejsce w punktacji Kuzeyboru tego wieczoru. Do tego 44-proc. skuteczność w ataku i 41-proc. dokładność w przyjęciu zagrywki.
Smarzek i Wołosz bez większego wpływu na wynik
Nie wszystkim Polkom w Turcji ułożyło się tak dobrze. Ilbank Ankara, gdzie od tego sezonu gra Malwina Smarzek, przegrał z Eczacibasi Peron Stambuł 0:3 – bez wygranej choćby jednej partii (23:25, 17:25, 14:25). Sama Smarzek wyszła na boisko tylko raz, jako zmiennik, i nie zdobyła w tym meczu ani punktu.
We Włoszech z kolei, w przedterminowo rozegranym meczu czwartej kolejki Serie A, Prosecco Doc A. Carraro Imoco Conegliano z Joanną Wołosz w składzie rozbiło Reale Mutua Fenera Chieri ’76 3:0 (25:19, 25:14, 25:22). Wołosz odegrała całe spotkanie w podstawowej szóstce, od pierwszej do ostatniej akcji – choć jako rozgrywająca na tablicy wyników nie zapisała ani jednego punktu.
„Ciężko jest mi sobie wyobrazić co może przynieść przyszłość, i na razie gdy o niej myślę, to odczuwam więcej strachu niż nadziei” – napisała Kamila Sellier w środowym wpisie w mediach społecznościowych. Opisała w nim swój stan psychiczny po kontuzji odniesionej na igrzyskach olimpijskich.
Polska łyżwiarka doznała urazu podczas tegorocznych zimowych igrzysk olimpijskich. Podczas rywalizacji została trafiona przez rywalkę płozą w twarz. Uderzenie wykluczyło ją z dalszej walki na igrzyskach, a skutki okazały się poważne. Doszło do rozcięcia skóry na policzku oraz urazu oka. Po zdarzeniu pojawiły się obawy, czy Sellier w ogóle będzie mogła normalnie widzieć.
„Nie do końca umiem się odnaleźć”
W środowym wpisie 26-letnia zawodniczka nie kryła, że wciąż zmaga się z konsekwencjami tamtego momentu. Napisała, że znalazła się w punkcie, w którym nie do końca umie się odnaleźć, i że niespecjalnie chce w nim być. Strach, który przeważa nad nadzieją, gdy myśli o tym, co dalej – to najlepiej pokazuje, jak głęboki ślad zostawiła kontuzja w jej psychice.
Pod wpisem Sellier szybko zaczęły pojawiać się komentarze. Wiele z nich to słowa wsparcia dla sportsmenki. Dla kibiców łyżwiarstwa szybkiego to postać dobrze znana – w dorobku ma dwa wicemistrzostwa Europy wywalczone w sztafetach.
„Się biega!” – napisała Justyna Kowalczyk-Tekieli, publikując zdjęcie z trasy biegowej. Krótki podpis, a jednak fani skupili się na czymś zupełnie innym niż sam powrót do treningów.
43-letnia była mistrzyni olimpijska przeszła operację, która odbiła się na jej organizmie i formie sportowej. O pobycie w szpitalu informowała w połowie sierpnia. Sama przyznała, że miesiąc bez treningu i mniejszy apetyt po zabiegu kosztowały ją sporo masy mięśniowej. „Mistrzyni nie trenuje = mistrzyni znika!” – napisała wprost, tłumacząc, jak szybko mięśnie „lecą na łeb i na szyję”, gdy przez chwilę się odpuści.
Kowalczyk-Tekieli nie owijała w bawełnę. Swoją obecną sylwetkę porównała do czasów, gdy miała zaledwie 16 lat – odszukała nawet ubrania z tamtego okresu i stwierdziła, że leżą na niej znakomicie. Po tym odkryciu zapowiedziała krótko: bierze się do roboty.
I faktycznie wzięła. Po operacji stopniowo wraca do aktywności sportowej. Najpierw pochwaliła się pierwszą porehabilitacyjną wspinaczką, potem przebiegnięciem dziesięciu kilometrów. Właśnie z tego biegu pochodzi zdjęcie, które wywołało falę komentarzy w sieci.
Słuchawki, które zrobiły furorę
Na opublikowanej fotografii Kowalczyk-Tekieli miała na sobie bezprzewodowe słuchawki nauszne z motywem „Psiego Patrolu”. Internauci wychwycili to w mgnieniu oka i zasypali wpis komentarzami – nie o biegu, a właśnie o sprzęcie na jej uszach. „Klasa słuchaki, pani Justyno”, „Słuchawki pierwsza klasa” – pisali fani, dodając, że to „ten najnowszy model” i życząc jej „wiatru w plecy”.
Powrót do formy po operacji okazał się więc tematem numer dwa. Numerem jeden – przynajmniej w komentarzach – zostały słuchawki z bohaterami popularnego serialu animowanego.
„Gdybyśmy się spotkali, a ja spóźniłbym się choćby minutę czy dwie, pewnie pokazałby mi zegarek i zapytał, czy wiem, jak on działa” – mówi ze śmiechem Kamil Semeniuk o punktualności, jakiej wymaga od swoich zawodników trener Nikola Grbić, choćby podczas reprezentacyjnych śniadań.
Przyjmujący reprezentacji Polski ma jednak powody, by o swoim selekcjonerze mówić z uznaniem. Latem Polacy sięgnęli po złoty medal mistrzostw Europy, pokonując w finale Francję. Semeniuk był częścią tego triumfu. Złoto mistrzostw Europy oznaczało przy tym coś więcej niż tylko medal na szyi – dzięki niemu reprezentacja Polski wywalczyła kwalifikację na igrzyska olimpijskie w Los Angeles.
Po powrocie z turnieju Semeniuk nie pojechał jednak na zasłużony urlop. Razem z żoną zrezygnował z wakacyjnego wyjazdu – czekały ich sprawy związane z przeprowadzką do Włoch. Zamiast tego świętował inaczej. W rodzinnym Kędzierzynie spotkał się z bliskimi, zorganizował grilla i tam, w gronie rodziny, przeżywał sukcesy kadry.
Mistrzostwa Europy to nie jedyny powód do radości w tym sezonie. Reprezentacja Polski obroniła tytuł mistrza Ligi Narodów, pokonując w finale Stany Zjednoczone po tie-breaku. Był też epizod trochę egzotyczny – towarzyski dwumecz z japońskim zespołem Suntory Sunbirds, w którym Polacy wygrali oba spotkania. W drużynie Japończyków zagrał Wassim Ben Tara, w minionym sezonie klubowy kolega Semeniuka. Po zakończeniu rywalizacji każdy z zawodników dostał pamiątkowy medal.
Od lidera do „dżokera”
Rola Semeniuka w kadrze zmieniła się jednak wyraźnie od czasów mistrzostw świata w 2022 roku, gdy był podstawowym zawodnikiem reprezentacji. Wtedy Wilfredo Leon nie wrócił jeszcze do pełni zdrowia, co wpływało na skład Grbicia. Dziś sytuacja wygląda inaczej: Leon jest w pełni dyspozycji trenera, świetną formę prezentuje też Tomasz Fornal, a to razem ograniczyło rolę Semeniuka do zmiennika.
Sam zawodnik nie ucieka od tego określenia. „Ostatnio rzeczywiście jestem takim dżokerem, który pojawia się na boisku w trakcie spotkania, czasem dosłownie na jedną piłkę, na zagrywkę czy do obrony” – opisuje swoją rolę.
Pogodzenie się z taką funkcją nie jest jednak proste. „Oczywiście czasami muszę zacisnąć zęby. Ambicja jest duża i chciałbym spędzać na boisku więcej czasu, częściej wychodzić w podstawowym składzie” – przyznaje szczerze Semeniuk. Mimo to deklaruje, że uznanie trenera Grbića znaczy dla niego więcej niż indywidualne nagrody.
„Nie widzisz, co się tu dzieje? Mamy szczęście, że w ogóle jest prąd…” – tak Daniela Hantuchova wspomina swoją reakcję na jedną z próśb, które dostała od otoczenia Igi Świątek podczas turnieju w Madrycie.
Hantuchova, była czołowa tenisistka, dwa lata temu pełniła funkcję dyrektorki turnieju WTA 1000 w Madrycie. Dziś ze szczegółami wraca do tamtych wydarzeń w wideopodkaście „Kanar+” czeskiego oddziału Canal+. A było o czym mówić, bo akurat podczas tej edycji turnieju w całym mieście wystąpił poważny blackout.
„Pamiętasz, jak dwa lata temu w Madrycie wysiadł prąd? To była naprawdę poważna sytuacja w całym mieście” – przypomniała Hantuchova w rozmowie. Sytuacja była na tyle poważna, że organizatorzy musieli improwizować nawet przy podstawowych kwestiach logistycznych. „Dosłownie dostarczaliśmy bułki czy coś w tym stylu na kolację” – zdradziła była tenisistka.
Kurczak na jedenastą i tajemnicze pranie
Najbardziej zaskoczyła ją jednak prośba, która trafiła do niej następnego ranka po blackoucie. „Następnego ranka dostałam – hm – prośbę od trenerki mentalnej Świątek. Chciała, żeby podgrzać kurczaka na godzinę jedenastą” – opowiedziała Hantuchova, odnosząc się do Darii Abramowicz, trenerki mentalnej Igi Świątek.
Reakcja była natychmiastowa i pełna niedowierzania. „Pomyślałam sobie: 'Co mam zrobić? Pocierać o siebie dwa kamienie? Rozpalić ognisko? Nie widzisz, co się tu dzieje? Mamy szczęście, że w ogóle jest prąd…'” – wspominała, cytując swoje własne myśli z tamtego momentu.
Blackout to jednak nie był jedyny nietypowy epizod z udziałem polskiej tenisistki. Jeszcze przed przerwą w dostawie prądu Iga Świątek osobiście przyniosła Hantuchovej swoje pranie, pytając, co z nim zrobić. „Musiałam też osobiście zająć się praniem. Iga przyniosła mi je i zapytała, co z nim zrobić” – relacjonowała była dyrektorka turnieju.
Hantuchova, porównując to doświadczenie do swojego wychowania, zaznaczyła wyraźną różnicę pokoleniową. „Nie wyobrażam sobie, żebym podeszła do kogoś z pokolenia naszych rodziców i zapytała: 'No dobra, mam tu pranie – i co mam z nim zrobić?'” – stwierdziła. W studiu podkastu całą rozmowę prowadzono raczej w tonie rozbawienia i zdziwienia niż krytyki.
Sportowo tamten turniej zakończył się dla Świątek wielkim sukcesem – warto o tym przypomnieć. Polka sięgnęła po tytuł w Madrycie, pokonując w finale Arynę Sabalenkę 7:5, 4:6, 7:6(7). Dziś Świątek zajmuje 9. miejsce w rankingu WTA, a Sabalenka plasuje się na 2. pozycji.
„’Siostra Księżyc’ Chwalińska pokonała Dianę Sznajder 7:6, 6:4 i awansowała do finału. Startując od kwalifikacji, 'Siostra Księżyc’ odniosła 9 zwycięstw z rzędu. W walce o tytuł zmierzy się z Mirrą Andriejewą” — tak portal Sina Sport skomentował półfinał Rolanda Garrosa. Tym właśnie mianem chińscy kibice i media ochrzcili Maję Chwalińską. Po polsku brzmi to jak „Siostra Księżyc”.
Przydomek nie jest nowością. Pojawił się już podczas tegorocznego Rolanda Garrosa, kiedy Polka namieszała we Francji nie na żarty. Zaczęła od pierwszej rundy kwalifikacji, a skończyła w finale turnieju — sama ta droga była sportową sensacją. Chińscy dziennikarze przydomka nie zapomnieli i sięgnęli po niego ponownie, gdy nadarzyła się kolejna okazja.
Seria zwycięstw w Wuhan
Tą okazją był turniej w Wuhan. Chwalińska znów pokazała formę, która w tym sezonie stała się jej wizytówką — a wcześniej zdążyła jeszcze dotrzeć do półfinału w Singapurze. W Wuhan rozprawiła się z Egipcjanką Mayar Sherif, wygrywając 6:2, 6:3. Potem przyszła kolej na Czeszkę Marie Bouzkovą. Zaczęło się od słabego pierwszego seta, przegranego 1:6, ale Polka odwróciła losy meczu i triumfowała 1:6, 6:1, 6:1.
To zwycięstwo znaczyło więcej niż sam wynik na tablicy. Po pokonaniu Bouzkovej Chwalińska po raz pierwszy w karierze wskoczyła do czołowej dwudziestki rankingu WTA liczonego „na żywo”. Dla zawodniczki, która jeszcze niedawno przebijała się przez kwalifikacje wielkoszlemowych turniejów, to kolejny sygnał, że jej awans nie jest dziełem przypadku.
Charakterystyczny styl gry Polki — wysokie, mocno podkręcone piłki, trudne do przyjęcia dla rywalek, w żargonie tenisowym nazywane „moonballami” — najwyraźniej urzeka też chińską publiczność. To właśnie on zainspirował przydomek odwołujący się do księżyca. Trudno wymyślić trafniejszą metaforę dla zawodniczki, która wybija piłki wysoko w powietrze i czeka, aż opadną w polu rywalki.
Dzięki wynikom z tego sezonu Chwalińska ma już zapewnione miejsce w największych tenisowych turniejach świata na najbliższe miesiące. „Siostra Księżyc” będzie więc miała kolejne okazje, by pokazać, że chiński przydomek to nie jednorazowy żart kibiców, lecz trwały element jej tenisowej tożsamości.
„Zwyciężyła 6:2, 6:1 i zameldowała się w kolejnej rundzie turnieju” – takim wynikiem Iga Świątek zamknęła drugą rundę turnieju WTA 1000 w Wuhan, nie dając żadnych szans Magdalenie Fręch. Ten triumf oznacza dla Polki awans do trzeciej rundy zawodów.
Dobrze w Wuhan radzi sobie też Maja Chwalińska. W trzysetowym boju pokonała Marie Bouzkovą 1:6, 6:1, 6:1 – kolejny powód do satysfakcji dla kibiców polskiego tenisa śledzących ten turniej.
Na kolejną rywalkę Świątek nie musiała długo czekać. W trzeciej rundzie zagra z Amerykanką Ashlyn Krueger, a stawka tego starcia jest spora – wygrana otwiera drzwi do ćwierćfinału.
O której godzinie i gdzie obejrzeć mecz Świątek – Krueger?
Mecz trzeciej rundy wyznaczono na czwartek, 15 października. Organizatorzy zastrzegli jednak, że nie rozpocznie się on przed godziną 13:00 czasu polskiego. Kibice śledzący występy Świątek w Chinach muszą więc liczyć się z czekaniem – wszystko zależy od tego, jak poukładana zostanie kolejność meczów na korcie.
Transmisję pokaże CANAL+Sport 2. Nie macie dostępu do telewizji? Spotkanie da się śledzić także w serwisie streamingowym CANAL+ Online.
„CBA zwróciło się o dokumentację dotyczącą współpracy z Publiconem” — tak wizytę funkcjonariuszy w siedzibie PZPN opisują źródła Onetu, które jako pierwsze ujawniły, że sprawa kontraktu wrocławskiej spółki trafiła w pole widzenia służb. Agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zjawili się w związku i wyszli z dokumentami dotyczącymi umowy z Publicon Sport. Wizytę potwierdziły Onetowi obie strony — zarówno CBA, jak i sam PZPN.
Funkcjonariusze poprosili o dokumentację współpracy z Publiconem. Związek się nie opierał. PZPN udostępnił CBA wszystkie zażądane materiały i na tym wizyta agentów się zakończyła. Samo biuro na razie nie chce rozwijać tematu — oficjalnie sprawy nie komentuje.
Źródła Onetu łączą działania CBA z postępowaniem prokuratury w sprawie umowy na obsługę sponsorską związku. Chodzi o kontrakt, który od 2023 roku wiązał PZPN z wrocławską spółką Publicon Sport, odpowiadającą za obsługę umów sponsorskich. Za tę współpracę firma otrzymywała miesięczny ryczałt w wysokości 150 tys. zł — i do tego wysokie prowizje.
Skalę wątpliwości wokół kontraktu pokazało dziennikarskie śledztwo TVN24. Reporterzy ujawnili, że PZPN płacił Publicon Sport nawet za kontrakty, przy zawieraniu których spółka w ogóle nie brała udziału. Publicon Sport należy do firmy kontrolowanej przez biznesmena Radosława Tadajewskiego. Prezes spółki Szymon Sikorski nie podjął próby wyjaśnień — telefonu od Onetu nie odebrał, na prośbę o rozmowę nie odpowiedział.
Umowa do 2027, groziło przedłużenie do 2032
Presja wokół kontraktu nie jest nowa. Już w styczniu Onet informował, że PZPN zdecydował się zakończyć współpracę z Publicon Sport. To jednak nie oznacza szybkiego rozstania — umowa obowiązuje do 31 lipca 2027 roku. Gdyby związek nie podjął wówczas decyzji o zakończeniu współpracy, kontrakt automatycznie przedłużyłby się do 2032 roku.
Formalny impuls do działania służb dała prokuratura. Pod koniec sierpnia Prokuratura Rejonowa Warszawa-Ochota wszczęła śledztwo dotyczące działania na szkodę PZPN w związku z kontraktem z Publicon Sport. Postępowanie obejmuje podejrzenie niegospodarności i wyrządzenia szkody majątkowej wielkich rozmiarów, wynoszącej co najmniej 4 mln zł.
Porażka Muchovej otwiera Idze Świątek drzwi do WTA Finals – tak najkrócej można streścić to, co się wydarzyło w Wuhan. Karolina Muchova przegrała w III rundzie turnieju z Dianą Sznajder 5:7, 3:6. Dla Świątek to wiadomość pierwszej wagi, bo wciąż może ona zakwalifikować się do turnieju dla ośmiu najlepszych tenisistek sezonu.
Po odpadnięciu z turnieju Muchova nie powiększy już swojej przewagi nad Polką w rankingu WTA Race. Czeszka wciąż prowadzi w tym bezpośrednim starciu – ma 816 punktów przewagi i zajmuje 7. pozycję z dorobkiem 4735 „oczek”. Poduszka wciąż solidna. Tylko że już nie rośnie.
Mechanizm kwalifikacji jest prosty: do WTA Finals jedzie osiem najlepszych zawodniczek klasyfikacji WTA Race. Sześć pierwszych miejsc jest już rozdanych – awans wywalczyły zawodniczki z czołówki tabeli. Na szczycie króluje Jelena Rybakina z 7502 punktami, za nią Aryna Sabalenka (6560), Mirra Andriejewa (6371), Jessica Pegula (5835), Coco Gauff (5774) i Elina Switolina (5036) – wszystkie mają już zapewnione miejsce w Rijadzie.
Ósme miejsce też jest już obsadzone, choć w dość nietypowy sposób. Linda Noskova zajmuje 8. pozycję w WTA Race i ma zapewniony awans jako zwyciężczyni Wimbledonu 2026. Zostaje więc tak naprawdę jedno wolne miejsce – siódme, obecnie w rękach Muchovej.
Gdzie jest Świątek i kto jej zagraża
Iga Świątek zajmuje obecnie 10. miejsce w rankingu WTA Race z 3919 punktami. Od 9. Marty Kostiuk dzieli ją zaledwie jeden punkt. Różnica kosmetyczna. Ale Ukrainka ma jedną istotną przewagę – nie gra już w Wuhan, więc nie zdobędzie tam żadnych dodatkowych punktów. Wystarczy więc, że Świątek wygra czwartkowy mecz z Ashlyn Krueger, a automatycznie wyprzedzi Kostiuk w klasyfikacji.
Dużo trudniejsze zadanie czeka Polkę w starciu z Muchovą. Aby wyprzedzić Czeszkę w rankingu WTA Race, Świątek musiałaby wygrać cały turniej w Wuhan. Tylko triumf daje matematyczną szansę na odwrócenie układu sił – przy pełnym zwycięstwie Polka miałaby na koncie 4799 punktów, czyli 64 więcej niż Muchova. Każde wcześniejsze odpadnięcie oznacza, że przewagi Czeszki w samym Wuhan już nie da się odrobić.
Na szczęście dla Świątek kalendarz daje jej jeszcze dwie szanse. Po Wuhan czekają ją turnieje w Ningbo i Tokio. I właśnie tam, a nie tylko w rozgrywanym teraz turnieju, rozstrzygnie się, czy Polka zdoła dogonić rywalkę przed startem WTA Finals 7 listopada.
„Dzisiejszy poziom sędziowania był szokujący. Po prostu okropny. Robert jest faulowany, a oni pozwalają na kontynuowanie gry. To naprawdę zaskakujące, że piłkarze nie są chronieni” – powiedział Gregg Berhalter, trener Chicago Fire, na konferencji prasowej po meczu.
A wściekłość miała swój konkretny powód. Chicago Fire przegrało 1:3 z Philadelphią Union i tym samym urwało sobie dobrą serię – wcześniej zespół Berhaltera wygrał trzy mecze z rzędu.
Początek spotkania nie wskazywał jednak na żadną katastrofę. Fire prowadziło 1:0 po golu Marena Haile-Selassie, a Robert Lewandowski, obecny w wyjściowym składzie Chicago, zdążył rozegrać 68 minut, zanim zszedł z boiska.
Potem zrobiło się nerwowo. Jeszcze przed przerwą Jack Elliott zobaczył drugą żółtą kartkę, więc pierwszą połowę Chicago musiało dokończyć w dziesięciu. W drugiej odsłonie gra się posypała – Philadelphia strzeliła trzy gole w ciągu zaledwie 17 minut i odwróciła losy meczu.
Berhalter: sędziowanie było szokujące
Po końcowym gwizdku Berhalter nie owijał w bawełnę i wrócił do decyzji sędziego Ricardo Fierro. Według trenera arbiter nie reagował na faule wobec Lewandowskiego, mimo protestów ze strony jego zespołu. Zaraz jednak dodał zastrzeżenie: to nie jest jego ogólna ocena sędziowania w tym sezonie, bo przez większość roku arbitrzy, jak sam przyznał, spisywali się znakomicie.
Osobno skomentował też obie żółte kartki dla Jacka Elliotta. Pierwszą nazwał decyzją, którą trudno nawet uznać za faul, drugą – ewidentnym żółtym kartonikiem. Zwrócił przy tym uwagę na problem, który wraca jak bumerang: to kolejny mecz, w którym Chicago grało w dziesiątkę i nie zdołało utrzymać korzystnego wyniku.
Na długie rozpamiętywanie porażki czasu jednak nie będzie. Najbliższy mecz w MLS zespół Berhaltera rozegra w nocy z soboty na niedzielę, o godzinie 1:30, z New England Revolution – obecnie trzecią siłą Konferencji Wschodniej. Dalej w kalendarzu sezonu zasadniczego czekają jeszcze: Atlanta United 25 października, Orlando City 29 października, Colorado Rapids 1 listopada oraz Columbus Crew 7 listopada.