⚡ Aktualnie:
Czekali 73 lata. Antonelli mistrzem F1, choć nie ma nawet prawa jazdy 100 mln dolarów. Perez przedłużył kontrakt z Cadillacem i może trafić do elity zarobkowej F1 Lawson zdyskwalifikowany z kwalifikacji do GP Meksyku. FIA wykryła usterkę MGU-K Gasly: nie mam sobie nic do zarzucenia po kwalifikacjach Wyniki finansowe działu silnikowego Red Bulla w 2025 roku Bortoleto wystąpił w kwalifikacjach z niemal zerowym przebiegiem w treningach Ale forma! To już pięć wygranych z rzędu Kinga Szczecin Trzymały się do siódmej kolejki. Nie ma już drużyny bez porażki Hickey rozstrzygnął mecz w czwartej kwarcie. Śląsk Wrocław wygrywa w Gliwicach 96:84 16 trójek ich nie złamało. MKS Dąbrowa Górnicza z najlepszym otwarciem w historii Czekali 73 lata. Antonelli mistrzem F1, choć nie ma nawet prawa jazdy 100 mln dolarów. Perez przedłużył kontrakt z Cadillacem i może trafić do elity zarobkowej F1 Lawson zdyskwalifikowany z kwalifikacji do GP Meksyku. FIA wykryła usterkę MGU-K Gasly: nie mam sobie nic do zarzucenia po kwalifikacjach Wyniki finansowe działu silnikowego Red Bulla w 2025 roku Bortoleto wystąpił w kwalifikacjach z niemal zerowym przebiegiem w treningach Ale forma! To już pięć wygranych z rzędu Kinga Szczecin Trzymały się do siódmej kolejki. Nie ma już drużyny bez porażki Hickey rozstrzygnął mecz w czwartej kwarcie. Śląsk Wrocław wygrywa w Gliwicach 96:84 16 trójek ich nie złamało. MKS Dąbrowa Górnicza z najlepszym otwarciem w historii

Polski napastnik z fińskiego klubu kontra bramkarz znany z Interu Mediolan i Manchesteru United – co może z tego wyjść? W czwartkowy wieczór Piotr Parzyszek dostał odpowiedź, która zabolała.

Parzyszek gra obecnie w fińskim klubie KuPS Kuopion Palloseura. Właśnie ten zespół rozegrał pierwszy mecz w fazie ligowej Ligi Konferencji, podejmując na własnym stadionie turecki Trabzonspor. W składzie gości na boisku pojawił się Mohamed Salah.

Turcy wywiązali się z roli faworyta. Wygrali w Finlandii 4:2. Oprócz Salaha bohaterem spotkania został Franculino, autor dubletu.

Najwięcej emocji kibicom KuPS dała jednak 59. minuta. Przy stanie 3:1 dla Trabzonsporu sędzia wskazał na wapno za zagranie piłki ręką. Do jedenastki podszedł Parzyszek.

Onana powiedział „nie”

Strzał Polaka obronił André Onana, bramkarz znany z występów w Interze Mediolan i Manchesterze United. I to nie wszystko – dobitka Parzyszka również nie znalazła drogi do siatki.

Gol z rzutu karnego mógł być dla niego siódmym trafieniem w europejskich pucharach. Parzyszek ma już na koncie gole strzelone Shamrock Rovers w eliminacjach do tegorocznej Ligi Konferencji oraz Vardarowi Skopje w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

W poprzedniej edycji Ligi Konferencji Polak rozegrał sześć spotkań w fazie ligowej i trzy razy trafiał do siatki. Jednym z tych trafień był gol na Selhurst Park, który doprowadził do remisu 1:1 w meczu z Crystal Palace, zakończonym ostatecznie wynikiem 2:2 – a Crystal Palace było wtedy późniejszym triumfatorem całych rozgrywek. Parzyszek pokonywał też bramkarzy Drity, gdy mecz skończył się 1:1, i Slovana Bratysława, z którym KuPS przegrał 3:1.

Parzyszek to mistrz Polski – ten tytuł zdobył z Piastem Gliwice w sezonie 2018/19. Tym razem jednak zabraknie na jego koncie kolejnego gola w pucharach. Trabzonspor i Salah wrócili do Turcji z kompletem punktów.

Czy 46-letni Mamed Chalidow, były mistrz KSW, naprawdę jeszcze raz stanie w klatce? Coraz więcej poszlak wskazuje, że tak.

Chalidow opublikował w mediach społecznościowych wideo przypominające jego karierę. Pod nagraniem zamieścił wpis, który wielu fanów odczytało jako zapowiedź powrotu: „Dziękuję wam za te wszystkie lata wsparcia. Patrząc na tę historię, nie mogę uwierzyć, że tak mi się poszczęściło i dziękuję za to Bogu, że mam was. Do zobaczenia w oktagonie”.

Dziękuję wam za te wszystkie lata wsparcia. Patrząc na tę historię, nie mogę uwierzyć, że tak mi się poszczęściło i dziękuję za to Bogu, że mam was. Do zobaczenia w oktagonie

Te słowa padają kilka miesięcy po tym, jak Chalidow zmierzył się z Pawłem Pawlakiem o pas mistrzowski wagi średniej KSW i przegrał. Po tej porażce wielu uznało, że to już koniec. Najnowsze doniesienia mówią jednak coś wręcz przeciwnego.

Rysiewski potwierdza rozmowy

Wojsław Rysiewski, dyrektor sportowy KSW, potwierdził w programie „Klatka po klatce”, że organizacja pracuje nad kolejną walką Mameda Chalidowa. To pierwszy oficjalny komentarz promocji na temat przyszłości zawodnika od starcia z Pawlakiem.

Nieoficjalnie mówi się, że do walki mogłoby dojść na gali XTB KSW 124, zaplanowanej na 19 grudnia w Gliwicach. Nazwiska ewentualnego rywala jeszcze nie ujawniono.

Chalidow walczy zawodowo od 2004 roku. Ma na koncie 49 zawodowych pojedynków MMA, z których wygrał 38. To staż, jakim mało kto w polskim MMA może się pochwalić. Kolejna walka — o ile faktycznie dojdzie do skutku — byłaby po prostu kolejnym rozdziałem jednej z najdłuższych karier w historii tego sportu.

Mariusz Pudzianowski w klatce Fame MMA, po raz drugi naprzeciw Erko Juna? Sam Jun nie odrzuca tego pomysłu. W rozmowie z kanałem MMAPL.tv powiedział wprost, że na rewanż jest gotowy.

Ich pierwsze starcie odbyło się niespełna siedem lat temu – konkretnie 9 listopada, na gali KSW w Zagrzebiu. Pudzianowski nie zostawił tam rywalowi żadnych szans i skończył go przed czasem już w drugiej rundzie. Dla Erko Juna, zawodnika z rekordem 9-4, dobrze znanego fanom KSW, był to pierwszy przegrany pojedynek w zawodowej karierze MMA.

Dziś, siedem lat później, temat wraca – i to nie z inicjatywy samych zawodników. 36-letni Jun zdradził, że to przedstawiciele Fame skontaktowali się z nim niedawno i sami zapytali, czy byłby zainteresowany powtórką z Pudzianowskim.

„Kto wie, co przyniesie przyszłość? Właśnie odbyłem rozmowę (z przedstawicielami Fame – przyp. red.), pytali mnie o rewanż z Pudzianowskim. Myślę, że to byłby strzał w dziesiątkę. Zarobilibyśmy na tym dobre pieniądze” – powiedział Erko Jun.

Najpierw Pasternak, potem może Pudzianowski

Zanim jednak dojdzie do ewentualnego rewanżu, Jun ma na głowie coś innego. W najbliższą sobotę wystąpi na gali Fame MMA 33 w ośmioosobowym turnieju rozgrywanym na zasadach K-1, w małych rękawicach. W pierwszej walce turnieju zmierzy się z Michałem Pasternakiem.

Pudzianowski też nie jest tej gali całkiem obcy – przynajmniej w plotkach. Jarosław „Pasha Biceps” Jarząbkowski mówił wcześniej w rozmowie z Łukaszem Jurkowskim, że ma zmierzyć się z Pudzianowskim właśnie na Fame 33. Do rozpiski gali to starcie jednak nie trafiło.

Były strongman ostatni raz wystąpił w klatce w kwietniu ubiegłego roku. Przegrał wtedy w pierwszej rundzie z Eddiem Hallem. Większość zawodowej kariery spędził w KSW, choć ostatnio relacje z tą organizacją się popsuły – Pudzianowski zarzucił jej niewypłacenie całej gaży za walkę z Hallem i zapowiedział, że sprawa może skończyć się w sądzie. Zainteresowanie jego osobą zgłaszała wcześniej również czesko-słowacka federacja Oktagon MMA.

Formalnie nic nie jest jeszcze potwierdzone. Ani Fame, ani sami zawodnicy nie ogłosili, że temat rewanżu Jun – Pudzianowski wyszedł poza fazę rozmów. Jedno jest jasne: skoro inicjatywa padła ze strony samej organizacji, scenariusz ten wygląda dziś bardziej realnie niż jeszcze kilka tygodni temu.

Ile trzeba czasu, żeby pokazać nowym kibicom, po co się go sprowadziło? Giannisowi Antetokounmpo wystarczyły 24 minuty.

31-letni Grek latem przeszedł do Miami Heat i w sparingu z Brooklyn Nets zagrał tak, jakby sezon zasadniczy trwał już od miesiąca. 20 punktów, 15 zbiórek, dziewięć asyst. Trafił 8 z 10 rzutów z gry, w tym 0 z 2 za trzy, i 4 z 9 z linii wolnych. Do tego cztery straty, ale też trzy bloki – w każdej kolumnie statystyk widać jego odciśniętą łapę.

Heat wygrali 144:128. Rozkład punktów po kwartach – 35:29, 34:37, 43:37, 32:25 – pokazuje, że goście z Nowego Jorku trzymali się w grze do samego końca. Nie pomogły im jednak 27 punktów Michaela Portera Jr. Oprócz Antetokounmpo dla Miami punktowali też Andrew Wiggins, 19 oczek, i Tim Hardaway Jr., 14. U Nets poza Porterem Jr. próbowali ratować sytuację Egor Demin z 17 punktami oraz Moses Wagner i Julius Randle – po 15 każdy.

Dla Miami to już trzecie zwycięstwo w czterech meczach przedsezonowych. Bilans 3-1 wygląda solidnie przed startem sezonu zasadniczego, który rusza 20 października.

Duren wraca po kontraktowej przerwie i od razu z kilofem

Nie tylko w Miami było gorąco. Detroit Pistons rozbili Minnesotę Timberwolves 128:106. Największą postacią meczu był Jalen Duren – 24 punkty przy 8 z 9 z gry. To był dla niego pierwszy sparing przed sezonem 2026/2027. Wcześniej środkowy Pistons dogadywał warunki nowej umowy i nie trenował z resztą zespołu. Efekt? Jakby wcale nie wypadł z rytmu.

Antetokounmpo spędził na parkiecie 24 minuty

Czy Philadelphia 76ers są w stanie zrobić krok naprzód, jeśli ich gwiazdor wreszcie wytrzyma cały sezon na parkiecie? Tym pytaniem żyje teraz cała ekipa z Filadelfii. Sygnały z obozu przygotowawczego są na razie zachęcające: Joel Embiid uczestniczył w tegorocznym obozie i meczach przedsezonowych, co w ostatnich latach bywało raczej wyjątkiem niż normą.

Dla Tyrese’a Maxeya to nie jest drobiazg. „To zmienia wszystko. Możemy przygotować więcej wariantów gry. Zdarzało się, że Joel był kontuzjowany, a później musieliśmy uczyć się pewnych rzeczy już w trakcie meczów” — powiedział rozgrywający 76ers.

Powód tych obaw łatwo zrozumieć — wystarczy zerknąć na statystyki z poprzedniego sezonu. Embiid rozegrał zaledwie 38 spotkań. Po drodze zmagał się z dolegliwościami biodra i kolana, a na dodatek dopadło go zapalenie wyrostka robaczkowego. To nie był odosobniony przypadek. W dziesięciu sezonach w NBA kameruński środkowy tylko czterokrotnie przekroczył granicę 60 rozegranych meczów.

Maxey: niewielu jest takich zawodników

Maxey i Embiid grają razem w 76ers od sześciu lat, więc o chemię między nimi nikt się nie martwi. Inaczej wygląda sytuacja nowych graczy, którzy dołączyli do składu tego lata — LeBron James i Jaylen Brown to najnowsze nazwiska w kadrze Philadelphia 76ers. Dla nich, jak zauważył Maxey, adaptacja do gry obok Embiida jest osobnym wyzwaniem. „Jeśli wcześniej nie grałeś z takim środkowym jak Joel, musisz nauczyć się wielu rzeczy. Takich zawodników jest niewielu. Teraz możemy ćwiczyć te zagrania wielokrotnie, dzień po dniu” — podkreślił.

Sam Embiid nie kryje, że kolano było jego najcięższym problemem przez ostatnie miesiące. „Kolano było oczywiście największym zmartwieniem, ale teraz o nim nie myślę” — zapewnił środkowy 76ers.

Dla kibiców w Filadelfii to deklaracja o dużym znaczeniu. Przypomnijmy, że to właśnie Embiid był MVP sezonu NBA 2022/23 — gdy gra na pełnych obrotach, trudno go zatrzymać komukolwiek w lidze. Nad 76ers przez cały sezon wisi więc jedno pytanie: czy ciało Embiida wytrzyma to, co obiecuje jego głowa.

Co właściwie kosztowało Christiana Hornera fotel szefa Red Bull Racing po dwóch dekadach pracy? Sam Horner, który stał na czele zespołu od momentu, gdy stał się on fabryczną ekipą Red Bulla, po 20 latach został zwolniony. Teraz, po raz pierwszy, tłumaczy, co właściwie stało za tą decyzją.

Przy okazji promocji swojej książki Horner udzielił wywiadu „Autosportowi” i wskazał na dwa możliwe powody rozstania. „Myślę, że firma chciała pójść w innym kierunku, a może uznano, że mam zbyt duży na nią wpływ. Życie w zespole po odejściu Mateschitza było zupełnie inne. On był Red Bullem. Wszystkie kluczowe decyzje były podejmowane przez niego. Zbudował ten biznes wraz z rodziną Yoovidhyów od zera” – powiedział.

Mowa o Dietrichu Mateschitzu, twórcy imperium Red Bulla. To on sprowadził napój energetyczny z Tajlandii do Europy w 1987 roku i wraz z rodziną Yoovidhyów zbudował cały biznes od podstaw. Austriak zmarł w październiku 2022 roku, w czasie weekendu GP USA, a jego rolę w zarządzaniu przejęli syn Mark Mateschitz oraz Oliver Mintzlaff.

Era bez jednego decydenta

Horner przyznaje, że śmierć Mateschitza zmieniła charakter całej organizacji. „Dietrich był pasjonatem wyścigów, uwielbiał kierowców i wszystkie rodzaje motorsportu. Kiedy spojrzysz na jego wpływ nie tylko na F1, ale także na rajdy i kategorie juniorskie, to nie ma rodzaju wyścigów, w których nie ujrzysz loga słońca z bykiem na kierowcy lub samochodzie. Łatwo pominąć to, co zrobił dla świata motorsportu. W momencie jego odejścia powstała pustka i dużo się zmieniło” – wspominał były szef zespołu.

Według Hornera to właśnie zanik jednoosobowego centrum decyzyjnego otworzył drogę do korporacyjnej rewolucji w strukturach Red Bulla. „To on dał mi szansę, był dla mnie bardzo dobry, wierzył we mnie i dał mi możliwość swobodnego działania. Zawsze będę mu za to wdzięczny. Po jego śmierci wiele się zmieniło. Nagle było więcej komitetów w zarządzie, co stworzyło działanie jak w korporacji, niż jednoosobowy właściciel, przez którego przechodziły wszystkie kluczowe decyzje” – podkreślił.

Dorobek Hornera w Red Bull Racing mówi sam za siebie. Pierwsze podium przyszło w GP Monako w 2006 roku, pierwsze zwycięstwo – trzy lata później, w GP Chin. Potem przyszła prawdziwa dominacja: w latach 2010–2013 Red Bull z Sebastianem Vettelem za kierownicą zgarnął cztery tytuły mistrzów świata konstruktorów i cztery mistrzostwa kierowców. W 2019 roku zespół rozstał się z silnikami Renault na rzecz jednostek Honda – i to właśnie ten ruch otworzył drogę do kolejnej złotej ery. Max Verstappen zdobył pierwszy z czterech tytułów mistrzowskich w 2021 roku, a rok później Red Bull świętował podwójne mistrzostwo, konstruktorów i kierowców.

Ostatnie lata wyglądały już inaczej. W 2024 roku wybuchła afera obyczajowa z udziałem Hornera, a zespół – choć Verstappen sięgnął po czwarty tytuł – skończył sezon konstruktorski dopiero na trzecim miejscu. Finał nastąpił w 2025 roku. Horner stracił pracę po wyścigu o Grand Prix Wielkiej Brytanii, zamykając dwudziestoletni rozdział, który zaczął się jeszcze za życia Mateschitza.

Siedmiokrotny mistrz świata rusza z trzeciego pola. Kończy wyścig na szóstym miejscu. Jego kolega z zespołu w tym samym czasie staje na podium. Dlaczego? Odpowiedź z GP Singapuru nie dotyczy już tylko tempa bolidu – dotyczy zaufania.

Lewis Hamilton ruszał w Singapurze z trzeciego pola startowego, ale na metę dojechał jako szósty. Charles Leclerc, jego partner z Ferrari, finiszował w tym samym wyścigu drugi, zaraz za Maxem Verstappenem. Różnica w punktach mówi sama za siebie: osiem „oczek” dla Brytyjczyka wobec osiemnastu dla Monakijczyka.

Karun Chandhok, były kierowca Formuły 1, dziś komentator Sky Sports, nie szukał dyplomatycznych sformułowań. „Myślę, że potrzebują jakiegoś resetu” – powiedział o relacji Hamiltona z Ferrari.

Zaufanie już wcześniej było nieco nadwyrężone, a w Singapurze Hamilton wyraźnie zdecydował, że nie zaufa decyzji zespołu. Myślę, że był zirytowany, ponieważ Ferrari popełniło kilka błędów.

Korzenie napięcia trzeba szukać tydzień wcześniej, na GP Bahrajnu rozgrywanym w Malezji. Tam Ferrari źle odczytało warunki pogodowe. Hamilton wystartował na oponach typu slick mimo mokrej nawierzchni i musiał gonić stratę, podczas gdy rywale na odpowiednim ogumieniu zyskiwali nad nim sekundy na okrążenie. Sam przyznał później, że liczył na inną strategię. „Oczywiście chciałem wystartować na oponach przejściowych, ale trzy inne osoby z zespołu odwiodły mnie od tego pomysłu. Odbyliśmy spotkanie i podjęliśmy decyzję. Przekonali mnie, żeby w Malezji wybrać slicki” – wyjaśnił Hamilton.

Singapur: Hamilton bierze sprawy w swoje ręce

W Singapurze role się odwróciły. Brytyjczyk wystartował na oponach pośrednich i jako pierwszy z czołówki zjechał do alei serwisowej. Spośród siedmiu najwyżej sklasyfikowanych kierowców tylko on zaczął wyścig na pośrednich i pierwszy wykonał pit-stop. Potem, wbrew zaleceniom zespołu, zrezygnował z kolejnej zmiany ogumienia. Efekt? Odwrotny od zamierzonego. Pod koniec wyścigu zabrakło mu tempa na zużytych oponach, a on sam spadł na szóste miejsce.

Gdy emocje opadły, Hamilton przyznał się do błędu bez owijania w bawełnę. Przeprosił Ferrari, tłumacząc, że to on wybrał niestandardową strategię i zdecydował się nie zjeżdżać do boksu podczas wirtualnego samochodu bezpieczeństwa.

Dzień wcześniej, w czwartek przed wyścigiem, bronił jeszcze zespołu przed falą krytyki. „Nie rozumiem, dlaczego Ferrari jest krytykowane bardziej niż ktokolwiek inny. McLaren w Malezji również wystartował na oponach typu slick. Nie wiem, dlaczego krytykuje się nas bardziej niż innych” – mówił w strefie medialnej.

Chandhok układa z tego spójną historię: kierowca, który po błędach zespołu w Malezji zaczął wątpić w podejmowane przez niego decyzje, a w Singapurze postawił na własną ocenę sytuacji. Dla siedmiokrotnego mistrza świata to sytuacja nietypowa – dotąd rzadko sam przejmował kontrolę nad strategią wbrew inżynierom.

Czy Rwanda właśnie ubiegła Republikę Południowej Afryki w wyścigu o powrót Formuły 1 do Afryki? Wszystko na to wskazuje — Formuła 1 podpisała z Rwandą dziesięcioletnią umowę na organizację Grand Prix. Wyścig trafi do kalendarza na przełomie lat 30. i odbywać się będzie na projektowanym torze RISE Motordrome w Bugesera.

Obiekt stanie około 40 kilometrów na południe od Kigali, stolicy Rwandy, tuż przy nowym międzynarodowym lotnisku kraju. Projekt od początku zakłada spełnienie wymagań homologacji FIA Grade 1 — bez tego standardu o organizacji wyścigów F1 w ogóle nie ma co marzyć. Za kreślenie toru odpowiadają firmy Tilke Engineers & Architects oraz WurzDesign, należąca do byłego kierowcy Formuły 1 Alexandra Wurza.

Dla RPA ta wiadomość dotyka starej, wciąż niezabliźnionej rany. Republika Południowej Afryki od lat próbuje przywrócić swoje Grand Prix do kalendarza F1. Wcześniejsza próba, oparta na torze Kyalami, upadła przed sezonem 2023 — promotorzy nie zdołali przedstawić właścicielowi F1 wymaganych gwarancji finansowych.

McKenzie: „To nie jest loteria”

Minister sportu RPA Gayton McKenzie nie czekał długo z reakcją na doniesienia o umowie z Rwandą. Jego słowa przytoczył serwis Independent Online. Zamiast narzekać, pogratulował rywalowi — i od razu sprzeciwił się narracji, że jego kraj poniósł porażkę.

Chcę pogratulować Rwandzie przyznania miejsca w kalendarzu F1 począwszy od lat 30. W Republice Południowej Afryki cieszymy się, że Rwanda otrzymała tę szansę. Chcę też bezpośrednio pogratulować prezydentowi Rwandy, Rwandyjczykom oraz ministrowi, który jest moim bardzo dobrym przyjacielem.

McKenzie nie zgodził się z tonem komentarzy, które posypały się po ogłoszeniu umowy. Jego zdaniem przyznawanie rundy Formuły 1 to nie żadna loteria.

Widziałem wiele komentarzy, że Republika Południowej Afryki została pokonana. Chcę się do tego odnieść. To nie jest loteria. Powtórzę: to nie jest loteria.

Minister przypomniał przy tym jedną istotną rzecz: to Rwanda ruszyła z wnioskiem jako pierwsza, na długo przed tym, jak RPA wkroczyło na tę ścieżkę. Rwanda złożyła wniosek o organizację GP wiele lat temu i wykonała wymaganą pracę, RPA dołączyło do starań dopiero później.

Rwanda złożyła wniosek wiele lat temu, zanim w ogóle pomyślałem, że zostanę ministrem sportu. Wykonała pracę, którą musiała wykonać. My dołączyliśmy później i realizowaliśmy oczekiwania F1. Przy ubieganiu się o miejsce w kalendarzu nie jesteśmy konkurentami.

Najważniejsza deklaracja dotyczy jednak przyszłości. McKenzie zapowiedział, że RPA nadal chce zorganizować własne Grand Prix i celuje w miejsce w kalendarzu F1 na lata 2028-2029.

Mówią teraz, że Rwanda nas pokonała. Nie, Rwanda nas nie pokonała. Jako mieszkańcy Republiki Południowej Afryki nadal patrzymy na lata 2028 i 2029. Rwanda zrobiła to, co musiała zrobić.

Zdradził też, na jakim etapie są rozmowy biznesowe wokół projektu. Organizatorzy GP RPA rozmawiali już z potencjalnymi sponsorami — wśród nich MTN, Betway, Discovery oraz Canal+.

Rozmawialiśmy z najważniejszymi osobami, czyli sponsorami. Mamy MTN, Betway, Discovery i Canal+. Jest też duży partner, którego nie mogę jeszcze ogłosić. Jeden z największych banków współpracuje z nami, ale przedstawimy go podczas kolejnego wydarzenia.

Nazwy banku McKenzie na razie nie zdradził. Bilans na dziś wygląda tak: Rwanda ma już termin w kalendarzu i projekt toru na papierze, RPA ma za sobą jedną porażkę, kilku sponsorów na horyzoncie — i ministra, który mówi jasno, że nie odpuszcza.

Kto zastąpi Estebana Ocona w Haasie od sezonu 2027? Zespół właśnie odpowiedział na to pytanie. Nowym kierowcą amerykańskiej stawki został Brazylijczyk Rafael Camara.

Ta decyzja nie spadła z nieba. Camara to aktualny lider punktacji w Formule 2, a rok wcześniej sięgnął po tytuł mistrza Formuły 3. W Haasie będzie partnerował Oliverowi Bearmanowi, od którego jest starszy jedynie o trzy dni — to będzie więc jedna z najmłodszych par kierowców na starcie sezonu F1.

Camara zajmie fotel po Estebanie Oconie, który — jak się wydaje — zostanie bez miejsca w stawce na 2027 rok. Haas nie podjął tej decyzji pochopnie, bo w ostatnich miesiącach zespół testował kilku kandydatów do fotela, wykorzystując do tego bolidy z 2-3 lat wcześniejszych. Wśród nazwisk, które pojawiały się w mediach jako potencjalni zmiennicy Ocona, byli Leonardo Fornaroli, Jack Doohan oraz Ryo Hirakawa, za którym stoi wsparcie Toyoty. Ostatecznie to Brazylijczyk przekonał kierownictwo — na jednym z testów osiągał czasy lepsze od samego Bearmana.

„Był po prostu wspaniały”

Szef zespołu Ayao Komatsu nie szczędził pochwał po występie Camary na testach w Portimao.

„W Portimao był po prostu wspaniały. Naprawdę chcieliśmy kogoś, kto dysponuje naturalną prędkością. Udowodnił, że nie potrzebuje zbyt wiele czasu do tego, aby nauczyć się auta. Pokazał nam więcej niż tylko czystą prędkość” — powiedział Komatsu w rozmowie z BBC.

Awans Camary ma też szersze znaczenie dla mapy Formuły 1. Od 2027 roku na starcie stanie trzech kierowców z Ameryki Południowej, w tym dwóch z Brazylii. Camara jest podopiecznym juniorskiego programu Ferrari, a obok niego w stawce trzeci sezon z rzędu pojedzie Gabriel Bortoleto, reprezentujący barwy Audi.

Sezon 2027 przyniesie też nowości poza samą stawką kierowców. Kalendarz na ten rok został już ogłoszony, a jego częścią będzie zapowiedź Grand Prix Afryki, które odbędzie się na nowo budowanym torze w Rwandzie. Obiekt powstanie w pobliżu międzynarodowego lotniska, które ma zostać oddane do użytku w 2028 roku. Dla Formuły 1 to powrót na kontynent afrykański po blisko 40 latach przerwy.

O marzeniu startu w F1 Camara mówił już dawno. Na początku sezonu 2025 z Brazylijczykiem rozmawiał Paweł Baran z redakcji weszlo.com. Zapytany, czy w 2027 roku zobaczymy go w Formule 1, odpowiedział wprost, że ma taką nadzieję. Niecałe dwa lata później ta nadzieja stała się kontraktem.

„Rozmawiam w tej chwili z trzema klubami” — przyznał Wiktor Jasiński w Radiu Gorzów, pytany o swoją przyszłość po spadku Polonii Piła z 2. Ekstraligi. Na stole ma już trzy konkretne oferty transferowe, a czas na decyzję jest ograniczony — żużlowe okno transferowe ruszy w listopadzie.

Spadek Pilan do Krajowej Ligi Żużlowej rozstrzygnął się w dramatycznych okolicznościach. W końcówce ostatniego meczu sezonu z Moonfin Malesa Ostrów Wielkopolski Jasiński został dwukrotnie wykluczony — i to te dwa wykluczenia przekreśliły szanse Polonii na pozostanie na zapleczu PGE Ekstraligi. Dla klubu to bolesna strata, a jednocześnie impuls do przebudowy składu. Przebudowa zaczyna się właśnie od pytania o przyszłość jego lidera.

Solidny sezon mimo spadku

Sam Jasiński jeździł w minionej edycji na niezłym poziomie, jeśli weźmiemy pod uwagę kłopoty klubu. Wychowanek Stali Gorzów zdobywał średnio 1,463 pkt. na bieg, co dało mu 27. miejsce w klasyfikacji średnich biegopunktowych całej Metalkas 2. Ekstraligi. Taki wynik tłumaczy, czemu kolejki po jego podpis ustawiają się mimo spadku jego dotychczasowego klubu.

Mimo zainteresowania innych drużyn Jasiński nie zamyka drzwi przed Piłą. „Nie wykluczam pozostania w Polonii Piła” — zadeklarował. To ważny sygnał dla kibiców klubu, którzy po degradacji liczą na utrzymanie przynajmniej części trzonu zespołu.

Decyzja zawodnika może jednak zależeć od ruchu kogoś innego. Jak wynika z informacji dziennikarzy, pozostanie Jasińskiego w Pile może być uzależnione od tego, czy w klubie zostanie menedżer Paweł Piskorz. Piskorz, podobnie jak jego zawodnik, również ma oferty i nie narzeka na ich brak. Innymi słowy: losy Jasińskiego i jego menedżera mogą się rozstrzygnąć razem, przy jednym stole negocjacyjnym.

Instalacja aplikacji
Pobierz