⚡ Aktualnie:
Czekali 73 lata. Antonelli mistrzem F1, choć nie ma nawet prawa jazdy 100 mln dolarów. Perez przedłużył kontrakt z Cadillacem i może trafić do elity zarobkowej F1 Lawson zdyskwalifikowany z kwalifikacji do GP Meksyku. FIA wykryła usterkę MGU-K Gasly: nie mam sobie nic do zarzucenia po kwalifikacjach Wyniki finansowe działu silnikowego Red Bulla w 2025 roku Bortoleto wystąpił w kwalifikacjach z niemal zerowym przebiegiem w treningach Ale forma! To już pięć wygranych z rzędu Kinga Szczecin Trzymały się do siódmej kolejki. Nie ma już drużyny bez porażki Hickey rozstrzygnął mecz w czwartej kwarcie. Śląsk Wrocław wygrywa w Gliwicach 96:84 16 trójek ich nie złamało. MKS Dąbrowa Górnicza z najlepszym otwarciem w historii Czekali 73 lata. Antonelli mistrzem F1, choć nie ma nawet prawa jazdy 100 mln dolarów. Perez przedłużył kontrakt z Cadillacem i może trafić do elity zarobkowej F1 Lawson zdyskwalifikowany z kwalifikacji do GP Meksyku. FIA wykryła usterkę MGU-K Gasly: nie mam sobie nic do zarzucenia po kwalifikacjach Wyniki finansowe działu silnikowego Red Bulla w 2025 roku Bortoleto wystąpił w kwalifikacjach z niemal zerowym przebiegiem w treningach Ale forma! To już pięć wygranych z rzędu Kinga Szczecin Trzymały się do siódmej kolejki. Nie ma już drużyny bez porażki Hickey rozstrzygnął mecz w czwartej kwarcie. Śląsk Wrocław wygrywa w Gliwicach 96:84 16 trójek ich nie złamało. MKS Dąbrowa Górnicza z najlepszym otwarciem w historii

W studiu programu „Klatka po klatce” Artur Mazur zadał Arturowi Szpilce pytanie, które od miesięcy nurtuje fanów MMA: ile jeszcze czasu były pięściarz zamierza spędzić w klatce. Odpowiedź padła bez wahania. „Widzę, że jeszcze te trzy lata mogę poświęcić maksymalnie. Mówmy sobie szczerze: do czterdziestu lat” – powiedział Szpilka. Zawodnik ma dziś 37 lat.

Szpilka nie kryje, że MMA to dla niego dziś coś więcej niż kolejny rozdział w karierze sportowej. „Ja naprawdę jaram się MMA i widzę tam swoją przyszłość” – wyznał w rozmowie z Mazurem. I zaraz dodał, że mimo wieku czuje się w najlepszym możliwym momencie formy. „Może to śmiesznie zabrzmi, ale ja uważam, że właśnie przechodzę prime. Na pewno mentalny, to bezapelacyjnie” – stwierdził.

„Może to śmiesznie zabrzmi, ale ja uważam, że właśnie przechodzę prime. Na pewno mentalny, to bezapelacyjnie”

To nie są słowa na wiatr. Szpilka rywalizuje w klatce KSW od 2022 roku i w nowej dyscyplinie odnajduje się bez większych problemów. W zawodowym MMA stoczył do tej pory siedem pojedynków, z których wygrał sześć. Teraz jedzie na serii trzech zwycięstw z rzędu.

Walka o pas w Gliwicach

Najbliższy test będzie jednak najtrudniejszy, odkąd zadebiutował w MMA. Szpilka szykuje się do walki o tymczasowy pas mistrzowski wagi ciężkiej KSW. Pojedynek odbędzie się 19 grudnia podczas gali XTB KSW 124 w Gliwicach, a po drugiej stronie klatki stanie Stefan Vojcak.

Dla 37-letniego zawodnika to szansa, by w ciągu wyznaczonych sobie trzech lat zdobyć to, czego w MMA jeszcze nie ma na koncie – pas mistrzowski organizacji, w której występuje od trzech lat. A jeśli plan się powiedzie, grudniowa noc w Gliwicach może okazać się punktem zwrotnym całej jego drugiej kariery sportowej.

Czy 41-letni LeBron James zdoła dać Philadelphia 76ers to, czego klub nie zdobył od ponad czterech dekad? Pytanie wisi w powietrzu od momentu, gdy James dołączył do Sixers i od razu wylądował w składzie z Jaylenem Brownem, Joelem Embiidem i Tyresem Maxeyem. Nowym duetem gwiazd zespołu mają być właśnie Brown i Embiid. Ambicje klubu nie są przy tym żadną tajemnicą — jak pisze NBC News, Sixers mają walczyć o tytuł już w pierwszym sezonie tego projektu.

Josh Harris przejął Philadelphia 76ers w 2011 roku, i od tamtej pory klub seryjnie inwestuje w gwiazdy, które miały przynieść mistrzostwo. Czasem gorzki smak porażki czuło się już na starcie. Sprowadzony do Filadelfii Andrew Bynum nie rozegrał w barwach Sixers ani jednego meczu — problemy zdrowotne przekreśliły ten transfer, zanim się zaczął. Przez lata w składzie przewijali się między innymi Jimmy Butler, James Harden, Paul George, Tobias Harris i Al Horford. Efekt? Mimo kolejnych inwestycji klub ani razu nie awansował do finału NBA.

Seria rozczarowań

Jimmy Butler trafił do Filadelfii z Minnesoty w 2018 roku. Wraz z Embiidem i Benem Simmonsem doprowadził Sixers do półfinału Konferencji Wschodniej, gdzie zespół przegrał z Toronto Raptors po siedmiu meczach. Butler nie krył rozczarowania decyzją klubu, który postawił na Tobiasa Harrisa, a nie na zatrzymanie go w składzie. „Tobias Harris zamiast mnie?!” — grzmiał po porażce.

Kolejny rozdział otworzył się w lutym 2022 roku, gdy do Filadelfii dołączył James Harden. Rok później Sixers prowadzili w play-offach z Boston Celtics 3:2 — i mimo to serię przegrali. W szóstym meczu Harden nie trafił żadnego z sześciu rzutów za trzy punkty, a w decydującym siódmym zdobył zaledwie dziewięć punktów. Jesienią został oddany do Los Angeles Clippers.

Tobias Harris, ten sam, o którym z taką goryczą mówił Butler, podpisał z klubem kontrakt wart 180 mln dolarów. Przez pięć sezonów w Filadelfii nigdy nie został wybrany do Meczu Gwiazd. W 2024 roku do zespołu dołączył Paul George, wiążąc się z klubem czteroletnią umową na 212 mln dolarów. Szybko stał się jednak kartą przetargową — został wykorzystany w wymianie, która pomogła sprowadzić do Filadelfii Jaylena Browna.

Joel Embiid, jedyny stały punkt tej karuzeli gwiazd, patrzy na to inaczej niż kibice. „Nie powiedziałbym, że to się nie udało. Oczywiście, nie zdobyliśmy tytułu. Trudno wygrać, gdy grupa zawodników gra ze sobą przez rok albo dwa” — powiedział kameruński środkowy.

Ostatni raz Philadelphia 76ers triumfowała w NBA w 1983 roku. Tamten sukces zbudowano na sprowadzeniu Mosesa Malone’a z Houston Rockets, który już w pierwszym sezonie w nowych barwach został MVP ligi. Obok niego w mistrzowskim składzie grali Julius Erving, Maurice Cheeks, Bobby Jones i Andrew Toney. Czterdzieści kilka lat i kilkanaście nieudanych prób później, klub próbuje powtórzyć ten sam wzorzec — jedna wielka gwiazda plus odpowiednio dobrana reszta — tym razem z LeBronem Jamesem w roli najnowszego katalizatora.

Ile nowych elementów z włókna węglowego trzeba, żeby złożyć bolid F1 rozbity o bariery w sobotnim sprincie? Odpowiedź z Singapuru jest prosta: więcej, niż Mercedes miał akurat na magazynie.

George Russell dojechał ostatnie GP Singapuru na dziewiątym miejscu, choć droga do tego wyniku była wszystko, tylko nie prosta. Brytyjczyk ruszał z dziewiętnastego pola startowego — konsekwencja kary za wymianę elementów jednostki napędowej. Już sam weekend na Marina Bay sypał mu problemami technicznymi jeden za drugim: najpierw miękki pedał hamulca, potem, w trakcie wyścigu, wyciek płynu z uszkodzonej butelki z napojem.

Największy kłopot przyszedł jednak dzień wcześniej. W sobotnim sprincie Russell rozbił samochód o bariery i zostawił mechanikom Mercedesa nie lada zagadkę: jak odbudować bolid W17 w parę godzin przed niedzielnym wyścigiem. Jak pisze niemiecki magazyn „Auto Motor und Sport”, naprawa obejmowała wymianę przedniego skrzydła, podłogi, przedniego zawieszenia i całej tylnej części auta.

Stare części, te same specyfikacje, inna wydajność

Skala uszkodzeń była taka, że zespół wyczerpał cały zapas nowych elementów z włókna węglowego. W aucie Russella nie znalazły się więc podzespoły prosto z fabryki — inżynierowie musieli sięgnąć po komponenty, które już wcześniej przejechały inne weekendy wyścigowe. Na papierze miały identyczną konstrukcję i tę samą specyfikację aerodynamiczną co nowe egzemplarze. Różnił je tylko stopień zużycia. „Auto Motor und Sport” zaznacza jednak, że wyeksploatowane części mogły dawać nieco gorszą wydajność niż te fabrycznie nowe.

Russell i tak awansował z 19. pola startowego na 9. pozycję i wywalczył punkty. Szef zespołu Toto Wolff uznał to za skuteczne ograniczenie strat.

Problem w tym, że takich kompromisów czeka go pewnie więcej. Pod koniec sezonu zespoły F1 zwykle przestawiają produkcję z nowych elementów zapasowych na prace nad samochodem na kolejny rok. Dla Russella to oznacza, że mocniej zużyte części mogą mu towarzyszyć do końca sezonu 2026.

Do tego dochodzi jeszcze jedna kara związana z wymianą elementów silnika — kolejne ograniczenie w odrabianiu strat w klasyfikacji generalnej.

A strata jest już ogromna. Andrea Kimi Antonelli prowadzi w klasyfikacji generalnej z przewagą 102 punktów. Russellowi zostały już tylko matematyczne szanse na tytuł mistrzowski w sezonie 2026. Jeśli na najbliższym GP USA coś pójdzie nie tak dla Brytyjczyka, Antonelli może przypieczętować mistrzostwo świata już w Austin.

Setbol przeciwniczki, trzy obronione break pointy na starcie – i mimo to zwycięstwo. Tak w skrócie wyglądał ćwierćfinał WTA Wuhan Open, w którym Jelena Ostapenko pokonała rozstawioną z numerem 11 Dianę Sznajder 7:6(6), 6:1. Mecz trwał 105 minut i otwiera Łotyszce drogę do potencjalnego starcia z Igą Świątek.

Początek należał do Sznajder. Pierwszy gem wcale nie wskazywał na taki scenariusz – przy podaniu Rosjanki Ostapenko prowadziła na returnie 40-0. Chwilę później 22-letnia zawodniczka obroniła jednak trzy break pointy na starcie seta i objęła prowadzenie. W szóstym gemie przyszło przełamanie – Sznajder wyszła na 5:2. Przy własnym podaniu w dziewiątym gemie miała nawet setbola, ale nie zdołała zamknąć partii. Ostapenko obroniła tę szansę i doprowadziła do wyrównania 5:5.

O losach seta zadecydował więc tie-break. Ostapenko szybko odskoczyła na 6-3 i domknęła go wynikiem 7:6(6). Sam tie-break trwał 67 minut – dłużej niż cały drugi set razem wzięty.

Drugi set bez historii

Po zdobyciu pierwszej partii Ostapenko nie dała rywalce żadnych szans. Od razu wypracowała przewagę 3:0. Sznajder przez cały set zdobyła tylko jedno oczko – w czwartym gemie, wychodząc ze stanu 15-30. Reszta należała do Łotyszki, która zamknęła spotkanie 6:1.

To kolejny trudny mecz, który Ostapenko wygrała w Wuhan. W drugiej rundzie obroniła trzy meczbole, eliminując Jessicę Pegulę. Sznajder z kolei zapisała na swoim koncie głośną wygraną nad Karoliną Muchovą – zawodniczką, która była główną konkurentką Igi Świątek w walce o miejsce w WTA Finals. W deblu Rosjanka w Wuhan nie zagrała – kontuzji doznała jej partnerka Elise Mertens.

Do ćwierćfinału awansowały też dwie Polki – Iga Świątek i Maja Chwalińska – które trafiły do tej samej połówki drabinki. Żeby doszło do siódmego w karierze meczu Ostapenko ze Świątek, Łotyszka musi najpierw wygrać półfinał z Eliną Switoliną lub Sonay Kartal. Świątek czeka podobnie wyboista droga – najpierw Ann Li, potem Chwalińska albo Maria Sakkari.

Sabah Baku rozniósł Slavię Praga 2:0, a w wyjściowym składzie gospodarzy pojawił się Tymoteusz Puchacz. Na trybunach obrońca, jak się potem okazało, nie był sam — kibicowała mu żona.

Spotkanie z trybun oglądała Oliwia Puchacz. Po końcowym gwizdku influencerka wrzuciła do sieci wpis z kilkoma zdjęciami ze stadionu, w tym fotkami z ukochanym. Emocji nie kryła. „Pierwsze zwycięstwo w Lidze Mistrzów” — napisała krótko.

Od poznania w Warszawie do oświadczyn

Żona piłkarza to Oliwia Nincevic. Poznali się pod koniec 2024 roku, w jednym z warszawskich klubów. Kilka miesięcy później Nincevic wspomniała o tym w podcaście „Cała na biało”, nie zdradzając jednak zbyt wiele. „Historia jest ogólnie dość zaplątana i muszę uniknąć kilku szczegółów. Ale tak, tam się zaczęło” — mówiła.

W styczniu 2026 roku padły oświadczyny. Influencerka nie czekała długo — w sieci szybko wylądowały zdjęcia z pierścionkiem na palcu.

Ślub odbył się 27 maja — tak podał sam piłkarz. Ceremonia miała miejsce we Wrocławiu, gdzie Puchacz ma zaprzyjaźnionego księdza. Za świadka stanął jego przyjaciel, Aleksander Theus.

Ciekawe jest co innego: cała sprawa była owiana tajemnicą dużo większą niż zwykła chęć prywatności. Rodzice i przyjaciele nie znali ani daty, ani prawdziwego powodu wyjazdu — powiedziano im, że jedzie się na galę dla influencerów. Zaproszenia, które miały podtrzymać tę iluzję, Oliwia Nincevic przygotowała z pomocą sztucznej inteligencji. Na samej ceremonii stawili się tylko para młoda, świadkowie i rodzice — nikt więcej.

Całą intrygę Tymoteusz Puchacz opisał w podcaście Tomasza Ćwiąkały, choć odcinek wyszedł już po ślubie. Teraz, kilka miesięcy po weselu, para przeżywa kolejny ważny moment — tym razem na stadionie w Baku, gdzie Oliwia z trybun patrzyła, jak mąż święci pierwszy triumf w Lidze Mistrzów.

Kto po cichu stoi za najlepszym sezonem w karierze Mai Chwalińskiej? Odpowiedź wymknęła się w mediach społecznościowych, tuż po jej kolejnym zwycięstwie w Wuhan.

Chwalińska pokonała rozstawioną Ivę Jovic 6:4, 6:1 i tym samym wywalczyła awans do ćwierćfinału chińskiego turnieju. W kolejnej rundzie zmierzy się z Marią Sakkari. Efekt tej formy widać już w rankingu – Polka awansowała w klasyfikacji WTA „na żywo” na 19. pozycję, najwyższą w swojej dotychczasowej karierze.

Po meczu z Jovic Chwalińska opublikowała w mediach społecznościowych wpis z dwoma zdjęciami. Na jednym widać ją samą oraz dwóch mężczyzn siłujących się na rękę. Jeden z nich to Jaroslav „Bob” Machovsky, trener Polki – współpracują już szósty rok, razem jeżdżąc po turniejach na całym świecie.

Drugi mężczyzna na fotografii to Aleksander Trzciński, fizjoterapeuta Mai Chwalińskiej. Zwykle siedzi w cieniu sztabu, daleko od obiektywów. Tym razem było inaczej. Na jego własnym profilu w mediach społecznościowych wylądowało nagranie z kulis przygotowań Chwalińskiej do meczu z Jovic – krótki kadr codziennej pracy, która normalnie nie trafia przed kamery turniejowe.

Doświadczenie, które sięga dalej niż Wuhan

Trzciński nie jest w polskim tenisie przypadkową postacią. Należy do sztabu medycznego reprezentacji Polski i wspierał kadrowiczki oraz kadrowiczów podczas turniejów Billie Jean King Cup – między innymi w Gliwicach, Gorzowie Wielkopolskim i Radomiu. Jeździł też z reprezentacją na Puchar Davisa i igrzyska olimpijskie. Rok temu dzielił się swoim doświadczeniem i wiedzą na Kongresie Tenisa Dziecięcego.

W jego CV są nazwiska, które nikomu dziś nie trzeba przedstawiać. W 2019 i 2020 roku, gdy wielka kariera dopiero się zaczynała, współpracował z Igą Świątek. Pomagał też Magdzie Linette. Teraz, przy najlepszym wyniku Chwalińskiej w karierze, to on – człowiek, którego kibice zwykle nie zauważają – trafił na zdjęcie, które sama zawodniczka uznała za warte pokazania światu.

Trzy piłki meczowe. Tyle musiała wywalczyć Iga Świątek, by domknąć drugą rundę w Wuhan. Polka pokonała Amerykankę Ashlyn Krueger 6-1, 6-4 i jest już w ćwierćfinale Wuhan Open – choć droga do tego wyniku była wyboista znacznie bardziej, niż sugeruje sam wynik.

Pierwszy set to był właściwie monolog Polki. Krueger, zajmująca 68. miejsce w rankingu WTA, oddała tylko jednego gema, przegrywając przy stanie 5:0 dla Świątek. W tej partii Amerykanka nagromadziła aż 19 niewymuszonych błędów i wygrała zaledwie 38 procent punktów przy własnym pierwszym serwisie. Paradoksalnie to ona zdobyła pierwszy punkt całego meczu – po podwójnym błędzie serwisowym Świątek.

Drugi set z zwrotami akcji

W drugiej partii Krueger pokazała zupełnie inną twarz. Prowadziła 1:0, potem 2:1, a Świątek w swoich dwóch pierwszych gemach serwisowych musiała bronić się przed czterema break pointami. Przełom przyszedł w piątym gemie – Polka przełamała rywalkę. Krueger jednak nie odpuściła. Przy ósmym już break poincie meczu doprowadziła do wyrównania, 3:3.

Odpowiedź Świątek była natychmiastowa: kolejne przełamanie i powrót inicjatywy, a chwilę później prowadzenie 5:3. Na koniec mecz i tak rozstrzygnął się dopiero przy trzeciej piłce meczowej Polki.

Ten awans znaczy dla Świątek więcej niż sam turniej w Wuhan. Sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa wciąż liczy się w walce o miejsce w WTA Finals, choć bliżej tego celu jest w tej chwili Karolina Muchova. W kolejnej rundzie na Polkę czeka lepsza z pary Ann Li – Janice Tjen. W gronie ćwierćfinalistek jest też druga Polka, Maja Chwalińska.

Piątek w Wuhanie może przynieść coś, czego polscy kibice tenisa nie widzieli od dawna – starcie dwóch Polek o finał turnieju WTA 1000. Iga Świątek i Maja Chwalińska awansowały do ćwierćfinału w czwartek, więc scenariusz polskiego pojedynku o miejsce w finale jest jak najbardziej na stole.

Świątek, zajmująca 9. miejsce w rankingu WTA, poradziła sobie w dwóch setach z Ashlyn Krueger, notowaną na 68. pozycji. Chwalińska, 22. rakieta świata, równie sprawnie rozprawiła się z Ivą Jović, zajmującą 11. miejsce w rankingu. Jeśli obie wygrają kolejne mecze, w półfinale spotkają się właśnie między sobą.

W ćwierćfinale Świątek zagra z Ann Li, 31. zawodniczką światowego rankingu. Li namieszała w Wuhanie już w drugiej rundzie, eliminując Arynę Sabalenkę, wiceliderkę światowej klasyfikacji. Chwalińska zmierzy się z kolei z Marią Sakkari, obecnie 35. w rankingu WTA. Polka i Greczynka nie grają zresztą po raz pierwszy – w 2026 roku Chwalińska pokonała Sakkari na kortach Roland Garros, choć rok wcześniej, w Rzymie, musiała uznać jej wyższość w trzysetowym boju.

Komentator tenisowy Tomasz Wolfke nie ma wątpliwości, kto wchodzi w ćwierćfinał w roli faworytki. „Iga na pewno będzie faworytką w ćwierćfinale. Ale liczę też, że w drugim Chwalińska poradzi sobie z Sakkari – Polka pokazuje, że na kortach twardych radzi sobie co raz lepiej. A jeśli wygra z Greczynką, to będziemy świadkami polskiego półfinału. To byłaby fantastyczna sprawa”.

Jak Chwalińska mogłaby zaskoczyć Świątek?

A gdyby już doszło do polskiego półfinału? Wolfke stawia na Świątek, ale od razu dodaje ostrzeżenie co do stylu gry Chwalińskiej. „Myślę, że Iga, ale styl gry Mai na pewno się jej nie spodoba, musiałaby być w takim pojedynku niezwykle cierpliwa, nie zniechęcać się skrótami czy lobami swojej koleżanki, mieć odpowiednie nastawienie. I mieć przygotowany plan taktyczny na Maję”. Ekspert przypomina też, że zawodniczki dobrze się znają z boiska – w przeszłości trenowały razem.

A jak wygląda dziś forma samej Świątek? Wolfke zwraca uwagę na jej koncentrację i wyraźnie wytyczony cel na ten sezon. „Widać doskonale po Idze, że jest skoncentrowana i że ma przed sobą cel, czyli walkę o WTA Finals, co jest ciągle możliwe. Już w Wuhan może nawet wygrać, jest to jak najbardziej realne. Zobaczymy tylko, czy tej solidności wystarczy na więcej niż trzy mecze”.

Oba ćwierćfinałowe pojedynki odbędą się w piątek, 16 października. Mecz Chwalińskiej z Sakkari zaplanowano jako drugi od godziny 6:30 czasu polskiego, Świątek z Li zagrają nie wcześniej niż o 13:00.

Jak wielka jest różnica między Lechem Poznań a Bayerem Leverkusen? Czwartkowy wieczór dał odpowiedź wprost – 0:4 dla gości na tablicy – a potem jeszcze dosadniej dopowiedział ją jeden z obrońców mistrzów Polski, mówiąc po ostatnim gwizdku.

Bayer prowadził przy Bułgarskiej już po pierwszej połowie 3:0. Ostatecznie dopisał do tego jeszcze jedno trafienie, pieczętując wygraną 4:0. Dla Lecha to drugi mecz tej edycji Ligi Europy i druga porażka – po dwóch kolejkach mistrzowie Polski zamykają tabelę rozgrywek.

Przed kamerami Polsatu Sport, który transmitował mecz, spotkanie skomentował obrońca Lecha Mateusz Skrzypczak – ten sam zawodnik, który w pierwszej połowie sprokurował rzut karny dla Bayeru. Przyznał, że nie widział dokładnie tamtej sytuacji, choć wiadomo, że chodziło o rękę. „Co się wydarzyło? Popełnialiśmy błędy, graliśmy z bardzo dobrą drużyną, która te błędy wykorzystywała. Też trochę nam zabrakło szczęścia, bo ten pierwszy rzut karny taki – nie widziałem sytuacji – była ręka, ale wiadomo, że te ręki to jest po prostu przypadek”.

Po stracie pierwszego gola Bayer, jak opisał Skrzypczak, jeszcze podkręcił tempo, a Lech schodził na przerwę przegrywając już 0:3. Obrońca Lecha ocenił, że niemiecki zespół był groźny niezależnie od tego, kto miał piłkę przy nodze. „Było trudno w każdym aspekcie gry wyglądali bardzo dobrze: czy mieliśmy piłkę, czy jej nie mieliśmy, czy były te fazy przejściowe, to czuć było, że oni cały czas są blisko i są intensywni. Było trudno”.

„Ci piłkarze grają w Bayerze, a my w Lechu Poznań”

Różnicę klas najdotkliwiej podsumował sam Skrzypczak. „To jest ta różnica, że ci piłkarze grają w Bayerze, a my gramy w Lechu Poznań. Wiadomo, że trenujemy dobrze, żeby być cały czas lepszymi, ale czuć tę różnicę w tych małych rzeczach. Oni nie popełniają błędów albo popełniają ich bardzo mało, wykorzystują sytuacje. Tak to wygląda na ten moment”.

Pojawił się też temat zdrowia Wojciecha Mońki, który musiał zejść z boiska po kwadransie gry z powodu urazu. Jego miejsce zajął Terry Yegbe – ten sam zawodnik, który chwilę wcześniej był pechowym bohaterem pierwszego rzutu karnego podyktowanego dla gości. Skrzypczak życzył koledze z zespołu szybkiego powrotu do zdrowia, nazywając kontuzję najgorszym czasem w karierze piłkarza. „Życzę Wojtkowi szybkiego powrotu do zdrowia. Szkoda, że ma kontuzję. To najgorszy czas dla piłkarza. Niech się kuruje”.

Miał też zrozumienie dla sytuacji Yegbe, który musiał wejść na odpowiedzialną pozycję w obronie bez rozgrzewki i bez przygotowania. „Też niełatwa sytuacja dla obrońcy, czyli dla Terry’ego – wejść tak nagle, nie rozgrzanym na tak odpowiedzialną pozycję. Tak jest w piłce”.

Na poprawę nastrojów Lech nie będzie musiał długo czekać – już w przyszłym tygodniu zagra trzeci mecz tej edycji Ligi Europy, a rywalem będzie Sunderland.

Co się stało z Wojciechem Mońką w 15. minucie meczu z Bayerem Leverkusen? I czy pomocnik zdąży wrócić na niedzielny hit ligowy z Koroną Kielce? Jasnej odpowiedzi na razie nie ma, ale trener Lecha Poznań Niels Frederiksen po czwartkowym pogromie starał się uspokoić kibiców co do powagi urazu.

Lech Poznań przegrał w czwartek z Bayerem Leverkusen aż 0:4 w meczu Ligi Europy. Trzy z czterech straconych goli padły jeszcze w pierwszej połowie — a to już samo tłumaczy frustrację po stronie mistrzów Polski. Na dodatek w 15. minucie boisko musiał opuścić Wojciech Mońka. Na jego miejsce wszedł Terry Yegbe.

Zmiana szybko przyniosła nowy problem. To po zagraniu ręką Yegbe Bayer Leverkusen otrzymał pierwszy rzut karny w tym meczu, a niemiecki klub nie zawiódł, wychodząc na prowadzenie.

Frederiksen: nie chcemy kolejnych kontuzji

Na pomeczowej konferencji Niels Frederiksen przyznał, że trudno ocenić skalę urazu Mońki tak krótko po końcowym gwizdku. Jego przeczucia, jak zaznaczył, nie są jednak najgorsze. Pomocnik poczuł coś w mięśniu — sztab zdecydował zdjąć go z boiska, żeby nie ryzykować kolejnych kontuzji w zespole. Mimo tego umiarkowanie optymistycznego tonu trener zasugerował, że w niedzielnym meczu z Koroną Kielce Mońki raczej nie zobaczymy.

Porażka z Bayerem tylko pogłębiła kryzys Lecha w europejskich pucharach. Poznaniacy są obecnie najgorszą drużyną w całej tabeli Ligi Europy. Na poprawę nie trzeba będzie długo czekać — już w czwartek 22 października o 18:45 Lech zagra u siebie z Sunderlandem.

Instalacja aplikacji
Pobierz