⚡ Aktualnie:
Czekali 73 lata. Antonelli mistrzem F1, choć nie ma nawet prawa jazdy 100 mln dolarów. Perez przedłużył kontrakt z Cadillacem i może trafić do elity zarobkowej F1 Lawson zdyskwalifikowany z kwalifikacji do GP Meksyku. FIA wykryła usterkę MGU-K Gasly: nie mam sobie nic do zarzucenia po kwalifikacjach Wyniki finansowe działu silnikowego Red Bulla w 2025 roku Bortoleto wystąpił w kwalifikacjach z niemal zerowym przebiegiem w treningach Ale forma! To już pięć wygranych z rzędu Kinga Szczecin Trzymały się do siódmej kolejki. Nie ma już drużyny bez porażki Hickey rozstrzygnął mecz w czwartej kwarcie. Śląsk Wrocław wygrywa w Gliwicach 96:84 16 trójek ich nie złamało. MKS Dąbrowa Górnicza z najlepszym otwarciem w historii Czekali 73 lata. Antonelli mistrzem F1, choć nie ma nawet prawa jazdy 100 mln dolarów. Perez przedłużył kontrakt z Cadillacem i może trafić do elity zarobkowej F1 Lawson zdyskwalifikowany z kwalifikacji do GP Meksyku. FIA wykryła usterkę MGU-K Gasly: nie mam sobie nic do zarzucenia po kwalifikacjach Wyniki finansowe działu silnikowego Red Bulla w 2025 roku Bortoleto wystąpił w kwalifikacjach z niemal zerowym przebiegiem w treningach Ale forma! To już pięć wygranych z rzędu Kinga Szczecin Trzymały się do siódmej kolejki. Nie ma już drużyny bez porażki Hickey rozstrzygnął mecz w czwartej kwarcie. Śląsk Wrocław wygrywa w Gliwicach 96:84 16 trójek ich nie złamało. MKS Dąbrowa Górnicza z najlepszym otwarciem w historii

48. minuta, rzut rożny dla Wisły Kraków. Juljan Shehu przytrzymuje za koszulkę Darko Grujcicia, ale sędzia Marcin Szczerbowicz nie widzi w tym podstaw do podyktowania jedenastki. Chwilę później sytuację bierze pod lupę VAR i znajduje inny powód – dotknięcie piłki ręką przez Ricardo Visusa zostaje uznane za karne, bo piłka odbiła się od ręki podpierającej, zanim trafiła w biodro zawodnika, a ręka nie dotykała jeszcze murawy. Do piłki podchodzi Angel Rodado. Bartosz Drągowski w bramce Widzewa nie wyczuwa jego intencji, ale los uśmiecha się do gospodarzy – strzał odbija się od poprzeczki.

Na tym kończy się najbardziej emocjonujący fragment meczu na Stadionie Miejskim przy aleji Piłsudskiego. Widzew Łódź i Wisła Kraków rozstały się bezbramkowym remisem. Obie strony miały przy tym swoje powody do niezadowolenia jeszcze przed ostatnim gwizdkiem.

Spotkanie przerwano na blisko dziesięć minut, gdy kibice Widzewa odpalili race. Kiedy gra wreszcie dobiegła końca, trybuny odpowiedziały piłkarzom gwizdami. Patrząc na to, co obie ekipy pokazały na boisku, trudno się temu dziwić.

Seria bez wygranej po obu stronach

Widzew przed tym meczem liczył na przełamanie – z dziewięciu ostatnich występów zanotował pięć remisów i cztery porażki. Tym razem punktu też nie udało się przekuć w trzy. Łodzianie wciąż czekają na wygraną od ponad dwóch miesięcy.

Wisła przyjechała do Łodzi poirytowana po przegranej 0:2 z Legią Warszawa, w której – jak podkreślano w klubie – zabrakło między innymi niepodyktowanego karnego. Remis w Łodzi tej frustracji nie ukoił, bo krakowianie wciąż nie wygrali żadnego meczu na wyjeździe w tym sezonie Ekstraklasy. Wcześniej Wisła przegrywała na wyjazdach 3:4 z Piastem Gliwice i 1:2 z Górnikiem Zabrze, remisując 2:2 z Pogonią Szczecin oraz 1:1 z Koroną Kielce.

Kapitan Wisły Alan Uryga podsumował spotkanie krótko po końcowym gwizdku. „Troszkę takie dwa oblicza. Do przerwy oddaliśmy pole Widzewowi, a potem się otrząsnęliśmy, mieliśmy kontrolę” – powiedział.

Oprócz zmarnowanego karnego Rodado najwięcej emocji w końcówce dał strzał Jusufa Gazibegovicia bezpośrednio z rzutu wolnego. Piłkarz Widzewa trafił w światło bramki, ale Marcel Łubik interweniował skutecznie i utrzymał czyste konto Wisły.

Jak wygląda tabela Ekstraklasy

Remis w Łodzi niczego nie zmienił na szczycie tabeli. Liderem pozostaje Górnik Zabrze z 25 punktami i bilansem bramkowym 19:9. Wisła Kraków zajmuje 6. miejsce z 18 punktami i bilansem 17:14, a Widzew Łódź jest 13. z 10 punktami i bilansem 14:15. Na samym dole tabeli znajduje się Raków Częstochowa z 6 punktami i bilansem 15:26.

Restauracja w Rzymie, wiosna tego roku. Przy stoliku siada Mikołaj Weymann, trener, który kilka lat wcześniej prowadził Igę Świątek i Maję Chwalińską do tytułu drużynowych mistrzyń świata do lat 16. Rozmowa wywiązuje się prawie przypadkiem – juniorski turniej na Foro Italico trwa w tym samym miejscu i czasie co turniej seniorski, więc drogi dawnego trenera i jego byłej podopiecznej się przecinają. Nikt wtedy nie podejrzewał, że kilka miesięcy później te dwie zawodniczki staną po przeciwnych stronach kortu w półfinale turnieju WTA 1000.

W sobotę w Wuhan Iga Świątek, dziewiąta rakieta świata, zagra z Mają Chwalińską, numerem 22 globalnego rankingu, która od poniedziałku będzie notowana nie niżej niż na szesnastym miejscu. To pierwszy w historii polski półfinał turnieju z kategorii WTA 1000. Mecz nie zacznie się wcześniej niż o 12.30 polskiego czasu, a obejrzeć go będzie można w Canal+ Sport, z relacją na żywo na Sport.pl.

Trzy mecze, dwie wygrane Igi

Historia ich rywalizacji sięga dzieciństwa. Pierwszy oficjalny mecz między Świątek i Chwalińską, rozegrany w ramach turnieju Masters do lat 12, padł łupem Chwalińskiej. Świątek odpowiedziała w ćwierćfinale mistrzostw Polski do lat 14, gdzie okazała się lepsza. Trzecie starcie rozegrano w Sztokholmie w 2016 roku, tuż po tym, jak obie wywalczyły wspomniane mistrzostwo świata do lat 16 – i tym razem górą była Świątek. Sobotni półfinał w Wuhan będzie więc dopiero czwartym prawdziwym meczem na punkty między nimi. Od tamtych juniorskich lat obie poszły zupełnie innymi drogami – Chwalińska zdążyła choćby dojść do finału Rolanda Garrosa w swojej kategorii wiekowej.

Formy obu zawodniczek w Wuhan nie da się ocenić jako olśniewającej, przynajmniej nie według statystyk. Świątek w ćwierćfinale pokonała Ann Li, ale przy tym zaliczyła 28 niewymuszonych błędów wobec tylko 10 uderzeń kończących – sama Li miała 13 winnerów i aż 49 niewymuszonych błędów. Rundę wcześniej, w meczu z Ashlyn Krueger, bilans Polki wyglądał podobnie: 27 błędów przy dziewięciu winnerach, podczas gdy Amerykanka zakończyła spotkanie z 16 winnerami i 46 błędami.

Chwalińska w tych liczbach wypada zupełnie inaczej. W meczu z Marią Sakkari zanotowała 25 winnerów przy 23 niewymuszonych błędach, a w starciu z Lolą Jović – 17 winnerów do 15 błędów. Dla porównania, sama Sakkari w swoim ćwierćfinale skończyła z bilansem 37 winnerów i 35 niewymuszonych błędów. Chwalińska gra więc skuteczniej niż jej rywalki, nie fundując przy tym widowni lawiny błędów – a to akurat rodzaj gry, który może sprawić kłopot Świątek.

Iga nigdy nie lubiła niskich piłek, szczególnie na forhend, a Maja takie gra.

Tak Mikołaj Weymann opisuje słabość, którą – jego zdaniem – Chwalińska znała już w juniorskich latach i wciąż może wykorzystać. Trener, obecnie ponownie prowadzący kadrę Polek do lat 16, nie ma wątpliwości: sobotni pojedynek jest dużo bardziej wyrównany, niż wskazywałaby na to różnica w rankingu.

Natomiast samo to, że Maja wygra, jest w sumie tak samo prawdopodobne jak to, że wygra Iga.

To mocna deklaracja z ust człowieka, który znał obie zawodniczki, gdy jeszcze razem walczyły o mistrzostwo świata dla Polski. W sobotę w Wuhan okaże się, czy niska piłka na forhend Igi Świątek rzeczywiście zdecyduje o pierwszym polskim finale WTA 1000 w historii.

Przy stanie 3:4 w drugim secie Katie Volynets podeszła do krzesła sędziowskiego i podniosła rękę – znak, że dalej grać nie może. Zegar meczowy wskazywał wtedy 74. minutę. Dla Katarzyny Kawy ta chwila oznaczyła walkower i awans do finału kwalifikacji turnieju WTA 500 w Ningbo.

Spotkanie zaczęło się od prawdziwego pokazu siły Polki. Kawa otworzyła eliminacje meczem z Amerykanką Katie Volynets i już od pierwszych gemów dyktowała warunki – pierwszego seta zamknęła wynikiem 6:1. Gładko to jednak nie szło. Przy szansie na prowadzenie 2:0 Polka nie wykorzystała break pointa, prowadząc 40:30. Ostatecznie zamieniła dwie z czterech okazji na przełamanie i wyszła na 5:1. Volynets miała jeszcze trzy piłki na odrobienie strat, ale losów partii to nie zmieniło – set padł przy wyniku 6:1.

Drugi set to już zupełnie inna historia. Volynets od razu przełamała i objęła prowadzenie 2:0. Potem, od stanu 3:1 dla Amerykanki, role się odwróciły – trzy kolejne gemy zgarnęły zawodniczki returnujące, nie serwujące. Tak doszło do wyniku 3:4 dla Kawy w momencie, gdy mecz został przerwany. Wcześniej na korcie pojawił się fizjoterapeuta, o którego interwencję prosiła sama Volynets.

Statystyki potwierdzają, że serwis Polki działał solidnie przez cały mecz. 16 uderzeń kończących przy 15 niewymuszonych błędach, cztery asy serwisowe i 11 z 14 wygranych punktów po pierwszym podaniu – 79 procent.

Kolejna przeszkoda: Daria Snigur

W finale kwalifikacji na Kawę czeka Ukrainka Daria Snigur, która wcześniej pokonała Chinkę Yu Jun Lin 6:4, 2:6, 6:1. Ciekawostka: Snigur trenuje pod okiem Dawida Celta, kapitana reprezentacji Polski w rozgrywkach Billie Jean King Cup. Zwyciężczyni tego starcia wywalczy miejsce w turnieju głównym, który odbędzie się w Ningbo od 19 do 25 października.

Dla Kawy to kolejny krok w sezonie, w którym bilans wygranych i porażek wynosi 26-23. Pokonana w Ningbo Katie Volynets zajmuje 88. miejsce w rankingu WTA i w tym roku triumfowała w dwóch turniejach cyklu WTA 125, między innymi w Philadelphii.

Sama Polka ma na koncie dwa tytuły tej rangi – z Huzhou i Modeny. W finale w Huzhou rozbiła Veronikę Erjavec 6:0, 6:4, a w Modenie przetrwała trzy sety z Lucią Bronzetti, wygrywając 6:1, 4:6, 7:6. Mimo tych sukcesów w tym sezonie Kawa nie zagrała jeszcze w żadnym turnieju WTA 1000 – sito kwalifikacji okazywało się dla niej zbyt gęste.

Adelajda, styczeń. Marketa Vondroušová wygrywa w pierwszej rundzie z Rosjanką Liudmiłą Samsonową 6:1, 4:6, 6:2. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to będzie jej ostatni mecz na długi, długi czas. W czerwcu 2026 roku Międzynarodowa Agencja ds. Integralności Tenisa (ITIA) ogłosiła, że Czeszka zostaje zawieszona na cztery lata. Powód? Odmówiła poddania się testowi antydopingowemu.

Vondroušová broniła się, tłumacząc swoją decyzję stresem, stanami lękowymi i brakiem zachowania procedur po stronie kontrolera. Dla zawodniczki, która jeszcze kilkanaście miesięcy temu należała do czołówki rankingu WTA, cios okazał się tym boleśniejszy, że dotyka kariery zbudowanej na jednym z najbardziej pamiętnych triumfów ostatnich lat. Leworęczna Czeszka wygrała Wimbledon w 2023 roku, a w grze pojedynczej na igrzyskach olimpijskich w Tokio zdobyła srebrny medal.

Teraz Vondroušová odwołała się od kary do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie. Zanim jednak sprawa znajdzie rozstrzygnięcie, zawodniczka zdecydowała się opisać na Instagramie, jak wygląda jej życie pod dyskwalifikacją.

To uświadomiło mi, że wiele osób tak naprawdę nie wie, z czym wiąże się taka dyskwalifikacja. Większość ludzi wyobraża sobie, że oznacza to po prostu brak możliwości gry w tenisa przez cztery lata. Konsekwencje sięgają jednak znacznie dalej.

Kontrole trwają, życie prywatne też płaci cenę

Jak napisała Vondroušová, mimo odbywania czteroletniej dyskwalifikacji nadal jest poddawana kontrolom antydopingowym. Jej obowiązki w ramach systemu antydopingowego nie wygasły wraz z karą — musi dalej przekazywać informacje o miejscu pobytu i codziennie wskazywać godzinny przedział czasowy dostępności do kontroli. Podkreśliła przy tym, że wszystkie testy, którym się do tej pory poddała, dały wynik negatywny.

Dyskwalifikacja odbiła się też na jej życiu osobistym i relacjach z bliskimi. Jej partner jest zawodowym tenisistą. Ona sama — jak napisała — nie może go nawet wspierać z trybun jako zwykła widzka bez akredytacji.

Mój partner jest zawodowym tenisistą, a je nie mogę go wspierać, nawet jako zwykła widzka bez akredytacji.

Najtrudniej, jak przyznała Czeszka, jest znosić komentarze internautów.

Trudno mi czytać komentarze osób, które nazywają mnie „osobą stosującą doping” czy też słuchać ludzi ze świata tenisa, którzy twierdzą, że wyglądam, jakbym gdzieś paliła marihuanę.

Głos w sprawie zabrała też Amerykanka Jessica Pegula, porównując przypadek Vondroušovej do wcześniejszych spraw Sinnera i Świątek.

Nie do końca rozumiem, czym ta sytuacja różni się od tego, co wydarzyło się w przypadku Sinnera i Świątek. Wtedy wyjaśniono nam, jakie obowiązują przepisy i dlaczego podjęto właśnie takie decyzje. Mimo to wciąż wydaje mi się to nielogiczne. Patrząc na tę sytuację przez pryzmat zdrowego rozsądku, nie ma to sensu. W takim przypadku cztery lata dyskwalifikacji to w praktyce zniszczenie kariery z powodu czegoś, co mogło okazać się zwykłym nieporozumieniem.

Ostatnie słowo w sprawie Vondroušovej będzie teraz należało do CAS w Lozannie.

W programie „Dwa Fotele” pytanie o relacje w polskim sztabie trenerskim nie padło przypadkiem. Michał Zachodny, ekspert TVP Sport, powiedział wprost: „Z kilku źródeł już słyszałem, że współpraca Jana Urbana z Jerzym Brzęczkiem nie jest idealna”.

Jan Urban wciąż prowadzi seniorską reprezentację Polski. Coraz częściej słyszy się jednak, że jego miejsce w przyszłości mógłby zająć Jerzy Brzęczek – wskazywany jako główny faworyt do tej roli. Właśnie ten scenariusz, zdaniem Zachodnego, komplikuje bieżącą współpracę między sztabami.

Ostatnie zgrupowanie nie było dla Urbana łatwe pod względem wyników. Polska rozegrała w nim cztery mecze Ligi Narodów. Najpierw rozbiła 6:0 Rumunię, potem zremisowała 0:0 z Bośnią i Hercegowiną, przegrała 1:3 ze Szwecją i na koniec 0:1 z Bośnią. Mimo tej huśtawki formy prezes PZPN Cezary Kulesza potwierdził, że Urban poprowadzi zespół również podczas listopadowego zgrupowania, gdy Polaków czekają dwa ostatnie mecze tegorocznej Ligi Narodów.

Zachodny nie zostawił tego na poziomie ogólnej diagnozy – wskazał konkretny punkt sporu: brak konsultacji przy decyzjach personalnych. „Nie jest tak wiele konsultowanych spraw, chociażby wyborów trenera Urbana, z tym jakich zawodników chciałby mieć u siebie Jerzy Brzęczek”. Dodał jednak, że selekcjoner ma prawo stawiać swoją kadrę na pierwszym miejscu. Zaznaczył przy tym, że komunikacja między sztabami musi się poprawić przed kolejnym sezonem.

Brzęczek: nie zajmuję się spekulacjami

Sam Brzęczek, który prowadził seniorską reprezentację Polski w latach 2018-2021, odniósł się do sprawy podczas śniadania prasowego w siedzibie PZPN. Odpowiedział spokojnie, bez emocji: „Najważniejsza kwestia: spekulacjami się nie zajmuję. Byłem już selekcjonerem pierwszej reprezentacji i wiem, z czym Janek się zmaga. Wspieramy cały jego sztab”.

Trener U-21 nie kryje jednak, dokąd chciałby zajść w karierze. „Wielokrotnie na ten temat mówiłem, że długoterminowo jest to dla mnie cel” – przyznał, mając na myśli powrót na fotel selekcjonera pierwszej kadry. Zapewnił przy tym, że piłkarze z jego rocznika nie wypytują go o ewentualne zastąpienie Urbana.

Na razie to zespół Brzęczka ma powody do satysfakcji. Reprezentacja Polski do lat 21 już zapewniła sobie awans na mistrzostwa Europy, które odbędą się od 11 czerwca do 4 lipca w Albanii i Serbii. I właśnie ten kontrast – sukces młodzieżówki na tle nierównych wyników pierwszej kadry – podkręca spekulacje o przyszłości ławki trenerskiej reprezentacji Polski.

W sobotę, 17 października, kibice MMA i freak fightów znów usiądą przed ekranami – FAME wraca z kolejną odsłoną swojego cyklu. Gala FAME 33: Grand Freaks odbędzie się w warszawskim ATM Studio. To tam od lat rozstrzygają się najgłośniejsze starcia tej federacji, a teraz na pierwszy plan wysunie się turniej, który dał tytuł całej imprezie.

Główną atrakcją wieczoru będzie turniej Grand Freaks w formule K-1 w małych rękawicach. Zawodnicy zmierzą się w jednodniowej rywalizacji – wszystkie pojedynki turniejowe odbędą się jednego wieczoru, bez przerw na kolejne rundy eliminacji. Do tego organizatorzy dorzucili kilka superfightów, które mają dopełnić kartę walk.

Nazwisk nie trzeba szukać długo – na liście zawodników, którzy pojawią się na gali, roi się od znanych postaci freak fightowej scenie. W karcie walk FAME MMA 33 zobaczymy m.in. Marcina Wrzoska, Michała Pasternaka, Erko Juna oraz niepokonanego pięściarza Oskara Wierzejskiego.

Kiedy start i gdzie oglądać transmisję?

Początek gali zaplanowano na 20:00. Kto chce być przy ekranie od pierwszej minuty, powinien jednak uruchomić transmisję wcześniej – przedgalowa część startuje o 19:30.

Ci, którzy liczą na tradycyjną telewizję, mogą się rozczarować – tam gali nie zobaczą. Organizatorzy postawili wyłącznie na płatny dostęp w systemie PPV. Stream z FAME MMA 33 popłynie za pośrednictwem oficjalnej platformy FAMEMMA.TV, a żeby śledzić wydarzenie w sieci, trzeba najpierw wykupić dostęp PPV właśnie na tej platformie.

Jeden weekend ligowy, pięć ewidentnych błędów sędziowskich: niesłusznie podyktowany rzut karny, trzy nieodgwizdane karne za nadepnięcie na rywala, anulowana po VAR prawidłowo zdobyta bramka, brak wolnego pośredniego za złapanie piłki po podaniu od obrońcy i gol uznany po nieprawidłowo wykonanym rzucie z autu. W jednym tylko meczu arbitrzy Wojciech Myć i Paweł Malec zaliczyli trzy pomyłki. Media społecznościowe zawrzały krytyką – i wtedy do akcji wkroczył Michał Listkiewicz, były prezes PZPN. W wywiadzie dla Gol24.pl stanął w obronie sędziów Ekstraklasy.

„Oglądam inne ligi i tam też są błędy, a w lidze hiszpańskiej to jest ich multum! Myślę, że trochę się wyżywamy na polskich arbitrach i jest to chyba jakaś skoordynowana akcja. To jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Przeglądam media sportowe innych krajów i nigdzie nie ma takiej histerii na temat sędziowania jak właśnie w Polsce. A problemem naszej piłki jest jakość gry, a nie jakość sędziowania” – przekonywał Listkiewicz.

Tyle że akurat La Liga, przywołana przez niego jako przykład spokoju, przeżywa własny kryzys sędziowski. Hiszpański ekspert Eduardo Iturralde González, komentując arbitra, który nie podyktował oczywistego karnego, nie przebierał w słowach: „Nie mówimy o jakości sędziowania, lecz o człowieku, który nie potrafi dostrzec tego, co widzi 95% ludzi”. Po kolejnym meczu, w którym uznano gola mimo wcześniejszego zagrania ręką, dodał: „To najgorszy rok od bardzo dawna, z sytuacjami, których nie da się wyjaśnić. Jest poważny problem”. Trudno to nazwać brakiem histerii.

W tym samym wywiadzie Listkiewicz przesunął odpowiedzialność za porażki polskich klubów na samych piłkarzy. „Ale niestety pomijane jest w komentarzach to, jaki poziom ma nasza liga. Nie widzimy, że mistrz Polski jedzie do przeciętnej angielskiej drużyny w Lidze Europy i nie istnieje na boisku, cały czas jest natomiast alibi w postaci sędziów” – mówił.

Atak na kolegów z branży

Najwięcej emocji wzbudziła jednak jego reakcja na krytykę płynącą z wewnątrz środowiska sędziowskiego. „Tę krucjatę wywołało kilku kolegów ze środowiska sędziowskiego i to jest dla mnie kompletnie niepojęte. Nigdy nie spotkałem się, aby jakiś trener publicznie skrytykował selekcjonera, albo lekarz lekarza. Nie akceptuję takich zachowań jak panów Wójcika, Rostkowskiego, Lyczmańskiego, którzy dla jakichś osobistych karier medialnych pozwalają sobie na obrażanie i poniżanie swoich kolegów” – stwierdził Listkiewicz w rozmowie z Gol24.pl.

„Powiem więcej, zawsze gdy jestem na jakimś stadionie i spotykam tam jakiegoś czynnego zawodowo arbitra, który nadawał na kolegę na boisku, to mówiłem mu wprost, wyjdź ze stadionu i to natychmiast! Nie chcę cię tu widzieć, jesteś nielojalny i niekoleżeński. A odnośnie tych panów, których nazwiska wymieniłem, to powiedziałbym tak, zapomniał wół jak cielęciem był”.

Na Twitterze Listkiewicz poszedł jeszcze dalej, adresując swoją złość do dziennikarzy sportowych jako grupy. „Niech idą posędziować ośmioletnim dzieciom, dam im swój sprzęt i gwizdek z mistrzostw świata i zobaczymy w której minucie będą mieli dosyć. Łatwo jest krytykować. Niestety, ale sędziowie od zawsze byli chłopcami do bicia. Najłatwiej za wszystkie niepowodzenia jest zwalić winę właśnie na nich” – napisał.

Personalne ataki nie oszczędzały konkretnych nazwisk. 11 października 2026 na koncie @DunajListonj Listkiewicz uderzył w Żelisława Żyżyńskiego: „Żelisław Żyżyński niczym Ojciec Święty – wyrocznia nawet w sprawach, o których nie ma zielonego pojęcia. To jest niepojęte co się dzieje z polskim dziennikarstwem sportowym. O ile takowe jeszcze istnieje”. Wpis był odpowiedzią na komentarz samego Żyżyńskiego z 2 września 2026, który pisał: „Niebywałe. Dwa karne z gatunku tych oczywistych, nie do przegapienia, bez kłopotów z interpretacją. Takiego kryzysu sędziowskiego nie było od czasów korupcyjnych. Mamy czarną serię pomyłek i żadnych kar”.

Tego samego dnia, 11 października 2026, Listkiewicz zwrócił się także do Szymona Janczyka: „Za to poziom polskiego dziennikarstwa sportowego jest już na poziomie Himalajów. A nie jest to ostatnie słowo jajogłowych, którzy w życiu piłki nie kopnęli, że o gwizdku w ręku nie wspomnę. Jesteście jak bohaterowie fraszki Boya o krytyku i eunuchu”. Do Sebastiana Staszewskiego napisał krócej: „Ten gość powinien wziąć się za sędziowanie, ma zadatki na nowego Colline”.

Konkretne przypadki, konkretne przeprosiny

Problem dla linii obrony Listkiewicza jest taki, że same błędy nie są sporne – przyznają się do nich sami arbitrzy. W meczu Cracovii sędzia Tomasz Marciniak przyznał rzut karny po zagraniu ręką piłkarza Zagłębia, choć obrońca był bliski „nabicia” niezainteresowanego piłką rywala. Po spotkaniu Marciniak przyznał się do błędu i przeprosił poszkodowany zespół, co potwierdziło również Kolegium Sędziów, zgodnie z informacjami tygodnika Piłka Nożna. Listkiewicz skomentował tę sytuację słowami: „A czym zagrał? Genitaliami?”, dodając, że dla niego to był karny, bo „obrońca w ogóle nie jest zainteresowany zagraniem piłki”.

Jeszcze głośniejszy był incydent z 26 października 2025 w meczu Górnik – Jagiellonia. Piłkarz Josema pociągnięciem za koszulkę sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Dimitrisa Rallisa, a sędzia Bartosz Frankowski nie odgwizdał faulu i nie skorzystał z VAR. Frankowski przed kamerami przyznał się do błędu i przeprosił Jagiellonię, także w prywatnej rozmowie z piłkarzami. Kolegium Sędziów potwierdziło, że sytuacja kwalifikowała się do czerwonej kartki, i na pewien czas zawiesiło Frankowskiego oraz sędziów odpowiedzialnych za VAR, w tym Piotra Urbana. Dla Jagiellonii konsekwencje były wymierne – po tej porażce klub zakończył serię meczów bez przegranej i stracił fotel liderski.

Listkiewicz, broniąc arbitra VAR Piotra Urbana przed zarzutami nepotyzmu wobec selekcjonera Jana Urbana, napisał: „Głupota ludzka nie zna granic. Żądni krwi zakompleksiali mali ludzie obrażają Szulca, Frankowskiego i całe środowisko sędziowskie. Hitem jest urąganie arbitrowi VAR o nazwisku Urban z zarzutem nepotyzmu ze strony PZPN (wiadomo, ojciec selekcjoner). Tymczasem Jan Urban i sędzia Piotr Urban pewnie nigdy się nie spotkali. Histeria po błędzie sędziów w Zabrzu przypomina mi „Corridę” legendarnej Miry Kubasińskiej (dajcie im wreszcie krwi, niech się do syta tłum nachleje)”.

Nie oszczędził też Kamila Wójcika, objętego podejrzeniem mobbingu – sprawą zajmuje się prokuratura. „Ilość bzdur publikowanych na ten temat przekroczyła granicę absurdu. Uważam, że Szulc porządnie wykonuje swoją pracę, a Wójcik brzytwy brzydko się chwyta. Mnie absolutnie zwisa co na mój temat napisze jakiś gołowąs, liczy się tylko to by nie przekręcali nazwiska. Był mobbing, bo tak twierdzi „mobbingowany”? Sprawdzony chwyt dla naiwnych” – napisał Listkiewicz. Gdy Wójcik publicznie przedstawił szczegóły swojego konfliktu z Marcinem Szulcem, Listkiewicz skwitował to krótko: „Walki o władzę w Kolegium Sędziów ciąg dalszy”.

Dostało się przy tym i działaczom PZPN. Pierwszą kadencję prezesa Cezarego Kuleszy nazwał „całkiem dobrą”. Mniej łaskawy był dla Jarosława Królewskiego: „U Prezesa Królewskiego Kazimierz Górski nie zagrzałby długo miejsca. Gość pewnie jest wybitny na polu nowych technologii, ale nigdy nie poczuł „zapachu szatni”, a bez tego w sporcie daleko się nie zajedzie. Sport to żywi ludzie z inteligencją boiskową i wrodzoną, a nie sztuczną” – napisał były prezes związku.

13 grudnia 2016 roku funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji zatrzymali Michała Materlę. Zawodnikowi MMA postawiono zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz obrotu nielegalnymi substancjami. W areszcie spędził blisko osiem miesięcy. Dziś, prawie dziesięć lat później, domaga się od Skarbu Państwa ok. 22 mln złotych odszkodowania.

Materiał dowodowy, na którym oparto sprawę, w znacznej części opierał się na zeznaniach Pawła P., znanego jako „Ramzes”. Mężczyzna podjął współpracę z prokuraturą i obciążył swoimi zeznaniami dziesiątki osób. W zamian prokuratura umorzyła mu zarzuty brutalnego gwałtu na dwóch kobietach. Jego zeznania zostały później podważone. W grudniu 2022 roku Prokuratura Okręgowa w Poznaniu umorzyła wobec Materli wszystkie stawiane mu zarzuty. Zawodnik został z nich całkowicie oczyszczony.

Sprawę przejął wtedy prokurator Szymanowski. Przeanalizował materiał i podjął decyzję o jej umorzeniu. Dziś Materlę reprezentuje mecenas Jakub Łysakowski, a ten ma jeszcze jeden adres na celowniku. Jak twierdzi, Materla może wystąpić na drogę sądową także przeciwko prokurator Agnieszce Nowickiej, która początkowo prowadziła sprawę. Według pełnomocnika Nowicka nie poniosła za swoje działania żadnych konsekwencji.

„Po przeanalizowaniu wszystkich dowodów, w tym przesłuchaniu świadków uznaliśmy, że to kwota 22 milionów będzie adekwatna” — mówi Łysakowski. Pełnomocnik wskazuje, że świadkowie potwierdzili zerwanie różnych kontraktów sponsorskich i współpracy po zatrzymaniu zawodnika. Jeden z przykładów mówi sam za siebie: producent chemii samochodowej i przemysłowej, który miał uczynić Materlę twarzą swoich produktów, wycofał się z umowy, a wyprodukowana już linia z jego nazwiskiem nie znalazła nabywców.

Do rachunku dołożono też konkretną walkę. Pełnomocnik argumentuje, że w maju 2017 roku Materla miał wystąpić na Stadionie Narodowym za wynagrodzenie w okolicach miliona złotych. Teraz domaga się wypłaty tej kwoty z waloryzacją uwzględniającą prawie 10 lat, jakie minęły między 2017 a 2026 rokiem.

Ramzes na nagraniu i stanowisko Skarbu Państwa

Łysakowski twierdzi, że istnieje nagranie, na którym „Ramzes” mówi, że nie znał Materli, a swoje oświadczenia składał, bo namówiła go do tego prokurator Nowicka. Redakcja WP SportoweFakty poprosiła Nowicką o komentarz, ale prokurator nie chciała się wypowiadać w tej sprawie. Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu akurat przebywał na urlopie i na pytania nie odpowiedział.

Skarb Państwa w procesie reprezentuje prezes Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. Jego stanowisko jest jednoznaczne: Materli nie należy się odszkodowanie, a jeśli już, to tylko symboliczne.

Proces miał się zakończyć już latem, ale sąd okręgowy zobowiązał strony do przedstawienia dodatkowych dowodów. Sprawę prowadzi sędzia Grzegorz Kasicki, jeden z zastępców Rzecznika Dyscyplinarnego Sędziów Sądów Powszechnych. Pełnomocnik Materli liczy na zakończenie pierwszej instancji jeszcze w tym roku, a na ostateczne domknięcie sprawy w przyszłym — po ewentualnej apelacji.

Dwanaście minut na parkiecie, dwa trafione rzuty za trzy punkty i zadanie krycia Stephena Curry’ego. Tak wyglądał piątkowy wieczór Jeremy’ego Sochana w San Francisco. Portland Trail Blazers zmierzyli się tam z Golden State Warriors w ostatnim sparingu przed sezonem 2026/2027. Dla Sochana i całej ekipy z Portlandu był to formalny koniec przygotowań.

23-letni skrzydłowy spędził na parkiecie 12 minut. Zdobył w tym czasie sześć punktów – trafił dwa z dwóch rzutów za trzy, nie wpadł mu natomiast jeden rzut za dwa. Do tego dopisał trzy zbiórki, asystę, stratę i przechwyt. A trener, co ciekawe, wysłał go do krycia Stephena Curry’ego, czyli jednego z najlepszych strzelców w historii ligi.

Warto dodać, że Sochan gra w Portland na kontrakcie niegwarantowanym. Każdy taki występ w sparingu ma więc dla niego dodatkowy wymiar.

Warriors lepsi na własnym parkiecie

Mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy 128:118. Punkty w kwartach rozkładały się tak: 35:26, 32:32, 38:33, 23:27. Dla Golden State był to ostatni akord preseasonu, który klub zamknął bilansem 4-2, w tym 3-0 na własnym boisku.

Curry zagrał 26 minut i zdobył 20 punktów, trafiając 7 z 19 rzutów z gry, w tym 3 z 11 za trzy punkty. Debiutujący w NBA Yaxel Lendeborg dodał 17 oczek. W drużynie gospodarzy punktowali jeszcze Podziemski (17) i Horford (15).

Portland nie oddało jednak meczu bez walki. Damian Lillard zapisał na koncie 23 punkty i był bezbłędny z linii rzutów wolnych – 13 na 13. Ja Morant dołożył 19 punktów, a Scoot Henderson zdobył 17, wykańczając jedną z akcji efektownym wsadem po podaniu właśnie od Sochana.

Teraz Trail Blazers przestawiają się już na sezon regularny. Pierwszy mecz czeka ich 21 października, u siebie, przeciwko Phoenix Suns.

Pierwszy trening dopiero się skończył, a stawkę już wyprzedził Robert Kubica. Polak, startujący w Ferrari 499P z numerem 83 wraz z Yifeiem Ye i Philem Hansonem, złapał dobrą formę już na starcie piątkowych przygotowań do wyścigu 6h Barcelona. Kierowcy WEC mieli do dyspozycji dwie 90-minutowe sesje treningowe przed niedzielnym startem.

W pierwszej z nich Kubica był najszybszy na całej trasie. Drugiej sesji nie udało mu się już powtórzyć w tym samym stylu, ale i tak zameldował się w ścisłym czele klasyfikacji Hypercar – czas 1:31.796 dał mu trzecie miejsce. Do zwycięzcy stracił grosze.

Najszybszy tym razem był Harry Tincknell za kierownicą Astona Martina z numerem 007 – 1:31.712. Od Kubicy dzieliło go zaledwie 0,084 s. Drugie miejsce zajął zespół Genesis Magma Racing z Mathysem Jaubertem, który stracił do lidera jeszcze mniej – 0,038 s. Trzy najlepsze samochody zmieściły się w przedziale niespełna jednej dziesiątej sekundy. Trudno o lepszy dowód, jak wyrównana jest rywalizacja w Hypercarach przed niedzielnym wyścigiem.

Dla Kubicy liczy się jednak jeszcze jedno porównanie – to wewnątrz własnej stajni. Polak był najszybszym kierowcą zespołu AF Corse w obu piątkowych sesjach.

Cadillac wciąż czeka na zwycięstwo, Toyota broni dorobku z Le Mans

Czwarte miejsce w drugim treningu zajął Cadillac numer 12, prowadzony przez trio Alex Lynn, Norman Nato i Will Stevens. Lynn wrócił do ścigania po przebytej kontuzji. Amerykański zespół wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo w tym sezonie.

Piąte miejsce przypadło Toyocie z numerem 7 – tej samej załodze, która triumfowała w tegorocznym 24h Le Mans. Nieco dalej w tabeli, na czternastej pozycji, uplasowało się BMW z numerem 20, wciąż liczące się w walce o mistrzowski tytuł WEC. Poza pierwszą dziesiątką znalazły się z kolei samochody Peugeota i Alpine.

Wyścig 6h Barcelona wystartuje w niedzielę i potrwa sześć godzin. Piątkowe treningi dały jednak jasny sygnał już teraz – Kubica i Ferrari 499P numer 83 będą jednym z głównych rozgrywających tej walki.

Instalacja aplikacji
Pobierz