Co zrobić, gdy koszykarz tuż przed startem sezonu NBA zostaje bez klubu, choć wystąpił we wszystkich sparingach swojej drużyny? W przypadku Jeremy’ego Sochana odpowiedź jest prosta: czekać na telefon od agenta. 23-letni Polak został zwolniony przez Portland Trail Blazers w przededniu startu ligi. Decyzję klubu skomentował Marcin Gortat.
Do zwolnienia doszło po ostatnim sparingu Blazers – zespół przegrał wtedy na wyjeździe z Golden State Warriors 118:128. Sochan zagrał we wszystkich czterech meczach przygotowawczych Portland, a w jednym z nich zebrał najwięcej zbiórek w swojej drużynie. W debiucie w barwach Blazers zdobył dziesięć punktów, spędzając na parkiecie dziewięć minut.
I mimo to klub zdecydował się z nim rozstać. Sprawę skomentował na platformie X Marcin Gortat – były koszykarz NBA, który rozegrał w lidze 892 mecze i jako pierwszy Polak dotarł ze swoją drużyną do wielkiego finału NBA. „Jeremy 'upuszczony’ przez Portland. Trochę przewidywalny ruch, ale trzeba przyznać, że dobrze się pokazał w sezonie przygotowawczym” – napisał.
Zrobił dobrą pracę. Teraz musi zadziałać agent
Gortat trafił w sedno. Sochan grał na podstawie kontraktu typu Exhibit 9 – jednorocznej, niegwarantowanej umowy obozowej, która pozwalała klubowi rozstać się z nim praktycznie w każdej chwili.
Matematyka, nie wysiłek
Dusty Garza, dziennikarz śledzący sprawy kadrowe NBA, uważa, że za decyzją Blazers stała czysta matematyka i sytuacja na konkretnych pozycjach w rosterze – nie brak zaangażowania Polaka. „Decyzja klubu zależała od czystej matematyki oraz sytuacji na danych pozycjach, a nie od wysiłku koszykarza” – stwierdził Garza. Dodał przy tym, że tego typu umowy dziś praktycznie nie dają prawa do błędu: „W dzisiejszych czasach takie umowy mają praktycznie zerowy margines błędu”.
Gwarantowany kontrakt był dla Sochana poza zasięgiem – nadchodzący sezon byłby już jego piątym w lidze, a takie umowy przysługują zawodnikom z co najwyżej czterema sezonami na koncie. To techniczny szczegół przepisów, nie forma sportowa, zdecydował o jego losach w Portland.
Teraz Polak może wkrótce zostać niezastrzeżonym wolnym zawodnikiem, czyli UFA. Teoretycznie otwiera to drogę do podpisania kontraktu z innym klubem NBA, choć większość zespołów ligi ma już skompletowane składy przed startem sezonu. Jak zauważył Gortat, piłka jest teraz po stronie agenta Sochana.
Ile jeszcze może potrwać posucha strzelecka napastnika, którego klub ma już zapewnione miejsce w fazie play-off? Chicago Fire przegrało na wyjeździe z New England Revolution 0:1, a Robert Lewandowski po raz kolejny zszedł z boiska bez gola. Porażka nie zmienia jednak sytuacji drużyny z Illinois – udział w fazie pucharowej MLS mają już zagwarantowany, a do tego po raz pierwszy od 17 lat Chicago Fire awansowało do play-off dwa sezony z rzędu.
Na Gillette Stadium w Foxborough zebrało się ponad 68 tysięcy widzów. O wyniku zdecydowała jedna akcja, w 26. minucie: Carles Gil po solowym rajdzie w polu karnym podał do Matta Polstera, ten uderzył płasko po ziemi i pokonał bramkarza Chicago Fire Chrisa Brady’ego.
Same statystyki posiadania piłki mówiły co innego niż wynik. Chicago Fire rozgrywało akcje przy piłce aż 62 proc. czasu meczu i oddało sześć strzałów na bramkę rywali wobec czterech ze strony New England Revolution. Przewaga na boisku jednak nie przełożyła się na gola – Lewandowski, jak i cała resztą zespołu, nie zdołał przebić się przez obronę gospodarzy, choć na boisku spędził pełne 90 minut.
Lewandowski czeka na gola od 10 września
Ostatni ligowy gol Polaka padł 10 września, w zremisowanym 1:1 meczu z Interem Miami. Od tamtej pory minęło już kilka kolejek. Bilans Lewandowskiego w tym sezonie MLS zatrzymał się na 15 meczach, 6 golach i 3 asystach. Do tego porażka z New England Revolution jest dla Chicago Fire już drugą z rzędu.
Tabela Konferencji Wschodniej dobrze pokazuje, jak blisko siebie plasują się oba zespoły: New England Revolution zajmuje trzecie miejsce, Chicago Fire jest zaraz za nim, na czwartej pozycji. Sezon regularny ma jeszcze cztery kolejki, a ostatnią z nich Chicago Fire rozegra 7 listopada. Czasu na odzyskanie formy strzeleckiej przed play-off – do którego awans jest już pewny – Lewandowski ma więc jeszcze kilka szans.
Jeszcze godzinę wcześniej Iga Świątek grała na najwyższym poziomie. Co więc zdecydowało o jej porażce w historycznym półfinale z Mają Chwalińską w Wuhanie? Odpowiedź padła na pomeczowej konferencji prasowej — i nie miała nic wspólnego z formą Chwalińskiej, a wszystko z lewym udem Świątek.
Obie Polki zmierzyły się w półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhanie, a sam pojedynek miał wymiar historyczny dla polskiego tenisa. Na kort Świątek, sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa, wchodziła jako faworytka. Po drugiej stronie siatki stała Chwalińska — wciąż na fali formy po finale Rolanda Garrosa, do którego doszła wcześniej.
Pierwsza godzina meczu to był tenis najwyższej próby z obu stron. Potem coś się zmieniło. Od 12. gema Świątek zaczęła zmagać się z silnym bólem w lewym udzie i od tamtej chwili nie była już w stanie prowadzić równorzędnej walki.
Ból, który zaczął się dużo wcześniej
Jak wyjaśniła sama Świątek, problem nie pojawił się nagle w trakcie meczu z Chwalińską — ból mięśnia czworogłowego towarzyszył jej od samego początku turnieju w Wuhanie. Już po meczu drugiej rundy z Magdą Fręch myślała o wycofaniu się z rywalizacji. Ona i jej zespół mieli nawet plan B: uśmierzanie bólu lekiem, gdyby sytuacja się pogorszyła. „Ale w sobotę to było za dużo” — przyznała Świątek.
Wiedziałam, że będzie trudno wygrać, ale chciałam, by Maja zwyciężyła w normalny sposób.
Mimo narastającego bólu Świątek nie chciała schodzić z kortu. Jak sama podkreśliła, czuła, że obie grały świetny tenis, i szkoda jej było przerywać to widowisko. Dlatego zdecydowała się grać dalej, choć wiedziała, jak trudne będzie dokończenie meczu w takich warunkach.
Kto jeszcze oprócz Igi Świątek i Mai Chwalińskiej zagra w głównej drabince turnieju WTA 500 w Ningbo? Odpowiedzi nie trzeba było długo szukać – Katarzyna Kawa przeszła przez kwalifikacje i zapewniła sobie miejsce w stawce.
33-letnia Kawa, zajmująca obecnie 127. miejsce w rankingu WTA, musiała przejść dwie rundy eliminacji. W pierwszej trafiła na Amerykankę Katie Volynets, notowaną na 88. pozycji. Polka wygrała pierwszego seta 6:1, a w drugim, przy prowadzeniu rywalki 4:3, Volynets poddała mecz z powodu problemów zdrowotnych. Całe spotkanie zajęło nieco ponad godzinę.
Dzień później czekało na nią trudniejsze zadanie. Daria Snigur, Ukrainka zajmująca 42. miejsce w rankingu, była najwyżej rozstawioną zawodniczką, z jaką Polka zmierzyła się w kwalifikacjach, a trenuje ją Polak, Dawid Celt. Scenariusz powtórzył się jednak niemal od słowa do słowa: Kawa wygrała pierwszą partię 6:1, a przy prowadzeniu 2:0 w drugim secie Ukrainka skreczowała. Ten mecz zajął zaledwie 39 minut.
Dwa walkowery zdrowotne rywalek wystarczyły, by Kawa stała się trzecią Polką w głównej drabince turnieju w Ningbo.
Świątek z wolnym losem, Chwalińska czeka na rywalkę
Dziewiąta rakieta świata Iga Świątek nie musi grać w 1/16 finału – dostała wolny los i od razu zagra w kolejnej rundzie. Inaczej wyglądała droga Mai Chwalińskiej, zajmującej 22. miejsce w rankingu: w sobotnim półfinale w Wuhanie pokonała właśnie Katarzynę Kawę. Teraz w Ningbo zmierzy się z jedną z kwalifikantek, choć nazwisko rywalki wciąż nie jest znane.
Turniej WTA 500 w Ningbo wystartuje w poniedziałek, 19 października. Tytułu broni liderka światowego rankingu Jelena Rybakina z Kazachstanu – a to oznacza, że polskie akcenty w stawce będą miały niełatwe, choć ciekawe towarzystwo.
Ile czasu zajęło Danielowi Duboisowi zmazanie plamy po majowej porażce i odebranie Fabio Wardleyowi pasa WBO? Niecałe siedem minut, licząc obie rundy.
Rewanż za wiosenne starcie odbył się w sobotni wieczór w londyńskiej O2 Arenie. Stawką był mistrzowski pas WBO wagi ciężkiej. Do ringu wyszło dwóch Brytyjczyków z solidnymi bilansami na koncie: Dubois z notą 24-3, w tym 23 nokautami, i Wardley z zapisem 20-2-1, z czego 19 wygranych przed czasem.
Rywalowi nie dano szans na rozkręcenie się. Już po kilkunastu sekundach pierwszej rundy Wardley znalazł się na deskach. Podniósł się po liczeniu, przetrwał do gongu – ale to był tylko odwlekany wyrok.
W drugiej rundzie Dubois przyparł rywala do narożnika i zasypał seriami ciosów, nie dając mu żadnej możliwości odpowiedzi. Narożnik Wardleya, widząc rozwój sytuacji, rzucił na ring biały ręcznik. Sędzia przerwał walkę po dwóch minutach i 21 sekundach drugiej rundy i ogłosił zwycięstwo Duboisa przez techniczny nokaut. Brytyjczyk odzyskał tym samym pas WBO wagi ciężkiej.
Rewanż za porażkę z maja
To był już drugi bezpośredni pojedynek Duboisa i Wardleya w ciągu niespełna pół roku. Pierwsze starcie, rozegrane w maju 2026 roku na gali w Manchesterze, trwało jedenaście rund, a scenariusz był zupełnie inny: Wardley dwukrotnie trafił na deski, zdołał się jednak otrząsnąć i sam skończył walkę przed czasem, pokonując Duboisa.
Tym razem role się odwróciły. Po zakończeniu walki na ringu pojawił się Filip Hrgović, aktualny mistrz świata federacji IBF, i zasygnalizował chęć kolejnego starcia z Duboisem. Ci dwaj znają się już dobrze – w 2024 roku Dubois pokonał Hrgovića przez techniczny nokaut w ósmej rundzie, a teraz Chorwat chciałby rewanżu o kolejny pas.
Alejandro Davidovich Fokina jest w finale ATP Masters w Szanghaju. W półfinale ograł triumfatora Roland Garros i US Open, Alexandra Zvereva, 5:7, 6:4, 6:3. To kolejny rozdział szalonego tygodnia Hiszpana, który w fazie pucharowej turnieju zdążył już rozprawić się z Hubertem Hurkaczem.
Łatwo nie było od samego początku. Zverev przełamał rywala w 12. gemie i zamknął seta bez tie-breaka, wygrywając 7:5. Odpowiedź przyszła w drugiej odsłonie – Davidovich Fokina przełamał przy stanie 5:4, 40:30, wykorzystał pierwszą piłkę setową i wyrównał na 6:4.
Trzeci set to już była czysta huśtawka nerwów. Hiszpan ruszył z miejsca, przełamując serwis Zvereva i prowadząc 3:0. Przy stanie 5:2 miał nawet dwie piłki meczowe – Niemiec obronił obie. Mimo tego zwrotu Davidovich Fokina dowiózł zwycięstwo do końca, zamykając trzecią partię wynikiem 6:3.
Wcześniej pogromił Hurkacza w maratonie na trzy sety
Droga do półfinału też nie była usłana różami. W 4. rundzie turnieju Davidovich Fokina zmierzył się z Hubertem Hurkaczem (34. ATP) w pojedynku, który trwał ponad dwie godziny. Pierwszego seta, 6:1, wziął Polak. Hiszpan odpowiedział drugą partią, 6:3, dzięki jednemu przełamaniu. O awansie zdecydował tie-break w trzecim secie – Davidovich Fokina wygrał go 8-6.
To nie było ich pierwsze starcie w ostatnim czasie. 27-letni Hiszpan już wcześniej pokonał 29-letniego Hurkacza w finale challengera w Chengdu. W ćwierćfinale w Szanghaju miał za to nieco łatwiej – jego rywal, Francuz Arthur Gea (56. ATP), skreczował przy stanie 4:1 dla Hiszpana.
Sam turniej odbywa się w cieniu kontuzji Jannika Sinnera. Włoch z powodu problemów z kolanem nie zagra już do końca 2026 roku. Właśnie ta nieobecność sprawi, że Alexander Zverev wkrótce przejmie prowadzenie w rankingu ATP i będzie rozstawiony z numerem 1 w Melbourne – mimo porażki w Szanghaju. Za Niemcem mocny sezon: w 2026 roku dotarł do półfinału Australian Open, grał w finale Wimbledonu, a po raz pierwszy w karierze triumfował w dwóch turniejach wielkoszlemowych – Roland Garros i US Open.
Davidovich Fokina z kolei niedawno pożegnał się z turniejem w Tokio już po pierwszym meczu, przegranym z Matteo Berrettinim (46. ATP). Forma pokazana w Szanghaju to zupełnie inna twarz Hiszpana.
O tytuł Davidovich Fokina zagra z lepszym z pary Rafael Jodar (13. ATP) – Daniił Miedwiediew (5. ATP). Bez względu na wynik finału awans już teraz podniósł Hiszpana o 12 pozycji w rankingu, na 14. lokatę względem startu turnieju. Triumf w całym turnieju mógłby dać mu jeszcze jedno miejsce wyżej, z wyprzedzeniem Taylora Fritza.
Maja Chwalińska jest w półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhanie. Czeka ją tam starcie z Igą Świątek. Przepustkę do dalszej fazy zapewniło jej zwycięstwo nad Marią Sakkari 6:0, 3:6, 7:5 w ćwierćfinale.
Mecz rozciągnął się na ponad dwie i pół godziny. Chwalińska, zajmująca 22. miejsce w rankingu WTA, weszła w spotkanie jak burza – w pierwszym secie nie oddała Greczynce ani jednego gema. Sakkari, notowana na 35. pozycji, szybko zareagowała i drugą partię wzięła dla siebie 6:3. O awansie zdecydował więc trzeci set, a konkretnie jego dwunasty gem, który Polka zamknęła wynikiem 7:5.
Prawdziwy zwrot nastąpił jednak chwilę wcześniej. Przy stanie 2:2 w decydującej partii Chwalińska znalazła się pod presją i musiała obronić break pointa – ten moment pozwolił jej utrzymać się w meczu.
To był ich trzeci pojedynek w karierze. I trzeci raz, gdy żadna z nich nie oddała rywalce meczu bez walki w trzecim secie.
Reakcje po meczu
WTA pokazało na platformie X efektowną wymianę piłek z tego meczu. Dziennikarz Bastien Fachan skomentował, że sposób gry Mai Chwalińskiej wręcz hipnotyzuje. Grecki serwis ertsports.gr podkreślił, że Sakkari podniosła się po słabym pierwszym secie i walczyła do samego końca. Portal gazzetta.gr z kolei podsumował porażkę swojej zawodniczki krótko: przegrana 1-2 w setach w ćwierćfinale WTA 1000 w Wuhanie.
Teraz przed Chwalińską kolejne wyzwanie – Iga Świątek, obecnie 9. rakieta świata. Półfinał zaplanowano na sobotę, 17 października, a jego początek przewidziano najwcześniej na godzinę 12:30 czasu polskiego.
Pierwszy kwartał 2027 roku — tyle, według najnowszych doniesień serwisu GamesBeat, poczekają na PC-wersję Grand Theft Auto VI posiadacze komputerów. Informacja pochodzi od czterech niezależnych, anonimowych źródeł związanych z branżą. Rockstar Games na razie milczy — żadnego potwierdzenia nie było.
Sama gra, przypomnijmy, trafi na PlayStation 5 oraz Xbox Series X|S 19 listopada 2026 roku. Jeśli GamesBeat się nie myli, gracze PC będą musieli uzbroić się w cierpliwość na kilka dodatkowych miesięcy.
Co dokładnie twierdzi GamesBeat
Za tekstem stoi Alexander Lee z GamesBeat. Z jego informacji wynika, że premierę PC-wersji GTA 6 zaplanowano na okres od stycznia do marca 2027 roku. Czworo informatorów zastrzegło sobie anonimowość — nie chcieli ryzykować relacji biznesowych.
Redakcja zwróciła się do Rockstar Games o komentarz. Odpowiedzi nie było — przynajmniej nie przed publikacją materiału. Dodatkowy szczegół: oficjalna strona GTA 6 wciąż wymienia tylko PlayStation 5 i Xbox Series X|S. O PC ani słowa.
Dla Rockstara taki scenariusz nie byłby żadną nowością. Grand Theft Auto V weszło na rynek na PlayStation 3 i Xbox 360 we wrześniu 2013 roku, a na komputery dotarło dopiero w kwietniu 2015 — blisko 19 miesięcy później. Przy Red Dead Redemption 2 było bardzo podobnie: wersja PC spóźniła się względem konsolowej premiery o ponad rok.
Jest jeszcze jeden trop, który może rzucać światło na przyszłość gry na PC. W 2023 roku Rockstar Games przejął zespół Cfx.re, twórców platformy FiveM — popularnego narzędzia do budowania serwerów roleplay w GTA V. Od tamtej pory ten ruch czytany jest jako sygnał: studio chce powtórzyć na szóstej części ten sam, żywy ekosystem modderski i roleplayowy, jaki narósł wokół piątki na PC.
Harmonogram Rockstara bywał już jednak kapryśny. Premierę GTA VI studio przesuwało dwukrotnie, tłumacząc to potrzebą dodatkowego czasu na dopracowanie gry. Dopóki daty na PC nie potwierdzi sam Rockstar, doniesienia GamesBeat najlepiej traktować jako prawdopodobny, ale wciąż otwarty scenariusz.
Ósma minuta, Ogródek przy Drodze Dębińskiej. Ołeksandr Azacki rusza z piłką pod linię pola karnego i posyła crossowe podanie w stronę pola karnego Unii Skierniewice. Bartłomiej Eizenchart próbuje przeciąć dośrodkowanie, ale zgranie do bramkarza kończy się katastrofą – futbolówka trafia do siatki. Autorem gola zostaje wpisany Jakub Apolinarski. I tak w 11. kolejce Betclic 1. Ligi padł jedyny gol meczu Warta Poznań – Unia Skierniewice. Wynik: 1:0.
Dla Apolinarskiego to powrót do roli bohatera. Jeszcze w połowie września pomocnik Warty miał na koncie 600 minut w sezonie bez gola i asysty. Przełamał się w starciu z Puszczą, gdzie strzelił zwycięskiego gola w 90. minucie. Teraz dołożył kolejne trafienie, a znowu uruchomił go Azacki – Ukrainiec asystował też przy golu w meczu ze Stalą Mielec.
Na własnym stadionie Warta wraca do dobrych nawyków. Po siedmiu kolejnych wyjazdach zespół wrócił do gry w Ogródku w połowie września i od tamtej pory nie zawodzi przed własną publicznością – wcześniej pokonał tam Arkę i Puszczę. Bilans jedenastu dotychczasowych meczów sezonu to pięć zwycięstw i sześć porażek, bez żadnego remisu. Warta gra więc na zasadzie wszystko albo nic.
Tydzień wcześniej w Mielcu nie było jednak powodów do radości. Warta przegrała tam 1:2, tracąc dwa gole już w pierwszych 11 minutach, co przerwało serię dwóch kolejnych domowych wygranych. Tym razem obrona wytrzymała napór, a bramkarz Leo Przybylak nie musiał interweniować w sposób, który zagrażałby jednogolowej przewadze.
Historia rywalizacji i kontekst tabeli
Ten mecz miał też wymiar symboliczny. Unia Skierniewice była triumfatorem poprzedniego sezonu Betclic 2. Ligi, Warta zajęła w nim drugie miejsce. W bezpośrednich starciach rządziła Unia – w pierwszym meczu sezonu wygrała 2:1, a w rewanżu na stadionie przy Drodze Dębińskiej dołożyła kolejne zwycięstwo 2:0. Awans do 1. Ligi skierniewicka drużyna wywalczyła z czterema punktami przewagi nad Wartą, dwie kolejki przed końcem rozgrywek.
W nowym sezonie role odwróciły się diametralnie. Przed 11. kolejką Warta miała cztery punkty przewagi nad Unią, choć zespoły rozdzielało aż dwanaście miejsc w tabeli. Unia przyjechała do Poznania po remisie z rozpędzoną Termaliką, która wcześniej wygrała trzy mecze z rzędu i która – jak się okazało – od pięciu meczów nie zna porażki, zbierając w nich 11 punktów.
Gościom w Poznaniu brakowało też jednego z kluczowych zawodników. Trener Unii Kamil Socha przyznał, że Kamil Sabiłła zmaga się z powikłaniami po ugryzieniu kleszcza i nie pomógł zespołowi już tydzień wcześniej w meczu z Termaliką. Na jego miejsce w składzie wskoczył Łukasz Wolsztyński, który zadebiutował tego wieczoru w barwach Unii. Debiut nie uchronił jednak drużyny przed porażką, choć bramkarz Pruszkowski dwukrotnie ratował skierniewicką bramkę, broniąc strzały Patryka Kusztala jeszcze przed przerwą.
Zwycięstwo w Ogródku ma dla Warty wymierną wartość tabelaryczną. Tymczasowo wywindowało zespół na drugie miejsce w ligowej tabeli, a przewaga nad strefą barażową wynosi obecnie punkt. Dla Unii Skierniewice konsekwencje mogą być odwrotne – po zakończeniu kolejki zespół może spaść na ostatnie miejsce w tabeli. Nad przepaścią czyha też Puszcza, tracąca do Unii dwa punkty; zagra jeszcze wyjazdowy mecz w Niecieczy.
Salzburg, Red Bull Arena. Milan gra już zmienionym składem, a na boisku rozkręca się osiemnastolatek, o którym dwa miesiące wcześniej mało kto w Europie słyszał. Alphadjo Cisse strzela w tym meczu trzy gole. Milan wygrywa 4:0. Dla klubu z Mediolanu to kolejny dobry wieczór w sezonie, w którym pod wodzą Rubena Amorima przegrał tylko raz – z Benficą w Lidze Europy – w ośmiu rozegranych spotkaniach.
Hat-trick w Salzburgu to jednak coś więcej niż ładna liczba w podsumowaniu kolejki. To nowy włoski rekord – Cisse stał się najmłodszym włoskim strzelcem trzech goli w meczu europejskich pucharów. Poprzedni rekordzista, Nicolo Tresoldi z Club Brugge, cieszył się tym tytułem zaledwie dwa dni, odkąd ustrzelił trójkę w meczu z Interem.
Droga Cisse do pierwszego zespołu Milanu była nietypowa. Napastnik podpisał kontrakt z klubem w styczniu 2026 roku, po czym od razu wrócił na wypożyczenie do US Catanzaro. Tam prześladował go pech – kontuzja dopadła go praktycznie natychmiast po powrocie i ograniczyła liczbę rozegranych meczów. Przełom przyszedł latem, gdy Milan przejął Ruben Amorim. Portugalski trener postawił na Cisse jako rozwiązanie na lewym skrzydle. I nie pomylił się.
Zanim zadebiutował w Serie A, Cisse zdążył pojawić się na polskich boiskach. Jesienią 2025 roku rozegrał kilkanaście minut w Szczecinie, w meczu kadr U-21 między Polską a Włochami. W sierpniu 2026 roku wystąpił od pierwszej minuty w towarzyskim Supermeczu z Manchesterem United we Wrocławiu i strzelił gola.
Od tamtej pory forma napastnika tylko rosła. W pierwszej kolejce Serie A pokonał bramkarza Torino Diego Mascardiego, a kilkanaście dni później otworzył wynik ligowego hitu z Juventusem, rozgrywanego w tym samym mieście. Po niecałych dwóch miesiącach gry w pierwszym zespole Cisse ma już na koncie pięć bramek we wszystkich rozgrywkach, w tym wspomniany hat-trick w pucharach. To wystarczyło, by w Milanie zapaliła się zielona lampka.
Nowy kontrakt jeszcze w tym roku?
Włoskie media donoszą, że do końca 2026 roku może zostać ogłoszona prolongata kontraktu Cisse z Milanem. Dziennikarz Luca Bianchin poinformował, że klub już pracuje nad przedłużeniem umowy napastnika – mimo że obecny kontrakt obowiązuje jeszcze do czerwca 2030 roku. W przyszłym tygodniu zaplanowano spotkanie przedstawicieli Milanu z agentami zawodnika, a porozumienie w sprawie nowych warunków ma zostać ogłoszone publicznie jeszcze w tym roku kalendarzowym.
Cisse gra w Milanie od dwóch miesięcy. W tym czasie zdążył przejść od wypożyczonego rezerwowego z Catanzaro do bohatera europejskich rekordów i jednej z twarzy nowego projektu Amorima. Trudno się więc dziwić, że klub nie chce czekać do 2030 roku, żeby zabezpieczyć jego podpis na dłużej.