„Jeśli chcecie zwolnić zawodnika, w porządku. Ale nie mówcie później publicznie, że był 'trudny we współpracy’, ani nie twórzcie jakiejś bzdurnej narracji na jego temat, która może zaszkodzić jego reputacji i sprawić, że inne organizacje dwa razy zastanowią się, zanim zaoferują mu kontrakt” — mówi Muhammad Mokaev. Były zawodnik UFC nie zostawia suchej nitki na organizacji, z którą rozstał się po dwóch latach walk.
26-letni Mokaev, Brytyjczyk o dagestańskich korzeniach, trafił do UFC w marcu 2022 roku. Zadebiutował na gali w Londynie, gdzie w pierwszej rundzie poddał gilotyną Cody’ego Durdena, za co otrzymał bonus za najlepsze poddanie wieczoru. Potem budował pozycję w kategorii muszej krok po kroku: pokonał kolejno Charlesa Johnsona, Malcolma Gordona, Jafela Filho, Tima Elliotta i Alexa Pereza. Ostatnim zwycięstwem w jego karierze w UFC było pokonanie Manela Kape jednogłośną decyzją sędziów na gali UFC 304 w Manchesterze w lipcu 2024 roku.
Mimo niepokonanego rekordu organizacja nie przedłużyła z nim kontraktu i Mokaev przestał być częścią UFC. Stało się to, gdy Brytyjczyk był blisko walki o pas mistrzowski. Szef UFC Dana White sugerował wówczas, że decyzję o braku nowego kontraktu podyktowało trudne usposobienie zawodnika. W organizacji spędził lata 2022-2024.
Zarzut o sterowanie stylem walki
Teraz Mokaev idzie dalej niż zwykła skarga na brak nowej umowy. Twierdzi wprost, że UFC narzuca zawodnikom, jak mają walczyć. „Kiedy zawodnicy otrzymują telefony od szefów, którzy mówią im: 'Jeśli nadal będziesz tak walczył w zapasach, zostaniesz zwolniony’, to w zasadzie oznacza, że ktoś mówi fighterom, w jaki sposób mają walczyć” — powiedział Mokaev.
Drugi zarzut Brytyjczyka dotyczy tego, co dzieje się już po zwolnieniu. Zdaniem Mokaeva UFC tworzy fałszywe narracje na temat odchodzących zawodników, co uderza w ich reputację wśród kibiców i zniechęca potencjalnych nowych pracodawców. „Zwolnijcie zawodników, jeśli chcecie. Po prostu nie próbujcie przy okazji niszczyć ich kariery” — podsumował.
„Zawodnik Federacji KSW domaga się kolejnej walki w klatce” — tak w skrócie można streścić najnowszą akcję Konrada Rusińskiego. O nowy pojedynek postanowił się upomnieć w sposób, jakiego w polskim MMA jeszcze nie widziano.
Rusiński postanowił upomnieć się o swoją kolejną walkę w KSW w bardzo oryginalny sposób. Zamiast oświadczenia czy wpisu w mediach społecznościowych, wynajął do tego popularnego w sieci influencera. Do swojego apelu wykorzystał Błażeja „Skrzypasa” Skrzypka i jego słowami przemówił wprost do dyrektora sportowego KSW Wojsława Rysiewskiego.
Skrzypas to postać dobrze znana fanom freak fightów. Błażej „Skrzypas” Skrzypek to polski influencer, który zdobył rozpoznawalność dzięki publikowanym w sieci filmom. W klatce zadebiutował 28 października 2023 roku na gali Clout MMA 2 w Płocku, gdzie jego przeciwnikiem był Mariusz „Super Mario” Sobczak, a pojedynek otworzył kartę walk tego wydarzenia. Debiut zaliczył udany — rywala pokonał w drugiej rundzie przez poddanie gilotyną.
Droga Rusińskiego w KSW
Konrad Rusiński to zawodnik, który zadebiutował w KSW w listopadzie 2023 roku podczas gali XTB KSW 88, gdzie zmierzył się z Krystianem Bielskim. Już w pierwszej rundzie poddał rywala duszeniem zza pleców i otrzymał za to bonus za najlepsze poddanie wieczoru. Start mocny, choć dalsza droga okazała się wyboista.
W lutym 2024 roku na gali KSW EPIC przegrał przez TKO z Muslimem Tulshaevem. Kilka miesięcy później musiał uznać wyższość Michała Guzika, który zwyciężył niejednogłośną decyzją sędziów. Dwie porażki z rzędu mogły przyciąć skrzydła karierze, jednak Rusiński wrócił na zwycięską ścieżkę.
Na początku 2026 roku, podczas gali XTB KSW 114, pokonał jednogłośną decyzją sędziów doświadczonego Henry’ego Fadipe. Potem, na XTB KSW 118, zwyciężył przez TKO już w pierwszej rundzie starcia z Tagirem Machmudovem. Seria dwóch wygranych urwała się w czerwcu 2026 roku na gali XTB KSW 119 — Adam Masaev poddał Rusińskiego balachą już w pierwszej rundzie.
Po tej porażce Rusiński nie zamierza czekać w kolejce. Angażując Skrzypasa do swojego apelu, postawił na rozgłos, jaki daje popularność influencera, licząc, że głos KSW usłyszy jego żądanie kolejnej walki.
„Osobiście poręczę za każdego gracza, twórcę i pracownika EG” — napisał Chris DeAppolonio, dyrektor generalny Evil Geniuses, w liście udostępnionym na LinkedIn. Tymi słowami szef jednej z najstarszych organizacji e-sportowych na świecie pożegnał się z zespołem, którego działalność formalnie zakończy się 2 listopada 2026 roku.
Oświadczenie o zamknięciu Evil Geniuses opublikowano 20 października — równolegle na platformie X i na stronie internetowej klubu. DeAppolonio, stojący na czele północnoamerykańskiej organizacji, potwierdził, że od tego dnia ustaje nie tylko działalność turniejowa, ale cała działalność operacyjna EG.
Co właściwie do tego doprowadziło? Bezpośrednią przyczyną decyzji było odrzucenie wniosku o partnerstwo w nowym cyklu VCT — lidze VALORANT prowadzonej przez Riot Games. Brak slotu partnerskiego oznaczał utratę finansowania, które przez lata stabilizowało budżet organizacji. Zawodnicy EG już teraz mogą swobodnie rozmawiać z innymi drużynami, a skład VALORANT będzie mógł podpisywać nowe kontrakty po zakończeniu sezonu 2026, czyli właśnie od 2 listopada.
EG nie jest przy tym pierwszą ofiarą tegorocznej fali restrukturyzacji w e-sporcie. 23 września Complexity ogłosiło zamknięcie po 23 latach działalności — Evil Geniuses odchodzi więc jako kolejna, i jeszcze starsza, marka branżowa.
Od Quake’a na Wyspie Vancouver do VALORANT Champions
Historia organizacji zaczęła się w 1999 roku, gdy pięciu graczy Quake’a założyło ją na Wyspie Vancouver. Do świata Counter-Strike’a EG wkroczyło w 2001 roku, budując obecność, która z przerwami trwała aż do dzisiejszego zamknięcia.
Największy triumf przyszedł jednak w Dota 2. Evil Geniuses wygrało The International 2015 z pulą nagród przekraczającą 6 milionów dolarów. W tamtym składzie błyszczał szesnastoletni SumaiL, który do dziś pozostaje najmłodszym zwycięzcą The International w historii.
Sukcesy przychodziły też poza MOBA. W 2023 roku EG wygrało VALORANT Champions ze składem, w którym grał Ethan — zawodnik, który wcześniej reprezentował barwy EG w Counter-Strike, zanim przeniósł się do VALORANT. Dwa lata później, w 2025 roku, Ethan ponownie zdobył VALORANT Champions, już w barwach NRG. Evil Geniuses sięgało też po tytuły w grach walki z SonicFoxem oraz w Call of Duty. Za to próby w League of Legends, Rocket League, StarCraft II i Rainbow Six nigdy nie przyniosły porównywalnych sukcesów.
Dwie epoki w Counter-Strike
Pierwszy rozdział przygody EG z CS trwał od 2001 do 2012 roku. Powrót nastąpił we wrześniu 2019 roku, gdy organizacja przejęła skład NRG w komplecie: stanislaw, tarik, Brehze, Ethan i CeRq. Efekt był natychmiastowy — ta piątka dotarła do czwórki najlepszych na StarLadder Berlin Major 2019 i awansowała na czwarte miejsce rankingu HLTV. Zaledwie kilka dni po przejęciu składu EG wygrało ESL One New York 2019, bijąc w finale Astralis 3:1.
Passa trwała dalej. Triumf w 8. sezonie StarSeries i-League wyniósł Evil Geniuses na pierwsze miejsce rankingu HLTV — organizacja stała się jedną z nielicznych północnoamerykańskich drużyn, którym udało się osiągnąć szczyt tej klasyfikacji. Do kolekcji trofeów po powrocie do CS dołączyły jeszcze BLAST Premier Spring 2020, cs_summit 6 North America i ESL One Cologne 2020 – Ameryka Północna, rozgrywane online.
Potem przyszła stagnacja. Najlepszym wynikiem na Majorze został awans do etapu Legends podczas turnieju w Sztokholmie w 2021 roku. W ciągu kolejnych czterech lat przez główny skład przewinęło się co najmniej 18 graczy i 10 trenerów — rotacja, która nie pozwoliła zbudować nowej stabilnej formacji. Projekt Blueprint, mający rozwijać północnoamerykańskie talenty, nigdy nie wydał konkurencyjnego składu. W ESL Pro League drużyna cztery sezony z rzędu kończyła na ostatnim miejscu, nie awansując ani raz do playoff.
Koniec tego rozdziału przyszedł pod koniec 2023 roku, gdy EG sprzedało swoje miejsce w BLAST Premier Cloud9 i zerwało umowę partnerską z ESL. 12 stycznia 2024 roku organizacja oficjalnie ogłosiła wycofanie się z Counter-Strike’a — dwa lata przed tym, jak pożegna się z e-sportem w ogóle.
„18:45” i „21:00” – te dwie godziny warto zapisać w kalendarzu, jeśli kibicujecie polskim zespołom w Lidze Europy. Właśnie w tych terminach, w czwartek 22 października 2026 roku, Lech Poznań i Jagiellonia Białystok rozegrają swoje spotkania 3. kolejki.
Na boisko pierwszy wybiegnie Lech. „Kolejorz” zmierzy się z Sunderlandem AFC, a pierwszy gwizdek sędziego zabrzmi o 18:45. Na drugie polskie starcie trzeba zaczekać dwie godziny i kwadrans dłużej – Jagiellonia Białystok podejmie wtedy RSC Anderlecht, początek o 21:00.
Transmisje telewizyjne i stream online
Kibice Lecha mają do wyboru trzy kanały – spotkanie z Sunderlandem pokażą TV6, Polsat Sport 1 oraz Polsat Sport Premium 1. Mecz Jagiellonii z Anderlechtem obejrzymy z kolei na antenie Super Polsat, a także, podobnie jak starcie poznaniaków, na Polsat Sport 1 i Polsat Sport Premium 1.
Ci, którzy wolą ekran komputera, tabletu czy smartfona od telewizora, znajdą obie transmisje w streamingu na platformie Polsat Box Go – pod warunkiem wykupienia odpowiedniego pakietu. Jest też opcja dla fanów relacji pisanych: tekstowe LIVE z obu meczów poprowadzi portal WP SportoweFakty.
„U 28-latka rozpoznano zakrzepicę żył głębokich oraz obustronną zatorowość płucną” — przekazali 19 października Philadelphia Eagles i agentka zawodnika Nicole Lynn.
Chodzi o Jalena Hurtsa, rozgrywającego Eagles i jedną z największych gwiazd współczesnej NFL. Diagnoza wyszła na jaw w połowie października i kończy sezon 28-latka, ale to nie koniec sprawy — otworzyła się też wojna między ligą a związkiem zawodników o to, czy medyczny personel klubu postąpił właściwie, dopuszczając go do gry z już wykrytym zakrzepem.
Wszystko zaczęło się 4 października, w meczu z Los Angeles Rams. Hurts dostał wtedy korkiem w łydkę. Bolało, ale trenował dalej, a przed kolejnym spotkaniem przeszedł USG. Wynik, który lekarze dostali 10 października w Londynie, nie napawał optymizmem — wykryto powierzchowny zakrzep. Mimo to medycy po analizie uznali, że może zagrać w najbliższym meczu z Jacksonville Jaguars.
I zagrał. 11 października Hurts wystąpił na Tottenham Hotspur Stadium bez żadnych ograniczeń, a Eagles przegrali to spotkanie 17:19. Po meczu miał przejść kolejne badanie kontrolne — i właśnie ono zmieniło wszystko. 14 października lekarze stwierdzili, że zakrzep się przemieścił. Dalsza diagnostyka wykazała znacznie poważniejszy problem, a Hurts od razu został wykluczony z gry.
Pięć dni później klub i agentka zawodnika ogłosili pełną diagnozę: zakrzepica żył głębokich i obustronna zatorowość płucna. To drugie powikłanie bywa śmiertelnie groźne. Eagles zapewniają jednak, że Hurts jest obecnie w stabilnym stanie, a rokowania są bardzo dobre. Czeka go terapia lekami przeciwkrzepliwymi, a przez co najmniej trzy miesiące nie będzie mógł uczestniczyć w jakichkolwiek aktywnościach kontaktowych — w praktyce to koniec sezonu. W obecnych rozgrywkach zdążył zagrać pięć meczów.
Liga odpiera zarzuty
Sprawa szybko przestała być tylko medyczna. Związek zawodowy zawodników NFLPA zażądał dochodzenia w sprawie decyzji o dopuszczeniu Hurtsa do gry w Londynie i podkreślił, że trzeba dokładnie ustalić przebieg wydarzeń. Kluczowe pytanie: jakie informacje mieli lekarze przed meczem z Jaguars i na jakiej podstawie zdecydowali, że zawodnik może wystąpić.
Liga odpowiedziała bez wahania — kar dla Philadelphia Eagles nie będzie, a procedura dopuszczenia zawodnika do meczu w Londynie została przeprowadzona prawidłowo. Główny lekarz NFL Allen Sills odrzucił sugestie, że personel medyczny mógł kierować się interesem sportowym, nazywając takie przypuszczenia po prostu „nonsensem”. Jak dodał, lekarze mają obowiązek dbać o zdrowie pacjenta, nie o wynik meczu. „New York Post” zwraca z kolei uwagę, że samo wystąpienie powikłań nie przesądza jeszcze o błędzie medycznym.
Dla Eagles strata Hurtsa to cios, który wykracza daleko poza jeden sezon. 28-latek gra w NFL od 2020 roku i w tym czasie zbudował jeden z najbardziej imponujących dorobków wśród aktywnych rozgrywających. W sezonie 2024/2025 poprowadził Philadelphię do zwycięstwa 40:22 nad Kansas City Chiefs w Super Bowl LIX i został MVP finału. Dwa lata wcześniej Eagles z Hurtsem w składzie przegrali Super Bowl z tymi samymi Chiefs 35:38. Był wybierany do Pro Bowl po sezonach 2022 i 2023, w 2022 roku trafił do drugiej drużyny All-Pro Associated Press, a rok później zdobył 15 przyłożeń biegiem, wyrównując rekord ligi dla rozgrywającego. Teraz, zamiast na boisku, spędzi najbliższe miesiące na leczeniu — a NFLPA wciąż czeka na odpowiedź, czy dało się tego uniknąć.
„Skrzydłowy PSG nie był w stanie samodzielnie opuścić murawy” — tak zakończył się dla Chwiczy Kwaracchelii wtorkowy wieczór. Paryżanie pokonali FC Barcelonę, tyle że radość ze zwycięstwa szybko przygasła. Falę kontuzji, która uderzyła w sam środek składu Luisa Enrique, trudno było przykryć czymkolwiek.
Kłopoty zaczęły się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem — Nuno Mendes wypadł z gry, zanim mecz się w ogóle rozpoczął. Potem, w samej rywalizacji, boisko musieli opuszczać po kolei Ousmane Dembele, Marquinhos i Chwicza Kwaracchelia. Nazajutrz klub opublikował szczegółowy raport medyczny, w którym opisano skalę zniszczeń.
Najgorzej wygląda sytuacja Gruzina
„Najgorzej sytuacja wygląda w przypadku Gruzina”. Kwaracchelia doznał zerwania więzadła krzyżowego przedniego w prawym kolanie. Do urazu doszło w drugiej połowie meczu, w walce fizycznej z Xavim Espartem — pojedynek, który skrzydłowy PSG przegrał. Przy upadku na murawę jego kolano wygięło się w nienaturalny sposób, a zawodnik nie był w stanie zejść z boiska o własnych siłach.
Kwaracchelię w najbliższych dniach czeka operacja kolana. Potem zacznie się długa rehabilitacja — Gruzin przez bardzo długi czas nie zagra w barwach PSG.
Diagnozy pozostałych kontuzjowanych brzmią nieco mniej dramatycznie, choć żaden z nich nie wybiegnie na boisko w najbliższych tygodniach. Ousmane Dembele doznał urazu lewego uda i zostanie objęty opieką medyczną przez kolejne tygodnie. Marquinhos z kolei uszkodził prawe udo — „Brazylijczyk najbliższe parę tygodni również spędzi na odpoczynku i rehabilitacji”.
Dla Luisa Enrique to ogromny test głębi kadry. Cztery nazwiska wypadające praktycznie jednocześnie — Mendes, Dembele, Marquinhos i Kwaracchelia — to problem, którego nie rozwiąże żadna taktyczna sztuczka.
„Drużyna trenera Mikela Artety” – tak dziś najczęściej mówi się o Arsenalu, który w środę 21 października 2026 roku o godzinie 21:00 zmierzy się z Bayernem Monachium w fazie ligowej Ligi Mistrzów. To starcie dwóch klubów, które od lat regularnie krzyżują drogi na europejskiej arenie. Tym razem jednak oba zespoły wchodzą w ten mecz w zupełnie innej formie.
Bayern ostatnio nie zachwyca w lidze krajowej. Z Schalke 04 Gelsenkirchen zremisował 0:0, a z Augsburgiem 2:2. Spokoju nie było też w Lidze Mistrzów – w meczu z Viking FK Norwegowie po pierwszej połowie prowadzili 2:0. Bawarczycy odwrócili losy spotkania dzięki dwóm golom Harry’ego Kane’a i trafieniu Luisa Diaza, Viking jednak wyrównał w 90. minucie i mecz zakończył się remisem. Forma wróciła w miniony weekend – Bayern rozbił wtedy RB Lipsk 6:1.
Arsenal przyjeżdża do Monachium z zupełnie innym bagażem. Drużyna Mikela Artety broni tytułu mistrza Anglii zdobytego w minionym sezonie. W obecnej kampanii Premier League Arsenal przegrał tylko raz – z Brighton & Hove Albion 0:3. W Lidze Mistrzów Londyńczycy mają komplet zwycięstw w fazie ligowej. Najpierw pokonali na wyjeździe SSC Napoli 1:0, później rozprawili się z Lille, wygrywając 3:0.
Historia starć sprzyja Arsenalowi
Oba zespoły już wcześniej mierzyły się w Lidze Mistrzów, i te wcześniejsze konfrontacje nadają środowemu meczowi dodatkowy kontekst. Rok wcześniej Arsenal pokonał Bayern Monachium 3:1 w Londynie, będąc gospodarzem. Dwa lata wcześniej obie ekipy zmierzyły się w ćwierćfinale Ligi Mistrzów – tamten dwumecz zakończył się awansem Bayernu, który wygrał 3:2. Teraz, przy pełnym komplecie punktów Arsenalu i niestabilnej formie Bayernu w lidze krajowej, środowe starcie w Monachium zapowiada się na jedno z najważniejszych spotkań tej fazy rozgrywek.
„Kontrolował Kvaratskhelię jak weteran” — tak „Mundo Deportivo” podsumowała występ 19-letniego Xaviego Esparta w meczu Ligi Mistrzów z PSG. Barcelona przegrała na Parc des Princes 2:4. Mimo to nie wynik był głównym tematem po końcowym gwizdku, a właśnie debiutant z prawej obrony.
Hansi Flick, trener Barcelony, musiał mocno przebudować defensywę jeszcze przed starciem z mistrzami Francji. Jules Kounde doznał skręcenia lewego stawu skokowego, a Eric Garcia naderwał mięsień prawego uda i wypadł z gry na trzy-cztery tygodnie. Żaden z nich nie mógł wyjść na start meczu. W tej sytuacji Flick postawił na Esparta w podstawowym składzie. Środek obrony objęli Pau Cubarsi i Gerard Martin, lewą stronę obsadził Joao Cancelo, a po prawej zagrał właśnie 19-letni Espart.
Jego zadaniem było upilnowanie Chwiczy Kwaracchelii — skrzydłowego, którego media opisują jako jednego z najlepszych na świecie. Gruzin słynie z dryblingu i przyspieszenia, które potrafią rozmontować każdą defensywę. Espart grał z nim bezpośrednio przez większą część swojego czasu na boisku. Z tym zadaniem poradził sobie lepiej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać po debiutancie w meczu tej wagi.
Gol, który zmienił wymowę meczu
W 55. minucie Espart ruszył z piłką z głębi własnej połowy. Zagrał na jeden kontakt z Ferminem Lopezem, odebrał podanie zwrotne i popędził w kierunku bramki PSG. Uderzył prawą nogą przy bliższym słupku, zaskakując bramkarza Matwieja Safonowa. To był jego pierwszy gol w Lidze Mistrzów, który doprowadził do wyrównania 1:1.
Chwilę później wrócił do defensywnych obowiązków — zablokował kolejne uderzenie Kwaracchelii. Po drugiej stronie boiska stworzył też Raphinii sytuację, po której Barcelona mogła wyjść na prowadzenie. Zanim zszedł z boiska w 74. minucie, zdążył jeszcze zatrzymać groźny strzał Desire Doue. „Mundo Deportivo” miało dla takiego występu tylko jedno słowo: „spektakularny”.
Espart urodził się 21 maja 2007 roku i należy do tego samego rocznika La Masii co Lamine Yamal, Pau Cubarsi i Marc Bernal. Wszyscy czworo grali wspólnie w zespołach Barcelony U-14 w sezonach 2019/20 i 2020/21. Już wtedy role w ekipie były dość wyraźnie podzielone: Cubarsi dowodził defensywą, Bernal odpowiadał za środek pola, Espart był wykorzystywany na różnych pozycjach, a Yamal zajmował się strzelaniem goli.
To właśnie Yamal pierwszy z tej grupy przebił się do seniorskiej piłki Barcelony. Po nim do pierwszego zespołu trafili najpierw Cubarsi, a później Bernal. Espart przez długi czas był wychowywany jako środkowy pomocnik — defensywny lub „ósemka”. W La Masii zaczął jednak z czasem być przesuwany na obie strony obrony, a w tym sezonie Flick korzystał z niego między innymi na lewej flance. Mecz z PSG dowiódł, że równie dobrze radzi sobie i po prawej — nawet przeciwko jednemu z najgroźniejszych skrzydłowych Europy.
„Na spotkanie na Lubelszczyźnie udaliśmy się w składzie: Jakub Dyjas, Kim Taehyun, Benedek Olah” – mówi Bartosz Gajek, trener-menedżer gdańskiej drużyny. Lider LOTTO Superligi tenisa stołowego nie kryje, że na wyjazdowy mecz wystawia swoją najsilniejszą trójkę.
Sezon Balty AZS AWFiS zaczął się od czterech zwycięstw z rzędu. Najpierw 3:0 z Polonią Bytom, potem wyjazd do Grudziądza i pokonanie obrońcy tytułu, Bud-n ElectriCon Olimpii, 3:2. Dalej poszło w podobnym tempie – 3:2 z Dojlidami Białystok, a następnie 3:1 z beniaminkiem ligi, Energą Morliny Ostródzianką Ostróda.
Liczby potwierdzają dobrą formę zespołu. Jakub Dyjas, nowy zawodnik klubu, ma na koncie 5 wygranych i 1 porażkę, a identyczny bilans – 5-1 – notuje Koreańczyk Kim Taehyun. Skromniej wypada na razie Fin Benedek Olah, z wynikiem 2-1. Szymon Malicki zagrał dwa razy i wciąż czeka na pierwsze zwycięstwo.
Z Zamościem gdańszczanie mają już swoją historię. W poprzednim sezonie Balta AZS AWFiS dwukrotnie wygrała z Treflem – najpierw 3:1 u siebie, potem 3:2 na wyjeździe.
Co dalej w kalendarzu
Po Zamościu na drużynę czeka trudniejszy rywal. 25 października Balta AZS AWFiS zmierzy się na wyjeździe z wicemistrzem Polski, KS Bogoria Grodzisk Mazowiecki. Pięć dni później, 30 października, przyjdzie czas na mecz z KS Energia TTCup w Wąchocku.
W tabeli gdańszczanie prowadzą z przewagą 1 punktu nad ekipą z Grudziądza i 2 punktów nad zespołem z Podlasia. Bogoria – mimo wicemistrzowskiego tytułu – zajmuje na razie piąte miejsce, ze stratą 4 punktów do lidera. Trzeba jednak pamiętać, że w minionym miesiącu zespół z Grodziska rozegrał tylko dwa mecze, zdobywając w nich 6 punktów.
Nie minęły nawet dwie minuty, a Chwicza Kwaracchelia już trafił w słupek strzałem zza pola karnego. To uderzenie od razu dało sygnał: w Parku Książąt nudy nie będzie. Mecz 3. kolejki Ligi Mistrzów między PSG i FC Barceloną, rozegrany w Paryżu, zakończył się wynikiem 4:2 dla gospodarzy i to właśnie on okazał się hitem tej kolejki rozgrywek.
Liczby mówią same za siebie. W trzech ostatnich bezpośrednich meczach PSG i Barcelony w Lidze Mistrzów padło łącznie 13 bramek. Paryżanie w dwóch pierwszych meczach tegorocznej edycji strzelili aż 10 goli – wcześniej rozbili na wyjeździe Manchester City 4:2, ekipę uważaną za jedną z faworytek do końcowego triumfu w tych rozgrywkach. Barcelona też nie zwalniała tempa: w swoich dwóch pierwszych meczach zdobyła 9 goli, czyli tylko jeden mniej niż PSG, a w La Lidze prowadzi w tabeli.
Dla gości początek był nerwowy. Już po pięciu minutach PSG oddało trzy strzały, a każdy z nich po kolei zatrzymał Joan Garcia, bramkarz Barcelony. W 20. minucie z boiska zszedł Ousmane Dembele, dotąd lider ofensywy gospodarzy – poczuł uraz nogi. Zastąpił go Ferran Torres, piłkarz, który jeszcze w minionym sezonie grał w barwach Barcelony i który strzałem w dogrywce dał Hiszpanii mistrzostwo świata w finale z Argentyną. Debiut w nowym klubie wyszedł mu jednak bez blasku: po sześciu minutach na boisku Torres trafił z dziewięciu metrów prosto w Joana Garcię, a cztery minuty później zmarnował kolejną okazję, uderzając z bliska również w bramkarza. Chwilę wcześniej dobitkę Achrafa Hakimiego z siedmiu metrów zablokował Pedri, a Raphinha nie wykorzystał stuprocentowej szansy, trafiając z czterech metrów w Safonowa.
Gole jednak nie padały – aż do 38. minuty, gdy Desire Doue uderzeniem z 18 metrów wyprowadził PSG na prowadzenie 1:0. Barcelona mogła odpowiedzieć właściwie natychmiast: na boisko wszedł Fermin Lopez w miejsce kontuzjowanego Daniego Olmo, ale w kontrze przegrał sam na sam z bramkarzem.
Szalona końcówka z trzema kontuzjami
Druga połowa zaczęła się tak samo, jak skończyła się pierwsza – od interwencji Joana Garcii, który w szóstej minucie obronił strzał Hakimiego z siedmiu metrów po efektownej akcji PSG. Wyrównanie przyszło w 55. minucie: po akcji Fermina Lopeza z Esparguerem padł gol na 1:1, mocne uderzenie z ośmiu metrów pokonało Matwieja Safonowa, bramkarza PSG. Cztery minuty później mecz przerwały kolejne urazy – boisko opuścili Marquinhos i Chwicza Kwaracchelia, temu drugiemu, niemogącemu samodzielnie chodzić, zejście ułatwili fizjoterapeuci. Ostatecznie Luis Enrique, trener PSG, musiał w tym meczu dokonać trzech zmian wynikających z kontuzji.
Mimo tych strat paryżanie wrócili na prowadzenie w 72. minucie. Lucas Hernandez wyskoczył wyżej niż Gordon i głową z dziesięciu metrów wykorzystał dośrodkowanie Desire Doue z rzutu rożnego, ustalając wynik na 2:1. Barcelona odpowiedziała szybko, a odpowiedź była w pełni indywidualna – Lamine Yamal strzałem z ostrego kąta pod poprzeczkę doprowadził do wyrównania na 2:2.
O losach meczu zdecydowały ostatnie dziesięć minut. W 81. minucie Vitinha uderzeniem z woleja z 20 metrów dał PSG prowadzenie 3:2, a pięć minut później zupełnie nieobstawiony na drugim metrze Fabian Ruiz dobił wynik do 4:2. Tym samym paryżanie potwierdzili, że w tej edycji Ligi Mistrzów są siłą, z którą trzeba się liczyć – nawet grając z liderem La Ligi.