„Na razie jeszcze mam kontrakt, który nie jest skończony. Jeszcze mam walki w kontrakcie” – powiedziała Paulina Wiśniewska, pytana o swoją przyszłość w MMA. O temacie wspomniała podczas programu Oktagon Live, zaraz po kolejnym udanym występie w klatce.
16 października Wiśniewska walczyła na gali PFL w Chicago. Pokonała tam Chelsea Hackett i zanotowała drugie zwycięstwo z rzędu.
Co do dalszej kariery, Polka nie zostawiła pola do domysłów. „Jeśli chodzi o dalszą drogę, to ja jeszcze chciałabym zostać w PFL-u” – zadeklarowała. Deklaracja nabiera wagi w świetle spekulacji krążących od jakiegoś czasu wokół jej nazwiska, bo sporo mówi się o możliwym przejściu Wiśniewskiej do UFC.
Awans w rankingu i plany na grudzień
Wygrana nad Hackett ma też wymiar czysto sportowy. „Na razie jestem piąta” – przyznała zawodniczka, odnosząc się do swojej pozycji w rankingu. Liczy jednak na szybki awans: „Mam nadzieję, że teraz wskoczę na czwarte miejsce w rankingu i idę do góry” – dodała.
Czekanie w nieskończoność na kolejną okazję nie wchodzi w grę. „Jestem chętna na kolejną walkę jak najszybciej” – zaznaczyła. Ma już na oku konkretny termin i miejsce: „Wiem, że w grudniu organizują galę w Lyonie i czekam na informację” – zdradziła.
Dalszą, bardziej odległą przyszłość Polka zamierza omówić z własną menadżerką, Joanną Jędrzejczyk. „Zobaczymy, jak skończy się kontrakt, wtedy będziemy rozmawiać z Asią na temat przedłużenia albo ewentualnie pójdę dalej” – podsumowała.
Wiśniewska rywalizuje zawodowo od 2023 roku. W dorobku ma dziewięć walk, z czego aż osiem wygranych. W grudniu 2024 roku triumfowała w finale turnieju wagi muszej PFL Europe, zdobywając mistrzowski pas, jednak w 2025 roku straciła tytuł. Dwa ostatnie zwycięstwa, zwieńczone wygraną nad Hackett w Chicago, pokazują, że Polka znów łapie dobrą formę i pnie się w kierunku szczytu rankingu.
„Uważam, że powinno dojść do starcia Dricusa z Imavovem. Niech Sean poczeka, aż sam ustali, co dalej z jego relacjami z UFC” – powiedział Morne Visser, trener Dricusa du Plessisa, w programie Fight Forecast.
Te słowa padają w momencie, gdy wokół mistrza dywizji średniej robi się coraz goręcej. Sean Strickland, aktualny posiadacz pasa, wciąż nie podpisał kontraktu na pierwszą obronę tytułu. Zawodnik otwarcie domaga się od UFC wyższych stawek, a do tego zapowiada, że gotów jest opuścić organizację, by stoczyć bokserski pojedynek z Jake’em Paulem.
Dla obozu du Plessisa taki impas to raczej szansa niż kłopot. Visser proponuje, by UFC nie czekało na rozstrzygnięcie sporu Stricklanda z organizacją, tylko od razu zorganizowało starcie Południowoafrykanina z Nassourdine’em Imavovem. „Jesteśmy gotowi do walki w kategorii średniej pod koniec lutego lub w marcu. Taki jest plan – odzyskać nasz pas” – zadeklarował trener.
Du Plessis chce rewanżu za utracony pas
Dricus du Plessis występuje w UFC od 2020 roku. Przez ten czas stoczył jedenaście pojedynków i przegrał tylko raz. Tą jedyną porażką okazało się starcie z Khamzatem Chimaevem w 2025 roku, w którym Południowoafrykanin stracił tytuł mistrzowski. W kolejnej walce zrehabilitował się jednak efektownie, pokonując Kamaru Usmana.
Propozycja Vissera zakłada więc, że to du Plessis – a nie wahający się Strickland – powinien nadawać tempo wydarzeniom w dywizji średniej. Czy UFC pójdzie tą drogą? To pozostaje otwarte, bo wszystko zależy od tego, jak szybko rozstrzygnie się spór mistrza z promocją.
„To było naprawdę bardzo, bardzo ważne spotkanie dla nas. Odpowiedzieliśmy po naprawdę ciężkim tygodniu i pierwszej serii w BCL” – powiedział po meczu Heiko Rannula, szkoleniowiec Legii Warszawa. W Zagrzebiu mistrzowie Polski nie dali szans miejscowej Cibonie Zagrzeb i zapisali na swoim koncie pierwszy triumf w tegorocznej edycji koszykarskiej Ligi Mistrzów.
Warszawianie nie od razu przejęli kontrolę nad przebiegiem gry. Przewaga przyszła dopiero na finiszu, kiedy Legia zbudowała rekordową w tym meczu różnicę 18 punktów. To wystarczyło – Cibona, która w pierwszej serii grupowej rozbiła 96:76 Galatasaray MCT Technic Sambuł, nie znalazła już sposobu, by odrobić straty.
Rannula podkreślił, że chorwacki rywal, choć zaczął słabiej, do końca nie odpuszczał. „Cibona to dobry zespół. Nawet dzisiaj to pokazała. Nie miała dobrego wejścia w mecz, ale cały czas była w grze” – ocenił trener Legii.
Szkoleniowiec zwrócił uwagę przede wszystkim na organizację w defensywie i skuteczność liderów w ataku. „Mieli różne bronie, próbowali na różne sposoby, ale my zagraliśmy razem, co bardzo mnie cieszy. Graliśmy fizycznie. W defensywie znaleźliśmy sposoby, żeby właściwie zatrzymać akcje rywali. Liderzy z kolei kontrolowali nasz atak” – powiedział Rannula.
Daniels bohaterem meczu
Najlepszym zawodnikiem spotkania był Arguster Daniels. Zdobył 21 punktów, trafiając 8 z 16 rzutów z gry. Do tego dopisał sześć asyst i to on dyktował tempo gry Legii w najważniejszych momentach.
Amerykanin po meczu nie szczędził pochwał kolegom z zespołu. „Graliśmy twardo i fizycznie. Tworzyliśmy zespół. Praca na treningach przyniosła efekt, bo była duża intensywność. Z przyjemnością zobaczymy wideo z tego spotkania i nadal będziemy budować tą drużynę” – powiedział Daniels.
Wygrana w Zagrzebiu zmienia układ w grupie B. Po dwóch seriach spotkań każda z czterech ekip ma na koncie po jednej wygranej i jednej przegranej. A stawka w tabeli jest wysoka: zwycięzca grupy trafi bezpośrednio do fazy Top16, natomiast zespoły z miejsc drugiego i trzeciego będą musiały przejść przez play-in.
„Podopieczni Markusa Juurikkali mają za sobą udany weekend” – teraz ten dobry nastrój chcą przenieść na wyjazd, gdzie Unia Oświęcim zmierzy się ze STS-em Sanok Sokół.
Oświęcimianie jedą do Sanoka w dobrych nastrojach, choć grają w mocno osłabionym składzie z powodu problemów kadrowych. W ostatni weekend zdobyli komplet punktów – najpierw pokonali na własnym lodzie BS Polonię Bytom 3:2, a chwilę później Comarch Cracovię, też 3:2. Po dziesięciu spotkaniach Unia ma na koncie 19 punktów i zajmuje szóste miejsce w tabeli TAURON Hokej Ligi. Do trzeciego miejsca, które zajmuje ECZD Zagłębie Sosnowiec, traci sześć punktów, ale ma w zanadrzu dwa mecze rozegrane mniej od sosnowiczan.
Kadra przetrzebiona
Lista nieobecności w Oświęcimiu jest długa. Do gry nie jest gotowy Sami Aittokallio, a w tym sezonie nie zobaczymy już Adriana Ziobra. Z chorobami ostatnio zmagali się Erik Ahopelto oraz Severi Immonen – obaj mają być dostępni na weekendowe starcia. Mecz z Polonią przerwał dla siebie Olaf Bizacki, a w spotkaniu z Pasami z gry wypadł Damian Tyczyński, zaatakowany kolanem przez Jamesa White’a.
Rywal z Sanoka ma za sobą równie trudny tydzień, choć z zupełnie innego powodu. Polska część drużyny STS-u przegrała 0:6 z GKS-em Katowice, a potem 0:9 z ECZD Zagłębiem Sosnowiec. Jednocześnie ukraińscy zawodnicy zespołu rywalizowali w Pucharze Kontynentalnym – Sokił Kijów wystąpił w turnieju w Elektrenach. Tam w decydującym meczu przegrali po dogrywce z HK Mogo 3:4 i nie wywalczyli awansu do kolejnej rundy.
Statystyki jednoznacznie przemawiają na korzyść przyjezdnych. Unia po raz ostatni przegrała w Sanoku 27 lutego 2022 roku – od tamtej porażki minęło już 1697 dni. Tamten mecz pamiętają jednak trzej zawodnicy: Radosław Sawicki, Bartosz Florczak i Łukasz Krzemień, przy czym „Florek” grał wtedy jeszcze w barwach STS-u.
„Pod względem fizycznym to było mocne uderzenie, ale nic mi nie jest. Jeszcze bardziej boli mnie jednak emocjonalnie to, że coś takiego przydarzyło się tutaj, w domu, przed tifosi” — powiedział Charles Leclerc po kraksie na Monzy. I właśnie ten wypadek sprawił, że kierowca Ferrari prowadzi teraz w nietypowej klasyfikacji, którą kibice F1 śledzą równie uważnie jak walkę o tytuł mistrzowski.
Co roku jeden z internetowych ekspertów publikuje na Reddicie ranking Destructor’s Championship — zestawienie kierowców według strat finansowych, jakie wywołały ich kraksy. Podstawą wyliczeń są szacunkowe koszty części zamiennych potrzebnych do naprawy rozbitych bolidów. A te nie są tanie. Samo przednie skrzydło to wydatek rzędu 133 tys. euro, przednie zawieszenie kosztuje około 111 tys. euro, a nawet pojedyncza opona wyceniana jest na 2700 euro.
Po 17 wyścigach sezonu 2026 na czele tego mimowolnego rankingu znajduje się Charles Leclerc. Monakijczyk z Ferrari spowodował dotychczas straty szacowane na 2 mln 38 tys. dolarów, czyli około 1,8 mln euro. Najdroższy incydent w jego wykonaniu rozegrał się na Monzy we Włoszech, gdzie uderzył w barierę z opon — na oczach własnych kibiców, co jak sam przyznał, bolało go bardziej niż sam wypadek.
Ralf Schumacher, ekspert Sky, nie ma dla Leclerca litości. W rozmowie ze SPORT BILD stwierdził, że jedną ze słabości Monakijczyka jest powtarzanie tych samych błędów. „Za wszelką cenę chce jechać szybko, a potem robi jakieś bezsensowne rzeczy” — ocenił Niemiec.
Albon i Bearman tuż za liderem
Drugie miejsce w Destructor’s Championship zajmuje Alex Albon z Williamsa. 30-letni Tajlandczyk spowodował straty wyceniane na 2 mln 36 tys. dolarów, czyli niespełna 1,8 mln euro. Od Leclerca dzielą go zaledwie dwa tysiące dolarów.
Trzecie miejsce przypadło Oliverowi Bearmanowi z Haasa. Brytyjczyk odpowiada za uszkodzenia wyceniane łącznie na 2 mln 33 tys. dolarów, czyli niespełna 1,8 mln euro. Jego najpoważniejszy wypadek sezonu zdarzył się podczas Grand Prix Japonii — próbując ominąć Franco Colapinto z Alpine, uderzył bokiem bolidu w barierę z przeciążeniem sięgającym 50 G. Po tym zdarzeniu Bearman przeprosił swój zespół.
Co ciekawe, najdroższa pojedyncza kraksa całego sezonu wcale nie należy do żadnego z trójki liderów klasyfikacji strat. Ten tytuł przypadł Pierre’owi Gasly’emu z Alpine, który dachował podczas Grand Prix Miami. Koszty naprawy po tym zdarzeniu oszacowano na 960 tys. dolarów, czyli około 853 tys. euro. To jednorazowy wydatek — resztę sezonu Francuz przejechał znacznie spokojniej, więc prowadzenia w całorocznym rankingu mu to nie dało.
Schumacher, patrząc na dzisiejsze realia, wraca też do swoich czasów w Jordanie. „Za czasów Jordana miałem kilka wypadków — najczęściej dlatego, że coś się urwało. Do tego dochodziły różne awarie silnika. Nigdy nie miałem o to pretensji do zespołu. Oczekiwałem tego samego w drugą stronę, kiedy sam popełniałem błąd. Zazwyczaj zapraszałem wtedy ekipę na kolację” — opowiadał.
Mniej wyrozumiały jest wobec reakcji mistrza świata Lando Norrisa. „Uważam, że Lando Norris reaguje na takie sytuacje dość lekceważąco. Szczególnie było to widać ostatnio po jego kolizji z zespołowym kolegą Oscarem Piastrim. Powinien po prostu stanąć przed kamerami i przyznać, że źle ocenił sytuację” — powiedział Schumacher, mając na myśli starcie z Piastrim, który jest kolegą Norrisa z zespołu. Paradoksalnie sam Norris w rankingu strat finansowych wypada bardzo skromnie — zajmuje dopiero 21. miejsce.
W tle tych kosztownych incydentów toczy się właściwa walka konstruktorów. Prowadzi w niej Mercedes z 578 punktami, przed Ferrari z 444 punktami i McLarenem, który ma na koncie 339 punktów. Gdyby jednak liczyły się rozbite skrzydła i zawieszenia, czoło tabeli wyglądałoby zupełnie inaczej.
„Mając tylko osiem drużyn w Hongkongu, nie ma łatwych gier” — taki jest ton harmonogramu pierwszego dnia BLAST Rivals Hong Kong 2026, który rusza w stolicy regionu administracyjnego Hongkong.
Turniej otwiera starcie Vitality z Falcons w Grupie A. To zderzenie dwóch skrajnie różnych projektów. Z jednej strony najbardziej utytułowana drużyna ostatniego roku, z drugiej skład zbudowany wokół gwiazdora m0NESY. Lepszego meczu otwarcia organizatorzy chyba nie mogli sobie wymarzyć.
Tego samego dnia w Grupie A czeka nas też pojedynek Legacy i FURIA. „Legacy i FURIA rozpoczną turniej od brazylijskiego pojedynku, zderzenia dwóch drużyn, które znają się na wylot” — innymi słowy, o efekt zaskoczenia tu trudno, obie ekipy mają się nawzajem jak na dłoni.
Grupa B: od Spirit po wieczorne starcie gigantów
W Grupie B dzień otwiera mecz Spirit przeciwko FUT. Harmonogram zamyka z kolei wieczorne starcie MOUZ z G2 — i to właśnie ten pojedynek najpewniej przyciągnie najwięcej widzów śledzących pierwszy dzień rywalizacji.
Przy ośmiu zespołach w stawce cena potknięcia już na starcie rośnie. Jedna porażka może oznaczać poważne komplikacje w drodze do dalszej fazy. Hongkong staje się więc areną, na której pierwszy dzień zdecyduje chyba więcej, niż zwykle bywa na tym etapie zawodów.
„Jej tenisowe IQ jest niezwykle wysokie. Naprawdę niezwykle wysokie. Nie ma takiego uderzenia, którym możesz ją znokautować” – tak Andy Roddick, były lider rankingu ATP i triumfator US Open z 2003 roku, opisał Maję Chwalińską w podcaście „Served”.
Powód takiej pochwały nie jest przypadkowy. Reprezentantka Polski wygrała turniej WTA 1000 w Wuhan, a w finale rozprawiła się z Brytyjką Sonay Kartal wynikiem 2:6, 6:4, 6:2. To pierwszy tytuł w karierze Chwalińskiej.
Roddick zwrócił uwagę, jak szybko zmieniła się sytuacja Polki. Przed Roland Garros zajmowała 115. albo 120. miejsce w rankingu, a mimo to dotarła wtedy do finału paryskiego turnieju. Amerykanin nie kryił się z tym, że się pomylił: „Typowałem przeciwko niej na US Open i miałem rację” – po czym dodał, że Chwalińska „udowodniła już dwukrotnie, na ogromnej scenie, że potrafi sobie z tym poradzić”.
Były numer jeden świata przypomniał też o wcześniejszym wyczynie Polki – wygranej z Igą Świątek. Obie zawodniczki są z tego samego rocznika i, jak podkreślił Roddick, pozostają przyjaciółkami.
Macci: nie liczy się start, liczy się meta
Głos zabrał również Rick Macci, były trener sióstr Williams. Jego zdaniem historia Chwalińskiej to „świetny przykład, że nie liczy się, od czego zaczynasz, ale gdzie kończysz”.
Podobnie ocenił tę historię Jon Wertheim, amerykański dziennikarz zajmujący się tenisem. Przypomniał, że przed sezonem Chwalińska musiała przebijać się przez kwalifikacje Roland Garros, a jej celem na ten rok było jedynie miejsce w czołowej setce rankingu. Dziś jest już gdzie indziej. „Nadal jest w ścisłej czołówce” – zauważył Wertheim, dodając, że sezon 2027 może być dla Polki łatwiejszy, bo na kort ziemny wejdzie już bez presji o ranking: „Teraz może wejść w następny sezon na mączce bez presji i bez myślenia: 'O mój Boże, mój ranking kompletnie się zaraz zawali'”.
Zaczęło się od przełamania w pierwszym gemie i seta przegranego 1:6. A skończyło się triumfem po dwóch godzinach i 21 minutach walki. Katarzyna Kawa pokonała Ukrainkę Darię Snigur 1:6, 6:2, 6:4 w pierwszej rundzie turnieju WTA 500 w Ningbo – i był to jeden z tych meczów, po których ciężko od razu uwierzyć w wynik na tablicy.
Snigur, zajmująca 40. miejsce w rankingu WTA, nie była dla Polki przypadkową rywalką – obie grały już w niedzielę, w finałowej rundzie kwalifikacji do tego samego turnieju, a tamten mecz Snigur oddała walkowerem przy stanie 1:6, 0:2. Wtorkowe starcie w głównej fazie imprezy ruszyło więc jakby od zera. Scenariusz na chwilę zrobił się jednak dla Kawy jeszcze bardziej nerwowy niż dwa dni wcześniej.
Polka przegrała pierwszego gema, oddając serwis już na starcie. Miała aż osiem break pointów w tym secie, żadnego jednak nie wykorzystała, co skończyło się seryjną porażką 1:6.
Zniszczona rakieta i przerwa na deszcz
Drugi set Kawa zaczęła od razu z przełamania rywalki. Mimo to przy stanie 1:1 nie potrafiła ukryć frustracji – w przypływie emocji zniszczyła rakietę. Chwilę później na kort zaczął padać deszcz, a przy wyniku 2:3 dla Snigur zawodniczki musiały zejść do szatni. Gra wróciła po godzinie 15.
To, co stało się po przerwie, odwróciło losy całego meczu. Kawa wygrała pięć gemów z rzędu i w trzecim secie prowadziła już 2:0. W czwartym gemie decydującej partii obroniła trzy kolejne break pointy, wygrywając swój serwis na przewagi. Chwilę potem straciła jednak koncentrację – w piątym gemie przestrzeliła forhend po crossie i oddała serwis, a wynik wrócił do 3:3. Polka zareagowała natychmiast: odebrała serwis rywalce w kolejnym gemie i domknęła seta 6:4.
Statystyki meczu dobrze pokazują, jak nierówne było to spotkanie pod względem skuteczności przy piłce. Kawa zaliczyła 37 winnerów przy 24 niewymuszonych błędach, Snigur zanotowała tylko 12 uderzeń kończących, popełniając przy tym aż 45 niewymuszonych błędów. Polka miała też problem z podaniem – 14 podwójnych błędów serwisowych wobec trzech u Ukrainki – choć to nie przeszkodziło jej w ostatecznym zwycięstwie.
Dzięki triumfowi Kawa awansowała do kolejnej rundy turnieju w Ningbo i jest tam jedyną reprezentantką Polski. Pierwotnie w tej rundzie miała zmierzyć się z Mają Chwalińską, ale ta wycofała się z rywalizacji. Chwalińska nie próżnowała jednak gdzie indziej – kilka dni wcześniej wygrała turniej WTA 1000 w Wuhan. W tym samym turnieju Iga Świątek dotarła do półfinału, przegrywając z rodaczką, a ze startu w Ningbo się wycofała.
„Jeśli walka o pas BMF ma polegać tylko na tym, by wyjść do klatki i okładać się nawzajem to szczerze mówiąc, bracie, zatrzymaj sobie ten pas. Zabierz go gdzie indziej. Ten pas nie jest dla mnie” – powiedział Charles Oliveira.
Brazylijczyk jest obecnie posiadaczem tytułu BMF. Sam jednak przyznaje, że nie czuje się jego naturalnym właścicielem, jeśli ma on sprowadzać się wyłącznie do bijatyki w stójce.
Pas trafił w jego ręce 7 marca, gdy zmierzył się z Maxem Hollowayem. Zamiast efektownej wymiany ciosów, Oliveira zdominował Hawajczyka w parterze – i właśnie tam odebrał mu tytuł BMF. Do tamtego wieczoru walki o ten pas kojarzyły się fanom przede wszystkim z twardymi starciami na nogach.
Wszechstronność zamiast wymiany ciosów
Oliveira nie zamierza dopasowywać swojego stylu do wizerunku, jaki narosł wokół pasa BMF. „Jestem zawodnikiem MMA. Jestem wszechstronnym zawodnikiem” – podkreślił Brazylijczyk. Liczy się dla niego skuteczność, nie spektakl zbudowany wyłącznie na wymianie ciosów w stójce.
Prawdziwym celem byłego mistrza wagi lekkiej pozostaje jednak odzyskanie pasa mistrzowskiego tej kategorii. Zanim do tego dojdzie, musi najpierw obronić pas BMF. Zrobi to 12 grudnia w Las Vegas, gdzie zmierzy się z Diego Lopesem – walka odbędzie się w ramach gali UFC 335.
„Natychmiast opuść boks” — te słowa, skierowane do własnej psycholog, Jelena Ostapenko wykrzyczała jeszcze tydzień temu w Wuhan. Tym razem w Ningbo łotewska tenisistka znalazła się w centrum uwagi z zupełnie innego powodu: skreczowała w meczu pierwszej rundy.
Starcie z Belindą Bencic, zawodniczką notowaną wyżej w rankingu światowym, nie zostało dokończone. Ostapenko oddała mecz przy wyniku 3:6, 1:1, 0:30 dla Szwajcarki. Jeszcze w pierwszym secie, który przegrała 3:6, poprosiła o przerwę medyczną — fizjoterapeutka sprawdzała wówczas jej parametry życiowe i mierzyła ciśnienie krwi.
Tydzień wcześniej był skandal w Wuhan
Kontrast z ostatnimi dniami jest ogromny. Jeszcze tydzień wcześniej Ostapenko grała w półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhan, co dało jej awans o 10 pozycji w rankingu światowym. Tam przegrała z Sonay Kartal 6:7(9), 6:7(5) — mecz zakończył się dwoma tie-breakami.
Właśnie podczas tego spotkania doszło do incydentu, o którym zrobiło się głośno w środowisku tenisowym. Przy stanie 4:1 dla Ostapenko w drugim secie Kartal zdołała wyrównać na 4:4, a Łotyszka straciła nerwy do tego stopnia, że wyrzuciła z boksu swoją psycholog, nakazując jej natychmiastowe opuszczenie trybun. Kamery transmisji nie omieszkały pokazać pustego miejsca po wyproszonej specjalistce. Ostatecznie kobieta wróciła na swoje miejsce jeszcze przed końcem meczu.
Dla byłej mistrzyni Roland Garros ostatnie tygodnie to huśtawka emocji i wyników — od awansu w rankingu po kolejny skrecz. Łotyszka wciąż nie wyjaśniła publicznie, dlaczego przerwała mecz w Ningbo. Kibice i dziennikarze zastanawiają się, czy to kwestia zdrowia, czy raczej psychiki, która dała o sobie znać już wcześniej w Wuhan.