Rico Verhoeven to legendarny mistrz kickboxingu — ale czy ma choćby cień szansy w bokserskim pojedynku z Deontayem Wilderem? David Haye, znany w świecie boksu jako „Hayemaker”, nie owija w bawełnę.
Verhoeven jest jedną z opcji na rywala dla byłego mistrza świata wagi ciężkiej federacji WBC. Drugim nazwiskiem przewijającym się w tym kontekście jest Jai Opetaia. Bilans Holendra w boksie zawodowym to zaledwie 1 wygrana, 1 porażka i 1 nokaut — Wilder z kolei może się pochwalić rekordem 45 wygranych, 4 porażek, 1 remisu i 43 nokautów. Całą sprawę podgrzewa grudniowa gala Fury vs Joshua, zaplanowana na noc z 11 na 12 grudnia w Cardiff.
Haye przypomina, że w ostatnim występie Amerykanin mierzył się z Derekiem Chisorą. „W swoim ostatnim występie, przeciwko Chisorze, nie przypominał już samego siebie” — ocenił byłomistrz, zaraz dodając ważne zastrzeżenie: „Pamiętajmy przy tym, że akurat siły i dynamiki nie stracił”.
Verhoeven bez obrony to problem
Zdaniem Haye’a największa słabość Verhoevena leży nie w technice uderzeń, lecz w tym, jak radzi sobie z ciosami rywala. „Verhoeven nie słynie raczej z dobrej obrony” — stwierdził Anglik i dopowiedział: „On nie potrafi unikać ciosów rywala i zawsze coś mocnego przyjmie”. Realne ryzyko dla Holendra. W jego ocenie to otwiera Wilderowi drogę do powtórki z przeszłości: „Wilder mógłby go znokautować tak, jak kiedyś nokautował swoich rywali, gdy był mistrzem”.
Nie wszystko gra jednak na niekorzyść Verhoevena. Haye zwraca uwagę na doświadczenie, jakie Holender zdobył w starciu z Ołeksandrem Usykiem. „Rico z pewnością wyciągnął dużo z walki z Usykiem i nauczył się nowych rzeczy” — zauważył, dodając, że to powinno przełożyć się na postęp: „Następnym razem powinien być jeszcze lepszy”.
„Szczerze mówiąc nie chciałbym, aby doszło do tej walki” – tak David Benavidez skomentował doniesienia o możliwym starciu Jaia Opetai z Deontayem Wilderem. Niepokonany pięściarz nie krył obaw o los Australijczyka w starciu z byłym mistrzem świata wagi ciężkiej.
Benavidez, legitymujący się rekordem 32-0 z 26 nokautami na koncie, przygotowuje się obecnie do własnej walki. 5 grudnia zmierzy się z Michałem Cieślakiem, który może pochwalić się bilansem 28-2 i 22 zwycięstwami przed czasem. Własne zobowiązania go nie powstrzymały – Amerykanin i tak postanowił odnieść się do spekulacji wokół Opetai.
Jai Opetaia, niepokonany od początku kariery zawodowej (31-0, 24 KO), od pewnego czasu jest łączony z debiutem w wadze ciężkiej. Właśnie na tym tle narodziły się pogłoski o możliwym pojedynku z Deontayem Wilderem, znanym jako „Brązowy Bombardier” – Amerykanin ma na koncie 45 zwycięstw, 4 porażki i 1 remis, w tym aż 43 nokauty.
Benavidez nie zostawił na tym pomyśle suchej nitki. „Jai z mojej perspektywy nie powinien walczyć z Wilderem” – stwierdził wprost. Jego zdaniem, mimo wieku i serii niepowodzeń w największych starciach, Wilder wciąż dysponuje bronią, której nie wolno lekceważyć. „Nikt nie zaprzeczy, że w jego prawej ręce wciąż drzemie prawdziwa armata” – dodał pięściarz.
Opetaia pod lupą krytyki
Benavidez zwrócił też uwagę na ostatnie występy Opetai. Rekord wciąż bez porażki, owszem, ale w ringu, zdaniem Amerykanina, bywało różnie. Jak zauważył, Australijczyk był ostatnio około czterokrotnie zraniony przez przeciwnika o nazwisku Gewora, określonego przez niego jako bokser „bardzo wolny”. To, jego zdaniem, sygnał ostrzegawczy przed starciem z kimś tak doświadczonym i mocno bijącym jak Wilder.
Przypomniano też przy okazji inny wątek, chętnie podnoszony na amerykańskim rynku bokserskim: mimo sukcesów Opetai, to wciąż Australijczyk, a nie Amerykanin. Dodatkowo Opetaia uchodzi za nieformalnego lidera limitu 90,7 kilograma, co czyni ewentualny skok do wagi ciężkiej tym bardziej ryzykownym krokiem.
Konkluzja Benavideza nie pozostawiała miejsca na domysły. „Boję się, że Opetaia zostałby przez Wildera znokautowany” – powiedział, jasno określając swoje stanowisko w sprawie potencjalnego pojedynku.
„Kanadyjczyk uczestniczył w kolejnej kontrze”
Tymi słowami opisano jedną z wielu akcji Alphonso Daviesa w starciu Bayernu Monachium z Arsenalem w 3. kolejce Ligi Mistrzów 2026/2027. Na Allianz Arenie w Monachium padł ostatecznie remis 2:2.
To było już szesnaste spotkanie tych drużyn w europejskich pucharach, jeśli doliczyć wcześniejsze 15 starć w Lidze Mistrzów. Przed meczem bilans przemawiał na korzyść Bawarczyków – osiem zwycięstw wobec czterech wygranych Arsenalu. W poprzedniej edycji rozgrywek role się jednak odwróciły: Londyńczycy pojechali do Monachium i wygrali 3:1. Ciekawostka na marginesie – spośród wszystkich dotychczasowych starć obu klubów w fazie ligowej Ligi Mistrzów aż 14 kończyło się triumfem Arsenalu, z czego siedem wygranych Kanonierzy zanotowali na wyjeździe.
Bayern pod wodzą Vincenta Kompany’ego bronił przed tym meczem imponującej serii – 39 kolejnych spotkań fazy grupowej lub ligowej Ligi Mistrzów na własnym stadionie bez porażki. W tym okresie zanotował 37 zwycięstw i dwa remisy. Po raz ostatni przegrał na własnym boisku na tym etapie rozgrywek w grudniu 2013 roku, kiedy uległ Manchesterowi City 2:3. Po drugiej stronie linii bocznej stał Mikel Arteta – kolejny solidny wynik w Monachium byłby dla niego potwierdzeniem, że jego zespół jest w dobrej dyspozycji.
Dla gości początek był ciężki. Już w 5. minucie obrońcy Bayernu musieli gasić groźną akcję Bukayo Saki, a chwilę później Anglik doznał kontuzji mięśniowej przy kopnięciu piłki i zszedł z boiska. Na jego miejsce wszedł Eberechi Eze. Gospodarze grali bez Michaela Olise, zawieszonego za czerwoną kartkę, i bez Joshuy Kimmicha, który przeżywał rodzinną tragedię. Przez pierwszy kwadrans w polu karnym Bayernu niewiele się działo – Harry Kane miał zaledwie jeden kontakt z piłką.
W 17. minucie Alphonso Davies wbiegł groźnie w pole karne, lecz piłkę odebrał mu Gabriel. Trzy minuty później Serge Gnabry nie wykorzystał podania Ismaela Saibariego – jego strzał obronił David Raya. Przełom przyszedł w 25. minucie. Eberechi Eze, dopiero co wprowadzony na boisko, strzelił gola po długim podaniu Martina Odegaarda, pokonując Manuela Neuera i dając Arsenalowi prowadzenie 1:0. Chwilę później Odegaard dołożył kolejne podanie, tym razem z rzutu rożnego, ale Bruno Guimaraes nie trafił w bramkę.
Bayern odpowiedział w 35. minucie – Alphonso Davies wyrównał na 1:1 po podaniu Harry’ego Kane’a z własnej połowy boiska. Z takim wynikiem drużyny zeszły do szatni.
Karny Kane’a i gol Rice’a w końcówce
Druga połowa zaczęła się równie nerwowo. Manuel Neuer obronił strzał Bruno Guimaraesa, odbijając piłkę na poprzeczkę, a Ismael Saibari, będąc na spalonym, trafił w boczną siatkę. Potem David Raya popisał się interwencją po strzale Dayota Upamecano, Neuer zaś odpowiedział obroną próby Eberechiego Eze.
O przewadze Bayernu zadecydował ostatecznie rzut karny. W 59. minucie strzał Harry’ego Kane’a trafił w rękę Jurriena Timbera i sędzia wskazał na „wapno”. Anglik nie zawiódł z jedenastu metrów, ustalając wynik na 2:1. To był już dziesiąty z rzędu mecz Ligi Mistrzów, w którym Kane strzelił gola – dłuższą serię w historii rozgrywek ma na koncie tylko Cristiano Ronaldo, z jedenastoma meczami z rzędu. Po golu Kane’a Bayern mógł jeszcze podwyższyć prowadzenie: Konrad Laimer miał okazję w kontrze, a David Raya obronił też strzał wprowadzonego z ławki Luisa Diaza.
Arsenal jednak nie odpuścił. W 82. minucie Declan Rice strzelił gola z ostrego kąta po zagraniu Viktora Gyokeresa, ustalając wynik na 2:2. W doliczonym czasie Jurrien Timber miał jeszcze szansę dać Londyńczykom zwycięstwo, ale Manuel Neuer nie dał się zaskoczyć. Mecz w Monachium zakończył się ostatecznie remisem 2:2.
„Najlepszy silnik w stawce” – to określenie od lat towarzyszy jednostce napędowej Mercedesa. Teraz jeden z jej twórców trafia prosto do rąk głównego rywala. Jasper van Schaick dołączył do Ferrari jako specjalista ds. systemów podwozia, zamykając tym samym blisko ośmioletni rozdział kariery w Brackley.
Holender trafił do działu silnikowego Mercedesa w 2018 roku. Do września 2024 roku pracował tam jako inżynier mechanik, projektując systemy układu napędowego wykorzystywane w bolidach F1. Przy okazji ściśle współpracował z zespołem odpowiedzialnym za podwozie. Potem przyszedł awans – we wrześniu 2024 roku objął stanowisko inżyniera odpowiedzialnego za koncepcję jednostki napędowej. Na tym stanowisku opracowywał nowe rozwiązania dla silnika Mercedesa, nadal utrzymując bieżący kontakt z inżynierami pracującymi nad podwoziem.
Van Schaick znów obok Hamiltona
Przenosiny do Maranello mają jeszcze jeden wymiar – ponownie łączą zawodowe drogi Holendra z Lewisem Hamiltonem. To właśnie w czasie, gdy van Schaick wchodził do struktur Mercedesa, Brytyjczyk zgarniał kolejne tytuły mistrzowskie – w latach 2018-2020 zdobył trzy z rzędu, domykając w ten sposób imponujący dorobek siedmiu koron mistrzowskich w karierze. Przed sezonem 2025 Hamilton przeniósł się do Ferrari, zamykając wieloletni rozdział współpracy z Mercedesem.
Pierwszy sezon w czerwonych barwach nie był dla niego łatwy. Przez długi czas nie stawał na podium żadnego Grand Prix. Przełom przyszedł dopiero podczas GP Katalonii, gdzie Hamilton odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w Ferrari. Przed weekendem wyścigowym w Stanach Zjednoczonych Brytyjczyk zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji kierowców z dorobkiem 229 punktów.
Sama Scuderia prezentuje się w tym sezonie solidnie. Przed rundą na torze Circuit of The Americas Ferrari zajmuje drugie miejsce w klasyfikacji konstruktorów, mając na koncie 444 punkty, co daje zespołowi ponad 105-punktową przewagę nad trzecim McLarenem. W takim kontekście transfer inżyniera znającego od podszewki sekrety silnika Mercedesa nabiera dla włoskiej stajni dodatkowego znaczenia.
Aleksandr „shalfey” Marenov zostanie nowym kapitanem GamerLegion w CS2.
GamerLegion oficjalnie podpisało kontrakt z 24-letnim Rosjaninem Aleksandrem „shalfey” Marenovem. Zawodnik przejmie funkcję kapitana drużyny, zastępując na tym stanowisku Janusza „Snax” Pogorzelskiego. Snax, polski weteran sceny CS, trafił do rezerwy klubu 21 października.
To będzie jego pierwszy występ w międzynarodowym składzie. Przez ostatnie dwa miesiące grał w barwach ex-RUSTEC, startując z tą formacją w kilku turniejach online. W trakcie 2026 roku zdążył jeszcze przewinąć się przez kilka rosyjskich drużyn, notując przy tym średni rating na poziomie 6.3.
Skład GamerLegion po transferze prezentuje się tak: Fredrik „REZ” Sterner, Sebastian „Tauson” Tauson Lindelof, Timur „FL4MUS” Marev, Milan „hypex” Polowiec oraz Aleksandr „shalfey” Marenov. Za przygotowanie zespołu odpowiada trener Adrian „imd” Pieper. W klubie reprezentowane są teraz cztery narodowości – Szwecja, Dania, Rosja i Polska.
Słaby wynik w eliminacjach przyspieszył decyzję
Ta roszada na kapitańskim stanowisku nie wzięła się znikąd. Zapadła po nieudanym występie w zamkniętych kwalifikacjach do PGL Bucharest 2027, gdzie GamerLegion zajęło ostatnie miejsce. Taki rezultat mocno skomplikował drużynie szanse na awans do majora w Singapurze przez ranking Valve. Decyzja o przesunięciu Snaxa do rezerwy zapadła właśnie wtedy, gdy zespół praktycznie odpadł z wyścigu o Singapore Major, co jednocześnie zakończyło jego drugi okres w organizacji.
Snax prowadził GamerLegion po raz pierwszy od września 2023 do lipca 2024, po czym powrócił do klubu w grudniu 2025. Pod jego wodzą drużyna miała też udane momenty – półfinał BLAST Rivals i drugie miejsce na IEM Atlanta. Ostatnie miesiące wyglądały jednak zupełnie inaczej – posypała się seria problemów: zespół wyszedł 0-3 z Etapu 2 na Cologne Major, sprzedał PR do MOUZ i spadł w rankingu Valve z dziewiątego miejsca w czerwcu aż na 42. pozycję.
Do tego doszły kłopoty niezwiązane bezpośrednio z grą. Tauson opuścił kwalifikacje do IEM Beijing z powodu problemów zdrowotnych, Snax nie zdołał dotrzeć na FISSURE Playground 3 przez kłopoty z podróżą, a REZ odpadł z udziału w Logitech G Play Connect po zatruciu pokarmowym.
Pierwszym sprawdzianem dla shalfey w nowej roli będzie RLG Tesla Cup 2026. Debiut nowego kapitana GamerLegion zaplanowano na 27 października o godzinie 22:00, w starciu z Envy.
„Innowacyjna droga” – tak w Krakowie nazywają plan ratowania zasłużonego klubu. Latem stracił on swojego dotychczasowego właściciela i musiał szukać nowego rozwiązania, by w ogóle wyjść na lód.
Przez blisko dwadzieścia lat to właśnie Janusz Filipiak budował potęgę Cracovii na tafli. Sekcja hokejowa zdobywała wtedy kolejne medale mistrzostw Polski. Latem jednak Business Alliance Cracovia sprzedało swoje udziały w spółce Cracovia Hokej, zamykając tym samym ten rozdział.
Nowym właścicielem udziałów została Fundacja Rozwoju Hokeja 120 lat KS Cracovia. Spółka Cracovia Hokej weszła więc w nowy sezon z zupełnie inną strukturą właścicielską niż dotąd.
Sportowo wciąż liczą się punkty
Mimo organizacyjnego zamieszania zespół nie stracił sportowego pazura. W pierwszych dniach października drużyna Cracovii wygrała w Tychach z broniącym tytułu mistrzem Polski. Pokonany rywal to zarazem uczestnik Ligi Mistrzów, co nadaje temu wynikowi dodatkowej wagi.
Dla kibiców to sygnał, że zmiana właściciela nie musi oznaczać regresu na lodzie. Finansowa przyszłość klubu wciąż jednak wymaga znalezienia stabilnego mecenasa.
„Ostatnie 10 minut to była tragedia” – trudno lepiej opisać czwartą kwartę meczu WKS Śląsk Wrocław z Niners Chemnitz, w której wrocławianie przegrali ją aż 7:25. Niners Chemnitz pokonał WKS Śląsk Wrocław 95:67 w meczu EuroCup. Spotkanie rozegrano w Niemczech.
Przez trzy pierwsze kwarty wrocławianie trzymali się rywala całkiem nieźle. Kwarty układały się 20:21, 26:19 i 24:20 – przewaga przechylała się raz w jedną, raz w drugą stronę, a mecz żył do samego końca trzeciej odsłony. Potem wszystko runęło. W ostatnich dziesięciu minutach gospodarze odskoczyli na 18 punktów przewagi, a Śląsk nie potrafił odpowiedzieć niczym konkretnym.
Liczby z boiska same tłumaczą tę zapaść. Wrocławianie trafili zaledwie 3 z 18 rzutów za trzy punkty i popełnili 16 strat – w starciu z zespołem grającym na własnym parkiecie takie statystyki bolą podwójnie. Do tego doszedł brak Jakuba Nizioła, podstawowego zawodnika drużyny, który nie zagrał z powodu urazu.
Mimo rozbicia na tablicy wyników dwóch koszykarzy Śląska odpowiedziało solidną grą: Paul Scruggs zdobył 17 punktów, tyle samo dorzucił Devin Robinson. Reszta składu miała jednak poważne problemy z celnością. Anthony Hickey zanotował zaledwie 2 punkty przy 1 z 7 trafień z gry, John Egbunu trafił 1 z 5 rzutów za dwa punkty i 1 z 4 za jeden punkt. Pełny rozkład punktów wyglądał następująco: Robinson 17, Scruggs 17, Parsons 14, Moore 6, Luc 4, Egbunu 3, Cerniewicz 2, Kulikowski 2, Hickey 2, Wrzeszcz 0, Sternicki 0.
Trzecia porażka z rzędu i ostatnie miejsce w grupie
Klęska w Niemczech to już trzecia porażka WKS Śląsk z rzędu. Wcześniej wrocławianie musieli uznać wyższość Basket Napoli, przegrywając 82:86, a w PGE Basket Lidze polegli z MKS-em Dąbrowa Górnicza 80:97. A przecież w tym samym EuroCupie zespół potrafił zagrać skutecznie – pokonał Trento 94:81. Widać więc, jak nierówną formę prezentują wrocławianie w tym sezonie.
Po tym spotkaniu bilans WKS Śląsk w grupie C EuroCup wynosi 1-3, co oznacza, że wrocławianie zamykają tabelę grupy. Seria porażek i ostatnie miejsce stawiają drużynę pod ścianą przed kolejnymi kolejkami europejskich rozgrywek.
„31-latek” – w skrócie tak można przedstawić bohatera środowego wieczoru w Hali Mistrzów, choć kibicom Anwilu Włocławek niewiele to dziś mówi. Lewis Sullivan, bo właśnie o nim mowa, trafił rzut za dwa punkty na 12 sekund przed końcem meczu i tym samym przesądził o zwycięstwie CSO Voluntari nad włocławianami.
Spotkanie w ramach ENBL rozegrano w środę w Hali Mistrzów. W końcówce to gospodarze mieli prowadzenie w rękach – po dwóch punktach Sama Hinesa Anwil prowadził 86:85. Wystarczyła jednak chwila i odpowiedź Sullivana zmieniła wszystko. Rumuński skrzydłowy skończył mecz z dorobkiem 24 punktów, a jego trafienie okazało się tym decydującym.
Włocławianie dostali jeszcze jedną szansę, by odpowiedzieć, lecz Deon Edwin spudłował rzut, który mógł dać Anwilowi zwycięstwo. Chwilę później, już po zakończeniu akcji meczowej, Ibrahim Durmo przestrzelił dwa rzuty wolne – choć na wynik to już i tak nie mogło wpłynąć. Tablica wyników pokazała ostatecznie 86:87 dla gości, a poszczególne kwarty wyglądały następująco: 23:17, 24:24, 20:23, 19:23.
Freeman i Edwin w roli liderów, ale to nie wystarczyło
Najskuteczniejszym zawodnikiem Anwilu był Lennard Freeman – 21 punktów i do tego dziewięć zbiórek. Deon Edwin, mimo pechowej akcji w końcówce, zanotował 18 punktów, Sam Hines dołożył 16. Pozostałe punkty rozłożyły się między Vanwijna (14), Lecomte’a (11), Wójcika (3) i Brenka (3); Łazarski, Słupiński i Szlachetka nie trafili do kosza.
To już kolejne w tym sezonie spotkanie Anwilu rozstrzygnięte jednym koszem. Wcześniej włocławianie pokonali w ten sposób Górnik Wałbrzych 88:87 oraz Czarnych Słupsk 79:78, przegrali za to z Legią Warszawa 72:73. Tym razem szczęście nie dopisało – po dwóch kolejkach ENBL bilans Anwilu to 1-1.
Sporting CP prowadził już w 5. minucie, a mimo to opuścił własny stadion z kompletem zera punktów i wstydliwym wynikiem na tablicy.
Tak w skrócie wyglądał wtorkowy wieczór w Lizbonie. Miejscowy klub przegrał z LASK Linz 2:3 w meczu fazy ligowej Ligi Mistrzów. Spotkanie rozegrano na stadionie Sportingu, a scenariusz tego wieczoru niewielu kibiców przewidziało przed pierwszym gwizdkiem.
Gospodarze zaczęli z przytupem. Już w 5. minucie na listę strzelców wpisał się Luis Suarez, trafiając z rzutu karnego. Radość Portugalczyków szybko jednak zgasła — w 15. minucie wyrównał Christoph Lang, i do przerwy na tablicy świecił remis 1:1. Prawdziwy dramat rozegrał się dopiero po zmianie stron. W 63. minucie LASK wyszedł na prowadzenie za sprawą Sasy Kalajdzicia, a pięć minut później, w 68. minucie, na 3:1 podwyższył Krystof Danek. Sporting zdołał jeszcze strzelić kontaktowego gola w końcówce — ponownie popisał się Luis Suarez — ale brakło już ani siły, ani czasu na odrabianie strat. Finalne 2:3 to bolesna lekcja dla portugalskiego giganta we własnym domu.
Pewne zwycięstwa Aston Villi, Club Brugge i Betisu
Znacznie spokojniej miały kibice Aston Villi. Angielski klub pokonał przed własną publicznością norweski Viking FK 3:1. Bramki padały w regularnych odstępach: w 23. minucie trafił Ross Barkley, jeszcze przed przerwą rzut karny wykorzystał Emiliano Buendia, a po zmianie stron do listy strzelców samobójczym golem dopisał się Henrik Heggheim. Honorowego gola dla gości w 84. minucie zdobył Peter Christiansen. Dla Aston Villi było to już trzecie zwycięstwo w obecnej edycji rozgrywek — forma, która może dawać do myślenia kolejnym rywalom.
Równie pewnie z boiska zeszli piłkarze Club Brugge, którzy rozgromili RC Lens 3:0. Belgowie otworzyli wynik tuż przed przerwą trafieniem Hansa Vanakena, po czym w 50. minucie podwyższyli prowadzenie dzięki Joaquinowi Seysowi. Kropkę nad „i” postawił Carlos Forbs, przypieczętowując zwycięstwo. To już drugi triumf Club Brugge w fazie ligowej tegorocznej Ligi Mistrzów.
W Sewilli Real Betis podejmował Feyenoord Rotterdam i wygrał 1:0. Jedynego gola meczu w 59. minucie strzelił z rzutu karnego Isco. To zwycięstwo ma dla Betisu szczególną wagę — po trzech kolejkach klub może pochwalić się kompletem dziewięciu punktów, co czyni go jednym z liderów stawki.
„Iworyjczyk pozazdrościł Mbappe i przyłożył z woleja w samo okienko” – tak najkrócej można opisać szaloną końcówkę na Santiago Bernabeu, gdzie Real Madryt rozgromił RB Lipsk 4:1. Spotkanie rozegrano na stadionie przy Paseo de la Castellana. Gospodarze przez większość meczu trzymali wynik pod kontrolą dość spokojnie, ale końcówkę zamienili w prawdziwy festiwal bramek.
Do przerwy na tablicy wyników widniało skromne 1:0 dla Realu. Jedynego gola w pierwszej połowie strzelił Bernardo Silva w 44. minucie, dobijając z metra po tym, jak strzał Gulera odbił broniący Maarten Vandevoordt. Belgijski bramkarz Lipska miał tego wieczoru sporo pracy – chwilę wcześniej efektownie obronił strzał z dystansu Viniciusa Juniora.
Po drugiej stronie boiska równie pewnie wyglądał Thibaut Courtois. Belg zatrzymał groźny strzał Romulo jeszcze w pierwszej połowie, a później wybronił sytuację sam na sam z Christopherem Nkunku. W jednej z kluczowych akcji defensywnych to jednak Fede Valverde, występujący tego dnia jako prawy obrońca, odebrał piłkę Romulo i zdławił w zarodku kolejną groźną akcję gości.
Po zmianie stron Real szybko podwyższył prowadzenie. W 52. minucie Arda Guler strzelił na 2:0 po dośrodkowaniu Jude’a Bellinghama, które jeszcze strącił Kylian Mbappe. Wydawało się, że tempo meczu opadnie. Ostatni kwadrans okazał się jednak istną huśtawką emocji.
Trzy gole w cztery minuty
W 83. minucie Mbappe popisał się indywidualną klasą, trafiając z szesnastu metrów prosto w okienko bramki Vandevoordta na 3:0. Lipsk odpowiedział niemal natychmiast – już w 85. minucie Tidiam Gomis zdobył gola kontaktowego na 3:1. Chwilę później, w 87. minucie, Yan Diomande uderzeniem z woleja w okienko ustalił wynik na 4:1. Wszystkie trzy trafienia – Mbappe, Gomisa i Diomande – padły w odstępie zaledwie czterech minut.
Diomande, Iworyjczyk z urodzenia, dopisał swoje nazwisko do listy strzelców w wielkim stylu, naśladując niejako klasę Francuza, którego gol otworzył drogę do efektownego finiszu meczu.
Na kibiców Realu Madryt czeka już kolejne wielkie wyzwanie. W najbliższą niedzielę drużyna uda się na Camp Nou, by zmierzyć się z FC Barceloną w kolejnej odsłonie El Clasico.