Srebrny bolid Mercedesa nagle zyskał niebieskie akcenty przed wyjazdem do Austin – skąd ta zmiana? Odpowiedź znalazła się w prezentacji specjalnego malowania, które zespół przygotował na Grand Prix USA.
Mercedes jest obecnie liderem klasyfikacji konstruktorów mistrzostw świata. Opisując tę decyzję, zespół podkreślił: „Liderzy mistrzostw świata dołączyli do grona ekip, które przygotowały specjalną kolorystykę na zawody w Austin”.
Tym razem Niemcy postawili na dodatkowe niemieckie akcenty na bolidzie W17. Właśnie ten model, W17, otrzymał specjalną wersję malowania na amerykańską rundę sezonu.
Festiwal malowań zaczął Haas
Zwyczaj specjalnych kolorystyk na Grand Prix USA w Austin zapoczątkował zespół Haas. Do grona ekip z wyjątkowym malowaniem dołączył też Cadillac – drugi amerykański team startujący w tym sezonie.
Na co dzień bolid W17 łączy srebro, czerń i zieleń. W specjalnej wersji na GP USA barwy te wzbogacono o niebieskie akcenty.
Zmiana nie ograniczyła się do samego samochodu. Zespół przygotował też specjalne kombinezony dla obu kierowców na weekend wyścigowy w Austin. Mercedes poszedł jeszcze dalej, przygotowując spersonalizowane egzemplarze modelu AMG GT 4 Door Coupe z okazji amerykańskiej rundy mistrzostw.
Były mistrz dwóch kategorii UFC staje przed jednym z najtwardszych pięściarzy wagi ciężkiej. Czy jest na to gotowy? Dwaj zawodnicy z rankingu organizacji odpowiadają bez wahania: nie. 12 grudnia w Las Vegas Alex Pereira zmierzy się z Siergiejem Pawłowiczem, a głosy wokół tej walki brzmią jak zbiorowa przestroga dla Brazylijczyka.
Pereira, były mistrz UFC wagi średniej i półciężkiej, wciąż szuka formy w nowej, znacznie ciężej obsadzonej dywizji. 14 czerwca w Waszyngtonie, na gali UFC przed Białym Domem, walczył o tymczasowy pas wagi ciężkiej z Cirylem Gane – i padł od nokautu Francuza. Był to jego debiut w tej kategorii. Mimo tej porażki Pereira nie zamierza wracać do półciężkiej – chce kontynuować rywalizację w wadze ciężkiej, o czym sam zapowiedział.
Kolejny test to Siergiej Pawłowicz, Rosjanin, który szesnaście razy skończył walkę nokautem. Właśnie ta liczba najbardziej niepokoi tych, kto ocenia szanse Pereiry na grudniowy pojedynek.
Wołkow i Walker: jednogłośna prognoza porażki
Aleksander Wołkow, czołowy zawodnik wagi ciężkiej UFC, nie ma wątpliwości, jak potoczy się to starcie. W rozmowie z Helen Yee stwierdził, że Pereirę czeka seria porażek. „Przewiduję, że Alex Pereira będzie miał serię porażek, bo to dla niego bardzo trudne zestawienie” – powiedział Wołkow. Argument Rosjanina jest prosty: Pawłowicz bije niezwykle mocno, a styl Brazylijczyka wręcz zaprasza do takiego ciosu. „Pawłowicz bije niezwykle mocno. Biorąc pod uwagę styl Pereiry, to dla niego bardzo niekorzystny pojedynek” – dodał.
Jeszcze ostrzej mówi Valter Walker, inny rankingowy zawodnik wagi ciężkiej UFC, znany z umiejętności poddawania rywali. W programie „Sexto Round” zapowiedział, że Pereira przegra przez nokaut już w pierwszej rundzie. „Pereira zostanie znokautowany w pierwszej rundzie, a potem ja z nim zawalczę i urwę mu stopę” – ogłosił Walker, nie kryjąc apetytu na starcie z pogromcą Brazylijczyka.
Walker poszedł dalej – zasugerował, że porażka z Pawłowiczem może oznaczać koniec kariery Pereiry na szczycie i powrót do poprzedniego życia. „Spodziewajcie się powrotu 'Poatana’ do warsztatu wulkanizacyjnego. Niestety, właśnie taka przyszłość go czeka” – powiedział, przypominając, że przed karierą w sportach walki Pereira pracował w warsztacie samochodowym.
Grudniowa gala w Las Vegas pokaże, czy te prognozy to tylko przedwalkowa retoryka rywali, czy trzeźwa ocena sytuacji Brazylijczyka w nowej wadze.
Czy do legendarnego starcia Floyda Mayweathera z Mike’em Tysonem dojdzie wreszcie w grudniu 2026 roku? Sam Mayweather odpowiada bez wahania – tak. Niepokonany były mistrz świata przekazał w rozmowie, że właśnie na ten termin planowany jest pojedynek z Tysonem, a jako pierwszy o tych planach poinformował serwis talkSPORT. Co ciekawe, Mayweather nie ma żadnych wątpliwości – jest przekonany, że do walki dojdzie jeszcze przed końcem roku.
Takie deklaracje nie padają pierwszy raz. Termin tego starcia był już wcześniej przekładany, bo pierwotnie pojedynek miał odbyć się wiosną 2025 roku. Wtedy na przeszkodzie stanęły problemy zdrowotne Tysona – zmagał się on z urazem dłoni. Gdy organizatorzy próbowali wyznaczyć nową datę, sprawę dodatkowo skomplikowały kolejne zobowiązania samego Mayweathera.
Spór z CSI Sports w tle
W organizację pojedynków Mayweathera zaangażowana była firma CSI Sports. Między stronami doszło jednak do sporu dotyczącego zawartych umów i wypłaconych zaliczek. Konflikt ten odbił się nie tylko na planach walki z Tysonem, ale też na rewanżu z Mannym Pacquiao. Prawne i finansowe zawirowania wokół byłego mistrza świata przez długi czas utrudniały wyznaczenie konkretnej daty.
Karierę zawodową Mayweather zakończył z bilansem 50 zwycięstw i bez porażki. Ostatnią oficjalną walkę stoczył w 2017 roku, pokonując wówczas Conora McGregora. Od tamtej pory Amerykanin wracał na ring jeszcze w pojedynkach pokazowych, w tym w starciu z Loganem Paulem.
Mike Tyson to z kolei byłym mistrzem świata w kategorii wagi ciężkiej, który zasłynął z ogromnej siły ciosu i efektownych zwycięstw przed czasem. W listopadzie 2024 roku wrócił do ringu, mierząc się z Jakiem Paulem – tę walkę przegrał jednak na punkty. Warto przy tym pamiętać, że Mayweather i Tyson reprezentują różne kategorie wagowe, co od lat podgrzewa dyskusję wokół ewentualnego starcia tych dwóch nazwisk.
Na razie są tylko deklaracje. Biorąc pod uwagę historię przekładanych terminów, kibice mogą podchodzić do grudnia 2026 roku z ostrożnym optymizmem – dopóki nie zostanie podana konkretna data i miejsce wydarzenia.
Czy 31-letni środkowy Golden State Warriors zdecyduje się przedwcześnie zakończyć karierę w NBA? Według doniesień ESPN, Kristaps Porzingis, łotewski zawodnik, poważnie zastanawia się nad dalszą grą w koszykówkę. Powód? Nawracające problemy zdrowotne, które od miesięcy nie pozwalają mu wrócić na parkiet.
31-letni Porzingis gra na środku dla Golden State Warriors. Jak ujawniło ESPN, koszykarz cierpi na zespół posturalnej tachykardii ortostatycznej, znany jako POTS – zaburzenie, które powoduje nadmierne przyspieszenie akcji serca po przyjęciu pozycji stojącej. Na razie nikt nie wie, kiedy – i czy w ogóle – Łotysz będzie mógł wrócić do rywalizacji.
Skalę problemu dobrze widać w samych statystykach obecności. Porzingis opuścił pierwsze dwa tygodnie obozu przygotowawczego Warriors, a potem nie zagrał w żadnym meczu przedsezonowym klubu. W ubiegłym tygodniu przyjechał z Los Angeles do San Francisco, gdzie spotkał się z generalnym menedżerem Mikiem Dunleavym oraz przedstawicielem sztabu medycznego Rickiem Celebrinim. Klub liczył, że po tej wizycie zawodnik zostanie przy drużynie i będzie stopniowo wracał do zdrowia. Stało się inaczej – Porzingis nie pojawił się ponownie w ośrodku treningowym Warriors, a kontakt utrzymuje przede wszystkim z Dunleavym i Celebrinim.
Warriors szukają wyjścia
Taki stan rzeczy stawia pod znakiem zapytania przyszłość Porzingisa w lidze. Golden State Warriors nie zamierzają czekać w nieskończoność – klub już rozpoczął poszukiwania możliwości wymiany zawodnika i analizuje dostępne opcje transferowe.
Potencjalną wymianę może ułatwić sama konstrukcja kontraktu Łotysza. Na drugi sezon umowy przewidziano dla niego 20 milionów dolarów, ale gwarantowane są z tego jedynie trzy miliony. To istotna okoliczność dla klubu, który chciałby się rozstać z zawodnikiem bez wielkiego obciążenia dla budżetu płacowego.
Na razie żadna ze stron nie potwierdziła ostatecznej decyzji. Pytanie postawione na początku – czy Porzingis jeszcze zagra w NBA – pozostaje więc otwarte. Odpowiedź zależy od tego, jak jego organizm zareaguje na dalsze leczenie POTS.
Jak zacząć sezon, żeby cała liga mówiła tylko o tobie? Luka Dončić ma na to gotowy przepis: 28 punktów w 30 minut gry, osiem zbiórek i siedem asyst. Do tego sześć strat – ale te nikomu humoru nie zepsuły. Los Angeles Lakers rozbili Golden State Warriors 127:105, a Słoweniec po odejściu LeBrona Jamesa coraz bardziej wygląda na jedynego szeryfa w mieście.
Najpiękniejszy moment nadszedł jeszcze przed przerwą. Dončić trafił rzut z połowy boiska na koniec pierwszej kwarty i posłał Crypto.com Arena w stan uniesienia. Prawdziwy spektakl rozegrał się jednak w słownych przepychankach. Luka starł się na parkiecie z debiutującym w lidze Yaxelem Lendeborgiem, a po meczu sam z tego żartował. „Było dużo zabawy. Każdy zaczął później coś do siebie mówić. Ja też się nakręciłem” – przyznał w rozmowie z ESPN.
Lendeborg, 24-letni skrzydłowy wybrany przez Warriors z numerem 11 w tegorocznym drafcie, nie zostawił na gwieździe Lakers suchej nitki. Na konferencji prasowej wprost powiedział, że stracił do Dončicia szacunek. „Oglądałem go wcześniej i darzyłem dużym szacunkiem, za to co robi i za to co potrafi. Teraz zobaczyłem jednak osobiście, jak to wygląda. Ciągle na coś narzeka. Zmieniłem o nim zdanie” – mówił młody debiutant. Mimo tej zgryzoty wieczór miał udany – zdobył 12 punktów. Stephen Curry dodał ze swojej strony 23 punkty, ale to nie wystarczyło, by odwrócić losy meczu.
Haliburton wrócił po 16 miesiącach – i od razu poprowadził Pacers do zwycięstwa
Inna historia, inne emocje. Tyrese Haliburton zerwał ścięgno Achillesa w Finałach NBA, i od tamtego momentu minęło 16 miesięcy, zanim rozgrywający znów zagrał w oficjalnym meczu sezonu zasadniczego. Powrót wyszedł mu wyśmienicie: 23 punkty w 34 minuty i 12 asyst od lidera Indiana Pacers, którzy wygrali w Nowym Orleanie z New Orleans Pelicans 123:120. Po meczu Haliburton nie kryl emocji – w wywiadzie, w którym trudno mu było znaleźć słowa.
Tego wieczoru nie brakowało też osobistych rekordów. Ty Jerome, rozgrywający Memphis Grizzlies, zapisał się w historii drugiego dnia sezonu: 45 punktów, przy skuteczności 17 z 25 z gry oraz 5 z 10 z dystansu. Grizzlies poradzili sobie z Utah Jazz bez większych problemów, wygrywając 123:103. Trzy mecze, trzy zupełnie inne historie. Wspólny mianownik jeden: NBA wróciła w wielkim stylu.
Co czeka Draymonda Greena, gdy jego obecna umowa z Golden State Warriors się skończy? Sam zawodnik odpowiedział na to pytanie w rozmowie z CNBC – i zabrzmiało to mniej jak przysięga wierności klubowi, bardziej jak chłodna kalkulacja realisty.
36-letni Green podpisał z Warriors roczny kontrakt. Pierwszy o tym poinformował New York Post. Oznacza to, że po zakończeniu najbliższego sezonu zawodnik będzie wolnym agentem i będzie mógł wybrać dowolny zespół.
W Golden State Green uchodzi za żywy symbol czterech mistrzostw NBA zdobytych w barwach tego klubu. Jego sytuacja kontraktowa wygląda jednak zupełnie inaczej niż u Stephena Curry’ego. Curry ma dwuletnią umowę, a klub liczy, że to właśnie w Golden State zakończy karierę.
„Nie jestem Stephenem Currym”
Green nie udaje, że nie widzi tej różnicy w statusie. „Chciałbym zakończyć karierę jako zawodnik Golden State Warriors. Nie jestem jednak Stephenem Currym, prawda? Nie mam więc wszystkich przywilejów, które ma Steph Curry, i to jest w porządku” — powiedział w rozmowie z CNBC.
Skrzydłowy zwrócił też uwagę, jak rzadkie jest to, o czym mówi. „To niezwykle rzadkie, by spędzić całą karierę w jednym zespole. Jeśli uda mi się tego dokonać, bardzo się ucieszę” — dodał.
Konkretnie zabrzmiała za to jego deklaracja na wypadek, gdyby w Warriors się nie udało. „Chciałbym grać w koszykówkę w przyszłym roku. Jeśli nie tutaj, nie zamierzam przechodzić na emeryturę. Jeśli nie zakończę kariery w Warriors, trudno. Jestem jednak bardzo wdzięczny za drogę, którą przebyłem w tym klubie” — stwierdził Green.
Te słowa niczego nie zamykają, ale wyznaczają ramy sprawy. Green chce zostać, lecz nie za wszelką cenę — i, jak sam przyznaje, finalne słowo należy do Warriors, nie do niego.
Co właściwie stało się z Conorem McGregorem od chwili, gdy jego powrotna walka na UFC 329 zakończyła się w kilka sekund kontuzją kolana? Szczegółami podzielił się Dillon Danis, przyjaciel i partner treningowy Irlandczyka, w rozmowie z Mikiem Heckiem z MMA Fighting.
McGregor wracał do oktagonu po pięciu latach przerwy, by zmierzyć się w rewanżu z Maxem Holloway’em. Starcie zakończyło się fatalnie już na wstępie – zaraz po gongu doszło do poważnej kontuzji. Irlandczyk uszkodził kolano podczas próby kopnięcia i nie był w stanie kontynuować walki, przegrywając praktycznie bez szans na odpowiedź.
Danis przyjaźni się z McGregorem od lat i regularnie trenuje z nim na sali. Nie kryje, że pierwsze dni po kontuzji były dla kolegi dramatyczne. „Był w bardzo złym stanie psychicznym” – przekazał w rozmowie z MMA Fighting. Jak dodał, trudno się temu dziwić: „Możecie sobie wyobrazić, jak człowiek może się czuć, kiedy wraca po pięciu latach, a przytrafia mu się coś takiego i to tak szybko”.
Operacja i rehabilitacja w Los Angeles
McGregor przeszedł operację rekonstrukcji więzadła krzyżowego przedniego. Teraz odciął się od świata w Los Angeles, gdzie liczy się dla niego tylko jedno – powrót do zdrowia. Danis podkreśla, że Irlandczyk podchodzi do rehabilitacji z pełną determinacją: wykonuje wszystkie zalecone ćwiczenia, a przez całą dobę ma przy sobie pielęgniarkę.
Od tamtych pierwszych, najgorszych dni sporo się zmieniło. Według przyjaciela byłego mistrza UFC, stan psychiczny McGregora wyraźnie się poprawił. „Teraz jest już z nim znacznie lepiej” – zapewnił Danis.
W obecnym kontrakcie z UFC McGregorowi pozostała jeszcze jedna walka. Irlandczyk już kilkukrotnie w przeszłości deklarował, że chce wrócić do oktagonu jak najszybciej. Kiedy to faktycznie się stanie, pozostaje pytaniem otwartym – wszystko zależy teraz od tempa rehabilitacji kolana.
Czego może się obawiać lider tabeli Championship, awansujący do Premier League, jadąc na Bułgarską w roli gościa? Regis Le Bris, trener Sunderlandu, nie kryje, że czeka go trudna przeprawa w Poznaniu – i to mimo faktu, że jego zespół zajmuje obecnie ostatnie miejsce w tabeli angielskiej ekstraklasy.
W czwartek o 18.45 Lech Poznań zmierzy się z Sunderlandem w 3. kolejce Ligi Europy. To mecz domowy „Kolejorza”. Na przedmeczowej konferencji francuski szkoleniowiec angielskiego klubu nie szczędził komplementów polskiemu rywalowi.
„To dobry zespół, więc spodziewamy się ciekawego meczu” – powiedział Le Bris. Zwrócił przy tym uwagę na jakość techniczną i taktyczną Lecha. „Bardzo dobrze radzą sobie z piłką przy nodze i mają wypracowane przejrzyste schematy gry” – ocenił.
„Powtórzę: grają naprawdę w dobry futbol, mają wyraźny styl, a odkrywanie go podczas analizy nowego przeciwnika jest zawsze interesujące”.
Le Bris podkreślił też, że starcie z Lechem to zupełnie inna materia niż to, z czym Sunderland mierzy się na co dzień. „Premier League, tamtejszych zawodników i drużyny znamy już całkiem dobrze, a tutaj czeka nas coś nowego, zupełnie inne doświadczenie” – stwierdził.
Leeds już na horyzoncie
Mimo europejskich ambicji myśli Francuza krążą już wokół ligowego kalendarza. Po meczu z Lechem kolejnym rywalem Sunderlandu w Premier League będzie Leeds United. „Uważam, że kolejny mecz jest zawsze tym najważniejszym. Dlatego kluczowe jest odpowiednie zarządzanie obciążeniem zawodników w ramach przygotowań do spotkania z Leeds – to będzie dla nas sprawa o fundamentalnym znaczeniu” – zaznaczył Le Bris.
Pytany o wyjściowy skład na mecz w Poznaniu, trener nie zdradził szczegółów, obracając temat w żart. „Nie podam wam wyjściowej jedenastki (śmiech), dobrze o tym wiecie!” – odpowiedział z uśmiechem. Dodał natomiast, że europejskie puchary mogą być dla jego ekipy swoistym substytutem treningu w tygodniu bez dnia wolnego od gry. „Mówiłem wam już kilka dni temu, że gra w europejskich pucharach to prawdopodobnie najlepszy trening, jaki możemy mieć” – przypomniał.
Ile godzin mniej na odpoczynek przed największym meczem sezonu ma Real Madryt w porównaniu z Barceloną? Jose Mourinho sam podał odpowiedź, zanim ktokolwiek zdążył go o to zapytać.
Real Madryt pokonał w środku tygodnia RB Lipsk 4:1, notując komplet dziewięciu punktów po trzech kolejkach Ligi Mistrzów. W niedzielę zespół Jose Mourinho, Portugalczyka prowadzącego Królewskich, zagra na Camp Nou z FC Barceloną w ramach El Clasico. Co myśli o tym spotkaniu sam szkoleniowiec, nie trzeba było się długo domyślać. „W przypadku El Clasico nie ma czegoś takiego jak pewność siebie. To kolejny mecz ligowy, ale twierdzenie, że jest taki sam jak wszystkie pozostałe, byłoby bezsensowne i oderwane od rzeczywistości” – powiedział.
Portugalczyk nie kryje też, że kalendarz nie jest po stronie jego zespołu. „Mamy o 24 godziny mniej na odpoczynek, ale jedziemy tam” – przyznał. Real będzie regenerował siły krócej niż Barcelona przed sobotnio-niedzielnym starciem. Dla samego Mourinho to w pewnym sensie powrót do przeszłości: na Camp Nou jako trener nie prowadził zespołu od 26 lutego 2013 roku, kiedy to Real wygrał 3:1 w rewanżu półfinału Pucharu Króla.
Vinicius zawieszony, a Diomande przejmuje jego miejsce
Największą stratą kadrową przed wyjazdem do Katalonii jest Vinicius Junior. Brazylijczyk nie zagra z Barceloną z powodu zawieszenia. Dziennik „Sport” zwrócił uwagę na coś, co trudno przegapić: w dwóch ostatnich meczach Realu Vinicius nie podjął ani jednej próby dryblingu – a to zaskakuje u gracza, który zwykle buduje swoją grę właśnie na indywidualnej akcji. Od starcia z Betisem 4 września nie rozegrał już pełnych 90 minut, a Mourinho sześciokrotnie zdejmował go z boiska w tym okresie.
W meczu z Lipskiem na jego miejsce wszedł Yan Diomande i od razu zanotował gola oraz asystę. Iworyjczyk, za którego transfer Real zapłacił 140 mln euro, coraz częściej opisywany jest w hiszpańskich mediach jako nowy boiskowy partner Kyliana Mbappe – Francuza, wokół którego budowana jest ofensywa klubu.
Sam Mbappe nie uciekał od tematu nastrojów Viniciusa. „Czy Vini jest smutny? Dobrze, że jest smutny, bo to oznacza, że chce dawać z siebie jeszcze więcej i grać jeszcze lepiej. Powinien jednak być dumny z tego, kim jest, ponieważ ma ogromną jakość” – ocenił.
Mourinho z kolei bronił formy Brazylijczyka, podkreślając jego wkład w ostatnich występach. „Vini rozegrał dobry mecz. Z punktu widzenia trenera był to dobry występ taktyczny. Mógł również strzelić fantastycznego gola” – powiedział trener. Jak dodał, spekulacje o nastroju piłkarza to nie jego sprawa. „Nie chcę mówić, że jest smutny, ponieważ tylko on może wyjaśnić, czy tak się czuje. Jego trener jest jednak zadowolony” – zakończył.
Jak wysoko sięga tenisowa ewolucja Mai Chwalińskiej, jeśli nawet były lider rankingu ATP nie przewidział jej triumfu poza kortami ziemnymi? Andy Roddick powiedział po turnieju w Wuhan, że tenisowe IQ Polki jest „niezwykle wysokie” i że nie ma takiego uderzenia, którym można ją znokautować. Dodał, że nie sądził, że wygra aż tak duży turniej na nawierzchni innej niż mączka, i że obserwuje jej ewolucję „w czasie rzeczywistym”.
Chwalińska wygrała turniej WTA 1000 w Wuhan. W finale pokonała Brytyjkę Sonay Kartal 2:6, 6:4, 6:2. Ten triumf wyniósł ją na jedenaste miejsce w rankingu WTA.
Droga od Roland Garros do Wuhan, jak przyznała sama zawodniczka na pomeczowej konferencji prasowej, nie była usłana różami. „Po Roland Garros wszystko było niesamowite, ale potem nadeszły bardzo trudne chwile. Myślę, że ludzie byli dla mnie bardzo surowi i to odbiło się na mnie negatywnie. Czuję, że wciąż nie do końca zdałam sobie sprawę z tego, że wygrałam” – powiedziała.
Amerykanie pod wrażeniem
O formie Chwalińskiej mówi się już nie tylko w Europie. Głos w tej sprawie zabrał Brad Gilbert, były trener Coco Gauff, który wypowiedział się o Polce w podcaście Tennis Channel. Zwrócił uwagę, że „naprawdę odnalazła swoją grę i po prostu świetnie poruszała się po turniejowej drabince”. Porównał też jej styl do gry Kartal: obie, jak zauważył, grają z dużą rotacją, posyłają piłkę wysoko nad siatką i potrafią zmusić rywalki do ciężkiej pracy na zwycięstwo, gdy „wiele zawodniczek po prostu odpuszcza”.
Nie wszystko jednak układa się bez zgrzytów. Polka wycofała się z turnieju WTA 500 w Ningbo z powodu urazu lewego uda. Mimo to w kalendarzu już czeka kolejny start – Tokio, turniej rozgrywany od 26 października do 1 listopada.
Chwalińska znalazła się też na liście Polski na listopadowe spotkania ze Szwecją w Billie Jean King Cup. Obok niej kapitan powołał Katarzynę Kawę, Martynę Kubkę, Lindę Klimovicovą oraz Weronikę Falkowską.