Jak zatrzymać mistrza Polski, gdy pół meczu ogląda się z ławki kar? ECZD Zagłębie Sosnowiec nie znalazło na to odpowiedzi w starciu 12. kolejki TAURON Hokej Ligi na Stadionie Zimowym w Tychach. Broniący tytułu gospodarze okazali się lepsi od brązowego medalisty ostatniego sezonu THL – triumfowała drużyna trenera Pekki Tirkkonena.
Na hokejowe widowisko trzeba było poczekać. Pierwsza tercja, poszatkowana przerwami, rozciągnęła się do prawie czterdziestu minut i skończyła się bez goli. Już wtedy na Joela Kërkkanena spadła kara meczu, co od samego początku nadało spotkaniu nerwowy ton – jeszcze przed pierwszym trafieniem.
Przełom nadszedł w drugiej tercji. Kapitan mistrzów i reprezentant Polski Filip Komorski zareagował czujnie i sprytnie – cztery minuty po zmianie tercji skierował krążek obok interweniującego Karolusa Kaarlehto. Niedługo potem Tyszanie podwyższyli prowadzenie, tym razem za sprawą Marka Vittanena. Miika Roine i Väinö Sïrkïä mieli dogodne sytuacje do odpowiedzi, lecz ich nie wykorzystali.
Przed przerwą gości uratował jeden błysk jakości. Eero Savilahti dostrzegł Jeana Dupuy, a tamtemu nie pozostało nic innego, jak wpakować krążek do siatki tuż przed końcem drugiej tercji. Francuz, wcześniej grający w Nybro i Östersunds, ma na koncie jedenaście punktów w klasyfikacji kanadyjskiej tego sezonu – aż siedem z nich zdobył na wyjazdach.
Savilahti bez owijania w bawełnę
Mimo porażki fiński skrzydłowy Zagłębia Sosnowiec, Eero Savilahti – sam autor asysty przy jedynym golu swojej drużyny – nie miał wątpliwości, jak przebiegała gra. „W mojej opinii byliśmy lepszą drużyną na lodzie” – ocenił po meczu. Wskazał też, co w jego przekonaniu zdecydowało o wyniku. „Jeśli chodzi o nas, to kary zabiły nam ten mecz” – powiedział.
Trudno jest myśleć o zwycięstwie z takim rywalem, kiedy ponad połowę meczu spędza się na ławce kar.
Te słowa trafnie opisują to, co działo się w Tychach w zespole Matiasa Lehtonena. Dwie drużyny, które jeszcze rok temu liczyły się w walce o medale, zamiast hokeja wysokiej jakości zaserwowały przede wszystkim wojnę nerwów na ławkach kar.
Kto zdołał ściągnąć Zagłębie Sosnowiec ze szczytu TAURON Hokej Ligi? GKS Tychy – i zrobił to z nawiązką, bo pokonując lidera 3:1, sam wskoczył na pierwsze miejsce w tabeli. Spotkanie 12. kolejki odbyło się na Stadionie Zimowym, a jego przebieg niczym nie przypominał spokojnego marszu po trzy punkty.
Pierwsza tercja minęła bez goli – obie ekipy długo nie mogły przełamać impasu. W końcu, w 24. minucie, Filip Komorski dobił krążek po akcji Valtteriego Kakkonena w zamieszaniu podbramkowym i otworzył wynik. Dla 34-letniego środkowego i kapitana tyszan to kolejny ważny moment sezonu, który spędza w barwach aktualnych mistrzów Polski.
Tychy nie wykorzystały wszystkich sytuacji w przewadze liczebnej – i sam Komorski nie owijał tego w bawełnę. „Troszkę zabrakło nam skuteczności w przewagach, bo mogliśmy zakończyć emocje troszkę szybciej. Mieliśmy dużo możliwości i dużo szans. Przeciwnik bardzo dobrze bronił, bardzo dobrze bramkarz Zagłębia się spisywał. Ale cieszymy się, że dowieźliśmy ten mecz do końca i na minutę przed końcem zakończyliśmy już emocje” – ocenił kapitan.
Finalne 3:1 to dla GKS-u czwarte zwycięstwo z rzędu i jednocześnie koniec panowania Zagłębia na fotelu lidera. Samego Komorskiego uderzyła intensywność tego spotkania. „To był trudny mecz, ale takiego się spodziewaliśmy. Dużo walki na bandach i troszkę zapachniało hokejem play-offowym. Bardzo fajne spotkanie do gry dla zawodników, bo był to mecz na żyletki” – powiedział.
Kapitan nie daje się zwieść serii
Czwarty triumf z rzędu, a kapitan tyszan i tak nie pozwala sobie na euforię. „My się skupiamy na każdym kolejnym spotkaniu. Jakieś serie, 'hot streaki’, mówiąc kolokwialnie, to nie dla nas. Chcemy zostawić serducho, chcemy zagrać na sto procent. A wynik to jest jakaś składowa tego wszystkiego” – zaznaczył Komorski. Zespół, jak dodał, wciąż ma przed sobą dużo pracy. „Wydaje mi się, że jeszcze mamy wiele rzeczy do przetrenowania. Potrzebujemy więcej automatyzmów. Czasami nowi zawodnicy nie są jeszcze przyzwyczajeni do wszystkiego. Na razie wygląda to obiecująco, ale uważam, że to jeszcze nie jest ten GKS, który chcemy prezentować na końcu sezonu” – stwierdził.
Gol strzelony Zagłębiu był dla kapitana kolejnym dobrym znakiem po powrocie z kontuzji – wcześniej zdobył hat tricka w meczu z Podhalem Nowy Targ. Sam powrót do składu, jak przyznał, nie był łatwy. „To był ciężki okres pod względem mentalnym, żeby wrócić. Chłopaki fantastycznie grali pod moją nieobecność, więc nie chciałem nawet tam wracać i im przeszkadzać. Ale cieszę się, że mogę im pomóc i zrobię wszystko, żebyśmy wygrywali. To jest dla mnie najważniejsze” – wyznał Komorski.
Czy Jakub Wikłacz dołączy do wąskiego grona Polaków z mistrzowskim pasem UFC na szyi? Dotąd ta sztuka udała się tylko dwóm rodakom – Joannie Jędrzejczyk i Janowi Błachowiczowi. Jędrzejczyk przez kilka lat dominowała w kategorii słomkowej kobiet, Błachowicz z kolei sięgnął po mistrzostwo dywizji półciężkiej w 2020 roku. Teraz do tego grona aspiruje 29-letni były mistrz KSW, który bez ogródek mówi o pasie w kategorii koguciej UFC.
Wikłacz nie kryje ambicji. W rozmowie z Flashscore powiedział jasno: „Moim celem jest pas i jeżeli będę robił wszystko tak, jak powinienem, to go zdobędę”. Zaraz jednak dodał zastrzeżenie, które zdradza chłodną kalkulację doświadczonego zawodnika: „Czasami jest tak, że element losowości może cię zatrzymać, bo to jest sport, w którym naprawdę też się liczy szczęście”. Podsumował to zdaniem, które posłużyło za tytuł jego deklaracji: „A myślę, że z takim mentalem po prostu zdobędę pas”.
Bilans Polaka w UFC jest na razie nieskazitelny. Dwa występy, dwa zwycięstwa. Najpierw pokonał Patchy’ego Mixa, potem poddał Muina Gafurova dosłownie sekundę przed końcem pojedynku. Trudno wyobrazić sobie lepszy wstęp do rywalizacji w najbardziej prestiżowej organizacji MMA na świecie.
Droga do szczytu wiedzie przez gęstą kategorię
Kłopot w tym, że kogucia dywizja UFC to obecnie jedna z najmocniej obsadzonych kategorii w całej organizacji. W jej czołówce znajdują się Petr Yan, Merab Dvalishvili, Umar Nurmagomedov, Sean O’Malley i Song Yadong – nazwiska, które od lat krążą między sobą w rankingach i walkach o tytuł. Żeby Wikłacz mógł realnie liczyć na starcie o pas, będzie musiał przebić się przez kilku z nich.
Na razie liczy się jednak sama obecność w oktagonie. Były czempion KSW liczy na powrót do klatki UFC jeszcze przed końcem 2026 roku, choć data kolejnego pojedynku wciąż nie jest znana. Do tego momentu zostają więc słowa – a te, jak sam zapowiada, mają w końcu przełożyć się na konkretny wynik w klatce.
Czy kibice UFC rzeczywiście zobaczą w styczniu starcie Islama Makhacheva z Carlosem Pratesem? Człowiek, który najlepiej zna plany mistrza, na razie nie daje jasnej odpowiedzi. Jedno jest pewne — nie brzmi ona „tak, to już ustalone”.
Rizvan Magomedov, menedżer Islama Makhacheva, nie owijał w bawełnę. „Na obecną chwilę nawet nie jest blisko, żeby stało się to rzeczywistością. To tylko plotki i gadanie. Negocjacje są w toku, ale potwierdzenie, że Islam zawalczy w konkretnym terminie przeciwko konkretnemu przeciwnikowi jest wciąż bardzo dalekie od bycia rzeczywistością” — przekazał.
Droga Makhacheva do statusu podwójnego mistrza UFC jest już dobrze znana. Dagestańczyk, wychowanek Khabiba, pokonał Charlesa Oliveirę w październiku 2022 roku, poddając go w drugiej rundzie i sięgając po pas wagi lekkiej. Tytuł obronił kilkukrotnie — pokonał między innymi Alexandra Volkanovskiego i Dustina Poiriera. Potem zwakował mistrzostwo i przeniósł się wyżej, do wagi półśredniej. Na UFC 322 w listopadzie 2025 roku zdominował na pełnym dystansie Jacka Dellę Maddalenę i wywalczył drugi pas. W sierpniu 2026 roku obronił już ten tytuł, pokonując Irlandczyka Iana Garry’ego.
Problem w tym, że sam Makhachev nie wie, kiedy znów wejdzie do oktagonu. Po walce na UFC 330 deklarował, że chciałby wrócić jeszcze w tym samym roku kalendarzowym. Mówił jednak też o problemach z kręgosłupem, które mogą ten powrót odsunąć w czasie.
Kim jest Carlos Prates i dlaczego to on jest faworytem do walki?
Nazwisko Pratesa nie pojawiło się przypadkowo. Brazylijczyk jest numerem jeden w rankingu META UFC wagi półśredniej. W oktagonie UFC notuje bilans 7-1, przy czym każde ze zwycięstw odniósł przed czasem. Ma na koncie serię trzech wygranych z rzędu, w tym nad Geoffem Nealem, Leonem Edwardsem i samym Jackiem Dellą Maddaleną. W TOP10 dywizji towarzyszą mu Gabriel Bonfim, Sean Brady i Michael Morales, podczas gdy dawni czołowi zawodnicy — Belal Muhammad, Leon Edwards i Kamaru Usman — spadają w klasyfikacji coraz niżej.
Właśnie forma Pratesa rozpaliła plotki o pojedynku z Makhachevem na gali UFC 336, zapowiadanej na styczeń 2027 roku w Toronto. Słowa Magomedova ostudziły te spekulacje, zanim zdążyły się na dobre rozkręcić. Negocjacje trwają, ale — jak podkreślił menedżer mistrza — do konkretów wciąż daleko.
Co robi zawodnik, który całą karierę kończył walki przed czasem, a potem pierwszy raz w życiu słyszy werdykt sędziów nie na swoją korzyść? Iwo Baraniewski nie owijał w bawełnę i odpowiedział wprost, mówiąc o celu, który mimo porażki nie zmienił się ani trochę.
Do ostatniego pojedynku Polak wygrywał wszystko, i to przed czasem. Seria przerwała się w starciu z Alonzo Menifieldem – tam Baraniewski musiał po raz pierwszy w karierze uznać wyższość rywala. Menifield to przeciwnik z doświadczeniem, a sama walka była wyrównana i zakończyła się niejednogłośną decyzją sędziów.
Porażkę Baraniewski skomentował w programie „W Cieniu Sportu” na kanale Przeglądu Sportowego. Bez ogródek.
Niestety ta walka trochę mnie zatrzymała
O katastrofie jednak nie ma mowy. Polak zwraca uwagę, że to była jego pierwsza zawodowa walka, w której doszło do trzeciej rundy – wcześniej wszystko kończyło się już w pierwszej. Takie starcie, jak sam przyznaje, dało mu więcej niż zwykłe zwycięstwo.
Jeszcze trochę serce kłuje, rana lekka jest, ale uważam, że ta walka dużo mi dała, jeszcze bardziej mnie rozwinęła i da mi jeszcze dodatkowego kopa do tego, żeby na szczyt się wdrapać
Baraniewski wskazał też, czego konkretnie zabrakło mu w kleczce z Menifieldem. Jego zdaniem o wyniku nie zadecydowała siła ani technika, a brak ringowej rutyny.
Wydaje mi się, że doświadczenia zabrakło, takiego cwaniactwa klatkowego
Marzenie o pasie i wsparcie Jędrzejczyk
Cel Polaka pozostaje ten sam – szczyt wagi półciężkiej UFC i pas mistrzowski. Sam zawodnik nie kryje przy tym, że to nie tylko plan sportowy, ale życiowe marzenie.
Robię wszystko, żeby osiągnąć ten cel. Bycie mistrzem jest moim marzeniem
Wiarę w to podziela Joanna Jędrzejczyk, była mistrzyni UFC. W programie Ring Road oceniła ambicje młodego Polaka bardzo wysoko.
Wierzę, że w ambicji Iwa jest kiedyś walka o tytuł mistrzowski UFC, wierzę, że pójdzie to drogą Janka, ale tutaj nie ma co porównywać, każdy z nas jest inny i Iwo pisze swoją historię
Baraniewski już wrócił do treningów. Jak sam deklaruje, chciałby znów wejść do klatki UFC na początku przyszłego roku.
Jednym słowem o całym sezonie? Artur Szostaczko, pierwszy trener Igi Świątek, nie szukał długo. „Wariactwo” – tak były szkoleniowiec podsumował miesiące, które Polka ma już za sobą, w rozmowie z Interią.
We wtorek 20 października Świątek ogłosiła, że kończy obecny sezon. „Ostatnie miesiące, a właściwie ostatnie kilka lat, były niezwykle intensywne i czuję, że potrzebuję odpoczynku oraz pełnej regeneracji organizmu. Właśnie to zamierzam zrobić, tym razem nieco dłużej” – przekazała Polka.
Sezon 2026 to dla niej przede wszystkim przebudowa sztabu. Świątek zmieniła w jego trakcie szkoleniowca – miejsce Wima Fissette’a zajął Francisco Roig. Przy okazji współpracowała też z Rafaelem Nadalem. Efekt? Pod wodzą Roiga zdobyła tylko jeden tytuł – w turnieju WTA 1000 w Toronto.
Na tle poprzednich lat to wynik wyjątkowo skromny. Przez cztery sezony z rzędu Świątek wygrywała co najmniej jeden Wielki Szlem. Tym razem nie dotarła nawet do półfinału żadnego z nich. Najdalej w całym sezonie zaszła w Wuhanie, gdzie dotarła do półfinału turnieju WTA 1000 – i tam właśnie zakończyła swoje zmagania. Do tego po pięciu latach startów w WTA Finals Polka po raz pierwszy się do tej imprezy nie zakwalifikowała.
„Tenis się wyrównał”
Szostaczko nie zrzuca spadku formy Świątek wyłącznie na jej barki – mówi o zmianie całego układu sił w kobiecym tenisie. „Doszło parę młodych zawodniczek, które podniosły swój poziom gry. Tenis się wyrównał” – powiedział. Wymienił tu Maję Chwalińską i Sonay Kartal, które niedawno zresztą zmierzyły się między sobą w finale turnieju w Wuhanie. Dodał przy tym, że z brakiem dużych tytułów boryka się nie tylko Polka. „Nie tylko Iga nic wielkiego nie wygrała. To samo ma Sabalenka” – stwierdził, mając na myśli sezon Aryny Sabalenki.
Ocena Szostaczki pozostaje mimo to krytyczna. Już trzy-cztery lata wcześniej przekonywał, że Świątek musi się rozwijać, jeśli chce utrzymać najwyższy poziom. Teraz podsumowuje to krótko: „Ona tego nie zrobiła i teraz płaci frycowe”.
Za wzór stawia trójkę legend męskiego tenisa. „Warto brać przykład z trzech muszkieterów męskiego tenisa: Federera, Djokovicia, Nadala” – powiedział. Żałuje też, że współpraca z Nadalem nie została w pełni wykorzystana. „Szkoda, że Iga nie zadała Nadalowi tego jednego pytania, które mogło wiele zmienić. Miała go zapytać, co robił, żeby rozwinąć swoją grę” – dodał.
„Jak się wygrywa sześć Wielkich Szlemów” – przypomniał jednocześnie Szostaczko, odnosząc się do dorobku Świątek w karierze.
Nie wszystko jednak widzi w czarnych barwach. We współpracy z Roigiem dostrzega powody do optymizmu – szczególnie poprawę serwisu Polki. To, jak twierdzi, może stać się fundamentem odbudowy formy w kolejnym sezonie.
Na razie liczy się jednak ranking, a ten mówi sam za siebie. Świątek zajmuje obecnie dziewiąte miejsce w klasyfikacji WTA i najpewniej z taką pozycją zamknie sezon. Rok wcześniej kończyła na drugim miejscu. 25-letnia zawodniczka będzie teraz miała czas, żeby przygotować się do próby odbudowania swojej pozycji w światowym tenisie.
Kto wystąpi w barwach Polski w walce o utrzymanie w elicie Billie Jean King Cup? Dawid Celt, kapitan reprezentacji, już podjął decyzję o składzie na mecz ze Szwecją – i to właśnie obecność Mai Chwalińskiej na liście wzbudza najwięcej emocji.
Awans do turnieju finałowego Billie Jean King Cup w 2026 roku Polkom nie udał się. W kwietniowych kwalifikacjach przegrały z Ukrainkami 0:4 i teraz czeka je obrona przed spadkiem z elity do Grupy I. W decydującym barażu zmierzą się ze Szwedkami – spotkanie zaplanowano na 20 i 21 listopada 2026 roku w Hali Mistrzów we Włocławku.
W kwietniowym meczu z Ukrainą zabrakło Igi Świątek i Magdaleny Fręch. Świątek, sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa, ogłosiła już zakończenie sezonu 2026 i do końca roku nie zagra w żadnym turnieju – ze Szwecją też jej nie zobaczymy. Ciekawostka: w kwietniu w roli reprezentantki wystąpiła Magda Linette, teraz jednak ani jej, ani Fręch w kadrze nie ma.
Chwalińska wraca silniejsza
Najgłośniejsze nazwisko w nowym składzie to Maja Chwalińska. W kwietniu, gdy grała z Ukrainkami, nie pokazywała jeszcze formy, która później wyniosła ją na szczyt światowego tenisa. Od tamtego meczu zdążyła dojść do finału Roland Garros i wygrać turniej WTA 1000 w Wuhan. Tym razem Celt nie miał wątpliwości – Chwalińska znalazła się we wstępnym składzie na mecz ze Szwecją.
Obok niej, zajmującej 11. miejsce w rankingu WTA, w kadrze są Katarzyna Kawa (128. miejsce), Martyna Kubka (147. miejsce), Linda Klimovicova (254. miejsce) i Weronika Falkowska (294. miejsce). To cały skład Polek na listopadowe starcie.
Szwedki na papierze nie robią wrażenia. Najwyżej notowana w ich zespole, Kajsa Rinaldo Persson, zajmuje 223. miejsce w rankingu WTA – ponad 200 pozycji niżej niż liderka Polek. Kadrę rywalek dopełniają Caijsa Wilda Hennermann (238. miejsce), Lisa Zaar (276. miejsce), Lea Nilsson (354. miejsce) i Linea Bajraliu (566. miejsce) – razem z Rinaldo Persson to komplet szwedzkiego składu na listopadowy mecz.
Kto zostanie pierwszym niekwestionowanym mistrzem wagi junior średniej od lat? Odpowiedź może przyjść szybciej, niż się wydawało. Obaj główni kandydaci właśnie zabezpieczyli sobie przyszłość u tego samego promotora. Josh Kelly przedłużył kontrakt z grupą Matchroom Boxing Eddiego Hearna, a dzień później to samo zrobił Jaron Ennis. Szczegółów nowej umowy Kelly’ego nie podano do publicznej wiadomości, natomiast w przypadku Ennisa wiadomo, że podpisany dokument obejmuje siedem kolejnych walk.
Dla Matchroom to nie jest przypadkowy zbieg terminów – Kelly, broniący tytułu IBF w wadze junior średniej, legitymuje się bilansem 19-1-1 z 9 nokautami. Ennis, znany jako „bombardier z Filadelfii”, jest niepokonany po 36 walkach, z czego 32 kończył przed czasem, i trzyma jednocześnie pasy WBA oraz WBO w tej samej kategorii.
Trzy pasy na stole
Obaj bokserzy już wcześniej deklarowali, że chcą się zmierzyć o trzy mistrzowskie pasy w wadze junior średniej. Teraz do deklaracji dołączają konkrety: Eddie Hearn potwierdził, że przymiarki do starcia Kelly’ego z Ennisem w Atlancie na przełomie roku są realne. Adam Booth, trener Kelly’ego, poszedł o krok dalej – poinformował, że jego obóz uzgodnił już wszystkie szczegóły walki, łącznie z wypłatą.
Obóz Kelly’ego potwierdza, że wszystko, włącznie z wypłatą, zostało już dograne.
Gdyby do pojedynku doszło i jeden z nich wygrał, zostałby mistrzem trzech organizacji na raz – ale wciąż nie kompletnym. Czwarty pas, WBC, należy do Sebastiana Fundory, który notuje bilans 25-1-1 z 17 nokautami. Dopiero starcie z nim mogłoby zamknąć temat pełnej unifikacji kategorii.
Za całym układem stoi jeden człowiek – Eddie Hearn, promotor i Kelly’ego, i Ennisa. To on zdecyduje, jak i kiedy ta rywalizacja trafi na ring w Atlancie.
Czy Daniel Dubois jest już gotowy na starcie z niepokonanym Agitem Kabayelem? Tony Bellew ma w tej sprawie jasne zdanie – jeszcze nie, i otwarcie odradza taki pojedynek.
Frank Warren, promotor Duboisa, potwierdził, że Brytyjczyk wróci na ring już w lutym. To będzie szybki powrót: w minioną sobotę Dubois stoczył walkę, która zakończyła się w ekspresowym tempie. Jego zawodowy rekord to 24 zwycięstwa, 3 porażki i 23 nokauty.
Na lutowy powrót rozważana jest między innymi unifikacyjna walka o pasy WBO i WBC z Agitem Kabayelem. Niemiec wciąż nie zna smaku porażki – jego rekord to 27 zwycięstw, 0 porażek i 19 nokautów.
Bellew: najpierw poznajmy Kabayela
Tony Bellew, emerytowany bokser i rodak Duboisa, nie kryje sceptycyzmu. Mówi to bez owijania w bawełnę: „Gdybym to ja prowadził karierę Daniela, odradzałbym mu walkę z Kabayelem”.
Dla Bellew potencjał Duboisa to wciąż niewiadoma. „Tak naprawdę wciąż nie wiemy, gdzie jest sufit tego chłopaka i na co naprawdę go stać?” – pytał. Zaraz jednak zastrzegł, że nie przesądza sprawy na niekorzyść Brytyjczyka: „Nie wykluczam, że może okazać się kimś wybitnym”.
Zdaniem Bellew to właśnie Kabayel jest dziś trudniejszym rywalem, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. „Najpierw trzeba dowiedzieć się wszystkiego o Kabayelu, a dopiero potem zakontraktować z nim pojedynek” – zaznaczył. Niemca opisał jako przeciwnika, z którym nie ma żartów. „Póki co jawi się jako koszmar dla innych, szczególnie przez świetne ciosy na korpus” – ocenił.
„A do tego pokazał charakter, gdy powstał po nokdaunie i za moment to on wygrał przed czasem” – zauważył Bellew, odnosząc się do jednej z walk Kabayela.
Zwrócił też uwagę na styl Niemca – rzadko spotykany w wadze ciężkiej. „Nie jest tym największym zawodnikiem, nie jest również największym puncherem, ale jak na warunki wagi ciężkiej bardzo dobrze boksuje i bije po dołach, co jest rzadkością w tej kategorii” – podsumował.
Jak Cadillac pojawi się na starcie Grand Prix USA? Zespół ujawnił wyjątkową kolorystykę swojego MAC-26 właśnie na te zawody. Inspiracja nie mogła być inna niż teksańska — malowanie nawiązuje do kowbojskiego stylu kojarzonego z tym stanem. Wyścig odbędzie się na Circuit of the Americas, torze, który od lat gości Formułę 1 w Austin.
Cadillac nie był tu pierwszy. Dzień wcześniej własną specjalną kolorystykę na zawody w Teksasie zaprezentował Haas, a to kolejna w tym sezonie zmiana wizerunkowa amerykańskiej stajni — wcześniej Haas ścigał się już z odświeżonym malowaniem podczas Grand Prix Wielkiej Brytanii.
Herta znów za kierownicą, ale nie dla Cadillaca formalnie
Oprócz malowań uwagę kibiców w Austin przyciągnie Colton Herta. Amerykanin wystąpi w piątkowym treningu przed własną publicznością — to już jego czwarty taki występ w tym sezonie. W sesji zastąpi Sergio Pereza, i będzie to trzeci raz w tym roku.
Mimo powtarzających się występów Herty, Cadillac wciąż nie rozliczył się w pełni z wymogu dotyczącego treningowych startów młodych kierowców — nawet po GP USA. Przepisy Formuły 1 nakazują, by każdy etatowy kierowca oddał miejsce na dwóch sesjach treningowych w ciągu sezonu. W Cadillacu etatowymi kierowcami są Sergio Perez i Valtteri Bottas. To właśnie Fin jak dotąd ustąpił miejsca tylko raz — mniej, niż wymagają przepisy. Zespół będzie więc musiał jeszcze znaleźć okazję, by w pełni spełnić ten regulaminowy obowiązek.
Bolid, który w Austin pokaże się w teksańskich barwach, w tym sezonie nosi oznaczenie MAC-26. GP USA na Circuit of the Americas zamieni się więc nie tylko w wyścig, ale i w swoisty pokaz mody w stylu Lone Star State.