⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

Gdy na tablicy wyników w Tomaszowie Mazowieckim pojawił się czas 6:09.98, trybuny wiedziały, że właśnie padł rekord toru. Władimir Semirunnij, wicemistrz olimpijski, nie tylko wygrał bieg na 5000 m, ale od razu obronił tytuł mistrza Polski na tym dystansie. Nad drugim na finiszu zawodnikiem miał ponad 20 sekund przewagi – a w łyżwiarstwie szybkim to różnica kosmiczna.

23-letni zawodnik reprezentujący KS Pilicę Tomaszów Mazowiecki po raz kolejny pokazał, że na krajowej scenie nie ma sobie równych. Za nim finiszował Mateusz Śliwka z UKS 3 Milanówek, a trzecie miejsce zajął Szymon Palka z AZS AWF Katowice. Trwające do niedzieli mistrzostwa Polski na dystansach w Tomaszowie Mazowieckim dostały więc jeden z najsilniejszych akcentów tego zimowego weekendu.

Rekord toru, kolejne złoto – a Semirunnij po starcie mówił o pewnym niedosycie. Celował wyżej, w rekord Polski.

„Nie zabrakło tak dużo. Gdyby noga była świeższa, byłoby to do zrobienia. Myślę, że w tym sezonie i tak go poprawię, tym bardziej że będą okazje do jeżdżenia na szybkim lodzie, a ja cały czas idę do przodu” – powiedział 23-letni łyżwiarz.

Co dalej z kalendarzem Semirunnija

Na odpoczynek nie ma czasu. Za trzy tygodnie łyżwiarze rozpoczną rywalizację w cyklu Pucharu Świata, który wystartuje w stolicy Chin. Dla Semirunnija najważniejsze będą jednak mistrzostwa Europy w Heerenveen, zaplanowane na 8-10 stycznia, oraz mistrzostwa świata w Pekinie w dniach 25-28 lutego. Jeśli forma z Tomaszowa Mazowieckiego się utrzyma, polski wicemistrz olimpijski może tam namieszać.

Koniec drugiej kwarty w Filadelfii wyglądał jak zapowiedź formalności. Cleveland Cavaliers prowadzili z Philadelphia 76ers 69:40, a zarówno na parkiecie, jak i na trybunach wszystko wskazywało na łatwy wyjazdowy triumf gości. Nikt wtedy nie przewidywał, co wydarzy się w drugiej połowie.

A 76ers odwrócili losy meczu w ciągu dwóch kwart. Najpierw wygrali trzecią cząstkę gry 37:21, potem dobili rywala w czwartej, triumfując 32:16. Finalnie Philadelphia zgarnęła całe spotkanie 114:106 – jedna z najbardziej spektakularnych pogoni tego sezonu NBA. Wynik po kwartach – 18:35, 27:34, 37:21, 32:16 – sam opowiada historię meczu dwóch zupełnie różnych połów.

Dla 76ers to zwycięstwo szczególne z kilku powodów. To dopiero drugi wygrany mecz zespołu w całym sezonie, a jednocześnie pierwszy przed własnymi kibicami. Drużynę poprowadził Tyrese Maxey – w 42 minuty na parkiecie zdobył 32 punkty, trafiając 12 z 23 rzutów z gry. Joel Embiid dołożył 24 punkty, a razem z Maxeyem w drugiej połowie po prostu przejęli kontrolę nad meczem.

Po stronie Cavaliers w decydujących momentach zabrakło skuteczności z dystansu. Zespół trafił tylko 7 z 29 prób za trzy punkty i popełnił 21 strat – te liczby w dużej mierze tłumaczą, jak 29-punktowa przewaga wyparowała w ciągu dwóch kwart. LeBron James zapisał solidne 17 punktów, 10 zbiórek i pięć asyst, a najskuteczniejszym zawodnikiem całego meczu był Donovan Mitchell z 32 punktami i 10 zbiórkami. Nawet to nie wystarczyło, by utrzymać przewagę zbudowaną w pierwszej połowie.

Thunder bez problemów rozbili Nuggets

Na drugim meczu wieczoru obrońcy tytułu nie mieli litości dla Denver. Oklahoma City Thunder pokonali Nuggets u siebie 96:84, kontrolując spotkanie praktycznie od połowy. Rozkład punktów po kwartach – 24:27, 20:21, 26:16, 26:20 – pokazuje, że przełom, podobnie jak w Filadelfii, nastąpił w trzeciej cząstce gry.

Jalen Williams zdobył 21 punktów w 33 minuty, Chet Holmgren zapisał na swoim koncie double-double z 12 punktami i 17 zbiórkami. Shai Gilgeous-Alexander, zwykle lider zespołu w punktach, tym razem zanotował 17 oczek – skromniej niż zwykle, ale wystarczająco, by Thunder nie oddali inicjatywy.

Dla Nuggets ten wieczór był do zapomnienia, zwłaszcza w wykonaniu liderów. Nikola Jokić zdobył jedynie 13 punktów w 35 minut, trafiając 5 z 19 rzutów z gry, w tym tylko 1 z 7 za trzy. Jamal Murray był jeszcze mniej skuteczny – 6 punktów przy 2 z 11 z gry, a Christian Braun dodał 7 punktów, trafiając 1 z 6 prób za trzy. Jedynymi światełkami w ataku Denver byli Aaron Gordon z 20 punktami i DeMar DeRozan z 13 – to jednak nie zbliżyło gości do niespodzianki.

Siódma minuta na Vitality Stadium i Milan już gonił wynik. Sędzia Vassilis Fotias po konsultacji z VAR wskazał na jedenasty metr — Justin Kluivert nie pomylił się z rzutu karnego, Bournemouth prowadziło 1:0. Włosi stracili kontrolę nad meczem niemal od pierwszego gwizdka.

A potem było jeszcze gorzej. W 27. minucie Bournemouth wywalczyło rzut rożny, i właśnie przy tej akcji bramkarz Milanu Mike Maignan, atakowany i blokowany przez Tylera Adamsa, odepchnął rywala, kładąc mu obie dłonie na twarzy. Fotias nie wahał się — czerwona kartka i kolejny rzut karny dla Bournemouth. VAR potwierdził werdykt sędziego, a do tego żółtą kartkę za utrudnianie Maignanowi poruszania się zobaczył Adams. Francuski bramkarz musiał zejść z boiska.

„Co za szaleństwo Maignana. To moment, który praktycznie rozstrzyga losy spotkania” — napisała po meczu „La Gazzetta dello Sport”.

Co za szaleństwo Maignana. To moment, który praktycznie rozstrzyga losy spotkania

Trener Milanu Ruben Amorim musiał reagować natychmiast. Za Omariego Hutchinsona na boisko wszedł Lorenzo Torriani, młody talent z klubowej akademii. Gra w dziesiątkę, z nowym bramkarzem na linii — to szybko odbiło się na wyniku. W 32. minucie Marcus Tavernier zamienił drugi rzut karny gospodarzy na gola, 2:0 dla Bournemouth. Po przerwie Amine Adli ustalił ostateczny rezultat na 3:0, przypieczętowując klęskę Milanu w meczu 3. kolejki Ligi Europy.

Amorim: rywalizacja się zakończyła

Po meczu Ruben Amorim nie szukał wymówek, choć jego słowa nie pozostawiały wątpliwości. „Po stracie dwóch bramek z jedenastu metrów nie mieliśmy już szans na powrót do gry. Rywalizacja praktycznie się zakończyła” — powiedział szkoleniowiec Milanu.

Po stracie dwóch bramek z jedenastu metrów nie mieliśmy już szans na powrót do gry. Rywalizacja praktycznie się zakończyła

Włoskie media nie są jednak przekonane, że czerwona kartka dla Maignana była słuszna. „Wygląda bowiem na to, że Maignan położył dłonie na twarzy Adamsa jeszcze zanim wykonano rzut rożny. Z pewnością jest to sytuacja, której warto przyjrzeć się bliżej na powtórkach” — czytamy w komentarzach z Włoch. Na Vitality Stadium dla Milanu skończyło się to fatalnie, ale pytania o decyzję sędziego Fotiasa zostają na dłużej.

Czy Artur Szpilka naprawdę może zdetronizować tymczasowego mistrza wagi ciężkiej KSW? Michał Materla, były mistrz organizacji, nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

19 grudnia Szpilka wróci do klatki KSW, by zmierzyć się ze Stefanem Vojcakiem. Vojcak jest obecnie tymczasowym mistrzem wagi ciężkiej organizacji, a stawką pojedynku będzie właśnie ten pas. W rozmowie dla Kanału Sportowego Materla nie krył optymizmu wobec szans Polaka.

„Wierzę w to, że on jest w stanie wygrać pas. Sercem i rozumem jestem za Arturem” – powiedział Materla. Były mistrz KSW nie zamierza jednak oglądać tej walki z trybun – w narożniku Szpilki podczas starcia z Vojcakiem stanie właśnie on.

Materla chwali też decyzję Szpilki o powrocie do sprawdzonego sztabu. „Bardzo fajnie, że wrócił do trenera Łapina i tego, co ma najlepsze, czyli do boksowania” – zauważył. I nie bez powodu: Szpilka to były pięściarz, a jego pięści wciąż mogą zdecydować o wyniku.

Vojcak jako naturalny ciężki

Kłopot w tym, że Vojcak to zawodnik stworzony do walki w parterze i klinczu. „To jest ciężki przeciwnik, jeśli chodzi o warunki fizyczne, bo to jest naturalny ciężki, który będzie zbijał na 120 kilo” – ocenił Materla. Były mistrz widzi jednak dla Szpilki drogę do zwycięstwa na nogach. „Wyobrażam sobie jednak, że Artur po prostu może go ograć na nogach mocnymi bombami” – dodał.

Forma Szpilki działa na jego korzyść. Polak ma na koncie trzy wygrane z rzędu, a w rankingu wagi ciężkiej KSW zajmuje czwarte miejsce. W klatce pojawił się ostatnio 18 lipca, na gali XTB KSW 120, gdzie pokonał Augusto Sakaia.

Teraz czeka go najpoważniejszy test od powrotu do MMA. Z Materlą w narożniku ma szansę sięgnąć po pas, którego wciąż mu brakuje.

Ile trzeba zapłacić za bolid, którym jechał Ayrton Senna albo Lewis Hamilton? Odpowiedzi możemy się doczekać w najbliższe pół roku — McLaren wystawił na aukcję pięć w pełni sprawnych bolidów Formuły 1. Za kierownicą części z nich zasiadali właśnie Hamilton i Senna. Łączna wartość kolekcji, jak szacują eksperci, może sięgnąć dziesiątek milionów funtów.

Sprzedażą zajmie się firma Tom Hartley Jnr, specjalizująca się w handlu luksusowymi pojazdami. Zanim auta trafią do nowych właścicieli, przejdą przez ręce mechaników aktualnych mistrzów świata konstruktorów Formuły 1, czyli samego McLarena.

Cen wywoławczych ani szacunkowych wartości poszczególnych egzemplarzy nie podano, ale branżowe prognozy mówią o kwotach od 5 do 10 milionów funtów za każdy z nich.

Najstarszym eksponatem jest McLaren MP4/6A z 1991 roku — przez cały sezon jeździł nim głównie Gerhard Berger, a testował go także Ayrton Senna. Nowszy rozdział historii marki reprezentuje MP4/27A z 2012 roku. Za jego kierownicą Jenson Button odniósł trzy zwycięstwa w tamtym sezonie, a samochodu używał również Lewis Hamilton.

Kolekcję uzupełniają dwa znacznie młodsze modele, oba związane z Lando Norrisem: MCL35M z 2021 roku oraz MCL37A-03 z 2023 roku, znany też jako MCL60. Ten drugi dwukrotnie finiszował na drugim miejscu — w Singapurze i Japonii. Później testowali go Oscar Piastri, zespołowy partner Norrisa, oraz Mick Schumacher, syn legendy Formuły 1 Michaela Schumachera.

Najgłośniejszy epizod w historii tego konkretnego egzemplarza nie ma jednak nic wspólnego z punktami mistrzostw. W czerwcu ubiegłego roku bolidem z 2023 roku jeździł Brad Pitt podczas prywatnych testów na torze Circuit of the Americas w Austin, przygotowując się do głównej roli w filmie „F1″. Aktor miał wtedy osiągnąć prędkość 197 mil na godzinę, czyli około 317 km/h. Jak podkreśla McLaren, MCL37A-03 to najnowocześniejszy bolid Formuły 1, jaki kiedykolwiek zaoferowano prywatnemu nabywcy.

Dlaczego McLaren się ich pozbywa?

Dyrektor generalny McLaren Racing Zak Brown nie owijał w bawełnę. „Zdecydowaliśmy się rozstać z tymi kultowymi bolidami McLarena Formuły 1, ponieważ uważamy, że trzymanie ich wyłącznie w magazynie byłoby krzywdzące dla tego, co sobą reprezentują” — powiedział.

Te samochody zostały stworzone do jazdy i rywalizacji na torze. Chcemy, aby nadal były wykorzystywane i dawały radość swoim właścicielom. Wierzymy, że to najlepszy sposób na podtrzymywanie naszej historii i dalszy rozwój działalności związanej z naszym dziedzictwem.

Tom Hartley Jnr ma w tej branży reputację budowaną na podobnych transakcjach — to firma, która pośredniczyła już w sprzedaży kolekcji Berniego Ecclestone’a, byłego szefa Formuły 1, oraz 20 samochodów drogowych należących do zmarłego współwłaściciela McLarena, Mansoura Ojjeha. Sam Hartley nazwał obecną pięcioosobową kolekcję marzeniem każdego kolekcjonera.

„Niezwykle rzadko zdarza się, aby kolekcjoner miał okazję nabyć bolidy, które faktycznie brały udział w wyścigach Grand Prix, bezpośrednio od producenta i zespołu, który je zbudował i wystawiał do rywalizacji” — zaznaczył. Dodał też, że każdy z pięciu samochodów zostanie wystawiony na osobną aukcję, a sprzedaży nie będzie towarzyszyła żadna presja czasowa. „Naszym priorytetem, podobnie jak priorytetem McLarena, jest znalezienie dla nich odpowiednich właścicieli” — podsumował.

Zawodnik, który odszedł z KSW do konkurencyjnej organizacji, miałby prawo porównywać obie federacje nie najlepiej dla tej pierwszej. Tomasz Narkun robi coś innego. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich zawodników MMA nie widzi tu rywalizacji poziomów – mówi wprost, że to dwie strony tego samego, bardzo wysoko postawionego standardu.

Narkun to były mistrz organizacji KSW. Stoczył w jej klatce piętnaście pojedynków, zdobył pas mistrzowski kategorii półciężkiej i walczył o tytuł w królewskiej kategorii wagowej. Dziś barwy, w których występuje, to barwy Oktagonu – w tym roku stoczył dla czesko-słowackiej organizacji już dwa pojedynki.

Zawodnik ze Szczecina podsumował swoje dotychczasowe doświadczenia w rozmowie z Kanałem Sportowym po ostatniej walce. „Tak naprawdę nie dostrzegam dużych różnic. I tu, i w KSW chłopaki robią niesamowitą robotę” – powiedział Narkun.

„Jestem bardzo dobrze traktowany w obu organizacjach, poziom organizacyjny jest światowy”.

W porównaniach poszedł jeszcze dalej, sięgając po własne doświadczenia z największej organizacji MMA na świecie. „Byłem w szatni na UFC z kolegami, m.in. z Gegardem Mousasim – to, co dziś przeżyłem w Oktagonie, niczym się nie różni” – stwierdził. I dodał bez ogródek: „To organizacyjnie najwyższy światowy poziom”.

Debiut w Szczecinie i szybki rewanż formy

Narkun zadebiutował w barwach czesko-słowackiej organizacji w kwietniu tego roku. Gala, nieprzypadkowo, odbyła się w Szczecinie – rodzinnym mieście zawodnika – a rywalem był Alexander Poppeck. Niemiec okazał się lepszy i wygrał na punkty.

Na rewanż za tę porażkę nie trzeba było długo czekać. 17 października Narkun zmierzył się z Danielem Skvorem i poddał go już w pierwszej rundzie. Właśnie po tym pojedynku padły słowa o braku różnic między KSW a Oktagonem.

Kto zasiądzie na ścianie podczas startów polskiej reprezentacji w nowym sezonie? To już wiadomo — Stanisław Chomski pozostanie trenerem kadry na kolejny rok. „Dogadaliśmy się na jeszcze jeden sezon” — przyznał szkoleniowiec.

Chomski funkcję objął rok temu, choć pierwotnie miał prowadzić Polaków tylko przez jeden sezon. Zanim zasiadł na trenerskiej ścianie, zakończył własną karierę zawodniczą w klubach. Do dalszej pracy przekonała go najbardziej organizacja finału Drużynowych Mistrzostw Świata na PGE Narodowym w Warszawie — tam Polska z Bartoszem Zmarzlikiem w składzie zajęła trzecie miejsce.

Teraz czeka go cel dużo ambitniejszy. „W 2027 r. najważniejszą imprezą dla reprezentacji będzie Speedway of Nations” — zapowiedział trener. To rywalizacja par, a jej finał odbędzie się w szwedzkim Vastervik. Polska nigdy w historii tego turnieju nie wygrała — i to właśnie chce zmienić Chomski. „Plan jest taki, aby w 2027 r. pierwszy raz wygrać dla Polski Speedway of Nations” — zadeklarował.

Szczęście jako czynnik sportowy

Trener nie kryje, że droga do pierwszego triumfu nie będzie prosta. „Łatwo nie będzie, bo w SON często decyduje szczęście” — zaznaczył Chomski. Drużynowe Mistrzostwa Świata rozgrywane są co trzy lata, a ich kolejna edycja odbędzie się w 2029 roku. Wcześniej kalendarz przewiduje jeszcze dwie edycje Speedway of Nations. Czasu na budowę formy przed wielkim finałem sporo więc jest, choć presja rośnie z każdym kolejnym startem.

Sezon 2026 Chomski spędził praktycznie w komplecie na torach Grand Prix, towarzysząc zawodnikom na niemal wszystkich rundach cyklu. Zabrakło go osobiście tylko na jednym turnieju — w Rydze. To on przejął kadrę po tym, jak niemal rok temu Rafał Dobrucki nieoczekiwanie zrezygnował z funkcji selekcjonera; Chomski zastąpił go na stanowisku trenera reprezentacji Polski.

Teraz, z przedłużonym kontraktem w kieszeni, ma czas i mandat, by poprowadzić Polaków po historyczny sukces w Vastervik.

Kto pomoże Valve nauczyć system anty-cheat odróżniać cheaterów od uczciwych graczy? Firma po raz kolejny stawia na społeczność — wysłała nową falę zaproszeń do swojej strony etykietowania VACNet, dając większej liczbie użytkowników Counter-Strike 2 bezpośredni wpływ na trening systemu.

VACNet to system anty-cheat Valve oparty na uczeniu maszynowym. Działa to tak: zaproszeni gracze logują się na portalu CS2 Video Review i pomagają mu się uczyć. Dostęp znajdziemy na oficjalnej stronie Counter-Strike, gdzie wybrani użytkownicy logują się na swoje konto, a w samej grze pojawia się przy nich specjalna ikona VACNet. Nie dostałeś zaproszenia, a chcesz dołączyć? Można napisać do Valve bezpośrednią wiadomość przez profil firmy z prośbą o nie.

Deweloperzy nie szczędzą słów wdzięczności osobom etykietującym. „Ostatnie poprawy jakości meczów są bezpośrednim wynikiem heroicznych, przystojnych i pięknych etykietujących jak ty” — napisało Valve w mediach społecznościowych.

Shalfey przejmuje GamerLegion po Snaxie

Druga wiadomość dnia dotyczy transferów w CS2. GamerLegion ogłosili podpisanie kontraktu z 24-letnim Rosjaninem Aleksandrem „shalfey” Marenovem, który od razu stanie się nowym kapitanem zespołu. Zastąpi na tej pozycji Janusza „Snax” Pogorzelskiego, przeniesionego do rezerwy 21 października.

Dla shalfeya to debiut w międzynarodowym składzie. Przez ostatnie dwa miesiące grał w barwach ex-RUSTEC, startując w różnych turniejach online. Wcześniej, w 2026 roku, przewinął się przez kilka rosyjskich drużyn, notując średni rating 6.3.

Zmiana na kapitańskim stanowisku to konsekwencja słabego występu GamerLegion w zamkniętych kwalifikacjach do PGL Bucharest 2027 — zespół zajął tam ostatnie miejsce. Ten wynik mocno skomplikował klubowi szanse na awans do majora w Singapurze przez ranking Valve.

Nowy skład GamerLegion łączy graczy ze Szwecji, Danii i Polski: obok shalfeya zagrają Fredrik „REZ” Sterner, Sebastian „Tauson” Lindelof, Timur „FL4MUS” Marev i Milan „hypex” Polowiec, a nad całością czuwa trener Adrian „imd” Pieper. Debiut zaplanowano na RLG Tesla Cup 2026, a pierwszy mecz z shalfeyem jako kapitanem zespół rozegra 27 października o 22:00 przeciwko Envy.

Czy nowa gra sportowa od Nintendo ma szansę stać się nowym wzorem imprezówki na konsolach? Pierwsze recenzje Nintendo Switch Sports Resort, które zadebiutowało 22 października na Nintendo Switch 2, dają odpowiedź dość jednoznaczną – i bardzo pozytywną.

Gra osiągnęła średnią 79/100 w serwisie Metacritic, co opiera się na 46 recenzjach zebranych przez Nintendo Life. To wynik, który stawia ją w gronie najlepiej ocenianych odsłon serii. Dla porównania: oryginalne Wii Sports z 2006 roku zanotowało 76/100, Wii Sports Resort z 2009 roku – 80/100, a Nintendo Switch Sports z 2022 roku musiało zadowolić się jedynie 72 punktami. Nowa produkcja ląduje więc tuż za najlepiej notowanym Wii Sports Resort, zostawiając swojego bezpośredniego poprzednika z pierwszego Switcha daleko w tyle.

Największe uznanie gra zyskała w Nintendo Life, które przyznało jej 9/10, oraz w GameSpot – tam ocena również wyniosła 9/10. Video Games Chronicle, Eurogamer i Game Informer zgodnie wystawiły noty 8/10. Najbardziej powściągliwy okazał się IGN, oceniając produkcję na 7/10 i zwracając uwagę na nierówną jakość poszczególnych konkurencji – niektóre dyscypliny wypadają wyraźnie słabiej niż inne.

Dwanaście dyscyplin i powrót na Wuhu

Na papierze oferta jest spora. Nintendo Switch Sports Resort zawiera 12 dyscyplin, w tym tenis, boks, golf, kręgle, koszykówkę, łucznictwo, tenis stołowy, siatkówkę, wyścigi skuterów wodnych i latanie samolotem. Nowością są skateboarding i zapasy na kciuki – dwie dyscypliny, których w serii dotąd nie było. W przypadku skateboardingu twórcy wykorzystali funkcję myszy kontrolera Joy-Con 2, by odwzorować ruch odpychania się deską, co w kilku recenzjach wymieniane jest jako jeden z bardziej pomysłowych elementów gry.

Gracze pamiętający jeszcze pierwszą wyspę Wuhu z czasów Wii poczują się jak w domu – gra pozwala na swobodne zwiedzanie wyspy i odkrywanie sekretów. Tym, którzy szukają większego wyzwania, przygotowano tryb Island Crown, w którym trzeba rywalizować z coraz trudniejszymi przeciwnikami.

Nintendo Switch Sports Resort jest dostępne wyłącznie na Nintendo Switch 2 i kosztuje w Europie około 50 euro. To stawka adekwatna do pozycji gry jako jednego z flagowych tytułów launchowych nowej konsoli – i, jak pokazują recenzje, uzasadniona jakością zawartości.

Dlaczego kibice Ottawy wygwizdali Brady’ego Tkachuka przy jego powrocie do Canadian Tire Centre? Odpowiedź przyszła od samej publiczności już w momencie, gdy na telebimie pojawił się film upamiętniający lata jej byłego kapitana w barwach Senators. Owacji nie było – popłynęły za to wulgarne okrzyki.

Tkachuk, który od 2018 roku, czyli od debiutu w NHL, był twarzą klubu i jego kapitanem, latem sam poprosił o transfer. Trafił do Florida Panthers, gdzie gra jego brat Matthew. Dla kibiców Ottawy, którzy pamiętają go jako gracza odpowiedzialnego za powrót klubu do play-off w 2005 roku po siedmiu latach przerwy, odejście zawodnika było ciosem.

Na trybunach nie brakowało złości – skandowano „Zdradziłeś nas”, „Nie potrzebujemy cię” i „Matthew jest lepszy”. Na lód poleciały koszulki Tkachuka, kupowane przecież przez lata. A gdy obrońca Senators Artur Zub posłał byłego kapitana atakiem ciałem na lód, trybuny wybuchły radością.

Gol w 10. minucie nie wystarczył

Sportowo wieczór też nie potoczył się według scenariusza gościa. Tkachuk otworzył wynik już w 10. minucie, trafiając na 1:0 dla Panthers – a wchodził w ten mecz w dobrej formie, bo wcześniej notował hat-tricki w dwóch kolejnych spotkaniach swojej nowej drużyny. Mimo to Ottawa odwróciła losy starcia i wygrała środowy mecz 5:1.

Gniew publiczności narastał od miesięcy, nie powstał w jeden wieczór. Krytyka wobec Tkachuka wzmogła się po jego podcaście „Wingmen” oraz po wizycie w Białym Domu, którą odbył po igrzyskach olimpijskich. Finał turnieju hokejowego wygrały wtedy Stany Zjednoczone, pokonując Kanadę, a Tkachuk ostentacyjnie celebrował złoto wspólnie z Donaldem Trumpem – czego w kraju, którego reprezentację pokonał, mu nie zapomniano.

Sam zawodnik, odchodząc z Ottawy, pozostał powściągliwy. „Istnieją zawodowe powody, ale również osobiste, dla których nie przedłużyłem umowy tutaj. Pozostaną one jednak w sferze prywatnej między mną a dyrektorem wykonawczym Stevem Staiosem” – powiedział wtedy, wskazując na szefa klubu Steve’a Staiosa. Media spekulowały też, że na jego decyzję wpływ mieli ojciec Keith i brat Matthew.

Ottawa ma w tej materii bogatą i bolesną historię. W ostatnich latach w kontrowersyjnych okolicznościach klub opuszczali już Aleksiej Jaszyn, Dany Heatley, Jason Spezza i Erik Karlsson. Tkachuk, choć jeszcze niedawno uchodził za symbol lojalności wobec tego herbu, właśnie dołączył do tej listy.

Instalacja aplikacji
Pobierz