⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

Czwarty frejm. Na stole została już tylko jedna czerwona, a zegar wyniku pokazuje 25:59 dla Szkota. Mateusz Baranowski jest w dołku, ale się nie poddaje – dwoma faulami wymuszonymi na przeciwniku podciąga wynik na 34:59. To jednak nie wystarcza. W czwartek w Belfaście Anthony McGill pokonał polskiego snookerzystę 4:1 i wyeliminował go z 3. rundy Northern Ireland Open 2026.

Droga Baranowskiego do tego starcia była dużo bardziej efektowna niż jej finał. W pierwszej rundzie Polak wyeliminował Gary’ego Wilsona, a potrzebował do tego siedmiu partii. We wtorek, w drugiej rundzie, zmierzył się z 18-letnim Wangiem Xinbo, notowanym znacznie niżej niż Wilson. Prowadził już 3:1, potem stracił dwie partie z rzędu, ale ostatecznie dowiózł zwycięstwo i awans.

Jak McGill odwrócił losy meczu

Z 38. zawodnikiem światowego rankingu Baranowski zaczął źle – pierwszy frejm padł łupem Szkota. Odpowiedział jednak natychmiast: wyrównanie do 1:1 przypieczętował brejkiem w wysokości 108 punktów. McGill nie zostawił tego bez odpowiedzi i wygrał trzeci frejm, prowadząc już 2:1.

Czwarta partia to był dramat w kilku aktach. Po tym jak Polak zbliżył wynik do 34:59 dwoma wymuszonymi faulami, popełnił błąd przy brązowej bili i musiał sczyścić stół do końca – zrobiło się 50:59. Chwilę później spudłował ryzykowne wbicie niebieskiej do środkowej kieszeni, wystawiając bilę McGillowi. Szkot nie zmarnował szansy. W piątej i decydującej partii zbudował fenomenalny brejk na 95 punktów, który zamknął mecz.

Dla McGilla to jednak nie koniec turnieju w Belfaście. W kolejnej rundzie zagra o półfinał z Kyrenem Wilsonem, dziewiątym zawodnikiem światowego rankingu. Wilson, solidnie przetestowany w czwartek przez Pang Junxu, przeszedł dalej po zwycięstwie 4:3. Northern Ireland Open 2026 zakończy się w niedzielę, 25 października.

17 października Michał „Wampir” Pasternak wszedł do ringu w ośmioosobowym turnieju K-1, który był główną atrakcją gali FAME 33. Pierwszą walkę wygrał z Erko Junem, co zapewniło mu miejsce w półfinale. Trzy tygodnie później wraca do klatki – tym razem poza FAME.

Organizacja PRIME SHOW MMA ogłosiła, że na gali PRIME 19 Pasternak zmierzy się z Dawidem „Skawianem” Skawiańczykiem. Walce nie brakuje emocji w tle – jak podaje mma.pl, zawodnicy „nie przepadają za sobą”. Gala odbędzie się 7 listopada w Ostrowie Wielkopolskim.

Droga przez turniej K-1, która skończyła się bez finału

Pierwotnie w półfinale Pasternaka czekał Dawid „Crazy” Załęcki. Ten wypadł z turnieju z powodu kontuzji ręki, a jego miejsce zajął Patryk „Black Panther” Akinyeye. Pasternak pokonał go i – po dwóch zwycięstwach w jeden wieczór – awansował do finału.

W finale miał zmierzyć się z Sebastianem „Scarface” Skiermańskim, ale do walki nie doszło – Pasternak zrezygnował z powodu odniesionych urazów. Zastąpił go Patryk Akinyeye, ten sam zawodnik, który wcześniej z nim przegrał. I to właśnie on, wchodząc za kontuzjowanego rywala, nieoczekiwanie wygrał cały turniej.

Dla Pasternaka oznaczało to koniec przygody z FAME bez tytułu – ale nie koniec sezonu. Trzy tygodnie po tamtym turnieju staje przed Skawiańczykiem, rywalem, z którym – jak wskazują relacje otoczenia sportu – łączy go wzajemna niechęć.

Na karcie PRIME 19 pojawi się jeszcze jedna twarz znana z FAME – Paweł „Scarface” Bomba. Jego rywalem będzie zawodnik występujący pod pseudonimem „Bielon”.

W czwartek wieczorem Mamed Chalidow nagrał krótkie insta story i bez ogródek ucięł spekulacje o grudniowym powrocie: „Słuchajcie, nie walczę w grudniu. Ale nikt nie odwołał treningu. Jedziemy dalej, trenujemy i czekamy, co dalej”. 46-letni zawodnik z Olsztyna powiedział to wprost – i tym samym pogrzebał nadzieje kibiców na jego występ jeszcze w tym roku.

Dwa dni wcześniej były mistrz KSW mówił, że formalnej propozycji od organizacji po prostu nie ma: „Co do mojej walki, nie mam jeszcze konkretnej propozycji od KSW”. Czekał już ponad dwa miesiące na jakikolwiek konkretny ruch ze strony federacji – jak sam wtedy przyznał. Czwartkowe oświadczenie było więc naturalną konsekwencją tego przeciągającego się milczenia.

W tle całej sprawy przez pewien czas krążyła data 19 grudnia – tego dnia w Gliwicach odbędzie się gala XTB KSW 124, na której rozważano powrót Chalidowa do klatki. Po słowach samego zawodnika ten termin można już definitywnie odłożyć na bok.

Co dalej z walką Chalidowa?

Na początku października dyrektor sportowy KSW Wojsław Rysiewski zapewniał, że Martin Lewandowski pracuje nad kolejnym pojedynkiem byłego mistrza i że organizacja ma już konkretny pomysł na jego rywala. Mijają tygodnie. Żadne nazwisko ani data wciąż nie zostały potwierdzone. Dziennikarz WP SportoweFakty Artur Mazur próbował wyciągnąć od KSW komentarz w tej sprawie, ale Martin Lewandowski nie chciał się odnieść do tematu walki Chalidowa.

Sam zawodnik też nie zdjął zasłony tajemnicy. Nie zdradził, czy obecne rozmowy dotyczą już jakiejś innej daty, ani kiedy może ponownie pojawić się w klatce. Jedno jest jasne – Chalidow nie zwalnia tempa przygotowań i regularnie trenuje, czekając na kolejną propozycję walki. Kiedy ta propozycja trafi wreszcie na jego biurko – pytanie wciąż bez odpowiedzi.

6 czerwca w Las Vegas, na gali UFC Fight Night, Jakub Wikłacz miał stanąć w oktagonie naprzeciw Marcusa McGhee. Amerykanin notowany był wówczas w czołowej piętnastce rankingu kategorii koguciej, a zwycięstwo mogło dać 29-letniemu Polakowi debiut w oficjalnym zestawieniu najlepszych zawodników dywizji do 61 kilogramów. Do walki jednak nie doszło.

Plany pokrzyżowała kontuzja, której Wikłacz nabawił się podczas przygotowań. Uraz żebra oraz stawu obojczykowo-mostkowego okazał się na tyle poważny, że były mistrz KSW musiał wycofać się z pojedynku. Od tamtej pory Polak pozostaje poza oktagonem UFC i wciąż czeka na nowy termin walki.

Teraz Wikłacz zabrał głos po pechowej kontuzji. Problemy zdrowotne ma już za sobą – jakiś czas temu wrócił do regularnych treningów. W rozmowie z Flashscore przyznał, że nie wyklucza występu w UFC jeszcze w bieżącym roku.

Cały czas jesteśmy w kontakcie i cały czas mówimy, że jesteśmy w gotowości.

Zawodnik zadeklarował otwartość na walkę w zastępstwie – nawet z bardzo krótkim czasem na przygotowania.

Ja nawet powiedziałem, że jeżeli to będzie jakaś walka short notice, to jestem przygotowany, żeby ją wziąć.

Wikłacz nie kryje, że woli szybszy powrót do klatki. Warunków organizacji jednak nie stawia.

Jeżeli miałbym wybierać, biłbym się szybciej. Ale jeżeli to będzie walka późniejsza ok, to wezmę tę walkę później.

Bilans 2:0 i spektakularne poddanie

Polak może pochwalić się obecnie nieskazitelnym bilansem 2:0 w UFC. W debiucie pokonał niejednogłośną decyzją sędziów Patchy’ego Mixa. W lutym tego roku odniósł efektowne zwycięstwo nad Muinem Gafurovem – zmusił go do poddania duszeniem gilotynowym zaledwie sekundę przed końcem trzeciej rundy.

0:1 z New England Revolution, porażka czarno na białym – a w szatni i tak nikt nie wisi głowy. Chicago Fire zapewniło sobie drugi rok z rzędu awans do fazy play-off MLS, choć samego meczu nie wygrało. O awansie zadecydował wynik gdzie indziej – spotkanie Orlando City z DC United odbiło się korzystnie na tabeli Konferencji Wschodniej.

Chicago zajmuje w tej konferencji czwarte miejsce z 48 punktami na koncie. Do końca sezonu zasadniczego zostały jeszcze cztery mecze. Forma jednak daleka od idealnej: tuż przed zabezpieczeniem miejsca w czołowej czwórce zespół przegrał dwa kolejne spotkania – a to, w klubie z ambicjami gry w play-off, musiało zapalić lampkę ostrzegawczą.

Joe Chatz, dziennikarz On Tap Sports Net, patrzy na sytuację Chicago bez zbędnych emocji. Jak zauważa, utrzymanie pozycji w top 4 oznaczałoby dla klubu możliwość rozegrania u siebie co najmniej dwóch spotkań pierwszej rundy play-off, gdyby seria wymagała dodatkowych gier. Nie bez znaczenia, bo w pierwszej rundzie rywalizacja toczy się do dwóch zwycięstw – a w takim formacie przewaga własnego stadionu waży więcej niż w klasycznym systemie ligowym.

Lewandowski liczby ma, chemii jeszcze szuka

W centrum uwagi, jak zwykle, stoi Robert Lewandowski. Polak rozegrał w MLS ponad tysiąc minut, strzelił sześć goli i dodał cztery asysty, do tego trafił także w Leagues Cup – bilans, który na papierze wygląda solidnie u zawodnika wciąż adaptującego się do nowej ligi.

Chatz nie ukrywa jednak, że na boisku nie wszystko gra tak, jak powinno. Według niego współpraca Lewandowskiego z kolegami w ataku Chicago Fire wciąż nie jest płynna. „Wydaje się, że w sytuacjach ofensywnych wszyscy są czasem o pół kroku spóźnieni” – pisze autor On Tap Sports Net.

„Jeśli Chicago Fire doprowadzi do sytuacji, w której Lewandowski będzie strzelał co najmniej w co drugim meczu, a swoją obecnością na boisku będzie tworzył przestrzeń kolegom, będzie to recepta na sukces w play-off”

Stąd tytuł tekstu Chatza. I stąd też kierunek, w którym kibice Chicago powinni patrzeć w najbliższych tygodniach – sama skuteczność Lewandowskiego nie wystarczy, jeśli nie przełoży się na ruch całej linii ofensywnej.

Dziennikarz wskazuje jeszcze dwa elementy układanki. Pierwszy – letnie transfery, które według niego muszą lepiej zgrać się z zespołem: nowi zawodnicy mieli wzmocnić kadrę, ale na boisku efekt wciąż nie jest pełny. Drugi – dyscyplina. Chicago powinno unikać czerwonych kartek, które w ostatnim czasie utrudniały drużynie grę i zostawiały zespół w przewadze liczebnej rywala w kluczowych momentach meczów.

Chatz wspomina też o Andre Franco, pomocniku Chicago Fire – jego ewentualny powrót do składu mógłby odmienić ofensywę. Zdaniem dziennikarza Franco potrafi podaniami otwierać drogę do bramki, a właśnie tego brakuje teraz w ataku zespołu. Sztab trenerski musi złożyć te elementy w jedną całość, zanim zacznie się play-off, gdzie na błędy nie będzie już czasu.

Dwudziesta minuta czwartkowego meczu w Białymstoku. Finndell podaje piłkę prosto pod nogi Cvetkovicia, a napastnik Anderlechtu nie zastanawia się długo — 0:1. Po tym trafieniu spotkanie Jagiellonii z belgijskim klubem w Lidze Europy nabrało już zupełnie innego charakteru. Białostoczanie ostatecznie przegrali u siebie 0:3, a zespół Adriana Siemieńca doczekał się chłodnego przyjęcia za Odrą — i jeszcze chłodniejszego w Belgii.

„Jeśli po remisie Lecha Poznań z Sunderlandem (1:1) polscy kibice uwierzyli, że nasze drużyny w Lidze Europy najgorsze mają już za sobą, szybko zostali sprowadzeni na ziemię. Jagiellonia Białystok otrzymała kolejną dotkliwą lekcję futbolu na wyższym, europejskim poziomie” — napisał Konrad Ferszter z Sport.pl. Dzień wcześniej Lech zremisował z Sunderlandem 1:1, co w Polsce wywołało ostrożny optymizm. Jagiellonia szybko go stłumiła.

Belgowie: pierwsze przekonujące zwycięstwo sezonu

Dla Anderlechtu to zwycięstwo w Białymstoku znaczyło więcej niż tylko trzy punkty w tabeli. Portal „Sporza” napisał, że to pierwsze przekonujące zwycięstwo klubu w europejskich pucharach w tym sezonie, dodając, że „atmosfera kryzysu (tymczasowo) opadła w Anderlechcie”. Jak podaje ten sam serwis, gości było widać od pierwszych minut — „rozpoczęli mecz z dużym animuszem, wysoko pressowali i szybko przejęli pełną kontrolę nad meczem”.

Jagiellonia, zajmująca obecnie 13. miejsce w polskiej lidze, nie znalazła na to odpowiedzi. „Sporza” nie oszczędzała gospodarzy, pisząc, że „momentami zupełnie nie radziła sobie na własnym stadionie”. Po golu na 0:1 tempo spotkania spadło, ale władza na boisku nie zmieniła właściciela — belgijski Bruzz.be ocenił, że „do gry wróciło nieco spokoju, ale cały czas kontrolowali grę przeciwko słabej Jagiellonii”.

Druga połowa dała gospodarzom cień nadziei, choć wyłącznie na papierze. Bruzz.be zauważył, że Anderlecht „rozpoczął drugą połowę dość ostrożnie”, a „gospodarze mieli więcej posiadania piłki, ale nie stanowili realnego zagrożenia”. Piłka krążyła więc po polu Jagiellonii — tyle że bez żadnych konsekwencji dla obrony gości.

„Nie ma czego szukać w europejskich pucharach”

Najdosadniej sprawę ujął dziennik „Het Laatste Nieuws”. Belgijska gazeta napisała, że Anderlecht „dominował w Polsce, mierząc się z drużyną, która — mówiąc całkiem szczerze — nie ma czego szukać w europejskich pucharach”. Trudno znaleźć w tej fali komentarzy ocenę ostrzejszą od tej.

„Drużynę, która — zależnie od źródła — balansuje na granicy kryzysu lub już się w nim znajduje, powinno się od pierwszego gwizdka ostro naciskać” — napisał „Het Laatste Nieuws”, opisując sytuację Jagiellonii.

Gazeta zwróciła też uwagę na to, jak białostoczanie odpowiedzieli na presję rywala. „Tymczasem, nic takiego się nie wydarzyło. Polacy cofali się, oddając piłkę Anderlechtowi” — czytamy w „Het Laatste Nieuws”. Dla zespołu Adriana Siemieńca to kolejny trudny wieczór w europejskich rozgrywkach — w Belgii odczytany jako potwierdzenie, że Jagiellonia wciąż szuka w tym sezonie swojego miejsca na europejskiej scenie.

Zanim piłka zdążyła opaść po ostatnim secie, trybuny w Wuhan już skandowały jej przydomek. „Moon Sister” – tak nazwali Maję Chwalińską chińscy fani. Kilka dni później do tego określenia odwołał się jeden z najbardziej wpływowych amerykańskich dziennikarzy tenisowych. Polka wygrała turniej WTA 1000 w Wuhan – to pierwszy taki tytuł w jej karierze, osiągnięty w roku, w którym nieoczekiwanie dotarła też do finału Roland Garros.

Steve Tignor, znany w świecie tenisa komentator i analityk, poświęcił Chwalińskiej obszerny tekst na portalu „First Ball In”. Sam tytuł tego materiału – „Wschodząca Siostra Księżyca” – już zdradza ton całej publikacji. Tignor nie kryje zachwytu nad niecodziennym stylem gry Polki i zauważa, że aż do Roland Garros to właśnie ta niekonwencjonalność była głównym źródłem jej własnych wątpliwości co do szans na sukces na najwyższym poziomie.

Rakieta z ręki do ręki i „piłka księżycowa”

Amerykanin opisał Chwalińską jako zawodniczkę, która sprytem rekompensuje niezbyt imponujące warunki fizyczne. Jego zdaniem Polka „nadaje nowe znaczenie powiedzeniu: 'potrzeba matką wynalazków’ na korcie tenisowym”. Dominującą ręką Polki jest lewa – ale uwagę dziennikarza przykuło to, co robi z nią w sytuacjach ekstremalnych. „Kiedy jest szeroko rozciągnięta w stronę bekhendu, przerzuca rakietę z dominującej lewej ręki na prawą i wykonuje lob” – opisał Tignor.

Jest też drugie jej znamienne zagranie: tak zwana „piłka księżycowa”, czyli w tenisowym slangu wysokie uderzenie z dużą rotacją, posyłane głęboko pod koniec kortu. Gdy rywalka dogania Chwalińską w wymianie, ta – jak pisze Tignor – „rzuca staromodną, bezkompromisową piłkę księżycową, aby dać sobie czas na regenerację”. I właśnie od tego zagrania, w połączeniu z przydomkiem nadanym przez kibiców w Wuhan, powstał tytuł jego tekstu.

Dziennikarz szybko dodaje jednak zastrzeżenie: sprowadzanie gry Polki tylko do defensywnych lobów byłoby nieuczciwe. „Jest kimś więcej niż tylko moonballerką” – pisze, uzupełniając, że „jest równie kreatywna i zadziorna zarówno w ataku, jak i w obronie”. Za przykład stawia bogactwo jej bekhendu: „W każdej wymianie może pokazać przeciwniczce cztery rodzaje backhandów: drop shota, slice’a oburącz, drive’a oburącz i wysokiego topspina krzyżowego”.

Forhend Polki Tignor porównał do zagrań Angelique Kerber, również leworęcznej zawodniczki, zauważając, że Chwalińska „z forhendu, podobnie jak jej koleżanka leworęczna Angelique Kerber, lubi używać wysokiego, odbitego crossa, aby zaskoczyć piłką wzdłuż linii na otwartym korcie”. Docenił także jej serwis, pisząc, że Polka „jak każda dobra leworęczna, jest mistrzynią w szerokim zamachu serwisowym na akord, a następnie forhendem wzdłuż linii”.

Tekst nie ograniczył się do rozbioru technicznego. Tignor przypomina, że sukces w Paryżu przyniósł Chwalińskiej sławę, a wraz z nią – liczne grono hejterów. „Nie była gotowa na całą tę krytykę i internetowe trolle” – pisze, odnosząc się do problemów ze zdrowiem psychicznym, z którymi Polka zmagała się w przeszłości. I właśnie przez te okoliczności, jak podsumowuje dziennikarz, jej zwycięstwo w Wuhan „będzie jeszcze słodsze”.

Stan 40-0 w czwartym gemie drugiego seta sugerował, że Magda Linette ma sytuację pod kontrolą. Wystarczyła jednak chwila – pięć straconych punktów z rzędu, utracone podanie i tablica pokazująca już 0:4 nie na jej korzyść. Właśnie ten fragment najlepiej oddaje przebieg drugiego seta meczu Polki z Kateriną Siniakovą na turnieju WTA 250 w Osace.

Dzień wcześniej, w pierwszej rundzie, 34-letnia Linette miała powody do radości. Notowana na 77. miejscu rankingu WTA Polka ograła Amerykankę Claire Liu (95. WTA) w dwóch setach, 6:4, 6:3. Tym samym zakończyła passę sześciu porażek z rzędu, która ciążyła jej przed startem w Osace.

Na drugą rundę czekała już Katerina Siniakova. W singlu Czeszka zajmuje dopiero 86. miejsce, co jednak niewiele mówi o jej realnej sile – w deblu to ona jest liderką światowego rankingu.

Przełamania na przełamania

Pierwszy set trzymał w napięciu dłużej, niż wskazywałby na to końcowy wynik. Linette obroniła break pointy już w pierwszym gemie, lecz Siniakova przy kolejnej okazji wreszcie przełamała i wyszła na prowadzenie 2:1. Przewaga nie potrwała długo – Czeszka natychmiast zgubiła własne podanie, i było 2:2. O losie seta zdecydował siódmy gem: Siniakova przełamała serwis Polki już przy pierwszej piłce. Set padł 6:4 dla rywalki.

Druga partia zaczęła się dla Linette od problemów, których nie udało się odwrócić. Nie obroniła żadnego z dwóch break pointów i w mgnieniu oka przegrywała 0:3. Po nieudanym czwartym gemie – tym samym, w którym zmarnowała prowadzenie 40-0 – strata wzrosła do 0:4. Przełamanie przyszło jeszcze raz, Polka serwowała już tylko po to, by przetrwać w meczu. A jednak coś w niej się obudziło: w kolejnym gemie znów prowadziła 40-0, ale tym razem dokończyła go bez straty punktu. Obrazu rywalizacji to już nie zmieniło. Siniakova zamknęła drugiego seta 6:1, a cały mecz wynikiem 6:4, 6:1.

Osaka zostanie w pamięci Linette jako turniej dwóch twarzy – z jednej strony przerwana wreszcie seria porażek, z drugiej kolejna lekcja od zawodniczki, która groźna bywa nie tylko w deblu.

6 czerwca miał być dniem powrotu Jakuba Wikłacza do klatki. Plany legły w gruzach – podczas treningu zapaśniczego zawodnik z Poznania uszkodził żebro i staw obojczykowo-mostkowy, co zmusiło go do rezygnacji z zaplanowanego starcia.

Wikłacz, zawodnik UFC, zgłosił organizacji gotowość do rywalizacji i czeka teraz na konkretną propozycję. Problem w tym, że nowego terminu wciąż nie ma.

„Nie mam jeszcze terminu walki, ale trenuję tak, jakbym miał wskoczyć za miesiąc, czy nawet za krótki czas jestem gotowy”.

Brak daty nie oznacza jednak przestoju – Polak przygotowuje się z rozmysłem. Obciążenia rozkłada tak, by nie wypalić się przed nieznanym jeszcze dniem walki.

„Staram się robić trochę na zmianę, raz cięższy tydzień, raz lżejszy, bo nie wiem, kiedy mamy walkę, więc nie chcę się zajechać”.

Dłuższa baza bez strat

Obecny etap przygotowań – praca motoryczna – daje Wikłaczowi pewien komfort czasowy, jak sam przyznaje. Wydłużenie tej fazy, jego zdaniem, nie powinno zaszkodzić formie, z jaką wejdzie do klatki.

„Jestem w momencie przygotowań motorycznych, w którym mogę wydłużyć ten okres i to nie będzie negatywnie na mnie wpływać, więc fajnie”.

Teraz pozostaje czekać na telefon z UFC. A gdy ten zadzwoni, odpowiedź – jak zapewnia Wikłacz – przyjdzie bez wahania.

19 września w Los Angeles Iwo Baraniewski starł się z Alonzo Menifieldem. Przegrał na punkty, a werdykt sędziowski nie był jednogłośny. Ta porażka go jednak nie złamała – Polak nie zwalnia tempa w rozmowach o swoich ambicjach i wprost deklaruje, że celem jest zdobycie pasa mistrzowskiego UFC.

W programie „W cieniu sportu” zapytano go, ile czasu może zająć dojście do walki o tytuł. Odpowiedział bez owijania w bawełnę.

Myślę, że dwa, trzy lata. Chciałbym, jakby wszystko fajnie szło.

Sam zresztą dodał, że to raczej optymistyczna prognoza niż gwarancja. Reszta zależy od tego, z kim przyjdzie mu się zmierzyć na kolejnych etapach kariery.

Jakbym teraz dostał kogoś okołorankingowego, później dostał kogoś z piętnastki, później z dziesiątki, z piątki, ale też może być tak, że nie dostanę kogoś bliskorankingowego, tylko kogoś poza rankingiem, albo będę musiał wygrać parę walk, żeby dojść do rankingu… Wydaje mi się, że to wszystko zależy od stylu, jak będzie wyglądała walka, na tle jakiego rywala jak wygram, a mam nadzieję, że wygram, to wszystko jest zależne od czegoś.

Powrót do rankingu jako pierwszy krok

Wcześniej Baraniewski figurował w pierwszej piętnastce rankingu Meta organizacji UFC. Ostatnie wyniki sprawiły, że wypadł z niego zupełnie. Powrót na listę rankingową traktuje teraz jako obowiązkowy etap na drodze do walki o pas.

Na razie jednak Polak nie walczy. Do klatki – jak sam zapowiada – chciałby wrócić w okolicach lutego 2027 roku. Taki odstęp da mu czas na rozplanowanie kolejnych starć tak, by krok po kroku wspinać się w stronę rankingowej piętnastki, dziesiątki i piątki. A stamtąd, jak sam podkreśla, wszystko zależy już od wyniku i stylu kolejnych walk.

Instalacja aplikacji
Pobierz