⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

11 kwietnia w Szczecinie, na gali Oktagon MMA, Michał Materla wszedł do klatki na pięściarski pojedynek w małych rękawicach przeciwko Christianowi Jungwirthowi. Wygrał. Potem zapadła długa cisza – miesiącami nie było wiadomo, co dalej z karierą byłego mistrza KSW. Teraz sam zawodnik ujawnia, że do kolejnej walki może być bliżej, niż się wydawało.

W rozmowie dla Kanału Sportowego Materla usłyszał pytanie bez owijania w bawełnę – co dalej ze startami. I odpowiedział równie konkretnie. „Nie wiem, czy mogę powiedzieć, ale faktycznie coś się szykuje. W tym roku jeszcze” – przyznał. Czyli powrót do rywalizacji ma nastąpić w 2026 roku, choć na razie zawodnik nie zdradził ani przeciwnika, ani formuły pojedynku.

Zainteresowanie jego osobą nie słabnie – tak przynajmniej twierdzi sam Materla. „Różne organizacje się odzywają” – powiedział wprost, dając do zrozumienia, że wybór kolejnego kroku wcale nie będzie oczywisty.

Gotowy na każdą formułę, ale nie w butach

Były czempion KSW nie ogranicza się do jednej dyscypliny. Zapewnił, że przyjmie dowolny termin i walkę w każdej formule, z jednym wyjątkiem – nie chce walczyć w butach. Taka deklaracja otwiera drzwi i do MMA, i do boksu, i do formatów freak fightowych. Powrót do klatki MMA jednak na razie nie wchodzi w grę – ze względów zdrowotnych.

Droga, która doprowadziła go do tego punktu, była nietypowa. Po rozstaniu z KSW – organizacją, w której zdobył mistrzowski pas – zawodnik stanął do pięściarskiego pojedynku pod szyldem Fame. Potem związał się z Oktagonem, w barwach którego zmierzył się z Jungwirthem w Szczecinie.

Lata na macie i w klatce dają się policzyć, ale o sportowej emeryturze Materla nie mówi w kategoriach ostatecznych. „Z tym kończeniem, to wiesz jak to u mnie bywa, że ciężko podjąć taką decyzję” – wyznał. Formę wciąż utrzymuje, trenując z młodszymi zawodnikami w klubach Berserkers Team w BT Gymie oraz w Skorpionie.

Na konkretne ogłoszenie przeciwnika i daty kibice muszą jeszcze poczekać. Materla zdradził tylko, że „coś się szykuje”. A skoro, jak sam mówi, zabiega o niego kilka organizacji, łatwego wyboru raczej nie będzie.

Jeszcze w minionym sezonie Mikkel Bech-Laursen jeździł po torze w Częstochowie, próbując pomóc Betard Sparcie Wrocław łatać dziurę po falach kontuzji w składzie. Zdobył tam jeden punkt. Kilka miesięcy później 32-letni Duńczyk ma już nowy adres zawodowy – podpisał kontrakt z Rospiggarną Hallstavik, występującą w szwedzkiej Bauhaus-Ligan.

A ta historia zaczęła się dużo wcześniej niż wrocławski epizod. Bech-Laursen przez sześć lat był poza żużlowym torem, na sportowej emeryturze. Decyzję o powrocie podjął z myślą o sezonie 2026. Zanim trafił do PGE Ekstraligi, ścigał się w barwach duńskiego Slangerup – to był pierwszy krok w drodze z powrotem do rywalizacji.

Sparta, wicemistrz Polski, dała mu szansę w trudnym momencie dla klubu. Prawdziwie udany powrót Bech-Laursen zaliczył jednak nie we Wrocławiu, a w Szwecji – w trakcie sezonu zasilił szeregi Valsarny Hagfors, zespołu rywalizującego na zapleczu elity, w lidze Allsvenskan. Tam pokazał, że sześć lat przerwy nie zabrało mu klasy: w ośmiu spotkaniach wykręcił średnią 2,375 punktu na bieg. W klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników całej ligi ustąpił miejsca tylko Kimowi Nilssonowi i Timo Lahtiemu.

Nowy projekt w Hallstavik

Te liczby nie umknęły uwadze Rospiggarny, klubu, który buduje teraz kadrę z myślą o sezonie 2027. Drugim elementem układanki jest Marcus Jansson, zakontraktowany jako nowy pierwszy trener zespołu – to właśnie on, razem z profilem toru w Hallstavik, przekonał Duńczyka do podpisu.

„Bardzo się cieszę z porozumienia z Rospiggarną. Tutejszy tor niezwykle mi pasuje, a praca, jaką klub wkłada w swój rozwój, w połączeniu z zakontraktowaniem Marcusa Janssona jako nowego pierwszego trenera, sprawiła, że był to naturalny krok. Chcemy kontynuować to, co udało nam się wypracować w Valsarnie” – powiedział Bech-Laursen.

Dla zawodnika, który jeszcze rok temu wracał na tor po sześcioletniej przerwie, to kolejny etap drogi – zaczętej od ratowania Sparty w kryzysowym momencie, a teraz prowadzącej do projektu budowanego pod przyszłość szwedzkiego klubu.

Druga minuta, a Lech już traci gola. Timur Tuterov wykorzystuje chwilę nieuwagi w obronie i daje Sunderlandowi prowadzenie – angielski klub przyjechał na Bułgarską w dobrych nastrojach, z dwoma zwycięstwami w poprzednich kolejkach. Dla kibiców „Kolejorza” ten scenariusz brzmiał boleśnie znajomo: w dwóch wcześniejszych meczach tegorocznej Ligi Europy Lech przegrywał 0:4.

Tym razem jednak coś się zmieniło. Strata gola nie złamała zespołu trenera Frederiksena – grał dalej, szukał swojego momentu. Przyszedł on w 70. minucie, gdy Leo Bengtsson huknął z dystansu i trafił do siatki Sunderlandu, ustalając wynik na 1:1. Tak poznański mecz zakończył się remisem.

To był pierwszy gol Lecha w tej edycji europejskich pucharów, a od razu i pierwszy zdobyty punkt. Swoją cegiełkę dołożył również bramkarz Lis, broniąc 10 strzałów rywali.

Eksperci komentują przełom

Na uderzenie Bengtssona zwrócił uwagę Jakub Kłyszejko z TVP Sport. „W końcu! Lech ma pierwszego gola w Lidze Europy. Kapitalne uderzenie Leo Bengtssona. #LPOSUN” – napisał na platformie X.

„W końcu mamy emocje w Europie! Dziś wygląda to lepiej niż w pierwszych dwóch kolejkach. Brawa dla Leo Bengtssona. Bułgarska się ożywiła, lecimy dalej” – pisze Radosław Laudański, autor podcastu „Poznański Express”.

Chłodniejszym okiem spojrzał na spotkanie Mateusz Ligęza z Radia Zet. „Sunderland ukarany za minimalizm. Lech wreszcie udowodnił sobie, że przy odrobinie szczęścia i pokazaniu pazura – można coś ugrać w Lidze Europy, a nie tylko zbierać lanie od takich rywali. Druga część terminarza w teorii łatwiejsza, trzeba dołożyć regularność z punktami. #LPOSUN” – napisał.

Emocji nie krył też Łukasz Ciona, kwitując spotkanie krótko: „Brawo Lech!!! WRESZCIE”.

Dawid Dobrasz z portalu Meczyki zebrał wszystko, co działo się tego wieczoru, w jednym podsumowaniu: „Był pierwszy gol po 250 minutach, były emocje, była walka, były sytuacje na wygraną, jest pierwszy punkt. Wreszcie. Od czegoś w tej Europie trzeba zacząć i jest to jakaś pozytywna historia. Bardzo dobry mecz do oglądania. PS. Lis obronił 10 strzałów”.

Pod koniec sierpnia Teofimo Lopez opuścił ring z pasem World Boxing Association w wadze półśredniej – pokonał wtedy Rolando Romero niejednogłośną decyzją sędziowską dwa do remisu. Kilka tygodni później wyszło na jaw, że tytuł nie daje mu takiej swobody, na jaką liczył.

Lopez poprosił WBA o zgodę na samodzielny wybór kolejnego rywala. Na horyzoncie majaczyła walka unifikacyjna z Ryanem Garcią, planowana na pierwszy kwartał przyszłego roku. Kłopot w tym, że federacja ma już swojego obowiązkowego pretendenta. Nazywa się Jack Catterall.

Ten Brytyjczyk, legitymujący się bilansem 33 wygranych i 2 porażek, w tym 14 nokautów, nie zamierza oddawać swojego miejsca w kolejce. Lopez, mający na koncie 23 zwycięstwa, 2 porażki i 13 nokautów, stoi więc przed wyborem: zmierzyć się z obowiązkowym challengerem albo szukać okrężnej drogi do unifikacji.

„Koniec dyskusji na ten temat”

Catterall nie zostawił sobie – ani nikomu innemu – przestrzeni do negocjacji. W rozmowie przytoczonej przez serwis bokser.org powiedział bez ogródek, że żadna kwota nie zmieni jego stanowiska.

„Nie ma takiej kwoty ani pieniędzy, za które byłbym gotów ustąpić. Nie, po prostu nie, koniec dyskusji na ten temat. Chcę tego, na co sobie zasłużyłem i na co się umówiliśmy. Chcę zostać mistrzem świata i nie przyjmę żadnej pieprzonej oferty, żeby zejść komuś z drogi.”

Te słowa stawiają WBA i obóz Lopeza w niewygodnym miejscu. Jeśli federacja trzyma się własnych zasad w sprawie obowiązkowej obrony tytułu, plany unifikacyjnego pojedynku z Ryanem Garcią w pierwszym kwartale przyszłego roku mogą się rozsypać, zanim ktokolwiek zdąży je formalnie ogłosić.

Ryan Garcia nie owijał w bawełnę. Na swoich kontach w mediach społecznościowych napisał krótko: jego kolejnym rywalem będzie Floyd Mayweather Jr. Wiadomość rozeszła się w sieci błyskawicznie – nazwisko Mayweathera w boksie wciąż otwiera drzwi, więc nikt nie zbył tej zapowiedzi jako plotki bez pokrycia.

Sam Garcia przyznał, że na początku też nie wierzył w to, co słyszy. „Początkowo ja również myślałem, że to zwykłe pierdzielenie, ale to prawda. Floyd i ja zgodziliśmy się na walkę. Facet z rekordem 50-0 kontra panujący mistrz. Walka odbędzie się o pas WBC wagi półśredniej” — napisał.

Floyd i ja zgodziliśmy się na walkę. Facet z rekordem 50-0 kontra panujący mistrz

Stawka ma być konkretna — pas WBC wagi półśredniej, który obecnie należy do Garcii. Mówimy więc nie o kolejnej walce pokazowej, a o starciu o realne mistrzostwo świata.

Dwa rekordy, dwie historie

Garcia na zawodowym ringu notuje bilans 26 wygranych, 2 porażek i 21 zwycięstw przed czasem. Formę ma wysoką: kilka tygodni przed tą zapowiedzią pokonał Conora Benna przez TKO już w drugiej rundzie.

Mayweather wchodzi do tej historii z rekordem 50-0, w tym 27 zwycięstw przed czasem. Ostatni oficjalny zawodowy pojedynek stoczył w sierpniu 2017 roku, gdy zatrzymał Conora McGregora w dziesiątej rundzie. Od tamtej pory Amerykanin boksuje głównie na pokazowych i komercyjnych galach i do oficjalnej rywalizacji o pasy nie wraca.

Takie zapowiedzi już widzieliśmy. W maju ogłoszono, że Mayweather wróci na wrześniową walkę z Mannym Pacquiao — do pojedynku jednak nie doszło. Środowisko bokserskie ma więc powody do ostrożności, zanim uwierzy, że starcie z Garcią faktycznie trafi na ring.

5 grudnia Michał Cieślak wejdzie do ringu, by stanąć twarzą w twarz z Davidem Benavidezem. Na szali będą trzy pasy mistrzowskie wagi junior ciężkiej naraz: WBA, WBO i WBC. Potwierdzenie przyszło od platformy streamingowej DAZN, co ucięło tygodnie spekulacji.

Wcześniej w mediach krążyła inna wersja – mówiono o 12 grudnia i o Stanach Zjednoczonych jako miejscu starcia. Jak się okazuje, termin przesunięto na wcześniejszy, a lokalizacja wciąż czeka na ostateczne potwierdzenie.

Dla Cieślaka to okazja, na którą czekał ponad rok. Pas WBC Interim zdobył w czerwcu ubiegłego roku podczas gali w Kanadzie, pokonując Jeana Pascala przez techniczny nokaut w 4. rundzie. Od tej walki Polak nie wyszedł na ring ani razu – czekał, aż sytuacja w wadze junior ciężkiej się wyjaśni. We wrześniu tego roku WBC przyznała mu pełnoprawny tytuł mistrza świata. Teraz Radomianin postawi ten pas, razem z dwoma pozostałymi, na jednej karcie.

Bilans 28-2, z 21 zwycięstwami przez nokaut – to dorobek Cieślaka przed starciem z rywalem, którego statystyki mówią same za siebie. Benavidez notuje 32-0, w tym 26 nokautów, a Amerykanin wciąż nie znalazł pierwszej porażki na swoim koncie. „The Ring” umieszcza go na 5. miejscu rankingu pound-for-pound, bez podziału na kategorie wagowe. Zdobywał już tytuły w superśredniej i półciężkiej, a dziś trzyma pasy WBA i WBO w junior ciężkiej – te same, o które powalczy z Polakiem.

Polska historia w tej kategorii wagowej

Junior ciężka ma w polskim boksie swoją tradycję. W latach 2023-2024 pas WBC w kategorii bridger należał do Łukasza Różańskiego, ostatniego polskiego czempiona przed Cieślakiem. Wcześniej, w latach 2010-2014, ten sam pas WBC w junior ciężkiej dzierżył Krzysztof Włodarczyk, znany w środowisku jako „Diablo”.

Skala wyzwania nie umknęła komentatorom. Cezary Kolasa z „Przeglądu Sportowego” napisał na platformie X: „Jeśli Michał wygra, będzie to bez wątpienia największe zwycięstwo w historii polskiego boksu zawodowego”.

Jeśli Michał wygra, będzie to bez wątpienia największe zwycięstwo w historii polskiego boksu zawodowego.

5 grudnia pokaże wszystko. Albo Radom dopisze nowy rozdział do historii polskiego sportu, albo Benavidez obroni niepokonany rekord i jeszcze mocniej umocni się w gronie najlepszych pięściarzy świata.

Dziewięć dni wcześniej Naoya Inoue ogłosił, że przechodzi do wagi piórkowej. „Przechodzę do wagi piórkowej, zamiast czekać w nieskończoność na 'Bam’ Rodrigueza. Wolę to niż bezczynnie czekać na jego ruch” – stwierdził wtedy Japończyk. Dopiero teraz Rafael Espinoza otworzył usta, a odpowiedź nadeszła z Meksyku.

Niepokonany mistrz świata WBO w wadze piórkowej zadeklarował gotowość zmierzenia się z Inoue właśnie w tej kategorii. I to nie jest wyzwanie rzucone w próżnię. Obaj boksują bez porażki na koncie, obaj kończą walki przed czasem częściej niż nie.

Espinoza ma na koncie 28 wygranych i żadnej przegranej, w tym 24 nokauty. Inoue może pochwalić się bilansem 33-0, z 27 zwycięstwami przez nokaut. Te liczby mówią same za siebie: to zderzenie dwóch maszyn do kończenia walk, a nie taktyków czekających na werdykt sędziów.

„A Meksykanin z otwartymi ramionami sprawdzi 'Potwora’ w wyższym limicie” – takim żartobliwym, choć wyzywającym tonem Espinoza odniósł się do przezwiska Inoue. Japończyk od lat nosi przydomek „Potwór”, a teraz, wchodząc w górę wagowo, trafia prosto na terytorium, które Espinoza uważa za swoje.

„Miałbym spore szanse na zwycięstwo”

Meksykanin nie ograniczył się do przekory, poszedł dalej. „Wierzę, że mam odpowiednią determinację, dysponuję zasięgiem, warunkami fizycznymi i siłą, aby z nim rywalizować. Nie twierdzę, że na pewno bym go znokautował, ale miałbym spore szanse na zwycięstwo” – powiedział Espinoza.

Wierzę, że mam odpowiednią determinację, dysponuję zasięgiem, warunkami fizycznymi i siłą, aby z nim rywalizować. Nie twierdzę, że na pewno bym go znokautował, ale miałbym spore szanse na zwycięstwo

Zanim jednak dojdzie do jakichkolwiek rozmów o wspólnym ringu, Espinoza musi załatwić bieżącą sprawę. 31 października zmierzy się z Lorenzo Parrą w Rijadzie, na gali Canelo vs Mbilli. To będzie już piąta obrona pasa World Boxing Organization przez Meksykanina. Parra przystąpi do walki z bilansem 24 wygranych, 1 porażki i 1 remisu, z 18 nokautami na koncie.

Dopiero po Rijadzie temat Inoue może nabrać realnych kształtów. Na razie to słowna przepychanka. Ale taka, która ma wszystkie składniki, by zamienić się w jedną z najgłośniejszych walk wagi piórkowej.

Na prezentacji nowej kolekcji Korea Post pojawia się jedno pytanie: komu Faker odda pierwszy znaczek ze swoją twarzą. Odpowiedź pada bez wahania – babci. W takim właśnie nieformalnym tonie koreańska poczta ogłosiła, że przygotowała specjalną serię znaczków poświęconą zawodnikowi T1.

Lee Sang-hyeok, znany całemu światu esportu jako Faker, zostanie pierwszym profesjonalnym zawodnikiem gier uhonorowanym w ten sposób przez koreańską pocztę. Kolekcja wejdzie do sprzedaży 23 października i obejmie dziesięć wzorów znaczków ilustrujących najważniejsze momenty jego kariery – od debiutu w 2013 roku po kolejne triumfy na mistrzostwach świata. Nie zabraknie też bohaterów League of Legends powiązanych z jego osiągnięciami: Ahri, Yone, Sylas i Galio. Wybór tych konkretnych postaci nie jest przypadkowy – w czerwcu o tym, które z nich trafią do kolekcji, zdecydowali sami kibice w głosowaniu.

Ile kosztuje kawałek historii esportu

Korea Post nie ogranicza się do samych znaczków. W sprzedaży pojawią się również albumy kolekcjonerskie i limitowane gadżety, wśród nich metalowe karty. Za najprostszą kartę ze znaczkiem trzeba zapłacić od 3000 wonów, album kolekcjonerski wyceniono na 23 tysiące wonów, a najbardziej ekskluzywny zestaw metalowych kart będzie kosztować 80 tysięcy wonów. Ten ostatni zdobyć będzie wyjątkowo trudno – powstanie go tylko 507 numerowanych egzemplarzy. Standardowe znaczki i albumy można zamówić przez internetowy sklep Korea Post albo kupić w wyznaczonych urzędach pocztowych, część gadżetów natomiast trafi do muzeum filatelistycznego w Seulu oraz do specjalnego sklepu League of Legends w Lotte World Mall.

Skala honoru nie jest przypadkowa – odpowiada skali osiągnięć. Na koncie Fakera jest sześć tytułów mistrza świata, dziesięć mistrzostw LCK i dwa triumfy w MSI, a do tego dwa złote medale igrzysk azjatyckich. W styczniu 2026 roku zawodnik otrzymał Order Zasługi Sportowej klasy Niebieskiego Smoka – najwyższe koreańskie odznaczenie sportowe, które wcześniej nigdy nie trafiło do esportowca. Znaczki Korea Post są więc kolejnym, choć zupełnie innym gestem państwowego uznania dla kariery, która od ponad dekady wyznacza standard w League of Legends.

Niedziela, Austin, wyjazd na Circuit of The Americas – i Andrea Kimi Antonelli może wrócić z toru jako mistrz świata Formuły 1. To osiemnasta runda sezonu 2026, teoretycznie jedna z pięciu, które jeszcze zostały do rozstrzygnięcia tytułu. W praktyce to właśnie ten wyścig może zakończyć sprawę przed czasem.

20-letni kierowca Mercedesa prowadzi w klasyfikacji generalnej z przewagą 102 punktów nad George’em Russellem. Aby ogłosić tytuł już w Teksasie, musi powiększyć tę przewagę nad najgroźniejszymi rywalami do przynajmniej 125 punktów. Warunek jest brutalnie prosty: liczy się tylko zwycięstwo w Grand Prix USA, drugie miejsce niczego nie rozstrzyga.

Bez wygranej cała sprawa matematycznie przesuwa się przynajmniej do Meksyku. Triumf w Austin to dla Antonellego 25 dodatkowych punktów – i tyle wystarczy, żeby trzej rywale, Max Verstappen, Charles Leclerc i Lando Norris, stracili jakiekolwiek matematyczne szanse na tytuł jeszcze przed GP Meksyku.

Dlaczego Russell i Hamilton mogą jeszcze przeszkodzić

Nie wszystko jednak zależy tylko od Antonellego. Jeśli Russell zdobędzie w Austin więcej niż dwa punkty – czyli skończy wyścig w pierwszej ósemce – nawet zwycięstwo Antonellego nie wyeliminuje Brytyjczyka z gry o mistrzostwo. Podobnie Lewis Hamilton z Ferrari: zachowuje matematyczne szanse, jeśli zdobędzie co najmniej 12 punktów, czyli dojedzie w pierwszej czwórce.

Tu warto wrócić do Singapuru. W tamtym wyścigu Hamilton był szósty, Russell dziewiąty. Gdyby obaj powtórzyli te pozycje w Austin, a Antonelli wygrał, Włoch mógłby świętować tytuł mistrza świata już w ten weekend.

Skalę tego, co się rozstrzyga, trudno przecenić. Mistrzostwo zdobyte w Austin uczyniłoby z Antonellego najmłodszego czempiona w historii Formuły 1 – zrzuciłby z tronu Sebastiana Vettela. Niemiec miał 23 lata i 134 dni, gdy triumfował po raz pierwszy w sezonie 2010. Antonelli wyprzedziłby go z dużym marginesem.

Osobna kwestia to tytuł konstruktorów. Nawet jeśli Antonelli przypieczętuje mistrzostwo indywidualne w Austin, Mercedes nie będzie mógł świętować jednocześnie tytułu zespołowego. Przewaga niemieckiej stajni nad Ferrari wynosi obecnie 134 punkty, a McLaren i Red Bull Racing – choć w znacznie trudniejszej sytuacji – formalnie wciąż liczą się w tej walce. Jeśli Mercedes nie odda Ferrari więcej niż pięciu punktów w Austin, zachowa szansę na domknięcie tytułu konstruktorów już w Meksyku. To o tyle istotne, że w ostatnich dwóch wyścigach Ferrari zdołało odrobić część strat.

W piątek, 23 października, o 23:00 czasu polskiego na Circuit of The Americas zapali się zielone światło – kierowcy wyjedą na drugą sesję treningową przed Grand Prix USA, a stawka tego weekendu jest naprawdę wysoka. Andrea Kimi Antonelli może już w Austin przypieczętować pierwszy w karierze tytuł mistrza świata Formuły 1. Do końca sezonu zostało sześć rund. Lider klasyfikacji przyjeżdża do Teksasu z solidną przewagą, choć o niczym to jeszcze nie przesądza.

Antonelli ma na koncie 340 punktów i wyprzedza George’a Russella o 102 oczka. Trzeci w tabeli jest Lewis Hamilton z 229 punktami, a za nim plasują się Max Verstappen, Charles Leclerc i Lando Norris. Przewaga Włocha jest ogromna, ale matematyka wciąż daje szansę pięciu kierowcom z czołówki – do końca sezonu teoretycznie mogą go wyprzedzić.

Do Austin stawka przyjeżdża po emocjonującym weekendzie w Singapurze, rozgrywanym w formacie sprintu na torze Marina Bay. Max Verstappen wygrał tam po raz drugi z rzędu, notując przy tym pierwsze w karierze zwycięstwo na tym ulicznym torze. Wcześniej Holender triumfował w Grand Prix Bahrajnu, które – nietypowo – rozegrano w Malezji. Drugie miejsce w Singapurze zajął Leclerc, podium zamknął Antonelli, który w sprincie był czwarty i łącznie wywiózł z weekendu 20 punktów. Russell musiał zadowolić się dziewiątą pozycją w niedzielnym wyścigu, co dodatkowo powiększyło jego stratę do Antonellego.

Austin wraca do klasycznego formatu

Po sprincie w Singapurze Formuła 1 wraca w Stanach Zjednoczonych do standardowego harmonogramu z trzema pełnymi treningami. Circuit of The Americas mierzy 5,513 kilometra i składa się z 20 zakrętów. Niedzielny wyścig będzie liczył 56 okrążeń. Tor słynie ze stromego podjazdu przed pierwszym zakrętem, którego wierzchołka kierowcy nie widzą z kokpitu, a także z sekwencji zakrętów od trzeciego do szóstego, przypominającej szybkie fragmenty Silverstone i Suzuki.

Drugi trening potrwa 60 minut, a transmisja na kanale Eleven Sports 1 wystartuje o 22:55 czasu polskiego, pięć minut przed wyjazdem bolidów na tor. Sesję można śledzić również w internecie, uruchamiając kanał Eleven Sports 1 w Pilocie WP. Platforma pozwala oglądać transmisję na komputerach, smartfonach, tabletach oraz telewizorach, więc żeby nie przegapić pierwszych sygnałów z Austin, wcale nie trzeba siedzieć przed telewizorem.

Instalacja aplikacji
Pobierz