⚡ Aktualnie:
Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Niespodzianka od O’Sullivana. Zagra w Derby na British Seniors Open Bezkrólewie na tronie WBO wagi średniej: Bentley bez pasa LaCouvée zdradził sekret zwycięskiej serii GKS Katowice. „Nie zdejmuję szczęśliwych skarpet” Fatalne wieści. Energa Trefl stracił kolejnego zawodnika Pimblett chce rewanżu z Gaethje. „W 10 sekund poszedłbym po sprowadzenie” Pierwsza porażka Houston Rockets w sezonie. I ten mecz LeBrona Jamesa Krzysztof Włodarczyk nie bez problemów pokonał Marcina Sianosa na Babilon MMA 61 Prates kontra Morales: walka o tymczasowy pas wagi półśredniej na UFC 336 Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie

Glendale, przedmieścia Phoenix, 5 grudnia. Tego wieczoru Michał Cieślak wejdzie do ringu, by stanąć twarzą w twarz z Davidem Benavidezem w walce o trzy pasy mistrzowskie wagi junior ciężkiej.

Polak broni już jednego z nich – tytułu federacji WBC w tej kategorii. Do Arizony przyjeżdża z bilansem 28 wygranych i 2 porażek, z czego 22 starcia zakończył przed czasem. Po drugiej stronie ringu stanie jednak zawodnik, którego bukmacherzy i eksperci stawiają w roli wyraźnego faworyta. David Benavidez – niepokonany, 32-0, 26 nokautów na koncie, były mistrz świata w wadze super średniej i półciężkiej.

Dla Cieślaka to szansa, na jaką czekał od dawna. „Czekałem na taką szansę przez całe życie” – mówi Polak. I dodaje, że cała ciężka praca na sali treningowej miała dokładnie ten cel: „Właśnie po to tak ciężko trenowałem, żeby sprawdzić się i rywalizować na największej scenie z zawodnikami takimi jak on”.

Co do swoich ambicji w tej walce Cieślak nie pozostawia miejsca na niedopowiedzenia. „Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie jadę tam tylko po to, by się pokazać i trochę zarobić” – podkreśla. A jego deklaracja idzie jeszcze dalej: „Wrócę do Polski z trzema pasami” – zapowiada bokser.

Benavidez gra na własnym terenie

Dla Amerykanina grudniowy wieczór w Glendale to w pewnym sensie powrót do siebie. „Cieszę się, że znów będę walczył w Arizonie” – mówi Benavidez. Rywal Cieślaka obiecuje widowisko na poziomie, do jakiego przyzwyczaił swoich kibiców: „Długo na to czekałem i dam swoim kibicom kolejny świetny występ” – zapowiada.

W Glendale zderzą się więc dwie skrajnie różne narracje: niepokonany, utytułowany Amerykanin kontra polski mistrz federacyjny, który głośno mówi o zdobyciu całej reszty pasów za jednym zamachem.

O bokserską przyszłość Alexa Pereiry zapytano w rozmowie z Fred Talks Fighting. Odpowiedź przyszła bez wahania. „Cóż, przede mną jeszcze siedem walk w ramach kontraktu z UFC. Mam 39 lat, więc jest to raczej niemożliwe” – stwierdził Brazylijczyk.

Bogata kariera w kickboxingu i lata rywalizacji w MMA to jedno, ale wiek i liczba zobowiązań kontraktowych działają u niego jak naturalny hamulec. Pereira ma 39 lat – a jednak wciąż liczy na starty w organizacji, z którą związał się na kolejne siedem pojedynków. Sam zawodnik nie ma wątpliwości: epizod bokserski w jego przypadku jest raczej niemożliwy.

Powrót do klatki na UFC 335

Rękawice bokserskie zostają w szafie – Brazylijczyk szykuje się na kolejne starcie w oktagonie. Do klatki UFC wróci 12 grudnia w Las Vegas, na gali UFC 335. Po drugiej stronie stanie Sergei Pavlovich.

To będzie dla niego drugie starcie w wadze ciężkiej. Pierwsze miało miejsce w czerwcu, na gali zorganizowanej przed Białym Domem, gdzie Pereira przegrał z Cyrilem Gane’em. Walka z Pavlovichem to więc szansa na rewanż z własną porażką, a jednocześnie kolejny test tego, jak Brazylijczyk odnajduje się w nowej dla siebie kategorii wagowej.

21 października zapadła decyzja, która zamyka jeden z najdłuższych rozdziałów w historii gier RPG. Zrobiono to kilkanaście dni przed N7 Day — corocznym świętem fanów serii Mass Effect, które w tym roku zamiast celebracji przynosi im żałobę. Electronic Arts oficjalnie potwierdziło zamknięcie studia BioWare. Nowy Mass Effect, określany jako Mass Effect 5, nie powstanie.

Na tle całej restrukturyzacji EA skala cięć w samym BioWare wygląda niewielka. Dla studia to jednak koniec. Według Bloomberga, cytowanego przez Associated Press, restrukturyzacja w Electronic Arts obejmuje około 400 zwolnień. Z tej liczby mniej więcej 50 osób pracowało w BioWare. EA przyznało przy tym, że nad kolejną częścią Mass Effecta pracował już tylko niewielki zespół, a sama produkcja znajdowała się na wczesnym etapie.

Seria porażek przed zamknięciem

Ostatnie lata BioWare to w zasadzie lista projektów, które nie spełniły oczekiwań EA. Mass Effect: Andromeda nie sprostał oczekiwaniom fanów i krytyków. Anthem, sieciowa gra, która miała być odpowiedzią na trend gier-usług, okazała się kosztownym niepowodzeniem. Nawet Dragon Age: The Veilguard z 2024 roku, mimo nadziei na odbudowę reputacji studia, nie przywrócił BioWare dawnej pozycji.

EA przejęło BioWare w 2007 roku. Marka miała już wtedy na koncie Baldur’s Gate i Knights of the Old Republic — tytuły, które ugruntowały jej reputację twórcy najlepszych fabularnych RPG na rynku. Od tamtej pory studio działało przez 31 lat.

Electronic Arts zapewnia, że środki uwolnione z zamknięcia BioWare nie przepadną, tylko trafią gdzie indziej. Firma zapowiada dalsze inwestycje w Battlefielda, Apex Legends, EA Sports FC i kolejne Star Wars Jedi. Sama marka Mass Effect jednak nie znika całkowicie z portfela wydawcy — EA nadal posiada prawa do serii. Osobnym przedsięwzięciem pozostaje telewizyjna adaptacja Mass Effect przygotowywana dla Amazona, która nie jest objęta decyzją o zamknięciu studia.

Dla fanów, którzy mieli świętować N7 Day, wiadomość o zamknięciu BioWare zamienia doroczny rytuał w pożegnanie ze studiem, które ukształtowało gatunek RPG na konsolach i PC na ponad trzy dekady.

5 listopada w Gorzowie Wielkopolskim zbierze się 14 z 17 powołanych koszykarek. Dwa dni później kadra wyruszy w podróż, od której zależy, czy Polska wróci na EuroBasket po dwunastu latach nieobecności. Pierwszy przystanek – Ryga. Tam 11 listopada Polki zagrają z Izraelem.

Droga do tego momentu zaczęła się od czystego kompletu – w pierwszej fazie eliminacji reprezentacja Polski wygrała wszystkie sześć meczów. Te wyniki jednak nic już nie znaczą. Przepisy każą zaczynać decydującą fazę od zera, z czystym kontem, tak jak wszystkie rywalki.

A rywalki w tej grupie nie są z łatwych. W kluczowej fazie kwalifikacji do EuroBasketu 2027 Polki zmierzą się z Izraelem, Czarnogórą i Turcją. Terminarz pierwszego okienka ułożono tak, że Biało-Czerwone czekają dwa wyjazdy i tylko jeden mecz we własnej hali. Najpierw Ryga i Izrael, potem przelot do Bar na mecz z Czarnogórą 14 listopada w Sports Hall Topolica, a na koniec powrót do Polski na spotkanie z Turcją.

Ten ostatni mecz odbędzie się 17 listopada w Gorzowie Wielkopolskim, w Arenie Gorzów. To miasto nieprzypadkowo zamyka okienko – przecież właśnie tam zbiera się większość kadry już dwa tygodnie wcześniej.

Kto poniesie tę misję

Za całym projektem stoi trener Karol Kowalewski, który dostał od losu ogromną szansę na przerwanie dwunastoletniej posuchy. Do kadry na eliminacje wybrał 17 zawodniczek. Na liście znalazły się: Liliana Banaszak, Kamila Borkowska, Weronika Gajda, Klaudia Gertchen, Zuzanna Kulińska, Anna Makurat, Stephanie Mavunga, Aleksandra Mielnicka, Julia Niemojewska, Anna Pawłowska, Malina Piasecka, Amalia Rembiszewska, Natalia Rutkowska, Magdalena Szymkiewicz, Weronika Telenga, Klaudia Wnorowska i Aleksandra Wojtala.

Zabrakło jednak kilku nazwisk, które jeszcze niedawno wydawały się pewnikiem. Wśród powołanych nie ma młodych zawodniczek, na które selekcjoner stawiał w ostatnich miesiącach. Nieobecne są Helena Danielewicz i Karolina Ułan – obie latem zdecydowały się kontynuować kariery w lidze NCAA, co w praktyce wyklucza je z bieżącego zgrupowania.

Kowalewski musi więc ułożyć zespół bez części perspektywicznych nazwisk, mając za sobą tylko serię zwycięstw, które formalnie nie liczą się już do niczego. Trzy mecze w jedenaście dni. Trzy różne hale, trzy kraje. I dwanaście lat czekania, które mogą się właśnie skończyć – albo wydłużyć jeszcze bardziej.

Otwarcie turnieju głównego miało wyglądać spokojnie – mecz z Mają Chwalińską. Triumfatorka imprezy WTA 1000 w Wuhanie wycofała się jednak z gry. Katarzyna Kawa dostała szansę, której nikt się nie spodziewał, i wykorzystała ją do ostatniego gema. Dziś 33-letnia zawodniczka z Krynicy-Zdroju stoi przed ćwierćfinałem WTA 500 w Ningbo przeciwko liderce światowego rankingu, Kazaszce Jelenie Rybakinie.

Droga Kawy do tego starcia była daleka od prostej. W pierwszej rundzie Polka przegrała pierwszego seta z Ukrainką Darią Snihur 1:6, po czym odwróciła losy meczu i wygrała. W drugiej rundzie przyszła sensacja – rozstawiona z numerem 5. Belinda Bencic przegrała 7:5, 6:2. Sama Kawa nie kryła emocji po tamtym meczu. „To moje największe zwycięstwo w całej karierze”, powiedziała.

Dziś, zajmując 128. miejsce w rankingu WTA, Polka ma okazję pójść jeszcze dalej.

Po drugiej stronie siatki czeka rywalka z zupełnie innej półki. Jelena Rybakina to liderka rankingu WTA i zwyciężczyni dwóch turniejów wielkoszlemowych w tym roku – Australian Open i US Open. Turniej w Ningbo rozgrywany jest na kortach twardych – a to właśnie nawierzchnia, na której serwis Kazaszki tradycyjnie robi największą różnicę.

To pierwsza konfrontacja obu tenisistek w karierze – żadnego wcześniejszego meczu, żadnych statystyk head-to-head, do których można się odwołać. Zwyciężczyni tego ćwierćfinału zagra w półfinale z Dianą Sznajder, która wcześniej wyeliminowała Ivę Jovic w trzysetowym boju.

Kawa bez kompleksów

Po eliminacji Bencic trudno już mówić, że Kawa jedzie do Ningbo bez ambicji. Pytanie brzmi, czy forma, która pozwoliła jej odwrócić mecz ze Snihur i zatrzymać piątą rakietkę turnieju, wystarczy na liderkę światowego rankingu. Odpowie na nie kort w Ningbo.

W czwartek w Paryżu na ekranie rozbłysła mapa Francji poprzecinana czerwoną linią – trasa 114. edycji Tour de France. Start wyznaczono na 2 lipca w Edynburgu, finał na Polach Elizejskich zaplanowano na 25 lipca. Kibice jeszcze nie zdążyli policzyć metrów przewyższenia, a w sieci już zawrzało: czy ta trasa nie została ułożona tak, by zatrzymać Tadeja Pogaczara?

Liczby rzeczywiście rzucają się w oczy. Organizatorzy zaplanowali 3479 kilometrów rozłożonych na 21 etapach, z czego aż 71 kilometrów przypada na jazdę indywidualną na czas – najwięcej od 2012 roku. Do tego tylko trzy etapy kończą się metą na szczycie, a z mapy wypadły legendarne podjazdy: Alpe d’Huez, Col du Galibier, Mont Ventoux i Col d’Izoard. Dla czterokrotnego zwycięzcy Tour de France to może oznaczać mniej okazji do klasycznych górskich ataków, które zbudowały jego legendę.

Dyrektor wyścigu Christian Prudhomme nie zostawił na tych spekulacjach suchej nitki. W rozmowie z radiem RMC odrzucił sugestie, że trasa 2027 powstała jako kontra wobec Słoweńca.

„To nie jest strategia anty-Pogacar. Tadej uwielbia wyzwania. Być może to właśnie on wygra oba etapy jazdy na czas”.

Same czasówki też nie są sobie równe. Pierwsza, płaska, będzie mierzyła 38 kilometrów. Druga rozegra się na 16. etapie w okolicach Tuluzy, na dystansie 33 kilometrów, z finiszem po krótkim, ale stromym podjeździe na Cote de Pech David. To szczegół, który teoretycznie może premiować nie tylko czystych specjalistów jazdy na czas, ale i wspinaczy z dobrym przyspieszeniem.

Dla kogo układa się trasę?

Prudhomme podkreślił, że organizatorzy nigdy nie projektują trasy z myślą o jednym nazwisku.

„Kiedy układa się trasę Tour de France, nigdy nie robi się tego dla danego kolarza, ale dla określonego typu zawodnika”.

Dyrektor wyścigu przyznał jednak, że w ostatnich latach organizatorzy częściej wyznaczali finisze korzystne dla specjalistów od klasyków. Wyjaśnił też logikę stojącą za ograniczeniem metra na szczytach i wydłużeniem czasówek.

„Po pierwsze dlatego, że pod względem sportowym jest to ciekawsze, a po drugie, ponieważ takie finisze wiążą się z mniejszym ryzykiem. Jeśli chodzi o jazdę na czas, gdy ci sami zawodnicy zyskują przewagę zarówno w górach, jak i na czasówkach, nie chce się wydłużać dystansu tych drugich, ponieważ prowadziłoby to do tego samego rezultatu”.

Prudhomme wymienił konkretnych beneficjentów takiego układu – Remco Evenepoela i młodego Francuza Paula Seixasa – jako kolarzy, którzy mogą wykorzystać dodatkowe kilometry czasówek do odrobienia strat poniesionych w górach. Evenepoel to nie przypadkowy wybór: Belg jest mistrzem świata i mistrzem olimpijskim w jeździe na czas.

Góry z trasy jednak nie zniknęły. Zostało ich sześć etapów, z łącznym przewyższeniem 53 450 metrów, w tym przejazdy przez Tourmalet i Col du Portet. W klasycznym rozkładzie 114. Tour de France znajdzie się siedem etapów płaskich, sześć pagórkowatych, sześć górskich – z trzema metami na szczycie – oraz dwie czasówki.

Niemiecki Eurosport zwrócił uwagę, że większy dystans jazdy na czas może dać Evenepoelowi i innym specjalistom dodatkową szansę na zbudowanie przewagi nad Pogaczarem. Czy to wystarczy, by przerwać dominację Słoweńca – pokażą dopiero lipcowe tygodnie 2027 roku. Na razie zostają liczby, mapa i słowa dyrektora wyścigu, który uparcie twierdzi, że nikogo nie celuje w konkretne nazwisko.

Czwartkowy bieg na 5000 m, otwierający pierwszy dzień mistrzostw Polski w tomaszowskiej Arenie Lodowej, nie pozostawił nikomu wątpliwości, kto stanie na najwyższym stopniu podium. Władimir Semirunnij był bezkonkurencyjny – drugiego Mateusza Śliwkę wyprzedził o ponad 20 sekund. W dodatku poprawił własny rekord toru, kończąc bieg z czasem 6.09,98.

Był to pierwszy oficjalny start wicemistrza olimpijskiego z ZIO 2026 w nowym, poolimpijskim sezonie. Na Igrzyskach Semirunnij wywalczył srebro na 10 000 m, co dało Polsce drugi medal tamtych zawodów. Złoto na krajowym czempionacie w biegu na 5000 m można więc traktować jako rozgrzewkę przed resztą sezonu – choć rozgrzewkę na bardzo wysokim poziomie.

Sam zawodnik po biegu nie krył, że mimo rekordu toru liczby go do końca nie satysfakcjonują. „Bardziej niż o rekordzie toru myślałem o moim rekordzie Polski z Inzell (6.07,71)” – przyznał. Do tamtego wyniku zabrakło więc ponad dwóch sekund, a powód był konkretny. „Nie zabrakło tak dużo, ale 'siadłem’ na ostatniej rundzie” – wyjaśnił.

23-letni łyżwiarz zaznaczał jednak, że forma na starcie sezonu jest zupełnie inna niż rok wcześniej. „Na początku sezonu czuję się dużo lepiej niż przed rokiem” – przekonywał.

Krótsze płozy i treningi w warunkach wysokogórskich

Za progresem stoi zmiana sprzętu i nietypowe przygotowania. Semirunnij zdradził, że obecnie jeździ na coraz krótszych płozach. Do tego dołożył pracę w warunkach obniżonej zawartości tlenu – sporo czasu spędził w pokojach hipoksyjnych imitujących warunki wysokogórskie. Przygotowania uzupełniły zgrupowania w Font-Romeu i w Livigno.

Cel tych zabiegów był jasny: nie powtórzyć problemów z poprzedniego sezonu. „Robimy to, żebym nie miał już takich problemów, jak w poprzednim sezonie podczas startów na torze w Salt Lake City i żeby być jeszcze lepszym” – mówił Semirunnij.

„W tym sezonie chciałbym stawać na podium Pucharu Świata i zdobyć medale w mistrzostwach Europy i świata” – zadeklarował łyżwiarz.

Teraz czeka go dalsza część mistrzostw Polski. W kolejnych dniach zawodów w Arenie Lodowej Semirunnij pojedzie jeszcze na 1000, 1500 i 10 000 m, a także wystąpi w biegu drużynowym. Po tym, co pokazał na otwarcie, trudno nie widzieć w nim głównego kandydata do kolejnych medali.

Do gali KSW 124, zaplanowanej na 19 grudnia w Gliwicach, zostało kilka tygodni, a kibice wciąż liczyli, że na karcie walk pojawi się nazwisko Mameda Khalidova. Zawodnik sam ucięł te spekulacje krótkim wpisem w mediach społecznościowych. „Niestety nie walczę w grudniu. Trenuję i czekamy co dalej” – napisał wojownik z Olsztyna.

Khalidov przyznał, że od organizacji nie otrzymał żadnej konkretnej propozycji starcia. „Co do mojej walki, nie mam jeszcze konkretnej propozycji od KSW” – zaznaczył. Na jakikolwiek sygnał od promocji czeka już ponad dwa miesiące, jak sam dodał. „Czekam i czekam, a czekam już ponad dwa miesiące, więc taka informacja” – podsumował.

Sprawę postanowił zgłębić dziennikarz Artur Mazur. Zwrócił się o komentarz do jednego z właścicieli KSW, Martina Lewandowskiego – odpowiedzi jednak nie otrzymał. „Poprosiłem o komentarz organizację (a konkretnie Martina Lewandowskiego), ale… komentarza nie będzie” – przekazał Mazur.

Głos trenera

Milczenie organizacji nie umknęło uwadze otoczenia Khalidova. Szymon Bońkowski, jeden z głównych trenerów zawodnika, odniósł się do sprawy na platformie X, a jego słowa zabrzmiały niemal jak ostrzeżenie. „Fizyczna dyspozycja Mameda jest wciąż niesamowita, ale zegar tyka i w tym wieku każde pół roku czekania może mieć znaczenie” – napisał Bońkowski.

W tle całej sprawy toczy się jeszcze jedna roszada wagowa w KSW – Rafał Haratyk przechodzi do kategorii średniej, co może wpłynąć na układ przyszłych pojedynków w dywizji, w której startuje Khalidov. Na razie jasne jest tylko jedno: 19 grudnia w Gliwicach bez niego się nie obejdzie, choć raczej w roli widza niż zawodnika w klatce.

5 grudnia w Glendale w stanie Arizona nad ringiem zapłonie kolosalna stawka. Michał Cieślak skrzyżuje rękawice z Davidem Benavidezem – to właśnie ten pojedynek zwieńczy całą galę. Starcie ogłosiła organizacja PBC.

W polsko-amerykańskiej batalii na szali znajdą się aż trzy pasy mistrzowskie. Polak wystawia tytuł WBC w wadze junior ciężkiej, Benavidez odpowiada trofeami WBA i WBO w tej samej kategorii. Kto wygra, wyjdzie z ringu jako niekwestionowany mistrz świata kategorii cruiser.

37-letni pięściarz z Radomia staje przed największym wyzwaniem w karierze. Rywal nie jest przypadkowy – magazyn „The Ring” umieszcza go na piątym miejscu rankingu najlepszych bokserów bez podziału na kategorie wagowe. Wyżej od „Potwora” są tylko Jesse Rodriguez, Shakur Stevenson, Ołeksandr Usyk oraz Naoya Inoue.

David Benavidez, Amerykanin, nigdy w zawodowej karierze nie przegrał. Z 32 pojedynków aż 26 zakończył przed czasem. Ostatni raz w ringu stanął w maju tego roku – 29-latek znokautował w szóstej rundzie Gilberto Ramireza.

Cieślak buduje swoją pozycję od czerwca ubiegłego roku, kiedy pokonał Jeana Pascala i został tymczasowym mistrzem WBC wagi junior ciężkiej. W tym roku federacja przekształciła go w pełnoprawnego czempiona, bo Noel Mikaelian nie podjął się obrony pasa. WBC od razu zarządziło, że kolejnym rywalem Polaka musi być właśnie Benavidez.

Walka, która wisiała na włosku

Droga do oficjalnego ogłoszenia nie była prosta. Pojawiły się doniesienia, że Anthony Joshua rzekomo miał wycofać się z grudniowego starcia z Tysonem Furym, co groziło zerwaniem pojedynku Cieślak-Benavidez. Jedną z rozważanych opcji zastępstwa dla „AJ” był właśnie Benavidez. Ostatecznie Fury i Joshua doszli do porozumienia, co odblokowało drogę do starcia w Glendale.

Czwarty gem trzeciego seta. Iva Jovic serwuje przy stanie, który jeszcze przed chwilą dawał jej kontrolę nad meczem – i wpada w podwójny błąd serwisowy. Diana Sznajder nie zwleka. Wykorzystuje pierwszą z dwóch szans na przełamanie, zamyka akcję efektownym lobem i wychodzi na prowadzenie 3:1. To właśnie ten moment przesądził o losach jednego z najciekawszych pojedynków turnieju WTA 500 w Ningbo.

Rosjanka, notowana na 13. miejscu w rankingu WTA, pokonała Amerykankę Ivę Jovic, zajmującą 12. pozycję, w trzysetowym boju 6:3, 4:6, 6:1. Starcie trwało ponad dwie godziny, a jego przebieg kilka razy odwracał się o 180 stopni.

Pierwszy set zaczął się od oporu Jovic, która pierwszą piłkę setową odrobiła asem serwisowym. Od stanu 2:3 jednak inicjatywę przejęła Sznajder – wygrała cztery gemy z rzędu i zamknęła partię na swoją korzyść. Statystyki potwierdzały jej przewagę: więcej winnerów (8-5) i mniej niewymuszonych błędów (9-12) niż u rywalki. Komentator Canal+Sport podsumował ten fragment bez ogródek: „Rozkręca się Sznajder. Gra świetnie w obronie oraz ataku. Trudne zadanie dla Jovic. Początek meczu nie wskazywał, że tak może przebiegać ten pierwszy set”.

Drugi set należał już do Amerykanki. O jego losach zdecydował siódmy gem – Sznajder straciła w nim własny serwis do 15 i strat już nie odrobiła. Poziom tenisa był na tyle wysoki, że skomentowano go słowami: „Wyniszczające granie momentami z obu stron. Niesamowite są niektóre wymiany”.

Decydujący set i dramatyczny finał

W trzeciej partii Sznajder błyskawicznie odzyskała inicjatywę po wspomnianym podwójnym błędzie Jovic w czwartym gemie. I nie zwolniła tempa. W szóstym gemie wykorzystała kolejne dwa break pointy, a przy pierwszym z nich uderzyła pięknie z bekhendu wzdłuż linii, budując przewagę 5:1. Mecz zamknęła efektownie – trzecią piłkę meczową wykorzystała serwisem na asa.

Zwycięstwo otwiera Sznajder drogę do półfinału, w którym zmierzy się ze zwyciężczynią ćwierćfinałowego pojedynku Katarzyna Kawa – Jelena Rybakina. Ta para zagra w piątek. Kawa, zajmująca 128. miejsce w rankingu WTA, stanie przed ogromnym wyzwaniem – jej rywalką będzie aktualna liderka światowego rankingu, Kazaszka Jelena Rybakina. Co istotne, będzie to pierwszy bezpośredni mecz między tymi zawodniczkami w historii.

Porażka Jovic odbije się też poza kortem w Ningbo. Amerykanka straciła już szansę na wyprzedzenie Mai Chwalińskiej w rankingu WTA.

Instalacja aplikacji
Pobierz