Dwie bramki i asysta w finale Ligi Mistrzyń przeciwko Olympique Lyon – właśnie ten wieczór, gdy FC Barcelona rozgromiła Francuzki 4:0, wraca teraz jako argument w dyskusji o miejscu Ewy Pajor w nieoficjalnym rankingu przed galą Złotej Piłki. W anonimowym badaniu przeprowadzonym przez „The Athletic” polska napastniczka zajęła piątą pozycję, zdobywając 241 punktów.
Ankietę wypełniło 37 selekcjonerów, dyrektorów sportowych i zawodniczek z całego świata. Punkty przyznawano według skali 15-12-10-8-7-5-4-3-2-1, charakterystycznej dla głosowań menedżerów i dyrektorów czołowych lig. Dla 29-letniej reprezentantki Polski, na co dzień grającej w barwach FC Barcelona, piąte miejsce wśród najlepszych piłkarek globu nie jest dziełem przypadku – sezon zamknęła tytułem królowej strzelczyń Ligi Mistrzyń z dorobkiem 11 bramek.
Jeden z trenerów angielskiej Women’s Super League nie krył uznania dla formy Polki. „Finał Ligi Mistrzyń ostatecznie potwierdził, że jest jedną z najlepszych napastniczek globu, a nie tylko wiecznym talentem. Może nie jest najlepszą zawodniczką na liście, ale w mojej opinii to ona miała najlepszy rok” – ocenił w rozmowie przytoczonej przez „The Athletic”.
Guijarro przed Shaw i Putellas
Na szczycie zestawienia uplasowała się Patri Guijarro, klubowa koleżanka Pajor z Barcelony – zebrała 298 punktów i aż 11 głosów na pierwsze miejsce. 28-letnia Hiszpanka przez lata była, zdaniem ankietowanych, niesłusznie pomijana w podobnych plebiscytach.
Drugie miejsce zajęła jamajska gwiazda Manchesteru City, Khadija Shaw, z 276 punktami. Podium zamknęła Alexia Putellas, dwukrotna zdobywczyni Złotej Piłki, z wynikiem 272 punktów. Tuż przed Pajor, na czwartej pozycji z 246 punktami, uplasowała się haitańska rewelacja Lyonu Melchie Dumornay.
Te same nazwiska usłyszymy niebawem w oficjalnym wydaniu – triumfatorów plebiscytu France Football ogłoszą podczas gali w Londynie w poniedziałek, 26 października.
Trzeci set, Ningbo, kort centralny turnieju WTA rangi 500. Przez długie fragmenty meczu Katarzyna Kawa trzyma w szachu liderkę rankingu, finalnie jednak ulega w trzech setach Jelenie Rybakinie. Przegrywa z pierwszą rakietą świata — a mimo to schodzi z kortu z najlepszym rezultatem w dotychczasowej karierze.
Stawka tego spotkania była wyższa, niż sugerowałby sam wynik. Pokonanie Rybakiny dałoby Kawie awans do czołowej setki światowego rankingu. Do tej granicy nie dotarła, choć zbliżyła się do niej bardziej niż kiedykolwiek.
Po meczu Rybakina nie kryła uznania dla rywalki. „To był trudny mecz, zaczęłam go dobrze, wszystko trafiało w kort, działał serwis. W drugim secie nieco się opuściłam, popełniałam błędy w wyrównanych gemach. Ona grała naprawdę nieźle przez dłuższy czas, dlatego drugi set wszystko zmienił. Cieszę się, że w trzecim secie grałam agresywnie i pokazałam to, co chciałam pokazać” — mówiła Kazaszka.
To był trudny mecz, zaczęłam go dobrze, wszystko trafiało w kort, działał serwis. W drugim secie nieco się opuściłam, popełniałam błędy w wyrównanych gemach. Ona grała naprawdę nieźle przez dłuższy czas, dlatego drugi set wszystko zmienił. Cieszę się, że w trzecim secie grałam agresywnie i pokazałam to, co chciałam pokazać — Jelena Rybakina
Najwyższe miejsce w karierze mimo porażki
W rankingu WTA „na żywo” Kawa zajmie 106. pozycję. To najwyższe miejsce w dotychczasowej karierze Polki. Warto to podkreślić — 33-letnia zawodniczka wciąż potrafi bić własne rekordy, mimo upływu lat.
Do przebicia granicy TOP100 zabrakło niewiele, a droga wciąż stoi otworem. Potrzebny byłby dobry wynik w najbliższym turnieju WTA rangi 500 w Tokio — wcześniej jednak Kawa musi przejść przez kwalifikacje. Stawka jest konkretna: miejsce w TOP100 oznaczałoby bezpośredni awans do wielkoszlemowego Australian Open na starcie nowego sezonu.
Dwadzieścia lat temu nikt by nie wpadł na to, że ich drogi skrzyżują się kiedyś na gali w Radomiu. Marcin Sianos, zanim w ogóle pomyślał o treningach sportów walki, przypadkiem natknął się na Krzysztofa Włodarczyka. Gorzej, że wtedy nie miał pojęcia, z kim rozmawia — pomylił go z innym pięściarzem.
24 października, na gali Babilon 61, ta historia nabierze zupełnie innego ciężaru. Sianos stanie naprzeciw Włodarczyka w walce na zasadach boksu w małych rękawicach. Starcie już teraz przyciąga uwagę fanów — w końcu Włodarczyk od lat kojarzony jest z profesjonalnym ringiem bokserskim.
Przed samą walką Sianos wrócił pamięcią do kulis tamtego pierwszego spotkania sprzed dwóch dekad. Sportów walki jeszcze wtedy nie trenował. Zupełnie inny etap życia. Spotkanie z człowiekiem, który dziś wyjdzie po drugiej stronie ringu, było czystym przypadkiem — bez cienia rywalizacji, bez żadnych podtekstów.
Teraz role się odwróciły. Anegdota o pomyłce sprzed lat zamienia się w prawdziwą konfrontację na gali w Radomiu. Kibice MMA i boksu zobaczą, jak zamyka się pętla, która zaczęła się od zwykłego nieporozumienia co do tożsamości rywala.
Mamed Khalidov nie kazał długo czekać na odpowiedź. Na Instagramie nagrał krótką relację, w której rozwiał wątpliwości kibiców czekających na jego powrót do klatki. „Niestety nie walczę w grudniu, ale nikt nie odwołał treningu” – przekazał wprost.
W środowisku MMA od jakiegoś czasu krążyły sugestie, że Khalidov może pojawić się na grudniowej gali XTB KSW 124. On sam postanowił uciąć te spekulacje, zanim zdążyłyby urosnąć do rangi oficjalnej zapowiedzi.
Konkretnej daty powrotu wciąż nie ma. Mimo to 41-letni zawodnik zapewnił, że tempa przygotowań nie zwalnia. „Idziemy dalej. Trenuję i czekamy, co dalej” – dodał, dając do zrozumienia, że kolejny występ to kwestia czasu, a nie rezygnacja z kariery.
Po raz ostatni Khalidov wszedł do klatki na gali XTB KSW 117, 18 kwietnia w Warszawie. Stawką był pas mistrzowski wagi średniej KSW – przegrał wtedy z Pawłem Pawlakiem. Od tej porażki minęło już kilka miesięcy, a kibice wciąż nie znają odpowiedzi na pytanie, kiedy i z kim Polak wróci na gale organizacji.
Legenda polskiego MMA
Trudno znaleźć na krajowej scenie kogoś, kogo dorobek dałoby się porównać z osiągnięciami Khalidova. Jest byłym mistrzem KSW w kategorii wagi półciężkiej oraz byłym czempionem w wadze średniej. W MMA zadebiutował w 2004 roku i od tamtej pory stoczył 49 pojedynków – aż 38 z nich zakończył zwycięstwem. Jego nazwisko od lat kojarzy się z widowiskowymi finiszami: 17 wygranych padło przez nokaut, a kolejne 17 przez poddanie.
Jedno jest już pewne – żadnych niedomówień wokół grudniowej gali KSW 124 nie będzie, bo sam zawodnik zadbał o to, by sprawę wyjaśnić wprost. Co dalej z jego karierą, pokażą najbliższe tygodnie treningów, o których wspomniał w swojej relacji.
Na konferencji przed zbliżającą się obroną pasa Alexander Volkanovski usłyszał pytanie, które wcale nie dotyczyło jego najbliższego rywala. Padło za to o pomysł, jaki mistrz kategorii piórkowej UFC zarysował już wcześniej w rozmowie w programie Who The Fook Pod. A jego odpowiedź zabrzmiała niemal jak gotowy scenariusz na zakończenie kariery.
Volkanovski otwarcie zaproponował superwalkę z Justinem Gaethje o pas wagi lekkiej.
„Zróbmy superwalkę z Justinem Gaethje, połóżmy na szali pas wagi lekkiej, a potem obaj możemy zakończyć kariery”.
Losy reszty kategorii zdają się Australijczyka nie martwić — jego zdaniem to zawodnicy powinni sami rozstrzygnąć między sobą, kto przejmie rywalizację o tytuł.
„Zaraz po tym niech reszta kategorii sama zdecyduje, co dalej. Zróbmy to”.
Zastrzegł jednak, że nie jest zawodnikiem, który wymusza walki o pas. Przyznał też, że w jego własnej dywizji nie brakuje ludzi z prawem do takiej szansy.
„Nie jestem typem osoby, która po prostu domaga się walk o tytuł. W tej kategorii wagowej jest wielu zawodników, którzy na to zasługują”.
Dlaczego akurat Gaethje?
Kluczem do całego pomysłu jest sytuacja samego Gaethje. Zdaniem Volkanovskiego Amerykanin sam nie wie, w jakim kierunku chce teraz poprowadzić karierę — a to otwiera furtkę do nietypowego układu.
„Być może jednak dlatego, że Justin nie jest pewien, co chce dalej robić, mogę wpisać się w jego plany”.
Jest i drugi argument: Gaethje nie lubi rewanżów. A skoro ci dwaj nigdy wcześniej się nie mierzyli, żadnego powtórzenia by tu nie było.
„On nie chce rewanżów, a my jeszcze ze sobą nie walczyliśmy”.
Volkanovski wytłumaczył również, jak taki pojedynek mógłby odbić się na obu dywizjach. W jego ocenie starcie mistrza z mistrzem nie musiałoby zablokować żadnej z kategorii wagowych, bo obaj panowie zwakowaliby pasy jeszcze przed walką.
„Gdybyśmy doprowadzili do czegoś takiego – superwalki mistrza z mistrzem – nie blokowalibyśmy swoich kategorii wagowych. Obaj zwakowalibyśmy pasy”.
To jednak plan na przyszłość, nie na dziś. Volkanovski podkreślił, że teraz liczy się dla niego wyłącznie obrona tytułu w kategorii piórkowej. Dodał przy tym, że gdyby superwalka z Gaethje jednak nie doszła do skutku, zostaje w swojej dywizji i walczy dalej w niej.
Pas mistrzowski kategorii piórkowej UFC Volkanovski broni już niebawem. Zrobi to na gali UFC 333, zaplanowanej na 24 października, gdzie naprzeciw niego stanie niepokonany Movsar Evloev.
114 kilogramów – tyle pokazywała waga przed starciem z Cirylem Gane. Był czerwiec 2026 roku, Alex Pereira debiutował wtedy w wadze ciężkiej UFC, mierząc się z francuskim byłym pretendentem do pasa. Teraz Brazylijczyk nie owija w bawełnę: na kolejną walkę chce zejść niżej.
O swojej wadze opowiedział w programie The Ariel Helwani MMA Show. Tym razem celuje w okolice 240 funtów, czyli mniej więcej 109 kilogramów.
Będę ważył jakieś 240 funtów (około 109 kg – przyp. red.). Po prostu czuję, że muszę ważyć nieco mniej.
Były mistrz UFC zdradził przy okazji coś więcej. Rozważał bowiem ruch znacznie bardziej radykalny niż zwykłe zrzucenie paru kilogramów w obrębie wagi ciężkiej.
Myślałem o powrocie do kategorii półciężkiej, ale jestem bardzo ambitnym zawodnikiem.
Plan na razie zakłada wagę ciężką
Mimo tych rozterek na powrót do dywizji, w której wywalczył mistrzostwo, się nie zanosi. Sam zainteresowany mówi wprost, jaki jest obecny kierunek.
Plan jest taki, by zostać w wadze ciężkiej, ale nigdy nic nie wiadomo.
Zastrzegł przy tym jedno: nie będzie na siłę szukał starć z najcięższymi rywalami w organizacji, gdyby pojawiła się dla niego inna, sensowniejsza opcja.
Nie zamierzam na siłę rywalizować z zawodnikami wagi ciężkiej, jeśli będę miał inną opcję.
Na razie kierunek jest jednak jasny. Pereira wróci do klatki na gali UFC 335, zaplanowanej na 12 grudnia w Las Vegas. Naprzeciw niego stanie Sergei Pavlovich – i to właśnie przed tym starciem Brazylijczyk zamierza zejść do wagi bliższej 109 kilogramom niż tej, z jaką mierzył się z Gane.
W poniedziałek, 26 października, Londyn zamieni się w centrum piłkarskiego świata – tam odbędzie się gala wręczenia Złotej Piłki. Lamine Yamal, jeden z głównych faworytów do nagrody, już wie, jak się tam znajdzie. Z resztą ekipy jednak nie poleci.
Jak podaje hiszpański dziennik „Sport”, 19-letni skrzydłowy wynajął prywatny samolot. Te same doniesienia przywołuje rumuński portal Digisport.ro. Do Londynu Yamal nie poleci wraz z delegacją Barcelony – zamiast tego wybierze osobny lot, w towarzystwie rodziny i najbliższych.
To nie pierwszy raz, gdy piłkarz z wyprzedzeniem planuje logistykę wokół gali. Rok wcześniej, w Paryżu, Yamal przygotował przyjęcie na wypadek zwycięstwa w plebiscycie. Ostatecznie Złotą Piłkę zdobył wtedy Ousmane Dembele, a sam Yamal musiał zadowolić się drugim miejscem. Pocieszeniem było Trofeum Kopy dla najlepszego młodego piłkarza, które wówczas odebrał.
Kto rywalizuje o nagrodę w tym roku
Tym razem szanse Hiszpana oceniane są wyżej niż przed rokiem. Yamal wymieniany jest w gronie trzech głównych kandydatów do statuetki, obok Harry’ego Kane’a i Kyliana Mbappe – zawodnika Realu Madryt.
Wśród nominowanych Barcelonę reprezentują także Rodri i Pau Cubarsi. W rywalizacji kobiet nominacje otrzymały Caroline Graham Hansen, Patri Guijarro, Claudia Pina, Cata Coll, Esmee Brugts oraz Ewa Pajor. Pajor, kapitan reprezentacji Polski, to jedyna Polka w tym gronie.
Czwartkowy wieczór w europejskich pucharach zostawił polskim kibicom gorzki posmak. Lech Poznań podejmował Sunderland i zremisował 1:1. Kilkaset kilometrów dalej Jagiellonia Białystok przegrała we własnym domu z Anderlechtem 0:3. W pomeczowym studiu Polsatu Sport Tomasz Hajto nie owijał w bawełnę.
„Wszyscy chcieli do Ligi Europy, ale ja mówiłem, że to jest poziom wyżej i tam zobaczymy, ile nam do Europy brakuje” – powiedział Hajto. Dla mistrza Polski ten remis z Sunderlandem znaczył jedno: pierwszy punkt w tej edycji rozgrywek. A wcześniej był tylko ból – 0:4 z Crystal Palace, potem 0:4 z Bayerem Leverkusen. Po takich dwóch klęskach nawet jeden zdobyty punkt zaczął wyglądać jak powód do ulgi.
Jagiellonia bez sił na walkę
Jagiellonia wypadła jeszcze słabiej. Zespół Adriana Siemieńca przegrał przed własną publicznością 0:3 z Anderlechtem. Goście otworzyli wynik w 21. minucie po błędzie gospodarzy, a w drugiej połowie dopełnili dzieła: Marten Winkler trafił w 72. minucie, Jayden Onia Seke podwyższył na 3:0 w 80.
„Anderlecht pokazał dziś, co to jest mobilność, zmysł do gry kombinacyjnej. Oni do każdej piłki szli na maksa, pokazywali, że oni chcą wygrać. W „Jadze” trochę mi tego zabrakło. Jak jesteś w dołku punktowym, a tu jeszcze dochodzi dołek fizyczny” – ocenił Hajto.
Słowa byłego reprezentanta Polski brzmią teraz jak prognoza, która się sprawdziła. Wystarczy zestawić dwa czwartkowe mecze: jeden punkt Lecha po dwóch wcześniejszych czterogolowych porażkach i kolejną trzygolową wpadkę Jagiellonii u siebie. Dystans do europejskiej czołówki, o którym mówił Hajto, wciąż jest wyraźny.
W studiu „Przeglądu Ligowego” Przeglądu Sportowego Onet jeszcze trwała analiza powtórki ostatniego meczu Lecha Poznań, a już padło pytanie o reprezentacyjną przyszłość Michała Gurgula. Radosław Majdan nie miał wątpliwości: na powołanie jest jeszcze zbyt wcześnie.
Być może reprezentacja w tym momencie byłaby dla niego krzywdząca. To jeszcze nie jest ten wymiar
Te słowa odnosiły się do dobrej passy całego Lecha, nie tylko samego Gurgula. Poznaniacy wygrali ostatni mecz 6:1, a w trzech poprzednich spotkaniach strzelili łącznie 15 goli. Cztery trafienia padły w starciu ze Śląskiem, kolejne pięć w meczu z Radomiakiem.
Nie wszystko jednak szło Kolejorzowi gładko. Z Sunderlandem Lech musiał się zadowolić remisem i jednym punktem — bramkarz Mateusz Lis kilka razy ratował zespół, broniąc sytuacje stworzone przez angielską ekipę.
Dobra forma zespołu nie znaczy jeszcze powołania
Dla Majdana właśnie ten kontrast — gole w Ekstraklasie z jednej strony, trudności w konfrontacji z mocniejszym rywalem z drugiej — pokazuje, że Gurgul wciąż potrzebuje czasu. Jego ocena była jednoznaczna: reprezentacja to na razie zbyt duży krok.
W sierpniu Robert Lewandowski skończył 38 lat. Kapitan reprezentacji Polski wciąż gra na najwyższym poziomie, ale w rozmowie z amerykańskim „The Athletic” usłyszeliśmy od niego coś nowego — że myśl o końcu kariery budzi w nim niepokój.
„Oczywiście, że odczuwam ten lęk. Mogę coś zaplanować, mogę sobie obiecywać: zrobię to, zrobię tamto, rozważam różne opcje. Ale ostatecznie nie wiem, co podpowie mi serce” — wyznał napastnik.
To nie są słowa kogoś, kto o przyszłości nigdy nie myślał. Lewandowski zapewnia, że życia po futbolu się nie boi — zaczął do niego przygotowywać się już wiele lat temu. Jedno mówi jednak bez ogródek: piłka to najważniejsza część jego życia, i sam jest ciekawy, jak to życie wygląda bez niej.
Na papierze do końca jeszcze daleko — kontrakt Polaka z Chicago Fire obowiązuje do czerwca 2028 roku. A powód, dla którego wciąż gra w wieku, gdy większość kolegów z boiska dawno zawiesiła buty na kołku? Prosty. „Gram tak długo, bo po prostu to kocham. To moja pasja” — przyznał.
Pytania bez odpowiedzi
Gotowego scenariusza na emeryturę Lewandowski nie ma i nie udaje, że jest inaczej. „Nie mogę więc powiedzieć: 'Nie, wcale nie będę za tym tęsknił’. Nie mogę tego stwierdzić, bo po prostu nie wiem. To lęk wynikający z tego, że mam mnóstwo pytań, na które nie znam jeszcze odpowiedzi” — mówił w rozmowie z „The Athletic”.
Dodał też myśl, która brzmi jak podsumowanie losu każdego sportowca na szczycie. Jego zdaniem dla każdego, kto kocha sport, przejście na emeryturę oznacza utratę istotnej części życia, a nikt nie wie, jak na to zareaguje, nawet jeśli bardzo się stara być szczęśliwy.
Sam Lewandowski deklaruje optymizm. Liczy, że będzie szczęśliwy, bo — jak podkreślił — prowadzi wspaniałe życie i docenia nie tylko to, co osiągnął w piłce, ale przede wszystkim rodzinę, żonę i dzieci. Zaraz jednak zastrzega, że to wciąż otwarty rozdział. Może po zakończeniu gry spróbuje bardziej skupić się na innych sprawach, nie wie jednak, czy gdziekolwiek indziej znajdzie równie wielkie szczęście co na boisku.