Brejk na 52 punkty, który Anthony McGill zbił już na starcie meczu, zapowiadał trudne popołudnie dla mistrza świata z 2024 roku. Kyren Wilson musiał gonić wynik. Ostatecznie jednak to Anglik wykradł pierwszą partię na kolorach i to on, a nie Szkot, cieszył się z awansu do półfinału.
Dla polskich kibiców turniej w Belfaście zakończył się dzień wcześniej. Damian Baranowski, jedyny reprezentant Polski w głównej drabince BetVictor Northern Ireland Open, przegrał w czwartek z McGillem 1:4. A droga Polaka do ćwierćfinału była imponująca – po drodze pokonał Gary’ego Wilsona i Wanga Xinbo, a wcześniej, w kwalifikacjach, wyeliminował Yuana Sijuna.
McGill, który dzień wcześniej zakończył marzenia Baranowskiego, w piątkowe popołudnie sam podzielił jego los. W starciu z Wilsonem zdobył zaledwie jednego frejma. Po stracie pierwszej partii Wilson przejął inicjatywę i zanotował podejścia na 77, 75 i 122 punkty, budując prowadzenie 4:0. McGill zdołał wprawdzie przerwać tę serię brejkiem 66, ale to było tylko chwilowe wytchnienie – w dwóch kolejnych odsłonach ponownie musiał uznać wyższość bardziej utytułowanego rywala.
To nie pierwsza wizyta Wilsona w finałowej fazie turnieju w Belfaście. Przed dwoma laty triumfował tam, pokonując w finale Judda Trumpa 9:3. Teraz Anglik walczy o 11. tytuł rankingowy w swojej karierze.
Wilson: postawiłem na ryzyko zamiast bezpiecznej gry
Po meczu Wilson przyznał, że kluczem do zwycięstwa była zmiana podejścia względem typowo zachowawczego stylu.
Czułem, że w dzisiejszym meczu przeciwko Anthony’emu muszę być nieco bardziej kreatywny. Było kilka okazji, by ustawić snookera lub wybrać bezpieczne zagranie, ale postanowiłem zaryzykować, by stworzyć szansę na wygranie frejma w jednym podejściu. Wydarłem pierwszą partię, a udany początek pozwolił opanować nerwy, złapać rytm, zyskać przychylność kibiców i grać z większym luzem
W sobotnim półfinale na drodze Wilsona stanie jego rodak Sam Craigie, który w ćwierćfinale wyeliminował Elliota Slessora 6:2. Drugiego finalistę poznamy w piątkowy wieczór – w jednym ćwierćfinale zmierzą się Mark Williams i David Gilbert, w drugim Jak Jones zagra ze Scottem Donaldsonem.
27 listopada w PreZero Arenie w Gliwicach reprezentacja Polski może przypieczętować awans na Mistrzostwa Świata 2027. Naprzeciwko niej stanie wtedy Chorwacja, a koszykarze prowadzeni przez Igora Milicicia są bliscy historycznego sukcesu.
Mundial odbędzie się w przyszłym roku w Katarze. Mecz z Chorwatami w Gliwicach wpisuje się w tzw. drugie okienko kwalifikacji i może zaważyć na układzie tabeli grupy eliminacyjnej.
Bilans Polaków w eliminacjach to 7 zwycięstw i jedna porażka. Tyle samo punktów mają Niemcy i Chorwacja – cała trójka idzie łeb w łeb na szczycie grupy. Istotne jest to, że z tej grupy do mundialu awansują trzy zespoły, więc każda z tych drużyn wciąż liczy się w walce o bilet do Kataru.
Terminarz końcówki eliminacji jest już znany. Po meczu w Gliwicach Polacy wyruszą do Frankfurtu, gdzie 30 listopada zagrają z Niemcami w Suwag Energie Arena. Rewanż z Chorwacją zaplanowano na 28 lutego, a ostatni domowy mecz kwalifikacji – z Izraelem – odbędzie się 25 lutego 2027 roku w Ergo Arenie.
Powrót do gdańsko-sopockiej hali nie jest przypadkowy – ma już swoją historię. To właśnie tam w sierpniu Polska przegrała po dogrywce z Niemcami 94:96, a warto dodać, że to reprezentacja Niemiec jest aktualnym mistrzem świata. Mimo porażki atmosfera na trybunach zapadła działaczom związku w pamięć.
„Chcemy przyciągać kolejne pokolenia fanów”
Decyzję o rozegraniu lutowego meczu z Izraelem właśnie w Ergo Arenie skomentował prezes Polskiego Związku Koszykówki Grzegorz Bachański.
Mecz z Niemcami pokazał, jak wielką siłę ma połączenie ambitnej, zgranej drużyny i zaangażowanych kibiców. Chcemy, aby KoszKadra nie tylko osiągała dobre wyniki, ale również przyciągała do koszykówki kolejne pokolenia fanów. Dlatego bardzo cieszymy się z powrotu do Ergo Areny.
Czy Polska zdąży zapewnić sobie awans jeszcze przed lutowym finiszem eliminacji – pokażą najbliższe tygodnie. Wtorkowy mecz w Gliwicach może okazać się decydujący.
W poniedziałek 26 października w Londynie, o godzinie 21.00, „France Football” wręczy kolejną Złotą Piłkę. Kilka dni przed galą Robert Lewandowski usiadł do rozmowy z magazynem „The Athletic” i bez wahania wskazał, kto jego zdaniem zasługuje na trofeum najbardziej.
38-letni kapitan reprezentacji Polski przyznał, że na tę nagrodę patrzy z pewnym dystansem. Wie, jak smakuje bycie pominiętym w wyjątkowo absurdalnych okolicznościach. W sezonie 2019/20 strzelił 55 goli w 47 meczach Bayernu Monachium, z którym zdobył komplet trofeów – Ligę Mistrzów, Klubowe Mistrzostwa Świata, Superpuchar Europy, mistrzostwo i Puchar Niemiec oraz Superpuchar Niemiec. Głosowania wtedy jednak nie było – pandemia COVID-19 zmusiła organizatorów do odwołania wyboru, mimo że niemal wszystkie najważniejsze rozgrywki tamtego sezonu, poza Ligue 1, zdążono dokończyć.
„Nie, nie jest to trudne, choć może patrzę na te nagrody nieco inaczej, z innej perspektywy” – stwierdził 38-latek, pytany o to, czy ogląda ceremonię z żalem.
Lewandowski wyznał też, że tęskni za czasami, gdy o statuetkę walczyło najwyżej dwóch, trzech zawodników – jak w epoce rywalizacji Cristiano Ronaldo z Lionelem Messim. Dziś, jego zdaniem, stawka jest dużo szersza.
„Teraz sytuacja jest nieco bardziej otwarta. Można wskazać nawet dziesięciu zawodników i dla każdego z nich znaleźć argumenty, dlaczego to właśnie on powinien zdobyć Złotą Piłkę” – ocenił Polak.
Z tak szerokiego grona wyłonił jednak jednego faworyta. „Oczywiście trzymam kciuki za Lamine’a Yamala, żeby zdobył Złotą Piłkę, bo jest niesamowity, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego wiek, ale trzeba przyznać, że w porównaniu z przeszłością sytuacja wygląda nieco inaczej” – powiedział.
Kane i Olise, czyli druga strona medalu
Poza gwiazdą Barcelony Lewandowski wymienił dwóch kolegów z szatni Bayernu – Michaela Olise i Harry’ego Kane’a. I nie bez powodu. Kane w sezonie 2025/26 strzelił już 61 bramek w 51 występach dla bawarskiego klubu – więcej, niż sam Lewandowski zanotował w swoim rekordowym sezonie 2020/21.
„Kane trafił do Bayernu w szczytowym momencie swojej kariery i to, co robi – liczba zdobywanych przez niego bramek – jest niesamowite. Bayernowi brakowało takiego napastnika, odkąd odszedłem” – przyznał Polak.
Pochwalił również to, jak gra ofensywa Bayernu. „Z nim w składzie radzą sobie naprawdę dobrze, a Olise… cóż, dla mnie to po prostu „wow”. To zawodnik, który potrafi odmienić losy meczu. Uważam, że współpraca między Kane’em, Olise a Luisem Diazem układa się wręcz perfekcyjnie” – ocenił.
Zwrócił też uwagę, że jedynym brakującym elementem w zeszłorocznym sezonie Bayernu było trofeum Ligi Mistrzów. „Biorąc pod uwagę to, jak grali w zeszłym sezonie, myślę, że jedyną rzeczą, której zabrakło Bayernowi, było trofeum Ligi Mistrzów. Gdyby zdobyli je w ubiegłym roku, prawdopodobnie można by to porównać do naszego sezonu w 2020 roku, w którym zdobyliśmy wszystko” – powiedział.
Zdaniem Polaka to właśnie skrzydłowi – Yamal i Olise – obok samego Kane’a jako napastnika, mają dziś największy wpływ na grę zespołu. „Lamine i Olise, jako skrzydłowi, obok napastnika Harry’ego Kane’a, są zawodnikami mającymi największy wpływ na zespół” – podkreślił.
O samym Olise mówił z wyraźnym uznaniem: „Pod wielkim wrażeniem tego, jakim typem piłkarza jest Olise” – przyznał Lewandowski. Dodał, że Francuzowi do grona głównych kandydatów do Złotej Piłki brakuje właściwie tylko jednego momentu na wielkiej scenie.
„Myślę, że gdyby zdobył jedną lub dwie bramki podczas mistrzostw świata, prawdopodobnie również stałby się faworytem do zdobycia Złotej Piłki, podobnie jak Lamine czy Harry Kane. Jego decyzje są bezbłędne. Ma wyczucie czasu, wie, kiedy oddać strzał, by zdobyć bramkę, kiedy posłać podanie i jaki rodzaj podania wybrać” – wyjaśnił Lewandowski.
Rozmowę z „The Athletic” kapitan reprezentacji Polski zamknął krótko, bez owijania w bawełnę: „Uwielbiam oglądać Lamine’a i Olise”.
Edynburg, wczesne lipcowe popołudnie 2027 roku. Peleton Tour de France rusza sprzed szkockiej stolicy w stronę Carlisle – pierwsze z 185 kilometrów tegorocznej Wielkiej Pętli ma za sobą. Taki widok jest w kolarstwie czymś zupełnie nowym. Nigdy wcześniej, licząc od 1903 roku, wyścig nie startował tak daleko na północy.
W czwartek organizatorzy oficjalnie zaprezentowali trasę 114. edycji. 3479 kilometrów, 21 etapów i droga prowadząca kolarzy z Edynburga aż do Paryża. Start zaplanowano na 2 lipca, metę w stolicy Francji peleton osiągnie 25 lipca.
Szkocki start to dopiero 28. w historii wyjazd Tour de France poza granice Francji i zarazem trzeci start wyścigu na Wyspach Brytyjskich. Wcześniej peleton startował z Londynu w 2007 roku, a siedem lat później – z Yorkshire.
Przez Wielką Brytanię do kanału La Manche
Po starcie w Edynburgu peleton rusza w głąb Wysp. Drugi etap, 3 lipca, prowadzi z Keswick do Liverpoolu i liczy 223 kilometry. Dzień później, 4 lipca, przyjdzie czas na trzeci etap – tzw. Grand Depart z Welshpool do Cardiff, znów na dystansie 223 km.
Po brytyjskiej części wyścigu zaplanowano dzień przerwy – wtedy właśnie karawana Tour de France przeprawi się przez kanał La Manche. Czwarty etap, 6 lipca, rozegra się już wyłącznie na francuskiej ziemi – start i meta w Cherbourg-en-Cotentin w Normandii, 171 kilometrów. Od tego momentu peleton nie opuści już Francji.
Kolejne dni to przejazd przez Bretanię: piąty etap z Pontorson do Plumelec (178 km, 7 lipca) oraz szósty z Vannes do Angers (193 km, 8 lipca). 9 lipca czeka pierwsza jazda indywidualna na czas – 38 kilometrów między Blois a Chambord. A dzień później – najdłuższy etap całego wyścigu: 224 kilometry z Bourges do Le Creusot.
Góry decydują o wszystkim
Górska część rywalizacji rusza 11 lipca etapem z Villars-les-Dombes na Grand Colombier, liczącym 162 kilometry. Dwa dni później, 13 lipca, peleton pokona 171 km między Annecy a Sallanches. Na podjazdach etapów 10. i 11. rozdanych zostanie łącznie 11 premii górskich – a 14 lipca, w Święto Niepodległości Francji, trasa z Cluses do Les Saisies (150 km) powinna dostarczyć emocji na szczytach.
Po chwili wytchnienia na etapach 12. (Chambery–Valence, 162 km, 15 lipca), 13. (Aubenas–Montpellier, 164 km, 16 lipca), 14. (Montpellier–Mende, 199 km, 17 lipca) i 15. (Rodez–Albi, 169 km, 18 lipca, zamykający drugi tydzień rywalizacji), peleton czeka druga jazda na czas – 33 kilometry w Tuluzie, 20 lipca.
Prawdziwy dramat rozegra się w Pirenejach. Siedemnasty etap, 21 lipca, otwiera górską część z Muret do Pau na dystansie 186 km. Dzień później, 22 lipca, osiemnasty etap z Pau do Saint-Lary-Soulan zakończy się wspinaczką na Col du Portet – 174 kilometry.
To miejsce ma dla polskich kibiców szczególny wydźwięk. Saint-Lary-Soulan kojarzy się z triumfem Zenona Jaskuły z 1993 roku oraz zwycięstwem Rafała Majki w 2014 roku. Obaj wygrywali wówczas na pobliskim Pla d’Adet – w 2027 roku peleton zakończy etap tuż obok, na Col du Portet.
Dziewiętnasty etap, 23 lipca, z Hasparren do Laruns (160 km), zamknie rywalizację w wysokich górach i zapowiada się jako jeden z najtrudniejszych dni wyścigu. Dwudziesty etap, 24 lipca, to już płaski odcinek z Maubourguet do Libourne liczący 198 km.
Całość zamknie tradycyjny finał w Paryżu – 25 lipca peleton pokona 116 kilometrów z Saint-Quentin-en-Yvelines do stolicy Francji. Bilans całej trasy: siedem etapów płaskich, sześć pagórkowatych, sześć górskich – w tym trzy z metami na szczytach – oraz dwa etapy jazdy indywidualnej na czas.
Na paryskim finiszu nie zabraknie też elementu, który na dobre wpisał się już w historię wyścigu. Wzgórze Montmartre zadebiutowało na trasie olimpijskich wyścigów kolarskich w 2024 roku, a rok później zostało włączone do trasy Tour de France. Krążyły pogłoski, że organizatorzy z niego zrezygnują, jednak Montmartre ponownie pojawi się na trasie ostatniego etapu w 2027 roku.
Wszedł obwieszony pasami mistrzowskimi, które przez lata wywalczył na zawodowych ringach całego świata. Wśród nich nie zabrakło słynnego pasa federacji WBC. Tak wyglądała oficjalna ceremonia ważenia przed galą Babilon MMA 61 – ostatni publiczny moment przed starciem, na które czeka Radom.
Główną twarzą wieczoru jest Krzysztof Włodarczyk – to on odpowiada za main event soboty, 24 października. Naprzeciw niego stanie Marcin Sianos, a pojedynek tych dwóch nazwisk ma być najważniejszym punktem całej gali. Zawodnicy zmierzą się w formule boksu w małych rękawicach – kompromisie między dwoma różnymi światami, z których się wywodzą.
Bo światy są naprawdę różne. Włodarczyk, znany w środowisku jako „Diablo”, to były mistrz świata w boksie zawodowym i jeden z najbardziej utytułowanych polskich pięściarzy w historii. Na koncie ma pasy mistrzowskie IBF oraz WBC w kategorii junior ciężkiej, a w jego gablocie trofeów nie brakuje też pasów o randze międzynarodowej i regionalnej. Formę potwierdził zresztą niedawno: w maju 2025 roku znokautował Adama Balskiego w dziesiątej rundzie, zdobywając przy okazji tymczasowy pas mistrzowski WBC w wadze bridger.
Sianos, pseudonim „Thanos”, kojarzony jest przede wszystkim z klatką MMA. Jego najnowsza passa wygląda na przemyślaną drogę powrotną. W styczniu 2026 roku na gali FAME 29 przegrał jednogłośnie z Makhmudem Muradovem. Już w lipcu, podczas Babilon MMA 59 w Międzyzdrojach, odbił sobie tę porażkę, pokonując na punkty po trzech rundach Przemysława Mysialę. W sierpniu dołożył kolejne zwycięstwo – tym razem nad Michałem Królikiem na gali FAME 32. Bilans Sianosa w tym roku to dwa zwycięstwa i jedna porażka.
Dla kibiców to starcie dwóch odmiennych szkół walki – doświadczenia bokserskiego „Diablo” kontra dynamika i forma „Thanosa” prosto z klatki. Kto okaże się górą, zobaczymy w sobotę w Radomiu.
Zaczęło się niewinnie, od wpisu o Francji. Sean Strickland podzielił się na platformie X krótką refleksją o kraju, który pamiętał z dzieciństwa jako piękne miejsce, gdzie chętnie zjadłby lunch przy Wieży Eiffla. Dziś, jak stwierdził, „nie zapłaciłbyś mi za to, żebym tam pojechał”. Zapytał retorycznie, co się stało. Chwilę później, w tej samej serii wpisów, pojawiła się Polska. Tym razem ton był zupełnie inny.
„Polska jest świetnym przykładem dla nas wszystkich” — napisał mistrz UFC.
To nie pierwszy raz, kiedy Strickland wychodzi poza temat oktagonu. Amerykanin od lat otwarcie prezentuje konserwatywne poglądy, a sprawy polityczne i społeczne komentuje regularnie. Kilka miesięcy przed tą publikacją krytykował Donalda Trumpa i jego administrację, choć wcześniej sam deklarował dla niego poparcie. Jego stanowiska bywają więc zmienne. Rzadko jednak milczy.
Wrocław, który nie doszedł do skutku
Z Polską Stricklanda łączy coś więcej niż jeden wpis w sieci. W 2014 roku miał przylecieć do Wrocławia na galę Professional MMA Challenge 1, gdzie czekał na niego pojedynek z Tomaszem Drwalem. Do walki jednak nie doszło. Niedługo potem Amerykanin związał się z UFC i szybko w nim zadebiutował — organizacją określaną jako największa federacja MMA na świecie.
Dziś Strickland jest mistrzem UFC w wadze średniej. Pas odzyskał w maju 2026 roku, pokonując Khamzata Chimaeva. I właśnie ten status sprawia, że jego słowa — nawet te o polityce międzynarodowej czy pochwałach pod adresem Polski — rozchodzą się szerokim echem w środowisku sportów walki.
Mikrofon wędruje do rosłego zawodnika siedzącego na scenie podczas konferencji prasowej przed galą UFC 333. „Mam pytanie do pana Dany. Dopiero zaczynam w UFC… Mam na koncie kilka zawodowych walk, więc co powinienem zrobić, żeby zostać mistrzem UFC? Co powinienem zrobić, żeby dostać walkę o pas?” – pyta, z lekką ironią w głosie. Dana White, prezydent największej organizacji na świecie, patrzy na niego i nie ma zielonego pojęcia, z kim właściwie rozmawia.
Gala UFC 333 odbędzie się w sobotę w Abu Zabi. Pytanie zadał Alexander Volkov – reprezentant Rosji należący do ścisłej czołówki wagi ciężkiej. White nie rozpoznał twarzy, która od lat kręci się w okolicach szczytu dywizji, i zamiast tego zapytał o staż oraz bilans walk: „Ile masz walk? Jaki jest twój rekord?”
Volkov nie stracił rezonu. „Jakieś 20 w UFC i 51 w sumie” – odparł spokojnie. Wtedy właśnie na scenie zareagował Alexander Volkanovski, obecny mistrz wagi piórkowej UFC. Zorientował się, że szef organizacji kompletnie nie kojarzy rozmówcy, więc wstał i szepnął mu na ucho, kim jest Volkov.
White brnął dalej w niewiedzy, zanim podpowiedź w ogóle do niego dotarła. „Ile masz lat? Więc czego szukasz? Czego pan potrzebuje, sir? Jak możemy pomóc?” – dopytywał, zanim połapał się w sytuacji. Gdy wreszcie zrozumiał pomyłkę, zareagował śmiechem i wskazał na Volkanovskiego. „Myślał, że nie wiem! Próbował ci tutaj pomóc. Pogadaj z Seanem i Mickiem” – rzucił do zebranych.
Nie pierwszy taki incydent
Dla Volkova to nie był przypadkowy epizod bez sportowego kontekstu. W Abu Zabi Rosjanin wystąpi w głównej karcie walk przeciwko Rizvanowi Kuniewowi. Przed tym starciem ma na koncie dwa zwycięstwa z rzędu, a jego ostatnia porażka to przegrana po pełnym dystansie decyzją podzieloną z Cyrylem Gane.
To zresztą nie pierwsza taka wpadka Dany White’a w ostatnim czasie. Na konferencji przed galą UFC 332 pomylił on osiągnięcia zawodniczki z Chin z dorobkiem Natalii Silvy – a chodziło przecież o walkę wieczoru, o pas kategorii muszej. Wcześniej, przed pierwszą galą UFC organizowaną w Serbii, szef organizacji stanął przed dziennikarzami kompletnie nieprzygotowany, gdy zapytano go o kartę walk wydarzenia w Belgradzie – a to mimo że serbskie Ministerstwo Sportu zapłaciło UFC około 2,2 miliona euro za zorganizowanie tej gali.
Volkov zadał swoje pytanie o szansę na pas mistrzowski niby mimochodem, a cała sytuacja i tak zrobiła się głośniejsza niż jakakolwiek odpowiedź, jakiej mógłby się spodziewać. Czy sobotnia gala w Abu Zabi i starcie z Kuniewem przybliżą go do celu, o którym mówił ze sceny, przekonamy się już wkrótce.
Wystarczyła krótka Insta Story, a w niej jedno zdanie, na które czekali wszyscy kibice KSW. „Niestety nie walczę w grudniu. Trenuję i czekamy co dalej” – napisał Mamed Khalidov.
Legenda federacji KSW nie wystąpi na gali w Gliwicach. Chodzi o XTB KSW 124 – ostatnie wydarzenie organizacji w 2026 roku, zaplanowane na 19 grudnia w PreZero Arenie Gliwice. Branżowe doniesienia wskazywały wcześniej, że to właśnie ta gala była brana pod uwagę jako miejsce powrotu 46-latka.
Khalidov nie krył wcześniej frustracji. Kilka dni przed publikacją Insta Story ujawnił, że od ponad dwóch miesięcy czeka na konkretną propozycję ze strony KSW. Dyrektor sportowy organizacji, Wojsław Rysiewski, zapewniał jednak, że prace nad kolejnym pojedynkiem zawodnika wciąż trwają.
Ostatni raz w klatce Khalidov pojawił się w kwietniu 2026 roku, podczas gali KSW 117. Walczył wtedy o mistrzowski pas kategorii średniej z Pawłem Pawlakiem i przegrał przed czasem.
Co czeka kibiców 19 grudnia
Brak Khalidova nie oznacza słabej karty. Walkę wieczoru stoczą Paweł Pawlak i Piotr Kuberski, a stawką będzie unifikacja mistrzowskich pasów kategorii średniej KSW. Pawlak pozostaje pełnoprawnym czempionem, Kuberski posiada tytuł tymczasowy. Obaj zawodnicy są niepokonani w organizacji.
Drugim kluczowym starciem wieczoru będzie pojedynek Artura Szpilki ze Štefanem Vojčákiem. Szpilka to były pretendent do tytułu mistrza świata w boksie. Vojčák, Słowak, broni z kolei tymczasowego mistrzostwa kategorii ciężkiej KSW, które zdobył we wrześniu 2026 roku, pokonując Marcina Wójcika.
Kiedy i z kim zawalczy Khalidov – tego na razie nie wie nikt, ani on sam, ani organizacja.
87. minuta, trybuny przy Stadionowej aż huczą. Piłka po fatalnym odbiciu bramkarza Zlatana Alomerovicia trafia pod nogi Mbaye N’Diaye. Senegalczyk głową posyła ją do siatki – 2:2, a KGHM Zagłębie Lubin traci zwycięstwo, które jeszcze przed chwilą wydawało się pewne.
Ostatecznie Motor Lublin zremisował z KGHM Zagłębie Lubin 2:2. Dla gospodarzy to kolejny dowód charakteru – seria udanych występów trwa, bo przed tym meczem Lublinianie wygrali dwa kolejne spotkania 3:2: najpierw w Radomiu z Radomiakiem, potem u siebie ze Śląskiem Wrocław. Od powrotu do ekstraklasy Motor i tak ma wyraźną przewagę w bezpośrednich starciach z Zagłębiem – trzy zwycięstwa w czterech dotychczasowych meczach i jeden remis. KGHM Zagłębie wciąż czeka na ligowe zwycięstwo nad Motorem. Ta passa ciągnie się od sezonu 2008/2009.
Początek meczu należał do gości. Z dystansu próbował uderzać Josip Corluka, chwilę później niecelnie strzelał Sebastian Kerk. Motor odpowiedział niewiele dokładniej – w 15. minucie Rony Lopes nie trafił w światło bramki, a po dośrodkowaniu Filipa Lubereckiego Mbaye N’Diaye posłał piłkę wysoko nad poprzeczką.
Nie zabrakło też kontrowersji. Tin Plavitic zablokował ręką dośrodkowanie Marcela Reguły, sędzia Mateusz Jenda z Warszawy wskazał początkowo na rzut karny, ale po interwencji VAR zmienił decyzję. System VAR tego dnia obsługiwali bracia Szymon i Tomasz Marciniakowie.
Mimo odwołanego karnego goście i tak doprowadzili do przerwy na prowadzeniu. W doliczonym czasie pierwszej połowy, w 45+1 minucie, Sebastian Kerk wykorzystał dośrodkowanie Marcela Reguły – piłka odbiła się od Tina Plavitica i wpadła do siatki, dając KGHM Zagłębie prowadzenie 0:1.
Dwubramkowa przewaga i powrót Motoru
Po zmianie stron Zagłębie szybko podwyższyło prowadzenie. W 48. minucie Marcel Reguła, po podaniu Michała Nalepy, huknął prawą nogą przy lewym słupku – 0:2. Wyglądało na to, że klątwa wreszcie runie.
Motor jednak nie odpuścił. W 75. minucie Mateusz Łęgowski wykorzystał błąd Michała Nalepy i strzelił gola kontaktowego na 1:2. Dwanaście minut później przyszło wyrównanie – głowa Mbaye N’Diaye po nieudanej interwencji Alomerovicia dała Motorowi remis 2:2.
Sędzia Jenda pokazał w trakcie meczu żółte kartki Davidowi Colinie i Mateuszowi Grzybkowi z KGHM Zagłębie Lubin oraz Karolowi Czubakowi z Motoru. Trener gości Leszek Ojrzyński mógł mimo wszystko być zadowolony z końcowego rezultatu, biorąc pod uwagę wieloletnią passę bez wygranej z Motorem.
Motor Lublin wystąpił w składzie: Gasper Tratnik – Kamil Lukoszek, Bartosz Bereszyński, Tin Plavitic, Filip Luberecki (74′ Mateusz Posmyk), Yacine Bourhane (56′ Mateusz Łęgowski), Mbaye N’Diaye, Rony Lopes, Kikis, Makan Aiko (56′ Fabio Ronaldo), Karol Czubak. KGHM Zagłębie Lubin zagrało w składzie: Zlatan Alomerović – Aleks Ławniczak, Michał Nalepa, Roman Jakuba, Josip Corluka, Filip Kocaba, Damian Dąbrowski, David Colina (46′ Damian Michalski), Marcel Reguła (76′ Mateusz Grzybek), Mateusz Dziewiatowski (66′ Jakub Sypek), Sebastian Kerk (66′ Filip Szymczak).
Piąta minuta, stadion w Bydgoszczy, a Wojciech Szumilas już cieszy się z gola. Gospodarze mierzyli się ze Świtem Szczecin, drużyną pogrążoną w kryzysie praktycznie od pierwszej kolejki, i od pierwszych minut to Zawisza dyktował warunki. Do przerwy na tablicy widniało 3:1 dla podopiecznych Adriana Stawskiego — trener gospodarzy miał powody do zadowolenia z postawy zespołu. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 4:2 dla Bydgoszczan. Bohaterem dnia został Szumilas: skompletował dublet, a jedną z akcji wykończył precyzyjnym strzałem z dystansu.
Dla Zawiszy, beniaminka Betclic II ligi, to kolejny krok w stronę szczytu tabeli. Po wygranej ze Szczecinem drużyna zajmuje czwarte miejsce w ligowej klasyfikacji. Pozycja ta będzie miała realne znaczenie na koniec sezonu — czwarte miejsce po rozgrywkach zasadniczych daje prawo gry w barażach o awans. Dla klubu, który dopiero pierwszy sezon spędza na tym szczeblu, to wynik, jakiego nikt przed startem rozgrywek się nie spodziewał.
Sokół Kleczew wygrywa po zmianie trenera
Inny scenariusz, podobny wynik. Sokół Kleczew pokonał Śląsk II Wrocław 4:2, choć do tego meczu przygotowywał się zupełnie inaczej niż Zawisza do swojego. Klub z Wielkopolski miał niewiele czasu, by oswoić się ze zmianą na ławce przed starciem ze Śląskiem II Wrocław — stery przejął Krzysztof Urtnowski, zastępując Tomasza Pozorskiego. To właśnie z Pozorskim przy sterach Sokół awansował rok wcześniej do Betclic II ligi, więc rozstanie tuż przed kluczowym meczem mogło niepokoić kibiców.
Drużyna odpowiedziała na rewolucję w sztabie w najlepszy możliwy sposób. Po nieco ponad kwadransie gry Sokół prowadził już 2:0. Wrocławianie się nie poddawali i w 72. minucie złapali kontakt, doprowadzając do 2:3 — to jednak nie wystarczyło, by odwrócić losy meczu. Najważniejszą postacią spotkania okazał się Kacper Śpiewak. Hat-trick Polaka dał gospodarzom przełomowe zwycięstwo 4:2.
Dwa mecze, dwanaście goli, dwie drużyny, które po słabszym początku sezonu pokazały, że stać je na skuteczną, ofensywną grę. Zawisza wraca do czołówki tabeli, a Sokół otwiera nowy rozdział pod wodzą Urtnowskiego zwycięstwem.