Sala konferencyjna przed Grand Prix USA zwykle brzmi jak miejsce rozmów o oponach, strategiach i punktach mistrzostwa. Tym razem było inaczej — Lewis Hamilton zabrał głos na oficjalnej konferencji prasowej Formuły 1, mówiąc nie o torze, lecz o świecie poza nim.
„Myślę, że musimy zadbać o to, byśmy działali na rzecz wolności Konga, Sudanu, Syrii i Palestyny. Mam nadzieję, że w pewnym momencie doczekamy się pokoju” — powiedział kierowca.
Potrzebujemy wolności i pokoju
Te słowa wypowiedział siedmiokrotny mistrz świata, dziś jadący w barwach Ferrari. A to oznacza, że jego wypowiedzi w paddocku rzadko przechodzą bez echa.
Hamilton nie po raz pierwszy odnosi się publicznie do kryzysu w Strefie Gazy. Już we wrześniu 2025 roku apelował, by nie pozostawać obojętnym wobec pogarszających się warunków życia Palestyńczyków. Ujawnił wówczas, że przekazał darowizny trzem organizacjom niosącym pomoc poszkodowanym — Palestyńskiemu Czerwonemu Półksiężycowi, Lekarzom bez Granic oraz brytyjskiemu oddziałowi Save the Children.
Wcześniej, w maju 2024 roku, kierowca wzywał do zakończenia izraelskich ataków na Strefę Gazy, mówiąc krótko: „Dość tego”. A jeszcze wcześniej, podczas ramadanu w marcu 2024 roku, wyraził swoją „miłość i wsparcie” dla Palestyńczyków doświadczających strat i trudności, apelując jednocześnie o trwałe zawieszenie broni oraz powrót zakładników.
Afryka na mapie Formuły 1
W tle tych deklaracji toczy się też inny wątek. Formuła 1 szykuje się do powrotu na kontynent afrykański. Gospodarzem Grand Prix na początku lat 30. XXI wieku ma zostać Rwanda. Hamilton już wcześniej mówił o chęci pozostania w sporcie wystarczająco długo, by móc wystartować właśnie w tym wyścigu. Nieraz podkreślał też znaczenie afrykańskiej historii i dziedzictwa oraz potrzebę większej różnorodności w motorsporcie.
Pracownik wchodzi rano do fabryki. Przykłada kartę do czytnika, zostawia za progiem jedną część swoich obowiązków, wchodzi do innej sekcji budynku i zaczyna pracę już dla zupełnie innego projektu. Brzmi jak scena z filmu szpiegowskiego, ale to codzienność, jaką FIA szykuje czołowym zespołom Formuły 1 od 2027 roku.
Federacja wprowadziła do regulaminu szczegółowe zasady rozgraniczające działalność wewnątrz zespołów. Po ich wejściu w życie stajnie nie będą mogły już swobodnie przerzucać ludzi i zasobów między pracą nad bolidem F1 a innymi projektami prowadzonymi pod tym samym dachem.
Problem narodził się razem z limitem budżetowym, który obowiązuje w F1 od początku 2021 roku. Odkąd wydatki na rozwój bolidu zostały ograniczone, duże zespoły zaczęły szukać życia poza torem. Mercedes prowadzi dziś szereg prac inżynierskich dla zewnętrznych firm, a przez kilka lat miał też własny zespół w Formule E. Ferrari weszło do rywalizacji w serii WEC. Najdalej poszedł chyba Red Bull — rozwinął własną działalność inżynierską, uruchomił fabrykę silnikową i zbudował supersamochód drogowy RB17. McLaren zaczął ścigać się w kilku seriach naraz i również prowadzi zewnętrzną działalność inżynierską, a Aston Martin poszedł podobną drogą, rozwijając własne usługi inżynierskie.
Tyle że granica między „zespołem F1” a „projektem pobocznym” bywała w praktyce płynna. I właśnie z tym problemem zmierzyła się teraz FIA.
Pół etatu tu, pół etatu tam
Powszechną praktyką stało się przydzielanie części etatu pracownika do zespołu F1, a reszty do innej działalności prowadzonej przez tę samą firmę. Efekt? Cała pensja takiej osoby nie wliczała się już do limitu budżetowego, mimo że realnie mogła pracować głównie przy bolidzie. Na sezon 2026 limit budżetowy podniesiono wyraźnie właśnie po to, by skończyć z tym dzieleniem pensji między projekty. To jednak było leczenie objawów, nie przyczyny.
Wcześniej federacja próbowała rozdzielać działalności zespołów za pomocą zabiegów regulaminowych i dyrektyw technicznych — łatek nakładanych punktowo, gdy pojawiał się kolejny szary obszar. Teraz poszła o krok dalej. W październikowej aktualizacji regulaminu F1 na sezon 2027, w sekcji operacyjnej, pojawiła się zupełnie nowa część licząca dwanaście stron, która opisuje krok po kroku, jak zespoły mają rozdzielać pracę w swoich fabrykach pomiędzy różne działalności.
Zasady są drobiazgowe. Nowy regulamin wymaga ścisłej fizycznej segregacji pracowników na osobne sekcje fabryki, a do tego segregacji systemów informatycznych, z których korzystają — z różnymi poziomami dostępu do danych w zależności od tego, przy jakim projekcie dana osoba pracuje. Te same wewnętrzne systemy IT nie będą już mogły być współdzielone między różnymi działalnościami, żeby uniemożliwić przepływ informacji z zespołu F1 na zewnątrz i odwrotnie. Do tego dochodzą strefy o ograniczonym dostępie, monitorowane choćby wejściem na kartę.
Części wspólne w fabrykach zostaną — korytarze, stołówki, recepcje. Fizycznie ich przecież nie zlikwidujesz. Ale pracy wykonywać w nich już nie będzie można. Nawet tunele aerodynamiczne, które bywały wspólnym zasobem dla różnych projektów, będą musiały mieć ustalone pory, w których przebywają w nich pracownicy przypisani do danej grupy.
Najbardziej dotkliwa dla samych pracowników może się okazać inna zasada. Jeśli ktoś przejdzie z jednej grupy projektowej do drugiej, będzie musiał podpisać nową umowę o pracę i otrzymać nowe uprawnienia dostępu. W niektórych przypadkach konieczne będzie nawet odczekanie określonego okresu karencji, zanim faktycznie przejdzie się do nowych obowiązków. Koniec z płynnym przeskakiwaniem między projektami z dnia na dzień — FIA chce, żeby granica między F1 a resztą biznesu zespołu była nie tylko papierowa, ale i fizyczna.
Lotnisko w Barcelonie, wczesny wieczór. Blancafort, jeden z organizatorów gali „Mundo Deportivo”, czeka na prywatny odrzutowiec, który lada chwila ma dowieźć Michaela Schumachera prosto z Genewy. O taki transport poprosił sam Niemiec, a w podróży towarzyszyli mu rzecznik prasowy oraz żona Corinna. Nikt na płycie lotniska nie miał pojęcia, że kilka dni wcześniej cały scenariusz tego wieczoru posypał się w gruzy.
Wszystko zaczęło się w 2010 roku, kiedy organizatorzy gali zaprosili Schumachera do Katalonii. Miał odebrać nagrodę za całokształt kariery podczas wydarzenia zapowiadającego się wyjątkowo – Lionel Messi planował wtedy pokazać Katalończykom swoją pierwszą zdobytą Złotą Piłkę. Gala była powiązana z dziennikiem „Mundo Deportivo”. Organizatorzy poszli jednak o krok dalej w gościnności i zaproponowali Niemcowi udział w porannym treningu FC Barcelony w dniu samej gali. Klub się zgodził.
Plan wyglądał na dopięty na ostatni guzik. Mniej więcej tydzień przed galą świat usłyszał jednak coś zupełnie innego – Schumacher wraca do Formuły 1 i podpisuje kontrakt z Mercedesem. Oficjalną prezentację zespołu z siedzibą w Brackley zaplanowano na dzień po barcelońskiej gali, co w praktyce wywróciło cały harmonogram wizyty w Hiszpanii.
Trening z zawodnikami Barcelony trzeba było odwołać. Schumacher mimo to nie zamierzał zawieść organizatorów. „Dałem słowo i dotrzymam go. Ale proszę, dajcie mi nagrodę jako jednemu z pierwszych, bo będę biegł, żeby złapać samolot do Genewy w nocy” – miał powiedzieć, cytowany przez Blancaforta.
Wywiad przerwany przez żonę
Na lotnisku Blancafort nie był sam – towarzyszyła mu koleżanka Cordula Reinhardt, która przeprowadziła ze Schumacherem wywiad w jego ojczystym, niemieckim języku. Rozmowa ciągnęła się 45 minut. W pewnym momencie przerwała ją Corinna Schumacher, przypominając mężowi, że za 20 minut musi być gotowy: „Przebierz się i ogol”. Blancafort po latach wspominał to spotkanie bez cienia żalu za zepsutym planem treningowym. „Bawiliśmy się świetnie” – mówił.
Piłka nożna nie była dla Schumachera przypadkowym epizodem wizerunkowym. Niemiec regularnie grywał w charytatywnych meczach organizowanych w Monako tuż przed tamtejszym Grand Prix, a piłkę trzymał w padoku jako element własnej rozgrzewki przed wyścigami.
Sam powrót do F1 w 2010 roku zamykał wyjątkowo długą przerwę od startów. Schumacher zakończył pierwszą część kariery po sezonie 2006, mając na koncie siedem tytułów mistrza świata – w tym pięć zdobytych z rzędu w latach 2000-2004 w barwach Ferrari. Drugie podejście, tym razem z Mercedesem, trwało trzy sezony i zakończyło się wraz z 2012 rokiem, nie przynosząc już walki o kolejny tytuł.
Od grudnia 2013 roku, gdy Schumacher doznał poważnego urazu głowy podczas jazdy na nartach we francuskich Alpach, pozostaje poza życiem publicznym. Rodzina konsekwentnie chroni jego prywatność, nie ujawniając szczegółów stanu zdrowia, a dostęp do niego ma jedynie wąskie grono najbliższych osób.
Christian Horner wydał książkę o swoich latach w Red Bullu dokładnie w rocznicę śmierci Dietricha Mateschitza, założyciela zespołu. Helmut Marko, przez lata jego najbliższy współpracownik, nazwał to „prawdziwym wstydem”. I na tym się nie skończyło.
Horner, Brytyjczyk, oraz Marko, Austriak, przez lata tworzyli razem Red Bull Racing – jeden z najskuteczniejszych projektów w historii Formuły 1. Marko odpowiadał w zespole za motorsport jako doradca. W ostatnim okresie ich wspólnej pracy relacje jednak wyraźnie się popsuły. Horner twierdzi, że to Marko podejmował działania, które miały doprowadzić do jego odejścia z zespołu. W 2025 roku faktycznie rozstał się z Red Bullem, kończąc pracę na stanowisku szefa zespołu.
W książce Horner opisał kulisy tej relacji, nie pomijając jednego z najboleśniejszych wątków swojego życia – śmierci Beverly, byłej partnerki i matki jego córki. Jak twierdzi, właśnie w tym trudnym momencie Marko miał aktywnie zabiegać o jego zwolnienie. Zarzucił mu wprost, że wtedy nie złożył mu kondolencji.
Odpowiedź Marko: „zbiór kłamstw tak niskiego poziomu”
Marko nie zostawił tych zarzutów bez odpowiedzi. Austriackiemu „Krone” skomentował publikację Hornera bez ogródek.
„Ta książka to zbiór kłamstw tak niskiego poziomu, że nie będę jej komentować”.
Mimo tej deklaracji jednak skomentował – i to konkretnie. Zaprzeczył, jakoby nie złożył Hornerowi kondolencji po śmierci Beverly.
„Chciałbym tylko wyjaśnić jedną rzecz: złożyłem kondolencje po śmierci jego byłej dziewczyny Beverly”.
Na dowód pokazał dziennikarzom „Krone” korespondencję zapisaną w swoim telefonie. Nie zabrakło też riposty w kwestii daty wydania książki.
„Fakt, że książka została opublikowana w dniu śmierci Dietricha Mateschitza, jest prawdziwym wstydem” – dodał 83-latek.
Spór toczy się dalej już poza kartami książki. Kilka miesięcy po odejściu Hornera kierownictwo Red Bulla wysłało samego Marko na przyspieszoną emeryturę. Powód? Zarząd nie krył niezadowolenia z części jego decyzji. Tak oto dwaj architekci sukcesów ekipy z Milton Keynes w ciągu kilku miesięcy stracili swoje stanowiska – a teraz wymieniają się oskarżeniami na łamach prasy.
Jeszcze w lutym Connor Hellebuyck bronił słupków reprezentacji USA w finale igrzysk olimpijskich i w ogromnym stopniu przyczynił się do pokonania Kanady. Minęło zaledwie kilka miesięcy, a w piątek okazało się, że ten sam bramkarz zmienia barwy klubowe w spektakularnym stylu. Connor Hellebuyck przeszedł z Winnipeg Jets do New Jersey Devils.
To nie był transfer za jednego zawodnika czy nawet za dwóch. Winnipeg w zamian za swojego bramkarza otrzymał aż czterech hokeistów i dwa wybory w drafcie. Do Jets trafili napastnicy Dawson Mercer, Nick Bjugstad i Alexander Command oraz bramkarz Nico Daws. Do tego dochodzą wybory w siódmej rundzie draftu 2027 roku oraz w drugiej rundzie draftu 2029 roku. Kanadyjski klub, dla którego Hellebuyck był twarzą drużyny przez lata, musiał poskładać pokaźny pakiet, by zamknąć sprawę.
Hellebuyck ma 33 lata i wciąż jest w gronie absolutnej czołówki bramkarskiej ligi. To mistrz olimpijski ze Stanami Zjednoczonymi z 2026 roku, z urodzenia Amerykanin. W sezonie 2024/2025 zdobył Hart Trophy, nagrodę dla MVP całej ligi — jako jedyny bramkarz w ostatniej dekadzie. W XXI wieku podobną sztukę udało się dokonać tylko dwóm innym golkiperom: Jose Theodore w sezonie 2001/2002 i Carey’emu Price’owi w sezonie 2014/2015. Do tego trzykrotnie wybierano go najlepszym bramkarzem NHL — w sezonach 2019/2020, 2023/2024 i 2024/2025.
Jak doszło do rozstania z Winnipeg
Mimo tych wszystkich osiągnięć latem to sam Hellebuyck poprosił klub o możliwość odejścia. Argumentował, że taki krok będzie najlepszym rozwiązaniem zarówno dla niego, jak i dla jego rodziny. Łatwo jednak nie było — Winnipeg przez dłuższy czas nie był zadowolony z ofert, jakie napływały za bramkarza.
W tle pojawił się też wątek bezpieczeństwa zawodnika. Zaniepokojenie o Hellebuycka narosło po finale igrzysk olimpijskich, a we wrześniu dyrektor wykonawczy Jets potwierdził, że bramkarzowi przyznano dodatkową ochronę. Napięcie dało się odczuć też na płaszczyźnie czysto sportowej — Hellebuyck był ostatnio zawieszony przez klub za niestawienie się na letnim obozie przygotowawczym.
Cała sytuacja kontrastuje z tym, co jeszcze dwa lata temu wyglądało na wieloletnie małżeństwo z Winnipeg. W październiku 2023 roku Hellebuyck podpisał z Jets siedmioletni kontrakt, gwarantujący mu łącznie 59,5 mln dolarów wynagrodzenia. Dziś, zaledwie kilka lat później, ten sam bramkarz broni już bramki New Jersey Devils.
Na lód PPG Paints Arena w Pittsburghu wyjechał sam, tak jak każe hokejowa tradycja przewidziana dla debiutantów ligi. Black – bo tak się nazywa – gra na pozycji bramkarza w barwach Florida Panthers. Od dotychczas najwyższych bramkarzy w historii NHL dzieli go 5 centymetrów, a to oznacza jedno: właśnie padł nowy rekord wzrostu na tej pozycji.
Do tej pory czołówkę najwyższych bramkarzy w dziejach ligi tworzyli Ben Bishop, Iwan Fiedotow, Mads Sogaard oraz Mikko Koskinen. Black przebił ich wszystkich o kilka centymetrów. W hokeju na lodzie, dyscyplinie i tak zdominowanej już przez wysokich zawodników między słupkami, robi to spore wrażenie.
Samego debiutu zwycięstwem jednak nie zwieńczył. Florida przegrała z Pittsburgh Penguins 0:4, choć Black zanotował przy tym 17 skutecznych interwencji. Panthers ściągnęli go w 2024 roku jako wolnego agenta – zawodnika, którego wcześniej nie wybrano w żadnym drafcie. Klub z Sunrise postawił więc na kogoś spoza typowej ścieżki rozwoju.
W minionym sezonie Black bronił barw zespołu z Charlotte, filii Florida Panthers w lidze AHL. Jego skuteczność obron sięgnęła tam 90,3 proc. – liczby, które najwyraźniej przekonały sztab szkoleniowy, by dać mu szansę w NHL.
Trener Florida Panthers Paul Maurice docenił postępy, jakie bramkarz ostatnio poczynił.
„Ciało mężczyzny tej postury potrzebuje sporo czasu, by w pełni się rozwinąć. Myślę, że to już koniec jego wzrostu” — powiedział Maurice.
Karmanow może pobić rekord
Rekord wśród bramkarzy to jedno, ale absolutny rekord wzrostu w światowym hokeju wciąż czeka na pobicie – i może tego dokonać obrońca. Mołdawsko-rosyjski zawodnik Aleksandr Karmanow ma zaledwie 18 lat i pochodzi z Kiszyniowa. Przy wzroście 216 centymetrów jest już najwyższym hokeistą, który kiedykolwiek trafił do NHL.
Karmanowa wybrali San Jose Sharks w tegorocznym drafcie, choć na debiut w najlepszej lidze świata wciąż czeka. Na razie rozwija się w North Bay Battalion, występującym w Ontario Hockey League. Gdyby kiedyś pojawił się na lodzie NHL, to właśnie on – a nie żaden bramkarz – zostałby okrzyknięty najwyższym zawodnikiem w historii ligi.
Zostało 1 minuta i 26 sekund do końca trzeciej tercji, gdy krążek odbił się od łyżwy Jesperiego Kotkaniemiego i wpadł do własnej bramki Carolina Hurricanes. Gola zapisano na konto Connora McDavida — w hokeju nie uznaje się trafień samobójczych. Mecz był tak wyrównany, że musiała rozstrzygnąć go seria rzutów karnych. Ostatecznie Edmonton Oilers wygrali 6:5 we własnej hali, pokonując aktualnych mistrzów NHL.
Pierwsza połowa spotkania zapowiadała zacięty pojedynek — po 30 minutach gry na tablicy widniał remis 2:2. Potem Carolina przyspieszyła. Pod koniec drugiej tercji gole Setha Jarvisa i Logana Stankovena dały gościom prowadzenie 4:2.
Oilers nie zamierzali się poddawać. W niecałe trzy minuty trzeciej tercji Connor McDavid i Leon Draisaitl doprowadzili do wyrównania na 4:4. Hurricanes odpowiedzieli jednak szybko — na 2 minuty i 40 sekund przed końcem gola strzelił Fin Juuso Valimaki, znów dając swojej drużynie prowadzenie. Edmonton zareagował dosłownie w ostatniej chwili, za sprawą wspomnianego trafienia po nieszczęsnej interwencji Kotkaniemiego.
Dublety McDavida i Draisaitla, ale pudła w karnych
Connor McDavid zanotował w tym meczu dwa gole i trzy asysty. Dokładnie taki sam bilans — dwa trafienia, trzy asysty — zapisał na swoim koncie Leon Draisaitl. To już czwarty raz w ich karierze, gdy obaj zdobyli po pięć punktów w jednym meczu. O ironio, w decydującej serii rzutów karnych żaden z nich nie trafił do bramki. Zwycięstwo Oilers przypieczętował dopiero w trzeciej serii Ryan Nugent-Hopkins.
Ten triumf w Edmonton to coś więcej niż punkty za jeden mecz. Oilers wskoczyli dzięki niemu na pierwsze miejsce w Dywizji Pacyficznej i na szczyt całej Konferencji Zachodniej. Carolina mimo porażki wciąż pozostaje najlepszą drużyną Konferencji Wschodniej.
Forma McDavida w tym sezonie robi wrażenie. Kanadyjczyk ma na koncie osiem bramek i 23 asysty w 10 meczach, a jego 31 punktów daje mu prowadzenie w klasyfikacji kanadyjskiej całej ligi. Tuż za nim, z dorobkiem 21 punktów, plasuje się klubowy kolega Leon Draisaitl.
Luty, miliarder Mark Walter zostaje odcięty przez ubezpieczycieli od gotówki po wezwaniach śledczych – i akurat wtedy na ratunek przychodzi mu legenda NBA. Amistad Financial Group pożyczyła spółkom należącym do Waltera около 1,26 mld dolarów. Co ciekawe, mniejszościowym udziałowcem i członkiem zarządu tej firmy jest sam Earvin „Magic” Johnson. Sprawę ujawniła agencja Bloomberg – zastrzyk gotówki nastąpił między marcem a czerwcem 2026 roku.
Prawdziwe kłopoty Waltera zaczęły się, gdy dostał wezwania sądowe od federalnych organów śledczych. Kilka tygodni przed owym zastrzykiem gotówki miliarder został objęty federalnym dochodzeniem karnym. Departament Sprawiedliwości USA prześwietla teraz sieć jego transakcji, opiewających na ponad 20 mld dolarów. Śledczych interesuje ukryty przepływ funduszy w jego imperium – dochodzenie prokuratorskie skupia się na podejrzeniach dotyczących braku przejrzystości i niewłaściwego ujawniania transakcji między powiązanymi ze sobą podmiotami.
Kontrolowane przez Waltera firmy ubezpieczeniowe z dnia na dzień wstrzymały udzielanie mu jakichkolwiek dalszych pożyczek. Wtedy właśnie – jak wynika z dokumentacji korporacyjnej przeanalizowanej przez dziennikarzy Bloomberga – rolę pożyczkodawcy przejęła firma powiązana z legendarnym rozgrywającym Los Angeles Lakers.
Kim jest Mark Walter
Mark Walter to kluczowy właściciel baseballowego giganta Los Angeles Dodgers oraz koszykarzy Los Angeles Lakers, a do tego współwłaściciel angielskiego klubu piłkarskiego Chelsea FC. W obliczu śledztwa zdecydował się na błyskawiczne porozumienie w sprawie odsprzedania pakietu większościowego w LA Lakers oraz swoich udziałów w Chelsea FC. Celem tej transakcji jest zredukowanie zadłużenia i spłata ubezpieczycieli.
Na razie nikomu nie postawiono zarzutów karnych w tej sprawie.
Już w 11. minucie Zofia Burzan wpisała się na listę strzelczyń, otwierając wynik w meczu z Portoryko. Do przerwy polskie piłkarki do lat 17 prowadziły 4:0. Gdy sędzia odgwizdał koniec spotkania, na tablicy widniał wynik 6:2 dla biało-czerwonych. To ostatnie starcie grupy B mistrzostw świata w Maroku przypieczętowało awans Polek do 1/8 finału.
Bohaterką meczu okazała się Maja Leśkiewicz, która skompletowała hat-tricka. Burzan dołożyła drugiego gola z rzutu karnego w 72. minucie, a Wiktoria Skrzypczak trafiała dwukrotnie – w 34. i 45+2 minucie. Kropkę nad i postawiła Zofia Świtała, trafiając w doliczonym czasie gry, w 90+7 minucie. Dla Portoryko oba gole, w 51. i 90+1 minucie, zdobyła Aleeya Olmo.
Do fazy pucharowej drużyna selekcjonerki Pauliny Kawalec dotarła okrężną drogą. Turniej w Maroku Polki zaczęły od zwycięstwa z Nigerią 2:1, żeby zaraz potem dotkliwie przegrać z Koreą Północną 1:6. Broniąca tytułu z poprzedniej edycji reprezentacja Korei Północnej, mimo porażki z Nigerią 1:3, i tak zajęła pierwsze miejsce w grupie.
Awans dzięki bilansowi w tabeli
Polska zakończyła rywalizację w grupie B z sześcioma punktami. W tabeli trójki Polska-Korea Północna-Nigeria to jednak biało-czerwone wylądowały na trzeciej pozycji – zadecydował najsłabszy bilans bezpośrednich meczów. Na szczęście w systemie tego turnieju, w którym rywalizuje 24 reprezentacje, trzecie miejsce wcale nie oznacza pożegnania z mistrzostwami. Do 1/8 finału przechodzą bowiem cztery najlepsze zespoły z trzecich miejsc wszystkich grup – i akurat Polska znalazła się w tym gronie.
Na razie nie wiadomo, z kim przyjdzie zmierzyć się Polkom w kolejnej rundzie – to zależy od układu wyników w pozostałych grupach i tego, które zespoły z trzecich miejsc ostatecznie awansują. Jasne są za to daty zakończenia całego turnieju – mecz o trzecie miejsce oraz finał zaplanowano na 7 listopada.
Belka ustawiona na 19. stopniu, skocznia w Klingenthalu i jeden skok, który rozstrzygnął wszystko. Najdalej w piątkowych kwalifikacjach poleciała Nika Prevc – 139 metrów – i to właśnie ta odległość zapewniła jej zwycięstwo w eliminacjach przed sobotnim konkursem Letniego Grand Prix. Słowenka startowała z tego samego, 19. progu co cała reszta stawki, jednak dystans, jaki pokonała, mówił sam za siebie.
Dla Prevc to powrót w dobrym stylu. Dominatorka minionej zimy w tegorocznym cyklu Letniego Grand Prix wcześniej w ogóle nie startowała – tym mocniej piątkowy pokaz formy w Klingenthalu ustawił ją w roli faworytki przed sobotą. Drugie miejsce w kwalifikacjach przypadło Norweżce Eirin Marii Kvandal, która wylądowała na 133,5 metra, mimo że skakała z najazdu o cztery stopnie niższego niż Prevc.
Z polskiej perspektywy liczyła się przede wszystkim dziesiąta pozycja Anny Twardosz. Zawodniczka uzyskała 127 metrów, skacząc również z 19. belki, i tym samym zamknęła od dołu czołową dziesiątkę kwalifikacji. To solidny rezultat, jeśli spojrzeć na jej ostatnią formę – we wrześniu Twardosz wygrała dwa konkursy Letniego Grand Prix w rumuńskiej Rasnovie i obecnie zajmuje trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej całego cyklu.
Druga z Polek wypadła gorzej. Natalia Słowik w ogóle nie pojawiła się na belce startowej podczas piątkowych kwalifikacji.
Kiedy konkurs i gdzie oglądać
Sobotni konkurs w Klingenthalu zaplanowano na godzinę 11.15. Transmisję pokaże serwis HBO Max.