⚡ Aktualnie:
Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA

Marcin Najman i Jacek Murański stanęli twarzą w twarz podczas konferencji promującej galę PRIME 19. Do ich rewanżowej walki dojdzie za dwa tygodnie, a sama gala odbędzie się 7 listopada w Ostrowie Wielkopolskim. To właśnie starcie Najmana z Murańskim jest jednym z najważniejszych punktów karty tego wydarzenia.

Obaj zawodnicy mają już za sobą jedno starcie w klatce. Teraz przyjdzie czas na rewanż. Sama konfrontacja na konferencji przebiegła jednak spokojnie, bez gwałtownych scen.

Pasternak wraca do MMA po turnieju na FAME

Na karcie PRIME 19 zobaczymy również walkę Michała Pasternaka, znanego jako „Wampir”, z Dawidem „Skawianem” Skawiańczykiem. Pasternak trafia na tę galę prosto po turnieju K-1 na FAME 33, gdzie wygrał dwie walki, pokonując Erko Juna i Patryka „Black Panthera” Akinyeye. W finale tego turnieju nie wystąpił z powodów zdrowotnych. Na PRIME 19 czeka go jednak zupełnie inna formuła – zamiast K-1 zmierzy się ze Skawiańczykiem w MMA.

Pasternak nie będzie jedynym gościem z FAME na karcie w Ostrowie Wielkopolskim. Paweł Bomba, postać dobrze znana kibicom tej federacji, zmierzy się z Łukaszem Bielonem. Obaj, Bomba i Pasternak, pojawią się na gali PRIME na zasadzie wypożyczenia z FAME.

Kartę uzupełnia starcie Maksymiliana „Kruszynki” Kubiaka z Dariuszem „Daro Lwem” Kaźmierczukiem. Całość złoży się na wieczór, w którym rewanż Najmana z Murańskim ma być głównym punktem programu.

Selekcjoner Igor Milicić ogłosił listę 33 koszykarzy powołanych na listopadowe mecze eliminacji mistrzostw świata 2027 z Chorwacją i Niemcami. Polska zmierzy się z Chorwacją 27 listopada w Gliwicach, a trzy dni później, 30 listopada, zagra w Frankfurcie nad Menem z Niemcami.

Stawka tych meczów jest wysoka. Polska ma w grupie K bilans 7 wygranych i 1 porażki, identyczny jak Niemcy i Chorwacja. To właśnie te trzy zespoły, obok Łotwy, wciąż liczą się w walce o awans, a Polska ma nad Łotwą przewagę trzech zwycięstw. Mecz we Frankfurcie nabiera dodatkowego znaczenia, bo Niemcy przyjeżdżają do Polski jako aktualni mistrzowie świata.

Opaskę kapitańską wciąż nosi Mateusz Ponitka. W kadrze nie zabrakło też 37-letniego rozgrywającego Kamila Łączyńskiego — jednego z najbardziej doświadczonych zawodników w zespole.

Trzej naturalizowani gracze, tylko jedno miejsce

Milicić powołał trójkę naturalizowanych koszykarzy: Jordana Loyda, Jerricka Hardinga i Luke’a Petraska. Loyd występuje w Anadolu Efes Stambuł i w kadrze grał już podczas sierpniowego okienka eliminacji. Harding broni barw Turk Telekom Ankara, Petrasek gra w Surne Bilbao. Przepisy pozwalają jednak wystawić na parkiecie tylko jednego z tej trójki — i to postawi trenera przed niełatwym wyborem.

Na liście znalazł się również Jeremy Sochan. Jego sytuacja klubowa jest w tej chwili nietypowa: koszykarz pozostaje bez klubu, odkąd tuż przed startem sezonu NBA zwolnili go Portland Trail Blazers.

Krajowa liga ma w tej kadrze mocną reprezentację — 19 z 33 powołanych zawodników gra w PGE Basket Lidze. Kilku z nich może zadebiutować w meczu o punkty: 20-letni Krzysztof Kempa z Dzików Warszawa, 24-letni Kacper Kłaczek z ENEA Łaciate Astorii Bydgoszcz, 26-letni Szymon Wójcik z Anwilu Włocławek oraz 26-letni Grzegorz Kamiński, kolega klubowy Kempy w Dzikach Warszawa.

Sierpniowe okienko przyniosło Polakom mieszane wyniki. Zespół rozbił Izrael 106:86 w Rydze, ale w Ergo Arenie przegrał po dogrywce z Niemcami 94:96. Dla rywali z tamtej fazy eliminacji konsekwencje okazały się poważniejsze — Izrael i Holandia ostatecznie straciły szanse na udział w mundialu po porażkach w ostatnich kolejkach.

Dla Polski gra idzie o historię. Awans do mistrzostw świata byłby trzecim w dziejach reprezentacji — po piątym miejscu w Urugwaju w 1967 roku i ósmej lokacie na mundialu w Chinach w 2019 roku.

Droga do turnieju w Katarze prowadzi przez skomplikowany system eliminacyjny. W europejskiej strefie rywalizuje 32 zespołów, w tym osiem, które przeszły przez prekwalifikacje. Pierwszy etap toczył się w ośmiu grupach czterozespołowych, a obecny, drugi etap obejmuje cztery grupy po sześć zespołów walczących o 12 miejsc w mistrzostwach. Potrwa on od sierpnia 2026 do marca 2027, a bezpośredni awans wywalczą po trzy najlepsze zespoły z każdej grupy. Listopadowe mecze z Chorwacją i Niemcami będą więc jednym z kluczowych przystanków na tej drodze.

Kacper Tomasiak wygrał kwalifikacje do konkursu Letniego Grand Prix w Klingenthalu. 19-letni skoczek poszybował na 144 metry i to dało mu najlepszy wynik dnia.

Do Niemiec przyjechał w formie, która nie pozostawiała wątpliwości. Tydzień wcześniej zdobył mistrzostwo Polski na igielicie, a w jego dorobku są już trzy medale olimpijskie. W Klingenthalu pokazał, że to żaden przypadek – wylądował dalej niż wszyscy rywale.

Resztę podium kwalifikacyjnego zajęli zawodnicy spoza Polski. Drugi był Norweg Mariusz Lindvik, który skoczył 142,5 m. Trzecie miejsce przypadło Austriakowi Janowi Hoerlowi po skoku na 144,5 m. Ciekawostka: w piątkowych treningach właśnie Hoerl był najszybszy, więc jego spadek na trzecią pozycję w kwalifikacjach mógł zaskoczyć.

Czwarty był Stephan Embacher ze skokiem na 138,5 m. Piątą lokatę zajął Jonas Schuster, notując 136 m, a szóste miejsce przypadło Ryoyu Kobayashiemu po skoku na 137,5 m.

Pięciu Polaków z awansem

Do konkursu zakwalifikowało się pięciu reprezentantów Polski. Oprócz Tomasiaka przepustkę wywalczył Maciej Kot – 136 m i 11. miejsce – oraz Paweł Wąsek, 12. po skoku na 134 m. Niżej w tabeli znaleźli się Klemens Joniak, 45. z odległością 128,5 m, i Jakub Wolny, 47. ze skokiem na 125,5 m.

Zawiódł jedynie Dawid Kubacki. Jego 117,5 m wystarczyło tylko na 52. miejsce w kwalifikacjach, co oznacza brak awansu do konkursu.

Na losy klasyfikacji generalnej cyklu rywalizacja w Klingenthalu już nie wpływa. Triumf w Letnim Grand Prix zapewnił sobie wcześniej Japończyk Naoki Nakamura – w sześciu startach tego cyklu zebrał 448 punktów i był klasą sam dla siebie.

Sobotni konkurs indywidualny w Klingenthal wystartuje o 13:35. Transmisję będzie można obejrzeć w Eurosport 2 oraz na platformie HBO Max.

Eternal Fire pokonali SINNERS w finale DraculaN Season 7 wynikiem 2-1 i sięgnęli po tytuł mistrzów turnieju. O losach finału zdecydowały trzy mapy. Najpierw SINNERS wygrali Mirage 13-6, potem Eternal Fire odpowiedzieli triumfem 16-12 na Cache, a wszystko rozstrzygnęło się na Ancient, które zamknęli wynikiem 16-14.

Za zwycięstwo w turnieju Eternal Fire zabrali największą część puli nagród oraz trofeum – w liczbach to 14 000 dolarów. Dwa finałowe mecze, wyznaczające kolejność miejsc od pierwszego do trzeciego, rozegrano 23 października. Tego samego dnia padła ostateczna decyzja o mistrzowskim tytule, choć sam turniej wystartował cztery dni wcześniej, 19 października.

Słabiej ten weekend zapamięta JiJieHao – drużyna przegrała w finale konsolidacyjnym. Dla chińskiego składu ta porażka to utracona szansa na kwalifikację do Majora, choć trzecie miejsce i tak przyniosło im 5 250 dolarów.

DraculaN Season 7 rozegrano w Bukareszcie, w Mołdawii. O pulę nagród w wysokości 35 000 dolarów rywalizowało tam dwadzieścia cztery zespoły.

Team Spirit głównym kandydatem do tytułu w Bukareszcie

Teraz uwaga środowiska CS2 przenosi się na PGL Masters Bucharest 2026 – od 24 do 31 października, tyle że tym razem w rumuńskim Bukareszcie. Zdaniem analityków bukmacherskiej firmy Thunderpick głównym faworytem jest Team Spirit, notowani z kursem 3.75 na zwycięstwo. Najbliżej rosyjskiej formacji mają być Team Vitality i MOUZ – to właśnie oni wymieniani są wśród głównych pretendentów do tytułu.

W turnieju zagra szesnaście drużyn, a łączna pula nagród wynosi 1 250 000 dolarów. Najpierw czeka ich faza grupowa w systemie szwajcarskim, z której do play-offów awansuje osiem najlepszych zespołów.

San Antonio Spurs przegrali z Houston Rockets, a o losach meczu zadecydowała jedna akcja w ostatnich sekundach. Kevin Durant trafił trójkę, dając Rockets prowadzenie 112:108 w końcówce. Finaliści ubiegłego sezonu NBA nie powiedzieli jednak jeszcze ostatniego słowa.

Przy stanie 110:112, pięć sekund przed końcem, Spurs posłali piłkę pod kosz do Victora Wembanyamy. Po przerwie na żądanie ekipa z San Antonio ustawiła akcję właśnie pod swojego lidera. Wszystko wskazywało na to, że Francuz zdobędzie dwa punkty i wymusi dogrywkę.

Stało się jednak inaczej. Amen Thompson zablokował Wembanyamę przy próbie zdobycia punktów. Wybitny obrońca Rockets powstrzymał mierzącego 224 centymetry Francuza i razem z nim zgasił nadzieje Spurs na wyrównanie. Chwilę później Fred VanVleet trafił dwa rzuty wolne, ustalając ostateczny wynik na 114:110.

Statystyki meczu

Thompson nie tylko zablokował Wembanyamę w kluczowym momencie, ale skompletował też double-double, notując 20 punktów i 10 zbiórek. Kevin Durant dopisał do swojego konta 20 punktów, a najlepszym strzelcem Rockets okazał się Alperen Sengun z 29 oczkami.

Po stronie Spurs Wembanyama, choć przegrany, zanotował solidny mecz: 25 punktów i 13 zbiórek, trafiając 9 z 21 rzutów z gry oraz 5 z 8 rzutów wolnych. Stephon Castle dodał 15 punktów przy 6 z 15 z gry – to jednak nie wystarczyło, by odwrócić losy spotkania.

Po tej wygranej Houston Rockets ma bilans 2-0 w sezonie, San Antonio Spurs otwiera rozgrywki wynikiem 0-2. Dla zespołu, który jeszcze kilka miesięcy temu grał w finale NBA, to bolesny początek kampanii.

Athletics Integrity Unit (AIU) tymczasowo zawiesił Peres Jepchirchir. W próbce pobranej od kenijskiej biegaczki wykryto EPO, czyli erytropoetynę – substancję stymulującą produkcję czerwonych krwinek. Co istotne, pozytywny wynik dała próbka pobrana jeszcze przed sierpniowym zwycięstwem Jepchirchir w maratonie w Sydney.

33-letnia Kenijka to jedna z największych postaci kobiecego maratonu ostatnich lat. Mistrzyni olimpijska w maratonie kobiet z 2021 roku, mistrzyni świata z Tokio z 2025 roku – a do tego triumfy w Nowym Jorku w 2021 roku, w Bostonie w 2022 roku i w Londynie w 2024 roku.

Agent zawodniczki, Gianni Demadonna, odniósł się do sprawy w oświadczeniu przekazanym agencji Reuters. „Mogę jedynie powiedzieć, że czuję się okropnie z powodu tego, co się stało i uważam, że to absolutnie słuszne, aby sportowiec, który stosuje substancje poprawiające wydajność, został zdyskwalifikowany” – napisał.

Sydney bez cienia zwycięstwa

W sierpniu Jepchirchir wygrała maraton kobiet w Sydney z czasem 2:18.31, wyprzedzając drugą zawodniczkę Irine Cheptai o ponad trzy minuty. Cheptai, również Kenijka, zajęła w tym biegu drugie miejsce. Organizatorzy zawodów odpowiedzieli na informację o zawieszeniu krótko i jednoznacznie: „Nasze zaangażowanie w czysty sport jest niezachwiane. Każdy sportowiec, który staje na starcie w Sydney, zasługuje na rywalizację na równych warunkach”.

AIU, organizacja zwalczająca doping w lekkiej atletyce, działa od 2017 roku. W tym czasie ukarała już ponad 140 sportowców z Kenii – kraju, który od lat rozdaje karty w biegach długodystansowych, ale niemal równie często pojawia się w nagłówkach z powodu afer dopingowych.

Sprawa Jepchirchir przypomina historię Ruth Chepngetich, kenijskiej rekordzistki świata w maratonie, zawieszonej w ubiegłym roku na trzy lata. AIU domagała się wtedy czteroletniej dyskwalifikacji, ale karę skrócono, bo biegaczka przyznała się do naruszenia przepisów antydopingowych. Jej rekord świata – 2:09:56 – wciąż figuruje w oficjalnych tabelach, ponieważ padł przed testem z wynikiem pozytywnym.

5 grudnia w Glendale na przedmieściach Phoenix Michał Cieślak wejdzie do ringu jako jedyny obecnie polski mistrz świata w boksie zawodowym. Po drugiej stronie ringu czeka David Benavidez – niepokonany Amerykanin z bilansem 32 zwycięstw, 0 porażek i 26 nokautów. Stawka jest wyjątkowa: trzy pasy mistrzowskie naraz, a zwycięzca wyjedzie z Arizony z kompletem – WBC, WBA i WBO.

O skali wydarzenia mówi Andrzej Wasilewski, współpromotor Cieślaka i szef stajni KnockOut Promotions. „Bombardier z Radomia” – bo tak nazywany jest Cieślak – broni pasa WBC w kategorii cruiser (90,7 kg), a na koncie ma 28 zwycięstw i 2 porażki, w tym 22 wygrane przed czasem. Faworytem starcia pozostaje jednak Benavidez.

Michalczewski i Wach – podobieństwa i różnice

„Takiego pojedynku, żeby Polak jechał ze swoim pasem i mógł zyskać dwa kolejne, jeszcze w historii polskiego boksu nie było” – mówi Wasilewski.

Promotor sięga po dwa wcześniejsze przykłady wielkich starć polskich pięściarzy o potrójną stawkę. Pierwszy to pojedynek Dariusza Michalczewskiego z Virgilem Hillem o trzy pasy. Różnica była jednak zasadnicza, jak zaznacza Wasilewski – Michalczewski wchodził wtedy do ringu pod niemiecką flagą i walczył właściwie u siebie. Zaraz po tamtej walce federacja IBF odebrała mu zresztą tytuł. Drugi przykład to Andrzej Wach, który też mierzył się o trzy pasy – z Władimirem Kliczką – ale jako challenger, nie jako broniący własnego mistrzostwa.

Cieślak w Glendale znajdzie się więc w sytuacji bez precedensu: broniąc własnego pasa WBC, może dołożyć do niego jeszcze dwa kolejne, i to wciąż jako reprezentant Polski. Data starcia zbliża się szybko – 5 grudnia – a oczy polskiego środowiska bokserskiego skierują się w stronę Arizony.

12 grudnia, na gali, której główną atrakcją będzie starcie Biwoł-Smith, na ring wyjdzie też Bachram Murtazalijew. Ten były już mistrz świata wagi junior średniej, legitymujący się bilansem 23 wygranych, 1 porażki i 17 nokautów, zmierzy się z Johanem Gonzalezem, który na koncie ma 36 zwycięstw, 6 porażek i 34 nokauty. To jedna z kilku zapowiedzi, które ostatnio zelektryzowały środowisko bokserskie. Obok niej pojawiły się też plany Marko Calicia oraz wieść o uzgodnionych warunkach potencjalnej unifikacji w wadze półśredniej między Devinem Haneyem a Liamem Paro.

Chorwacki pięściarz Marko Calić (17-2, 10 KO) nie zwalnia tempa. W grudniu zeszłego roku stosunkowo pewnie pokonał Nikodema Jeżewskiego, a 5 grudnia, we Francji, podejdzie do dużo trudniejszego zadania — walki z Leonardo Mosqueą. Rywal to nie byle kto. Numer jeden rankingu WBA w kategorii cruiser, były mistrz Europy, niepokonany w 19 walkach zawodowych, z czego 12 skończył przed czasem. Dla Calicia to szansa, by przebić się na zupełnie inny poziom rywalizacji.

Haney i Paro już się dogadali

Najgłośniejszym wątkiem ostatnich dni pozostaje jednak waga półśrednia. Devin Haney, niepokonany mistrz WBO (33-0, 15 KO), uzgodnił warunki starcia z mistrzem IBF Liamem Paro. Co istotne, Paro — bilans 28-1, 16 KO — zrobił dokładnie to samo ze swojej strony. Obie strony są więc gotowe formalnie usiąść do stołu negocjacyjnego w sprawie unifikacji dwóch pasów.

Liam Paro, mistrz IBF, od miesięcy buduje pozycję jednego z czołowych zawodników dywizji. Teraz dostaje szansę na walkę życia. Według nieoficjalnych ustaleń pojedynek Haney-Paro odbędzie się prawdopodobnie jeszcze w tym roku, w Stanach Zjednoczonych. Gdyby doszło do starcia, byłaby to jedna z najważniejszych unifikacji w wadze półśredniej od dłuższego czasu — zderzenie dwóch niepokonanych, technicznie dopracowanych bokserów broniących różnych federacyjnych pasów.

Grudzień zapowiada się więc pracowicie. Najpierw Murtazalijew i Calić sprawdzą się w swoich pojedynkach, a kibice będą czekać na oficjalne potwierdzenie daty i miejsca starcia Haney-Paro — starcia, które może na najbliższe miesiące zdefiniować układ sił w wadze półśredniej.

Pod koniec maja Frankowi Sanchezowi wystarczyły dwie rundy, by znokautować Richarda Torreza i zapewnić sobie status obowiązkowego challengera IBF w wadze ciężkiej. Kubańczyk mógł wtedy od razu walczyć o wakujący pas z Filipem Hrgoviciem, zamiast tego jednak przyjął odstępne i ustąpił miejsca Mosesowi Itaumie. Kilka miesięcy później jego menadżer Mike Borao zdradza, że ta cierpliwość ma się wreszcie opłacić.

Wtedy decyzja o ustąpieniu miejsca młodemu Anglikowi wydawała się logiczna. Itauma miał wielką przyszłość przed sobą, a przez większość starcia z Hrgoviciem wyraźnie dominował rywala. Ostatecznie jednak uległ w dziewiątej rundzie – Chorwat obronił status mistrza IBF. Sanchez tymczasem zachował pozycję obowiązkowego pretendenta i, jak podkreśla jego obóz, tym razem nie zamierza nikomu ustępować.

Kolejną przeszkodą na drodze Kubańczyka ma być właśnie Hrgović. Bilanse obu bokserów są uderzająco podobne: Sanchez legitymuje się rekordem 26 zwycięstw, 1 porażki i 19 nokautów, Chorwat ma na koncie 21 wygranych, 1 porażkę i 16 nokautów. Nie jest wykluczone, że do starcia dojdzie w ojczyźnie broniącego pasa czempiona. Borao wprost wskazuje Zagrzeb jako jedną z rozważanych lokalizacji, choć zastrzega, że nic nie jest jeszcze przesądzone.

Negocjacje trwają, termin coraz bliżej

Menadżer Sancheza liczy, że pojedynek odbędzie się w pierwszym kwartale przyszłego roku. Rozmowy toczą się na bieżąco. Borao przyznaje, że pozostaje w stałym kontakcie z George’em Warrenem, przedstawicielem Queensberry Promotions, a kolejna rozmowa między stronami ma odbyć się jeszcze w tym tygodniu.

Spodziewam się, że ten pojedynek odbędzie się w pierwszym kwartale przyszłego roku. Pozostaję w stałym kontakcie z George’em Warrenem z Queensberry Promotions i do końca tygodnia znów czeka nas kolejna rozmowa.

Podobnego zdania co do szans Sancheza jest jego trener Eddy Reynoso. Sam Borao zresztą nie kryje wiary w sukces swojego zawodnika. „Wierzę, że może go pokonać i zostać nowym mistrzem świata” – zapowiada menadżer. Jego zdaniem triumf nad Hrgoviciem dałby Kubańczykowi wyjątkowe miejsce w historii dyscypliny: „Frank będzie pierwszym kubańskim mistrzem wszechwag” – deklaruje Borao.

6 września Max Verstappen stał przy torze Circuit of the Americas i przyglądał się rundzie mistrzostw świata WEC. To, co zobaczył, wystarczyło, by czterokrotny mistrz świata Formuły 1, na kilka tygodni przed własnym wyścigiem w Austin, nie przebierał w słowach.

„Z tego, co widziałem w WEC, tor był wyjątkowo nierówny. Szczerze mówiąc, nie czekam na ten wyścig, biorąc pod uwagę mój kręgosłup. Żartowałem na ten temat podczas poprzedniego wyścigu, ale prawda jest taka, że to nie jest zabawne. Od lat o tym mówimy. Sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli” – powiedział kierowca Red Bull Racing, cytowany przez motorsport.com.

Pofałdowania nawierzchni toru w Austin Verstappen nazwał wprost nieakceptowalnymi. Problem ma podłoże dosłownie geologiczne – Circuit of the Americas zbudowano na teksańskiej glinie, bardzo podatnej na zmiany objętości. Grunt kurczy się i rozszerza zależnie od warunków atmosferycznych, przez co przesuwa się także nawierzchnia, a najgorsze fale wychodzą tam, gdzie kierowcy hamują najmocniej.

Organizatorzy próbowali już łatać tor. Przed sezonem 2026 ponownie położono nawierzchnię na wybranych fragmentach, między innymi między zakrętami dziewiątym a jedenastym, a wcześniej przeprowadzono prace naprawcze na odcinku od dwunastego do dziewiętnastego zakrętu. Przed GP USA w 2024 roku wymieniono nawet nawierzchnię na całej długości toru. Verstappena to jednak nie przekonuje.

„Można tłumaczyć, że winna jest gleba, ale w takim razie organizatorzy powinni byli to przewidzieć i odpowiednio wzmocnić podłoże. Uwielbiam ten tor i to miejsce. Układ należy do najlepszych, podobnie jak obiekt i samo miasto. Jednak nierówności są dla mnie nie do zaakceptowania” – ocenił Holender.

Jego zdaniem dotychczasowe remonty to działanie pozorne. „Z czasem w kilku miejscach trochę zeszlifowano asfalt, ale to przypomina przyklejanie plastra na poważny problem. Trzeba zająć się tym, co znajduje się pod spodem” – stwierdził. Verstappen uważa, że bez gruntownego otwarcia toru i napraw na dużo większą skalę nierówności nie znikną trwale. „Te pofałdowania nie są naturalne i wymknęły się spod kontroli” – dodał.

Kręgosłup pod ciągłym obciążeniem

Kierowca Red Bulla przekonuje, że tegoroczne bolidy mogą odczuwać nierówną nawierzchnię w Austin jeszcze mocniej niż konstrukcje poprzednich lat z efektem przyziemnym. „Prawdopodobnie jest gorzej, ponieważ w zakrętach mamy bardzo mały prześwit. Na prostych korzystamy z trybu SM, który podnosi samochód. Podczas hamowania, szczególnie w większości takich miejsc, uderzamy jednak podłogą o tor częściej niż wcześniej” – wyjaśnił.

Sam proces hamowania opisał jako wyjątkowo nerwowy. „Hamowanie jest wtedy bardzo stresujące. Nie chodzi tylko o zwykłe nierówności wynikające ze starzenia się toru, lecz także o ruchy podłoża. Grunt przesuwa się w górę i w dół. Czasami trudno przewidzieć, czego się spodziewać, szczególnie poza główną linią, po której nikt regularnie nie jeździ. To naprawdę nie jest przyjemne” – powiedział.

Przytoczone przez niego liczby robią wrażenie. „W ubiegłym roku w zakręcie działała na mnie siła rzędu 5-6G, ale odnotowałem też uderzenia i obciążenia pionowe przekraczające 9G działające na mój kręgosłup. Mogę zapewnić, że nie jest to przyjemne. Im człowiek jest starszy, tym częściej o tym myśli. Tego nie chce się doświadczać” – przyznał kierowca, mający za sobą już ponad jedenaście sezonów w Formule 1.

Verstappen ujawnił też, że badania jego kręgosłupa wykazały problemy w dolnym odcinku. Dlatego apeluje, by sprawa nie została zbyta jako typowa dolegliwość zawodowego kierowcy wyścigowego. „Wiem, że to część wyścigów i sportu, ale samochody z ostatnich lat również powodowały dodatkowe obciążenia. Jeśli nadal będziemy uznawać jazdę po takich torach za coś akceptowalnego, konsekwencje dla kierowców będą większe. Można powiedzieć, że istnieją sporty bardziej szkodliwe dla poszczególnych części ciała. Oczywiście, dlatego ich nie uprawiam. To po prostu nie jest przyjemne” – podsumował Holender.

Instalacja aplikacji
Pobierz