⚡ Aktualnie:
Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA Cracovia przegrała z Motorem Lublin 1:2 w widowiskowym meczu Ekstraklasy Navratilova wskazała Świątek jako kandydatkę do rzucenia wyzwania Rybakinie Courmayeur: Martyna Kubka przegrywa w ćwierćfinale z Anną Blinkową Wiedeń: znamy półfinalistów. Alcaraz zagra z Miedwiediewem, Zverev z de Minaurem Dembek pracował z Chwalińską. Dziś przyznaje: zaskoczyła mnie bardzo Kvem: Nie otrzymałem pieniędzy od Passion UA za Budapest Major 2026 — to ok. 60–70 tys. dolarów Valve usuwa broń LAR z CS2, a Kvem oskarża Passion UA o niewypłacone 70 tysięcy dolarów F1: Gdzie obejrzeć kwalifikacje do GP Meksyku? Antonelli o krok od tytułu Koszmar Hamiltona i frustracja Verstappena. Działo się w F1 przed GP Meksyku Curry zwodem powalił Dončicia. Tak ruszył Puchar NBA

„Zespół z Grodziska Mazowieckiego” – to najkrótszy opis rywala, który w niedzielę zjawi się na Superauto.pl. Mowa o Pogoni, obecnym liderze Betclic 1. ligi. Naprzeciw niej stanie siódma w tabeli ekipa Waldemara Fornalika.

Na drugim froncie polskiej piłki w tym sezonie panuje wyjątkowa równość, a chorzowskie starcie to najlepszy tego dowód. Liderów od siódmej w tabeli ekipy Ruchu dzielą zaledwie trzy punkty. Po piątkowej wygranej Chorzowianie na moment wskoczyli nawet na trzecie miejsce, by finalnie osiąść na siódmej pozycji. Od dwóch zespołów powyżej dzieli ich tylko gorszy bilans bramek – różnica czysto kosmetyczna, bo w trakcie sezonu to właśnie bilans bramkowy decyduje o kolejności, a bezpośrednie starcia liczą się dopiero po jego zakończeniu.

Ruch w gazie, Pogoń traci punkty

Po przerwie na mecze reprezentacji forma Ruchu poszła wyraźnie w górę. Latem zespół Fornalika przeszedł solidną przebudowę kadry i efekty widać w ostatnich wynikach: 2:0 na wyjeździe z ŁKS-em w Łodzi, 3:0 u siebie z Odrą Opole. W trzech ostatnich kolejkach ligowych Chorzowianie nie stracili gola, a w dwóch październikowych meczach kontrolowali grę praktycznie od pierwszej do ostatniej minuty.

Pogoń z Grodziska Mazowieckiego wciąż prowadzi w tabeli, choć ostatnio zaczęła gubić punkty. W poprzedniej kolejce lider przegrał u siebie z Polonią Warszawa 0:1, tracąc decydującego gola w końcówce spotkania. Sygnał jasny: seria bez porażek może się chwiać w najmniej oczekiwanym momencie.

Dla 14-krotnego mistrza Polski to okazja, by dowieść, że powrót do gry na szczycie tabeli nie jest przypadkiem. Historia bezpośrednich starć zdaje się działać na korzyść gospodarzy. Niedzielny mecz będzie już piątym w historii między tymi klubami – a ich rywalizacja sięga 2021 roku, gdy obie ekipy jako beniaminkowie grały w 2. lidze. Pierwszy pojedynek w Grodzisku zakończył się remisem 1:1, ale w rewanżu Ruch rozbił Pogoń 4:1. W minionym sezonie oba spotkania zakończyły się identycznym wynikiem 2:2.

Pod względem kadrowym Fornalik nie ma przed niedzielą żadnych zmartwień – może sięgnąć po wszystkich zawodników. Do gry wraca też Agustin Coscia, argentyński napastnik, który po urazie mięśniowym doznanym na rozgrzewce przed meczem z ŁKS-em pauzował w dwóch ostatnich ligowych spotkaniach, a teraz jest już zdolny do gry.

„Każdy to powie – Trubalski niszczy Cracovię” – taki śpiew rozległ się na trybunach po sobotnim meczu z Piastem Gliwice. Kibice nie zostawili suchej nitki na klubie po kolejnej porażce, a swój gniew skierowali przede wszystkim w jedną osobę.

Cracovia przegrała z Piastem Gliwice 1:3 w sobotnie popołudnie, w meczu 12. kolejki Ekstraklasy. Gospodarze prowadzili już od 7. minuty, gdy do siatki trafił Jakub Czerwiński. Hugo Vallejo podwyższył na 2:0 w 25. minucie. Po przerwie kontaktowego gola dla „Pasów” strzelił Karol Knap, ale w doliczonym czasie gry Andreas Katsantonis ustalił ostateczny wynik na 3:1 dla Piasta.

To już szósta ligowa porażka Cracovii w tym sezonie – klub plasuje się obecnie na 13. miejscu w tabeli. Przed przerwą na kadrę zespół przegrywał cztery kolejne ligowe mecze z rzędu, a do tego wypadł z Pucharu Polski. Po powrocie do gry forma na chwilę się poprawiła: Cracovia pokonała Zagłębie Lubin 3:1 i zremisowała 1:1 z Legią Warszawa. Sobotnia porażka z Piastem brutalnie przerwała ten krótki, pozytywny epizod.

Gniew skierowany w dyrektora

Po końcowym gwizdku nie szczędzono obelg i wulgarnych przyśpiewek, kierując je przede wszystkim w stronę dyrektora generalnego klubu Filipa Trubalskiego. Kilkukrotnie padało wulgarne wezwanie do jego odejścia z klubu. Trenerem Cracovii jest Bartosz Grzelak, a funkcję dyrektora generalnego od pewnego czasu sprawuje właśnie Trubalski – i to on stał się głównym celem frustracji trybun.

Na śpiewach się jednak nie skończyło. Piłkarzy i trenera Grzelaka zaproszono pod trybunę, by przypomnieć im o wadze kolejnego ligowego spotkania. Słowa, które padły wówczas z megafonu, trudno nazwać dyplomatycznymi: „Trenerze, mamy za dwa tygodnie derby. Najważniejszy mecz dla nas wszystkich po czterech latach. Ku*wa, nie może to tak wyglądać, jak dzisiaj, szczególnie w pierwszej połowie. Mamy oczy, widzimy to, ale chcemy zaangażowania. Nie chcemy, ku*wa, wstydu. Wszystkie mecze są ważne, ale ten jest najważniejszy. Panowie, weźmy się w garść. Tam będzie czekało na nas 30 tysięcy ludzi, chcących nas zjeść. Nie możemy się temu dać” – padło z ust jednego z przedstawicieli trybun.

Powód desperacji jest konkretny. Cracovia po raz pierwszy od czterech lat zagra w derbowym starciu z Wisłą Kraków. Mecz zaplanowano na piątek, 6 listopada, a pierwszy gwizdek wybrzmi o godzinie 20:30.

Scena pod trybuną – zawodnicy, trener i dyrektor słuchający przemowy kibiców w milczeniu – odbiła się szerokim echem w sieci. Część komentujących nazwała zachowanie kibiców „patologicznym”, krytykując jednocześnie postawę władz klubu i piłkarzy, którzy po prostu to przyjęli: „Żałosne… Jeśli pracownicy Cracovii stoją i słuchają czegoś takiego, to chyba warto zrezygnować i niech ci panowie z sektora rządzą, skoro się ich słuchacie” – napisał jeden z internautów.

„6:0 na wyjeździe mówi samo za siebie” – i trudno się z tym nie zgodzić, patrząc na to, co Górnik Łęczna zrobił na boisku Lechii Zielona Góra. To najgłośniejszy wynik kolejki Betclic II ligi, choć o punkty biło się też w kilku znacznie bardziej wyrównanych meczach.

Beniaminek z Zielonej Góry nie znalazł żadnej recepty na spadkowicza z Łęcznej. Gole padały praktycznie przez całe spotkanie. Pierwszy trafił Bartłomiej Korbecki, a jeszcze do przerwy Górnik odpowiedział dwoma kolejnymi uderzeniami – najpierw Grzegorza Rogali, potem Jakuba Myszora. Po zmianie stron gospodarze rozsypali się zupełnie, a listę strzelców wydłużyli Fryderyk Janaszek, Bekzod Ahmedov i Hubert Antkowiak.

Olimpia wywozi trzy punkty z Krakowa, Legia II wygrywa strzelanicę

W Krakowie Hutnik podejmował Olimpię Grudziądz, ale warunki na boisku dyktowali przyjezdni. Prowadzenie dała im głowa Huberta Jasiaka, a jeszcze przed przerwą na 2:0 podwyższył Artur Siemaszko. Hutnik ocknął się dopiero w 75. minucie, kiedy gola kontaktowego strzelił Krystian Lelek – na odwrócenie losów meczu było już jednak za późno, Olimpia Grudziądz zwyciężyła 2:1.

Emocji nie brakowało też w Chojnicach, gdzie Legia II Warszawa wygrała na wyjeździe 3:2. Rezerwy stołecznego klubu odskoczyły już w pierwszej połowie: w 28. minucie trafił Cyprian Pchełka, a chwilę później do siatki trafił Adam Ryczkowski. Ten sam zawodnik dopisał jeszcze jedno trafienie w 66. minucie, ustalając wynik na 3:0. Chojniczanka ruszyła do odrabiania strat w końcówce – najpierw gola strzelił Konrad Janicki, potem Jakub Żywicki – ale te dwa trafienia okazały się jedynie kosmetyczną korektą wyniku, bez szans na uratowanie choćby punktu.

Mniej spektakularne, choć równie napięte widowiska rozegrano w Stalowej Woli i Bielsko-Białej. Gospodarze ze Stali pokonali Sandecję Nowy Sącz 1:0, a o zwycięstwie zdecydował dopiero Maksymilian Hebel w 86. minucie. Z kolei Rekord Bielsko-Biała, grając przed własną publicznością, musiał zadowolić się remisem 1:1 z Resovią. Rzeszowianie prowadzili od pierwszej minuty meczu dzięki trafieniu Mateusza Szwocha, a wyrównanie dla gospodarzy zapewnił Gabriel Kasprowicz w 53. minucie.

„Skrzydłowy odczuwał dyskomfort w lewej nodze podczas rozgrzewki” — tak portugalski portal Record opisał moment, który pokrzyżował plany FC Porto jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Oskar Pietuszewski miał rozpocząć mecz z Gil Vicente w podstawowym składzie, lecz tuż przed startem doszło do nagłej zmiany. Po konsultacji z lekarzem Nelsonem Pugą zapadła decyzja, że Polak nie wystąpi. Na jego miejsce wszedł Borja Sainz — i właśnie to on rozstrzygnął losy spotkania.

Gil Vicente przegrał z FC Porto 0:1. Jedyną bramkę strzelił Sainz w 64. minucie, trafiając w dolny narożnik po znalezieniu się w polu karnym. Bramkarz gospodarzy Lucao nie miał żadnych szans. Do przerwy na tablicy świecił jeszcze remis 0:0 — FC Porto, mistrz Portugalii i uczestnik Ligi Mistrzów, miało na starcie meczu tylko niewielką przewagę w posiadaniu piłki.

Dla Pietuszewskiego to kolejny cios zdrowotny. Skrzydłowy już wcześniej pauzował w pierwszych tygodniach sezonu z powodu problemów fizycznych.

Bednarek i Kiwior w defensywie, Gil Vicente bez kompleksów

W obronie gości zagrali środkowi defensorzy Jan Bednarek i Jakub Kiwior, obaj reprezentanci Polski, wystawieni w podstawowym składzie FC Porto prowadzonego przez Francesco Fariolego. Dla ekipy z Porto nie była to jednak formalność. Gil Vicente w tabeli ligowej zajmuje miejsce tuż za strefą premiowaną awansem do europejskich pucharów i do końca stawiało realny opór.

Trener gospodarzy sięgał po zmiany szybciej niż rywal. Już w 46. minucie Gabriego Veigę zmienił Hwang In-Beom, a w 59. minucie na boisko w miejsce Andre Silvy wszedł nowy napastnik Samu Aghehowa. W 72. minucie Farioli przeprowadził podwójną zmianę — Alan Varela wszedł za Pablo Rosario, a Santiago Gimenez zastąpił bohatera meczu Borję Sainza.

Końcówka przyniosła dodatkowe emocje. W 84. minucie Marvin Elimbi z Gil Vicente obejrzał czerwoną kartkę za faul, co jeszcze bardziej skomplikowało sytuację gospodarzy walczących o wyrównanie. Wcześniej żółtą kartkę zobaczył Pablo Rosario z FC Porto. Nad przebiegiem gry czuwał sędzia Luis Godinho.

Podstawowy skład Gil Vicente: Lucao, Ricardo Esgaio, Marvin Elimbi, Jonathan Buatu, David Moreira, Andreas Lausen, Diogo Prioste, Murilo, Santi Garcia, Joelson Fernandes i Walace Franca. FC Porto wystawiło: Diogo Costę, Alberto Costę, Jana Bednarka, Jakuba Kiwiora, Zaidu Sanussiego, Victora Froholdta, Pablo Rosario, Gabriela Veigę, Pepe, Andre Silvę i Borję Sainza.

Jedna bramka wystarczyła, by FC Porto wywiozło z trudnego terenu trzy punkty. Dla Pietuszewskiego i klubowego sztabu medycznego najważniejsze pytanie brzmi teraz, jak szybko skrzydłowy wróci do gry po kolejnym problemie z lewą nogą.

„Dla mnie? Maja Chwalińska w finale Rolanda Garrosa. Wzięła się znikąd, teraz skończy sezon w top20. I gra oldschoolowy tenis. W mojej opinii to była największa sensacja sezonu. Chylę czoła, chapeau bas, Maju!” – mówi Martina Navratilova. Dla legendarnej Czechoamerykanki właśnie 25-letnia Polka jest tą postacią, która najlepiej oddaje mijający sezon.

Sezon tenisowy 2026 wchodzi w ostatnią fazę. Portal „The Tennis Gazette” zwrócił się do trzech legend kortów – Andre Agassiego, Martiny Navratilovej i Matsa Wilandera – z prośbą o podsumowanie minionych dwunastu miesięcy. Wszyscy troje byli w swoim czasie liderami światowego rankingu, a na koncie mają razem 33 tytuły wielkoszlemowe w singlu. Pytanie było proste: który moment sezonu zapadł im w pamięć najbardziej.

Navratilova nie musiała się długo zastanawiać. Chwalińska przebiła się z drugiej setki rankingu do światowej czołówki i dziś zajmuje 11. miejsce na liście WTA. W tej drodze zmieściły się półfinał w Singapurze oraz triumf w Wuhan. Polka, była liderka rankingu WTA, wciąż nie kończy sezonu – czeka ją jeszcze turniej w Tokio, gdzie zagra z numerem 2 przy nazwisku. Pierwszą rundę ma za sobą bez gry, dzięki wolnemu losowi, w drugiej trafi na Xinyu Wang albo jedną z kwalifikantek.

Powrót Alcaraza i wojna Djokovicia z młodszymi

Andre Agassi wskazał inny moment – powrót Carlosa Alcaraza po kontuzji, która odebrała Hiszpanowi ponad cztery miesiące startów. „Dobrze go znów widzieć. Mam nadzieję, że Jannik Sinner mądrze korzysta ze swojego czasu. Ci dwaj goście są tak dobrzy dla tenisa, mam nadzieję na więcej w 2027” – powiedział Agassi.

Mats Wilander spojrzał w stronę Novaka Djokovicia. Najwyżej w jego rankingu sezonu stanęło zwycięstwo Serba nad Sinnerem w Australian Open, a od razu za nim pięciosetowy pojedynek z Alcarazem. „Dla mnie najlepsze było zwycięstwo Djokovicia nad Sinnerem w Australian Open, a później jego pięciosetówka z Alcarazem. To było nieprawdopodobne. Nie spodziewałem się, że Novak będzie aż tak konkurencyjny” – ocenił Wilander.

Nie zabrakło też polskich akcentów. Hubert Hurkacz podczas chińskiego tournee zanotował pierwsze w karierze zwycięstwo nad Djokoviciem – teraz czeka go Bazylea, gdzie drabinka turnieju jest już znana. Kamil Majchrzak triumfował w 's Hertogenbosch, Iga Świątek dopisała do listy wygraną w turnieju WTA 1000 w Toronto. Magda Linette i Katarzyna Kawa wciąż grają – ich sezon się jeszcze nie zamknął.

„Zmarnowała aż 10 piłek setowych!” – tak komentowano przebieg pierwszej partii meczu, który Jelena Rybakina ostatecznie wygrała. Liderka rankingu WTA pokonała Dianę Sznajder 6:3, 7:5 w półfinale turnieju WTA 500 w Ningbo i awansowała do finału.

27-letnia Kazaszka broniła w Ningbo tytułu z poprzedniej edycji. Przed sobotnim spotkaniem była zdecydowaną faworytką – nie tylko ze względu na pozycję w rankingu, ale i historię rywalizacji. Z 13. w klasyfikacji WTA Sznajder, rozstawioną w turnieju z numerem szóstym, wygrywała dotąd dwukrotnie, w obu przypadkach nie tracąc nawet jednego podania. Dla 22-letniej Rosjanki statystyka była więc wyjątkowo niekorzystna, a przełomu musiała szukać właściwie od pierwszej piłki.

Pierwszy set okazał się dla Rybakiny znacznie trudniejszy, niż wskazywał na to końcowy wynik. W szóstym gemie Kazaszka wykorzystała drugi break point i objęła prowadzenie 4:2. Droga do seta wydawała się już otwarta. Ale przy serwisie na zwycięstwo liderka rankingu zaliczyła serię fatalnych okazji – w sumie zmarnowała dziesięć piłek setowych. Skutek przyniosła dopiero jedenasta próba: 6:3 i koniec partii po 47 minutach gry.

Przełamanie, jakiego Sznajder jeszcze nie miała

Druga partia przyniosła kolejny zwrot. W trzecim gemie Sznajder prowadziła już 40-15, ale nie zdołała wykorzystać tej przewagi i przełamać serwisu rywalki. Rybakina odpowiedziała w siódmym gemie, wykorzystując pierwszą okazję na przełamanie i wychodząc na 4:3. Mecz jednak dalej się komplikował – w dziesiątym gemie, przy prowadzeniu Kazaszki, zrobiło się 0-40 z jej perspektywy.

Tym razem Sznajder dokończyła dzieła. Przełamała serwis Rybakiny po raz pierwszy w karierze, doprowadzając do wyniku 5:5. Radość nie trwała długo – w kolejnym gemie Rosjanka popełniła dwa podwójne błędy serwisowe i zdobyła w nim tylko jeden punkt. Rybakina wykorzystała moment i domknęła set wynikiem 7:5, a punkt meczowy padł po zwycięskim bekhendzie wzdłuż linii, zagranym po wcześniejszym podwójnym błędzie Sznajder. Całe spotkanie trwało 96 minut.

To był już drugi trudny mecz Rybakiny w Ningbo w tym tygodniu. W ćwierćfinale Kazaszka pokonała Katarzynę Kawę, zajmującą 128. miejsce w rankingu WTA, wynikiem 6:1, 3:6, 6:1 – też nie bez problemów w środkowej partii.

W niedzielnym finale Rybakina zagra z Leylah Fernandez, zajmującą 30. miejsce w rankingu WTA. Kanadyjka awansowała do decydującego meczu po zwycięstwie 6:2, 7:5 nad Marie Bouzkovą, 26. rakietą świata. Mecz o tytuł w Ningbo zostanie rozegrany w niedzielę 25 października, najwcześniej o godzinie 10:00 czasu polskiego.

„Osaka, była liderka światowego rankingu” – to nazwisko, na które Maja Chwalińska może trafić już w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Tokio. Polka zagra w stolicy Japonii z numerem drugim rozstawienia. Drabinka nie oszczędza jej rywalek z najwyższej półki, choć pierwszy krok w turnieju Chwalińska zrobi bez gry.

Chwalińska zgłosiła się do udziału w Pan Pacific Open – imprezie zaplanowanej na 26 października – 1 listopada. Jako druga rozstawiona otrzymała wolny los w pierwszej rundzie. To nagroda za ostatnią formę: niedawno wygrała turniej w Wuhan. Do Tokio jedzie więc jako jedna z twarzy czołowej grupy rozstawionych, choć po drodze musiała odpuścić start w Ningbo z powodu kontuzji uda.

W drugiej rundzie czeka na nią Chinka Xinyu Wang, zajmująca 39. miejsce w rankingu WTA, albo zawodniczka, która przejdzie przez kwalifikacje. Przeciwniczka wymagająca, ale jeszcze nie z najwyższej półki. Dalsza część drabinki robi się dla Polki dużo ciekawsza.

Osaka kontra Paolini – a zwyciężczyni może czekać Chwalińska

W potencjalnym ćwierćfinale rywalką Polki może być Naomi Osaka lub Jasmine Paolini. Zanim jednak do tego dojdzie, obie zmierzą się między sobą – już w pierwszej rundzie turnieju. Jedna z nich wypadnie więc z gry, zanim miałaby okazję zagrać z Chwalińską. Po drodze do tej fazy Polka może natomiast natrafić na Dianę Sznajder albo Alexandrę Ealę.

Druga część drabinki wygląda zupełnie inaczej, i tam Chwalińskiej na razie nie zobaczymy. Najwyżej rozstawioną zawodniczką jest tam Jelena Rybakina, a towarzyszą jej Belinda Bencic oraz Elise Mertens. Oznacza to, że w walce o finał Polka mogłaby trafić na jedną z tego tria – ale najpierw musi poradzić sobie z własną częścią drabinki.

„Nie chciałam wyjątkowego traktowania. Chciałam poczuć, że moja federacja mnie wspiera, zależy jej na mnie i ceni mnie nie tylko jako zawodniczkę, ale też jako osobę. Niestety nie doświadczyłam tego wsparcia oraz troski” – napisała Panna Udvardy po tym, jak nie znalazła się w kadrze Węgier na listopadowy mecz Billie Jean King Cup.

Węgierki zagrają w listopadzie z USA o utrzymanie w elitarnej grupie BJKC. W składzie na to spotkanie nie ma jednak Udvardy – a to mimo że 28-letnia zawodniczka jest drugą najwyżej sklasyfikowaną Węgierką w rankingu WTA, zajmując 83. miejsce. Wyżej, na 75. pozycji, notowana jest tylko Anna Bondar.

To nie pierwsza taka sytuacja w tym sezonie. W kwietniowej rywalizacji BJKC Udvardy również zabrakło, a Węgierki poradziły sobie bez niej. Tym razem jednak sama chciała zagrać w listopadowym spotkaniu. Selekcjonerzy postawili za to na Dalmę Galfi, zajmującą 153. miejsce w rankingu WTA, oraz Amarissę Toth, notowaną na 445. pozycji.

„Zasłużyła chociaż na szczerą rozmowę”

Po ogłoszeniu decyzji Udvardy opublikowała oświadczenie, w którym ostro skrytykowała węgierską federację tenisową. Jak twierdzi, specjalnie zaplanowała swój kalendarz turniejowy, by być gotowa pomóc kadrze.

„Ułożyłam sobie swój turniejowy grafik tak, by być wypoczęta i gotowa do pomocy mojej reprezentacji w jak największym stopniu”.

Kłopot w tym, że decyzję o braku powołania przekazano jej zbyt późno – terminy zgłoszeń do innych turniejów już minęły. Jej sezon zakończy się teraz 7 listopada w Delray Beach. „To szczególnie rozczarowujące, bo starałam się dopasować grafik tak, aby móc pomóc reprezentacji Węgier” – napisała.

Udvardy podkreśliła też, że o wykluczeniu z kadry dowiedziała się zaledwie pięć minut przed publicznym ogłoszeniem składu. „Myślę, że zawodniczka, która reprezentowała swój kraj wielokrotnie, zasłużyła chociaż na szczerą rozmowę” – dodała.

W oświadczeniu padł też poważniejszy zarzut – wielokrotny brak wsparcia ze strony federacji, a Udvardy przywołała konkretny przykład z Antalyi. „Gdy w Antalyi otrzymywałam groźby, federacja nie odpisała mi nawet na maile” – napisała.

„Adaś przede wszystkim powinien zdać sobie sprawę z tego, że ma talent, że ma wszystko, ale musi zadbać też o swoje żywienie, bo czasami widzę, jak je takie gówniane rzeczy i po prostu ja wiem, jakie to jest ważne, bo już dawno stamtąd wracam” — tak Artur Szpilka opisał sytuację Adama Soldaeva w programie „Klatka po klatce”.

Te słowa padły nie bez powodu. Chwilę wcześniej na gali XTB KSW 122 Soldaev pokonał Mateusza Makarowskiego, a cała walka wywołała sporo komentarzy. Zestawiono ją w kategorii lekkiej, choć do tej pory Soldaev walczył w piórkowej. Powód? Prosty — zawodnik nie zrobił wymaganej wagi. I nie był to pierwszy taki przypadek, bo z redukcją nie zdążył już wcześniej.

Szpilka nie jest tu przypadkowym komentatorem z zewnątrz. Trenuje z Soldaevem na tej samej macie w Warszawskim Centrum Atletyki, więc o jego problemach mówi z bliska, nie z trybuny. I choć słowa są krytyczne, uznania dla kolegi z klubu mu nie żałuje — powtarza, że Soldaev to bardzo utalentowany zawodnik.

„Wszystkie kontuzje to wynik tego jedzenia”

Najmocniej Szpilka uderzył, gdy mówił o źródle problemów zdrowotnych kolegi z klubu. Bez owijania w bawełnę: „Wszystkie kontuzje to jest wynik tego jedzenia”. Dodał przy tym, że zaniedbany bywa też odpoczynek: „Odpoczynek, to też jest ważne, bo Adaś czasami przychodzi zaspany na pierwszy trening”.

Mimo tych zarzutów były pięściarz nie ma żadnych wątpliwości co do potencjału Soldaeva. „Adaś ma kowadło i jest młodym zawodnikiem” — zauważył, dając do zrozumienia, że z siłą i wytrzymałością nic tu nie jest problemem. Schody zaczynają się gdzie indziej. „Na tym najwyższym poziomie właśnie te małe detale będą decydowały, a Adaś jest na tym najwyższym poziomie” — podsumował Szpilka.

I to właśnie na tym najwyższym poziomie Soldaev już raz przegrał — przez detale, które z dietą czy snem nie miały nic wspólnego. W przedostatnim pojedynku zmierzył się z Patrykiem Kaczmarczykiem o tymczasowy pas mistrzowski kategorii piórkowej i przegrał przez poddanie. Dlatego słowa Szpilki brzmią mniej jak jednorazowa uwaga po wpadce, a bardziej jak przestroga oparta na sygnałach, które powtarzają się od dawna.

„Portugalia nie zawodzi jeśli chodzi o poziom emocji” — powiedział Miko Marczyk po sobotnim etapie Rajdu Północnej Portugalii, finałowej rundy sezonu Rajdowych Mistrzostw Europy (ERC). Trudno się z nim nie zgodzić. Dzień, który razem z pilotem Szymonem Gospodarczykiem właśnie zostawił za sobą, mógł przesądzić o losach całego sezonu.

Polska załoga, startująca w barwach ORLEN Team, zakończyła pierwszy etap na ósmej pozycji w klasyfikacji generalnej. Na pierwszy rzut oka wygląda to skromnie, ale liczy się tu zupełnie inna rywalizacja — o wicemistrzostwo Europy, gdzie Marczyk i Gospodarczyk mierzą się z włoską załogą Andrea Mabellini i Virginia Lenzi ze stajni Lancia.

Rajd wystartował w piątkowy wieczór asfaltowym odcinkiem Guimarães, a prawdziwa walka zaczęła się sobotniego ranka. Po sześciu próbach specjalnych Polacy mieli ponad minutę przewagi nad Włochami w walce o drugie miejsce w klasyfikacji sezonu. Wszystko wskazywało na spokojne domknięcie sprawy — ale sobota w Portugalii rzadko bywa spokojna.

Wycofanie rywali zmienia układ sił

Na siódmej próbie sytuacja Mabelliniego i Lenzi się skomplikowała — po problemach na tym odcinku włoska załoga wycofała się z dalszej rywalizacji. To praktycznie oddaje Polakom przewagę w walce o wicemistrzostwo, choć formalnie liczy się jeszcze niedzielny etap.

Marczyk podsumował sobotę krótko: „Szczególnie podczas drugiej pętli działo się bardzo dużo”. Mimo zamieszania wokół czołowych pozycji, kierowca ORLEN Team patrzy na całość przez pryzmat szerszej stawki. „Zajmujemy ósme miejsce — pod względem walki w ERC nasza pozycja jest dobra” — przyznał i zapowiedział: „W niedzielę wracamy do walki”.

Pilot Szymon Gospodarczyk nazwał sobotę jednym z trudniejszych dni sezonu. „Za nami bardzo wymagający dzień” — stwierdził, dodając, że poranne warunki okazały się korzystniejsze niż popołudniowe: „Nasza pozycja startowa była dobra, choć warunki nie były idealne”. Po południu problemy dotknęły nie tylko ich. „Po południu warunki były znacznie gorsze, wiele załóg miało problemy, w tym nasi rywale” — zauważył, odnosząc się najpewniej do wycofania się Mabelliniego i Lenzi. Dzień podsumował z ulgą: „I my nie uniknęliśmy przygód ale jesteśmy na mecie i to się liczy”.

W niedzielę zawodników czeka finałowy dzień sezonu ERC — osiem odcinków specjalnych o łącznej długości 78 kilometrów. Meta całego sezonu, nie tylko tego rajdu, znajdzie się niedaleko legendarnej hopy Fafe, jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w światowym rallycrossie i rajdach. Właśnie tam Marczyk i Gospodarczyk mogą formalnie potwierdzić wicemistrzostwo Europy.

Instalacja aplikacji
Pobierz