„To był dla nas dobry mecz. Mocno walczyliśmy i przez pełne sześćdziesiąt minut prezentowaliśmy solidny hokej” – mówił Jere Jokinen po piątkowym spotkaniu 13. kolejki TAURON Hokej Ligi, w którym Unia Oświęcim przegrała z GKS-em Tychy 1:2 we własnej hali.
Oświęcimianie stoczyli z mistrzami Polski zacięty, wyrównany bój. Jokinen otworzył wynik meczu w 26. minucie, wykorzystując grę w przewadze – Fin pokonał bramkarza Tomáša Fučíka uderzeniem z lewego bulika, posyłając krążek pod poprzeczkę. Prowadzenia gospodarze jednak nie utrzymali. Gola wyrównującego dla GKS-u Tychy zdobył Valtteri Kakkonen, a w trzeciej tercji o zwycięstwie gości zdecydował Alan Łyszczarczyk.
Porażka nie zmieniła oceny Jokinena co do jakości gry drużyny – był wobec niej szczery. „Stworzyliśmy sporo sytuacji bramkowych, ale nie potrafiliśmy skierować krążka do siatki” – podsumował 26-letni fiński skrzydłowy, pochodzący z Hämeenlinny i grający w Oświęcimiu z numerem 88.
GKS Katowice już w niedzielę
Czasu na żale jednak nie ma. W niedzielę podopieczni Markusa Juurikkali zagrają na wyjeździe z GKS-em Katowice. Rywal wejdzie w ten mecz w dobrej formie – w poprzedniej kolejce katowiczanie pokonali ECZD Zagłębie Sosnowiec 3:0. Dla Unii to spotkanie ma dodatkowy wymiar, bo oświęcimianie wciąż liczą się w walce o awans do Turnieju Finałowego Pucharu Polski.
Warto przypomnieć, że w pierwszym starciu sezonu Unia pokazała, że z wicemistrzami Polski można wygrywać – oświęcimianie zwyciężyli wtedy 5:4 po dogrywce, a decydujące trafienie zdobył właśnie Jokinen.
Fin zdaje sobie sprawę, że niedzielny rewanż wymaga czegoś więcej niż samej ofensywy. „Myślę, że czeka nas fizyczny mecz, dlatego musimy być gotowi na walkę i grać rozsądnie, żeby zdobyć punkty” – zapowiedział. Ocenił też styl gry przeciwnika: „Walczą, grają twardo i mają zawodników, którzy dobrze jeżdżą na łyżwach i chcą utrzymywać się przy krążku. Musimy więc mądrze się bronić nie pozwalać im na grę w przewagach”.
Indywidualnie sezon układa się dla Jokinena bardzo dobrze. Jest drugim najlepiej punktującym zawodnikiem Unii Oświęcim – w 10 meczach zdobył 6 bramek i zanotował 9 asyst. Lepszy bilans, choć o jeden punkt i w 12 meczach, ma tylko fiński obrońca Kalle Valtola. Sam Jokinen sprawę stawia jasno: „Oczywiście, miło jest zdobywać punkty, ale zwycięstwo jest najważniejsze”.
„Przegrywałem już 0:4, ale wiedziałem, że to nie koniec” – takimi słowami Krzysztof Ratajski mógłby opisać swój mecz drugiej rundy mistrzostw Europy w darcie, w którym znalazł się na skraju porażki, by ostatecznie świętować najważniejszy awans w karierze. 49-letni Polak pokonał Holendra Kevina Doetsa 10:8 i po raz pierwszy w karierze wywalczył miejsce w ćwierćfinale tego turnieju.
Łatwo nie było. Ratajski przegrywał na początku meczu 0:4, ale odpowiedział serią pięciu wygranych legów z rzędu i przejął inicjatywę. Potem role się odwróciły – Doetsowi, zajmującemu 25. miejsce w rankingu PDC, do zwycięstwa brakowało już tylko dwóch partii przy stanie 8:6. Pochodzący ze Skarżyska-Kamiennej Ratajski jednak nie złożył broni. Doprowadził do wyniku 6:8, a potem zamknął mecz na 10:8.
Przed Ratajskim Luke Littler
W ćwierćfinale, rozgrywanym w Dortmundzie, gdzie trwają mistrzostwa Europy, Polaka zajmującego 19. miejsce w rankingu PDC czeka starcie o awans do najlepszej czwórki turnieju z Luke’em Littlerem. Anglik, urodzony w 2007 roku, jest liderem światowego rankingu PDC. Jego osiągnięcia robią wrażenie niezależnie od wieku: ze startów w trzech turniejach o mistrzostwo globu wychodził z finału w każdym z nich, a dwa z nich – w sezonach 2024/2025 i 2025/2026 – wygrał. Na koncie młodego Anglika jest już 14 tytułów, z czego pięć zdobył w obecnym sezonie.
Historia dotychczasowych pojedynków tej dwójki nie daje Polakowi wielu powodów do optymizmu. Nadchodzący mecz będzie ich ósmym starciem, a bilans wszystkich poprzednich wynosi 7-0 na korzyść Littlera. Na pierwsze zwycięstwo nad młodszym o trzy dekady rywalem Ratajski wciąż więc czeka.
Spotkanie wyznaczono na niedzielę, 25 października, choć dokładna godzina startu nie została jeszcze podana. Dla polskiego dartowca to mecz, który – niezależnie od wyniku – już teraz zapisał się jako jego najlepszy występ w historii mistrzostw Europy.
„Finalnie fajnie udało się poskakać, z czego jestem bardzo zadowolony” – powiedział Klemens Joniak po konkursie w Klingenthalu. 21-letni skoczek zajął trzecie miejsce w zawodach Letniego Grand Prix.
Klingenthal zamknął tegoroczną indywidualną kampanię Letniego Grand Prix. Joniak poszybował tam na 140,5 m oraz 142,5 m – i właśnie te dwie próby wystarczyły do podium, pierwszego w jego karierze w zawodach tej rangi.
Sam wynik go ucieszył, technika skoków już mniej. „Było pięknie, ale nie idealnie” – zauważył 21-latek w rozmowie z Eurosportem. Przyznał, że wyjście z progu wciąż mu nie leży. Próby, jak sam mówi, nie są jeszcze powtarzalne – a to z kolei wiąże z problemami w pozycji najazdowej.
Praca przed zimą
Sam skoczek nie udaje, że jest już gotowy na sto procent – przed sezonem zimowym czeka go jeszcze sporo pracy. „Przede mną sporo pracy przed sezonem zimowym. Czuję się dobrze przygotowany, ale wiem, że mogę dołożyć jeszcze więcej od siebie” – podsumował skoczek.
Podium w Klingenthalu to sygnał, że forma młodego reprezentanta Polski idzie w dobrym kierunku przed startem zimowych zmagań.
„Jestem zadowolony z wygranej. W minionym tygodniu sporo czasu poświęciliśmy na grę defensywną, ale musimy ją jeszcze poprawić. W drugiej połowie w tym elemencie było nieco lepiej, ale nie jestem usatysfakcjonowany” – powiedział po meczu trener reprezentacji Polski Arne Senstad. Norweg prowadzi polskie piłkarki ręczne.
Polki pokonały Islandię 35:34 w meczu towarzyskim w Katowicach. To był ostatni sparing reprezentacji przed własną publicznością przed grudniowymi mistrzostwami Europy. Pierwszą połowę Polska zakończyła na prowadzeniu 21:20, a decydujące trafienie przed przerwą zaliczyła Aleksandra Rosiak, dając gospodyniom jednobramkową przewagę na odpoczynek.
Druga połowa trzymała w napięciu do samego końca. Przy remisie 29:29 Adrianna Płaczek obroniła rzut karny, co utrzymało Polki w grze. Chwilę przed końcowym gwizdkiem Katarzyna Cygan trafiła z daleka, podnosząc wynik na 35:33, a Islandki zdążyły jeszcze odpowiedzieć jedną bramką, ustalając ostateczny rezultat na 35:34.
Słów krytyki w stronę obrony Senstad nie szczędził. Uznał, że 20 straconych goli do przerwy to zdecydowanie za dużo. Mimo to docenił wartość sparingu. „To był dla nas naprawdę bardzo ważne spotkanie, fantastyczny trening. Islandia to bardzo wymagający przeciwnik. Musimy potrafić zatrzymać taki zespół. Tak będzie wyglądało nasze spotkanie z Wyspami Owczymi podczas mistrzostw Europy. Cały czas powtarzam, że ten rywal może być „czarnym koniem” naszej grupy” – ocenił szkoleniowiec.
Co dalej przed mistrzostwami Europy
Przed startem turnieju Polki rozegrają jeszcze dwa sparingi z Rumunią, zaplanowane na grudzień. To dopełni bilans przygotowań – w październiku reprezentacja wystąpiła już w turnieju w czeskim Chebie. Tam Polska przegrała ze Słowenią 28:29 i z Czechami 25:27, za to pokonała rezerwy Norwegii 32:30.
Mistrzostwa Europy kobiet w piłce ręcznej – 17. edycja z udziałem 24 drużyn – odbędą się od 3 do 20 grudnia. Gospodarzami będą Oradea, Kluż-Napoka i inne miasta Rumunii, a także Brno w Czechach, Bratysława na Słowacji, turecka Antalya oraz Katowice. Turniej otworzy 3 grudnia w Antalyi mecz Turcji z Grecją.
Polki zaczną zmagania 5 grudnia meczem z Francją w Spodku. Potem, w kolejnych starciach grupowych w Katowicach, zmierzą się z Ukrainą 7 grudnia i z Wyspami Owczymi 9 grudnia. Islandia, pokonana w sparingu, trafiła do innej grupy – będzie rywalizować w Oradei razem z Węgrami, Czarnogórą i Słowenią.
Po dwie najlepsze ekipy z każdej z sześciu grup eliminacyjnych awansują do fazy głównej. Zespoły z grup A, B i C fazy głównej rywalizować będą w Kluż-Napoce, a pozostałe w Katowicach. Jeśli Polki awansują, kolejnych rywali podejmą w Spodku 11, 13, 15 i 16 grudnia. Łącznie katowicka hala będzie areną 23 spotkań wszystkich rund turnieju, w tym meczów o medale. Półfinały zaplanowano na piątek 18 grudnia na 17.45 i 20.30, a w Katowicach 20 grudnia o 15.15 rozegrany zostanie mecz o bronz, o 18.00 zaś finał mistrzostw Europy.
„Sędzia przerwał walkę 7 sekund przed końcem drugiej rundy” – tym akcentem zakończyła się walka wieczoru UFC 333 między Alexanderem Volkanovskim i Movsarem Evloevem. Australijczyk znokautował Rosjanina w drugiej rundzie, a sędzia musiał interweniować natychmiast.
Dla Volkanovskiego to kolejna udana obrona pasa mistrzowskiego kategorii piórkowej UFC. Tytuł najlepszego zawodnika „piórka” w organizacji wciąż więc należy do Australijczyka. Wygrana z Evloevem ma jednak dla jego dorobku coś więcej niż samą obronę pasa – to on został pierwszym człowiekiem, który pokonał tego zawodnika w zawodowej karierze. A warto pamiętać, z jakim rywalem przyszło mu się zmierzyć: Evloev wjechał do Las Vegas z serią 20 zwycięstw z rzędu, z reputacją rywala praktycznie niepokonanego.
Jak wyglądała walka
Już od pierwszych sekund Volkanovski budował dystans kopnięciami, sprawdzając rywala. Evloev odpowiedział szybko – obaleniem w pierwszej rundzie – ale mistrz bez problemu wrócił do stójki. Wstając, dostał jednak łokciem w twarz. To był jeden z niewielu momentów, w których przewagę miał Rosjanin.
Druga runda wyglądała już zupełnie inaczej. Volkanovski obronił kolejne obalenie i sam przejął górną pozycję. Gdy obaj wrócili do stójki, Australijczyk zaskoczył rywala potężnym sierpowym, który wyraźnie zachwiał Evloevem. Rosjanin upadł, próbował się czepiać Volkanovskiego, szukać ratunku w klinczu – nie wytrzymał jednak kolejnej serii uderzeń. Sędzia, widząc, że zawodnik nie jest w stanie się bronić, przerwał walkę.
Nokaut 7 sekund przed gongiem kończącym drugą rundę domknął wieczór, który po raz kolejny potwierdził, że Volkanovski to jeden z najlepszych zawodników swojej kategorii w historii UFC.
„18-krotni mistrzowie Polski” – Śląsk Wrocław znów przypomniał, ile potencjału wciąż ma w rękach, demolując na własnym parkiecie beniaminka PGE Basket Ligi. Wrocławianie pokonali Eneę Łaciate Astorię Bydgoszcz 100:77 i zapisali na koncie drugą wygraną w tegorocznych rozgrywkach.
Długo nic nie wskazywało na aż taką różnicę. Beniaminek trzymał się rywala niemal krok w krok, a po trójkach Davida Brembly’ego i Kacpra Kłaczka na początku drugiej połowy Śląsk prowadził zaledwie 54:49. Potem jednak coś się przełamało – gospodarze urządzili rywalom serię 2:25, po której Astoria znalazła się na lodzie, przegrywając już 51:79.
Dla bydgoszczan ten fragment spotkania miał też swój osobisty, bolesny wymiar. W 24. minucie z gry wypadł Kacper Kłaczek, skrzydłowy Astorii, który doznał kontuzji kolana. Z parkietu nie zszedł sam – musiał zostać z niego zniesiony. Wcześniej zdążył jeszcze zdobyć 8 punktów.
Chwilę później beniaminek stracił też swojego podstawowego rozgrywającego. Jordan Ogundiran, kluczowa postać zespołu, obejrzał techniczne za protesty po ewidentnym faulu – i to zakończyło jego mecz. To już drugi raz w tym sezonie, gdy kończył spotkanie w ten sposób. Tym razem na parkiecie spędził jedynie 13 minut, w czasie których zdobył 4 punkty przy 2 trafieniach z 7 prób, dodał cztery asysty, cztery przechwyty i sześć zbiórek.
Deszcz trójek, który nie uratował Astorii
Paradoksalnie straty kadrowe wcale nie przeszkodziły bydgoszczanom w błyskotliwej skuteczności za linią trzech punktów – przynajmniej do przerwy. Do połowy meczu Astoria trafiła aż dziewięć trójek, a Martyce Kimbrough spisał się bezbłędnie, wykorzystując wszystkie pięć swoich prób z dystansu w pierwszej połowie. Cały zespół skończył mecz z bilansem 13 trafień z 32 rzutów za trzy punkty – statystyka solidna, tylko że w drugiej połowie wszystko inne się rozpadło.
Przebieg meczu w rozbiciu na kwarty najlepiej pokazuje, jak jednostronne stało się widowisko po przerwie: 24:28, 28:15, 27:12, 21:22. Śląsk przegrał tylko pierwszą cząstkę gry, a potem już tylko systematycznie odjeżdżał rywalom.
I to wszystko bez kapitana. Jakub Nizioł nie zagrał w tym meczu z powodu stanu zapalnego i przeciążenia mięśnia w nodze. Klub poinformował, że „uraz jest monitorowany przez sztab medyczny, który pracuje nad tym, by umożliwić zawodnikowi jak najszybszy powrót do rywalizacji”.
Mimo jego nieobecności atak Śląska działał bez zarzutu. Najwięcej punktów zdobył John Egbunu – 20, a za nim uplasował się Devin Andersson z 13 oczkami. Po 11 punktów dorzucili Isaih Moore i Kyrell Luc, natomiast Tymoteusz Sternicki, Anthony Wrzeszcz oraz Błażej Kulikowski zanotowali po 10 punktów każdy.
Po stronie pokonanych najskuteczniejszy był Martyce Kimbrough z 18 punktami. David Brembly dodał 13, a Jalen Thomas zanotował 12 oczek. To jednak nie wystarczyło, by uchronić beniaminka przed wysoką porażką we Wrocławiu.
„Były mistrz świata w boksie zmierzył się z Marcinem Sianosem” – tak zapowiadano walkę wieczoru gali Babilon MMA 61, która odbyła się w Radomiu. Starcie Krzysztofa Włodarczyka z Marcinem Sianosem było pojedynkiem bokserskim, mimo że toczyło się w ramach gali MMA.
Włodarczyk, znany w środowisku bokserskim jako „Diablo”, to były mistrz świata w tej dyscyplinie. Po drugiej stronie ringu stanął Marcin „Thanos” Sianos – zawodnik znany z występów w MMA. Dwa różne światy walki, jedna formuła: bokserska rywalizacja w małych rękawicach.
Już na pierwszy rzut oka było jasne, że fizycznie to pojedynek nierówny. Sianos dysponował wyraźną przewagą fizyczną nad swoim rywalem, co stanowiło jego atut. Był też wyraźnie cięższy od Włodarczyka. Byłemu mistrzowi świata zostało więc to, co umiał najlepiej – ruch i dystans. Włodarczyk okazał się zawodnikiem mobilniejszym w walce i uciekał przed ciosami Sianosa.
Przebieg walki
Taki styl – unikanie wymiany ciosów – nie mógł trwać bez końca. W drugiej rundzie walka się otworzyła i obaj zawodnicy zaczęli odważniej wymieniać ciosy. To był moment, w którym Sianos mógł wykorzystać swoją masę i siłę, ale Włodarczyk nie oddał inicjatywy bez walki.
Decydujący zwrot nastąpił w trzeciej rundzie. Włodarczyk zaczął bardzo agresywnie i szybko trafił Sianosa. Pod koniec starcia doszło jeszcze do upadku obu zawodników, który jednak nie miał wpływu na obraz walki.
Po odliczeniu punktów werdykt sędziów nie był jednomyślny. Sędziowie niejednogłośną decyzją wskazali Krzysztofa Włodarczyka jako zwycięzcę walki. „Diablo” wygrał więc z dużo ciężej zbudowanym rywalem z MMA, stawiając na ruchliwość i skuteczne trafienia w kluczowych momentach starcia.
„Rosjanin pokonał Meraba Dvalishviliego podczas UFC 333” — tym krótkim zdaniem można streścić pięć rund szaleństwa, jakie rozegrali Petr Yan i jego gruziński rywal. Sędziowie nie mieli wątpliwości: wygrał Yan, a na kartach punktowych pojawił się wynik 48-47. Werdykt zapadł po pełnym dystansie pięciu rund i mistrz zachował swój pas.
Początek jednak wyraźnie należał do Gruzina. Dvalishvili, znany jako „Maszyna” oraz „No Mercy”, od pierwszych sekund próbował dyktować warunki. W pierwszej rundzie dwa razy szedł w obalenie — bez skutku. A jednak właśnie jemu sędziowie oddali tę część walki.
W drugiej rundzie „Maszyna” postawiła na swoim i na moment znalazła się górą w parterze. To przełożyło się na kolejny punkt — druga runda trafiła na konto Gruzina.
Yan odpowiada ciosami, Dvalishvili trzyma się na nogach
Potem nastąpił zwrot. Yan trafił rywala mocnym kopnięciem na wątrobę, a ból na twarzy Dvalishviliego trudno było przeoczyć. Gruzin mimo to przetrwał końcówkę tej rundy.
Czwarta runda była najlepszą z całej walki w wykonaniu Rosjanina. Yan złożył kombinację zakończoną ciosem w tułów, a chwilę później dosięgnął Dvalishviliego mocnym prawym w szczękę. Być może właśnie ten fragment zdecydował o końcowym werdykcie.
Piąta, ostatnia runda nie dała jasnej przewagi żadnemu z zawodników — inicjatywa przechodziła z rąk do rąk. Mimo wyrównanego finiszu z oktagonu z podniesioną ręką i pasem na biodrze zszedł Yan.
„Wszystko bierzemy. Zgłoszone zostało, tak, bierzemy każdą walkę w 70 kg na zastępstwo. Listopad, grudzień, styczeń, cokolwiek tam będzie, bierzemy” – menadżer Mariana Ziółkowskiego, Artur Ostaszewski, nie owija w bawełnę, gdy pada pytanie o plany jego zawodnika. Deklaracja spada tuż po drugiej porażce z rzędu, jaką Ziółkowski poniósł w starciu z Wilsonem Varelą.
Pojedynek zakończył się poddaniem. Varela przypieczętował zwycięstwo skutecznie zapiętą balaszą z dołu i nie dał Polakowi żadnych szans na wyjście z duszenia.
To już druga przegrana walka Ziółkowskiego z rzędu, a taki zakręt w karierze trudno nazwać drobnym. Były mistrz kategorii lekkiej KSW, który raz po pas sięgnął, a potem skutecznie go bronił, nagle znalazł się w sytuacji, w której musi odbudowywać pozycję w rankingach.
Powrót na matę szybciej niż ktokolwiek się spodziewał
Żadnej przerwy na otarcie łez. Zamiast odpuścić po bolesnej porażce, Ziółkowski wrócił na trening już kilka dni po starciu z Varelą. Sygnał jest jasny: na idealne okoliczności czekać nie zamierza.
Jego obóz formalnie zgłosił gotowość do przyjęcia walki na zastępstwo w kategorii lekkiej, do 70 kilogramów. Ostaszewski od razu podał konkretne okno czasowe: listopad, grudzień albo styczeń.
Co ważne, ekipa Ziółkowskiego nie przebiera w rywalach. Nie pada żadne nazwisko wymarzonego przeciwnika, na którego warto by poczekać – liczy się sam fakt szybkiego powrotu na event KSW.
Taka strategia, typowa dla zawodników chcących jak najszybciej przerwać serię porażek, stawia Ziółkowskiego w gotowości na telefon od organizacji w każdej chwili najbliższych miesięcy.
„Byłem zaskoczony, nawet go nie widziałem. Rozmawiałem o czymś z zupełnie innym piłkarzem. Nie miał powodu się wtrącać” – tak Darko Curlinov opisał moment, w którym wyrzucony z boiska Ibrahima Camara wybiegł z tunelu i powalił go na ziemię. Do tego doszło po szalonym meczu Radomiaka z Pogonią Szczecin, który zakończył się wynikiem 3:4 dla gości.
Gospodarze dwukrotnie prowadzili w tym spotkaniu – najpierw 1:0, a później 2:1. I mimo to ostatecznie musieli uznać wyższość zespołu Oscara Garcii. Kluczowy moment nastąpił, gdy sędzia Bartosz Frankowski po konsultacji z VAR i obejrzeniu powtórek na monitorze anulował gola Radomiaka na 4:4. Wcześniej dopatrzył się faulu Fernanda Goure na Dimitriosie Keramitsisie.
Ta decyzja wywołała na boisku kilkunastominutową awanturę z udziałem piłkarzy obu zespołów. W jej trakcie Ibrahima Camara, zawodnik Radomiaka, pokłócił się z Alessandro Riccio o ustawienie piłki do wznowienia gry. Skończyło się faulem poza akcją na Włochu i czerwoną kartką dla Camary.
Cios w tunelu
Na tym jednak nie koniec. Camara ruszył w stronę szatni, lecz nagle wybiegł z tunelu i powalił Darko Curlinova z Pogoni. Z nagrania meczu wynika, że Gwinejczyk najpewniej wymierzył rywalowi cios. Drugiej czerwonej kartki dostać już nie mógł, bo wcześniej był wykluczony z gry – teraz sprawą zajmie się wydział dyscypliny, a Camarze grozi dyskwalifikacja na więcej niż dwa mecze.
Poszkodowany Curlinov nie krył zdumienia, relacjonując zdarzenie w strefie mieszanej. Dodał przy tym, że to nie jego rola oceniać kolegę po fachu. „Władze ligi muszą to przeanalizować i wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. To nie moja rola, żeby decydować i oceniać, kto jaką karę powinien otrzymać. To jego błąd i sam musi poradzić sobie z konsekwencjami, skoro tak się zachował. Ja nie biorę tego do siebie, ponieważ to były emocje i gorączka momentu” – powiedział.
„To, co widzieliśmy pod koniec spotkania, nie miało nic wspólnego z piłką nożną i mam nadzieję, że nigdy więcej tego nie zobaczymy” – skomentował kapitan Pogoni Kamil Grosicki.
Trener Radomiaka John Carver na konferencji prasowej wolał nie odnosić się do zachowania i reakcji swojego zawodnika. I tak miał za sobą ciężki wieczór – jego zespół przegrał już piąty mecz z rzędu w PKO Ekstraklasie.