„Takiego zwycięstwa potrzebował Juventus” – to nie przypadkowe słowa, lecz podsumowanie wieczoru, w którym „Stara Dama” musiała pokazać, że kryzys można przerwać konkretnym wynikiem na boisku. Juventus wygrał mecz wyjazdowy z Lecce na Stadio Via del Mare – w podróży, którą określa się jako jeden z najdłuższych wyjazdów w tym sezonie ligowym.
Goście nie czekali długo z pokazaniem przewagi. Już w pierwszej połowie prowadzili 2:0. Wynik otworzył Weston McKennie w 24. minucie – Amerykanin wbiegł między bramkarza i defensorów Lecce i dostawił stopę do wrzutki Douglasa Luiza, kończąc akcję skutecznym strzałem.
Na drugiego strzelca nie trzeba było długo czekać. Gola na 2:0 w 41. minucie zdobył sam Douglas Luiz, precyzyjnym uderzeniem zza pola karnego. Przy tej akcji asystę zaliczył Federico Gatti.
Lecce w drugiej połowie próbowało odwrócić losy spotkania, ale nie zdołało odrobić nawet połowy strat. Gospodarzom nie pomogła też czerwona kartka – w doliczonym czasie meczu Kialonda Gaspar zobaczył drugą żółtą, co automatycznie oznaczało wykluczenie z gry.
Presja na Spallettego nie znika
Za sterami Juventusu stoi Luciano Spalletti. Rozczarowujące wyniki klubu w Serie A postawiły pod znakiem zapytania przyszły powrót do Ligi Mistrzów, a jednocześnie samą pozycję szkoleniowca na ławce. We włoskich mediach krążą już nazwiska potencjalnych następców – wśród wymienianych kandydatów pojawia się Simone Inzaghi.
Wygrana w Lecce nie rozwiązuje wszystkich problemów turyńskiego klubu, daje jednak argument, by z ocenami jeszcze chwilę się wstrzymać. Dwa gole w pierwszej połowie, wyraźna przewaga i rywale grający w dziesiątkę od ostatnich minut – to obraz zespołu, który wciąż potrafi zagrać zgodnie z planem, gdy presja sięga zenitu.
„Wrocławianin już sposobi się do gry w kolejnych zmaganiach” – piszą obserwatorzy tenisa o Hubercie Hurkaczu po tym, jak w drabince halowego turnieju ATP w Bazylei doszło do niespodziewanej roszady.
Polak dotarł do 1/8 finału turnieju w Szanghaju, gdzie przegrał z Alejandro Davidovichem Fokiną 6:1, 3:6, 6:7. Teraz ci dwaj mieli się znów spotkać – choć w zupełnie innych rolach.
Hurkacz przeniósł się na twarde korty pod dachem. Czeka go turniej ATP w Bazylei rangi 500 – impreza, którą rok temu wygrał Francuz Giovanni Mpetshi Perricard, a Polak zaczynał wtedy od 1/16 finału.
Wycofanie Davidovicha Fokiny zmieniło całą drabinkę
Alejandro Davidovich Fokina miał być w Bazylei rozstawiony z numerem 5, ale wycofał się z turnieju jeszcze przed startem głównych zmagań. Ruszyła za tym lawina zmian – roszada przeszła przez całą drabinkę.
Hurkacz stał w kolejce jako pierwszy kandydat do ewentualnego rozstawienia, więc to on przejął numer 10 i miejsce Hiszpana. Jako pierwszy poinformował o tym profil „Z kortu – informacje tenisowe” na portalu X, który na bieżąco zbiera najważniejsze newsy ze świata tenisa.
Według tych danych Polak w pierwszej rundzie zmierzy się z Zizou Bergsem, reprezentantem Belgii. Po drugiej stronie tej samej części drabinki rywal Hurkacza z kolejnej rundy, Fils, trafi na zawodnika z eliminacji.
Jeśli Hurkacz przejdzie Bergsa, w ćwierćfinale zmierzy się ze zwycięzcą pojedynku Holger Rune – Quentin Halys. Najwyżej rozstawionym zawodnikiem całego turnieju jest Ben Shelton, a w drabince znaleźli się też Rafa Jodar i Novak Djoković.
Bazylea to dla Hurkacza miejsce z sentymentem. W 2023 roku Polak dotarł tam do finału, w którym Felix Auger-Aliassime pokonał go po dwóch tie-breakach. Teraz, dzięki niespodziewanemu rozstawieniu, wchodzi w turniej w lepszej sytuacji, niż jeszcze kilka dni temu mogło się wydawać.
Przewaga Kazaszki w całym pojedynku nie podlegała dyskusji – tak najkrócej można podsumować finał turnieju WTA 500 w Ningbo. Jelena Rybakina rozprawiła się z Leylah Fernandez w dwóch setach, 6:2, 6:2, sięgając po tytuł na kortach twardych w chińskim mieście.
Dla liderki światowego rankingu WTA to kolejny dowód formy, jaką prezentuje w ostatnich tygodniach. Przez cały turniej reprezentantka Kazachstanu właściwie nie dała rywalkom żadnych szans, a do finału ruszyła w błyskawicznym tempie.
Pierwszą przeciwniczką Rybakiny była reprezentantka Uzbekistanu Polina Kudiermietowa, 23-letnia zawodniczka. Mecz skończył się po 33 minutach – przy stanie 0:5 Kudiermietowa poddała się z powodu kontuzji.
W ćwierćfinale na drodze Kazaszki stanęła doświadczona polska tenisistka Katarzyna Kawa. Polka nie oddała pola bez walki – wygrała drugiego seta – ale mecz zakończył się jej porażką 6:1, 3:6, 6:1. Po Ningbo Kawa zajmuje 106. miejsce w rankingu live WTA.
Do finału Rybakina dotarła po zwycięstwie nad Dianą Sznajder 6:3, 7:5 w półfinale.
Droga Fernandez do finału
Kanadyjka Leylah Fernandez miała przed finałem znacznie więcej do zrobienia. Po kolei pokonała Elise Mertens 2:6, 6:3, 7:5, Aliaksandrę Sasnowicz 7:5, 6:7, 6:3 oraz Jekatierinę Aleksandrową 4:6, 6:2, 6:1, a w półfinale poradziła sobie z Marie Bouzkovą, wygrywając 6:3, 7:5.
To jednak nie przełożyło się na finał – tam Fernandez nie znalazła recepty na grę Rybakiny, która zamknęła spotkanie w dwóch setach bez większego wysiłku.
„Współpraca z Roigiem układa się lepiej niż z Fissette’em. Jest więcej zaufania i zrozumienia” – ocenił Karel Knapp, ekspert czeskiego Canal+Sport. Te słowa, przytoczone na portalu X przez dziennikarza Sport.pl Dominika Senkowskiego, padły już po tym, jak Iga Świątek oficjalnie zakończyła starty w sezonie 2026.
Rok Polka zamyka na 9. miejscu w rankingu WTA – wciąż jako najwyżej sklasyfikowana Polka na liście i sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa. To spory spadek względem pierwszej części sezonu, gdy Świątek była liderką światowych rankingów. Tuż za nią, na 11. pozycji, plasuje się zresztą inna Polka – Maja Chwalińska.
Knapp z bliska obserwował grę Świątek po przenosinach do Azji pod koniec sezonu i właśnie do tej zmiany trenerskiej się odnosił. Od kwietnia 2026 roku Polka współpracuje z Francisco Roigiem, który zastąpił w jej sztabie Belga Wima Fissette’a. Roig jest Hiszpanem i doświadczonym szkoleniowcem – wcześniej znanym z wieloletniej współpracy z Rafą Nadalem.
Od Australian Open do Toronto – sezon pod dwoma trenerami
Jeszcze z Fissette’em przy korcie Świątek zaliczyła najlepszy wynik wielkoszlemowy tego roku – ćwierćfinał Australian Open na początku sezonu. Potem przyszła zmiana sztabu, a z nią kolejne momenty formy. W Rzymie, na kortach ziemnych, Polka dotarła do półfinału turnieju WTA 1000, pokonując po drodze Elinę Switolinę.
Podobny scenariusz powtórzył się w Cincinnati: półfinał na twardych kortach, a w nim zwycięstwo nad Jessicą Pegulą. Szczytem formy był jednak sierpniowy triumf w Toronto, gdzie Świątek w finale rozbiła Jelenę Rybakinę 6:2, 6:3 – a przypomnijmy, że Kazaszka to obecnie liderka rankingu WTA.
Sama Świątek, mówiąc o zmianach w swoim treningu, podczas pobytu w Chinach ujęła to tak: „Teraz, za każdym razem, gdy wchodzę na kort treningowy, wiem, co robię – i to bardzo przyjemne uczucie”.
Kontuzja w Wuhan i koniec szans na WTA Finals
Azjatycka część sezonu przyniosła jednak komplikacje. W półfinale turnieju WTA 1000 w Wuhan Świątek przegrała z Mają Chwalińską, która ostatecznie wygrała cały turniej. I to właśnie w tym meczu Polka nabawiła się kontuzji lewego uda.
Uraz zmusił ją do wycofania się z turniejów w Ningbo i Tokio, a w konsekwencji Świątek straciła szanse na udział w WTA Finals. Sezon singlowy zamknęła więc formalnie wcześniej, niż planowała.
To jednak nie koniec jej aktywności w tym roku. Świątek poinformowała w mediach społecznościowych, że zagra w pokazowym turnieju Naver Hyundai Card The Six, który odbędzie się 25-27 grudnia w Inspire Arenie w Incheonie, blisko Seulu. W gronie uczestniczek znajdą się m.in. Jelena Rybakina, Aryna Sabalenka i Mirra Andriejewa.
Knapp patrzy już w stronę przyszłego sezonu. „Jeśli utrzyma ten rozpęd w okresie przygotowawczym i przeniesie go na kolejny rok, może znów znaleźć się w top 5” – prognozuje czeski ekspert, wskazując na postępy, jakie Polka zrobiła pod wodzą Roiga.
„Jestem bardzo podekscytowana grą w Seulu podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia, w turnieju Naver Hyundai Card The Six” — napisała Iga Świątek, ogłaszając swój ostatni występ w tym roku. Wiadomość o starcie Polka przekazała w nagraniu zamieszczonym na Instagramie.
Będzie to jej jedyny mecz po tym, jak formalnie zakończyła sezon 2026. W oficjalnych turniejach WTA Świątek nie zobaczymy już do końca roku. Seul to więc czysta rozrywka pokazowa, bez punktów do rankingu.
Pod względem wielkoszlemowym mijający sezon trudno nazwać udanym. Najdalej Polka zaszła w styczniu, docierając do ćwierćfinału Australian Open. Jedyny tytuł przypadł jej w sierpniu — triumf w turnieju WTA 1000 w Toronto okazał się zarazem jedynym w całym 2026 roku.
Uraz przerwał sezon przed czasem
Za przedwczesne zakończenie startów odpowiada uraz lewego uda, którego Świątek nabawiła się w półfinale turnieju w Wuhan, w meczu z Mają Chwalińską. Konsekwencje przyszły szybko. Polka wycofała się z turniejów w Ningbo i Tokio, a tym samym straciła szansę na występ w WTA Finals 2026 — jednej z najbardziej prestiżowych imprez kończących sezon.
Grudniowy wyjazd do Korei Południowej jednak zostaje w planach. Oprócz Świątek w Seulu zagrają Jelena Rybakina, Aryna Sabalenka, Naomi Osaka, Mirra Andriejewa i Jasmine Paolini — komplet nazwisk, które w 2026 roku wyznaczały poziom kobiecego tenisa.
Kibice liczący na bilet na ten pokazowy turniej muszą działać szybko. Sprzedaż startuje 27 października w południe czasu koreańskiego i prowadzona będzie wyłącznie przez serwis Naver — żadnych alternatywnych kanałów zakupu nie przewidziano.
„W dolnej połówce drabinki rozstawiona z numerem 2. reprezentantka Polski, Maja Chwalińska, swój pierwszy mecz rozegra z Wang Xinyu lub zawodniczką z kwalifikacji” – prognozuje portal tennis365.com. To pierwszy sygnał, jak może potoczyć się droga Polki w turnieju WTA 500 w Tokio.
Do Japonii Chwalińska jedzie w świetnej dyspozycji. 25-letnia zawodniczka zajmuje obecnie 11. miejsce w rankingu WTA, a tydzień wcześniej triumfowała w prestiżowym turnieju WTA 1000 w Wuhan. Wcześniej zrezygnowała z gry w Ningbo – postawiła na odpoczynek przed kolejnym startem.
Turniej w Tokio toczy się na kortach twardych i jest ostatnią imprezą rangi WTA 500 w całym sezonie 2026. Start zaplanowano na poniedziałek 26 października, finał padnie w niedzielę 1 listopada. Dzięki rozstawieniu z numerem 2 Chwalińska pierwszy mecz rozegra już w drugiej rundzie.
Dlaczego stawka jest tak słaba?
Do Tokio przyjechała zaledwie jedna zawodniczka z Top 10 światowego rankingu. Liderka klasyfikacji WTA Jelena Rybakina w niedzielę 25 października sięgnęła po tytuł w Ningbo, pokonując w finale Kanadyjkę Leylah Fernandez, zajmującą w rankingu 30. miejsce.
Innych wielkich nazwisk w Tokio szukać trudno. Iga Świątek, dziewiąta rakieta świata, odpuściła ten turniej – co ma dodatkową wagę, bo Polka oficjalnie już zakończyła starty w sezonie 2026. Pasa wycofały się też czwarta w rankingu Jessica Pegula i szósta Elina Switolina.
W takich warunkach organizatorom i mediom pozostaje budować zainteresowanie turniejem wokół innych twarzy. Za główne gwiazdy imprezy uchodzą właśnie Chwalińska, Rybakina oraz Filipinka Alexandra Eala, zajmująca 20. miejsce w rankingu WTA.
Co czeka Polkę, jeśli przebrnie przez drugą rundę? Jak przewiduje tennis365.com, „Polka, która w ubiegłym tygodniu triumfowała w turnieju Wuhan Open, w ćwierćfinale może trafić na rozstawioną z 'siódemką’ Naomi Osakę lub nierozstawioną Jasmine Paolini”. Osaka zajmuje obecnie 19. miejsce w rankingu WTA.
A gdyby ten scenariusz się sprawdził? Kolejna przeszkoda okazałaby się jeszcze trudniejsza. Portal wskazuje, że „zwyciężczyni ćwierćfinałowej ćwiartki z udziałem Chwalińskiej, Osaki i Paolini według przewidywań trafi w półfinale na rozstawioną z numerem 3. Dianę Sznajder lub rozstawioną z numerem 8. Alex Ealę”. Na papierze droga wygląda wymagająco, ale wcale nie zamknięta – zwłaszcza przy tak słabej obsadzie w górnych rejonach turnieju.
„Czy będzie to moja ostatnia walka, czy nie, chciałbym superwalki z Justinem Gaethje” – rzucił Alexander Volkanovski zaraz po tym, jak obronił pas mistrzowski kategorii piórkowej UFC.
38-letni Australijczyk rozprawił się z niepokonanym dotąd Movsarem Evloevem, kończąc pojedynek przez TKO w drugiej rundzie. Starcie było główną walką gali UFC 333 i trzecim zwycięstwem Volkanovskiego z rzędu – wcześniej dwukrotnie mierzył się z Diego Lopesem. Rekord Australijczyka w MMA wynosi teraz 29 wygranych i 4 porażki.
Chwilę po gali Volkanovski nie owijał w bawełnę i powiedział, czego chce dalej – wyzwał Justina Gaethje’ego, licząc na starcie o pas mistrzowski kategorii lekkiej UFC. Gaethje, tak jak sam Volkanovski, ma 38 lat. Byłby to więc pojedynek dwóch rówieśników grających o wszystko.
Australijczyk dodał, że taki krok nie musiałby oznaczać zamrożenia kategorii piórkowej. „Wiele razy mówiłem, że nie będę wstrzymywał dywizji. Wierzę jednak, że możemy to zrobić nie wstrzymując kategorii piórkowej” – zadeklarował.
„To coś, po czym przeszedłbym na emeryturę. Jeśli daliby mi taką okazję, to skończyłbym po tej walce karierę. Wygrana czy przegrana – później emerytura i zwakowanie pasa mistrzowskiego”.
Zastrzegł jednak, że nie będzie się upierał przy jednym scenariuszu. „Jeśli nie dostanę takiego pojedynku, będę brał co mi dadzą” – dodał, zostawiając sobie otwartą furtkę na kolejną obronę pasa piórkowego, gdyby starcie z Gaethje nie doszło do skutku.
Najbardziej utytułowany mistrz w historii dywizji
Volkanovski ma na koncie najwięcej wygranych walk mistrzowskich w historii kategorii piórkowej UFC. Na jego liście pokonanych są takie nazwiska jak Max Holloway, Jose Aldo, Brian Ortega i Yair Rodriguez. W oktagonie pokonali go tylko dwaj zawodnicy – Ilia Topuria i Islam Makhachev.
Broniąc teraz pasa w wieku 38 lat, Australijczyk stawia sprawę jasno: albo wielka walka z Gaethje jako wieńczący karierę akord, albo kolejna runda obron w kategorii piórkowej.
„Walka wieczoru w kategorii lekkiej” – pod takim szyldem zapowiedziano główny pojedynek gali UFC Fight Night 292, w którym Renato Moicano zmierzy się z Tomem Nolanem w limicie do 70.3 kg. To zderzenie dwóch skrajnie różnych karier w MMA: z jednej strony doświadczony Brazylijczyk z bilansem 21 wygranych, 7 porażek i 1 remisem, z drugiej – niepokonany w zasadzie Brytyjczyk, który notuje 11 zwycięstw przy jednej tylko porażce.
Gala odbędzie się w sobotę 31 października 2026 roku w obiekcie Meta APEX w Las Vegas. Start zaplanowano na godzinę 22:00. Cała karta – od pierwszych pojedynków aż po główne wydarzenie – zajmie kilka godzin transmisji.
Transmisja i harmonogram
Karta wstępna wystartuje o 22:00 i obejrzeć ją będzie można wyłącznie na platformie UFC Fight Pass. Ci, którzy czekają na główną część wieczoru, muszą nastawić się na dłuższe oczekiwanie – karta główna zacznie się o godzinie 01:00 i trafi na antenę Polsatu Sport 1 oraz, równolegle, na UFC Fight Pass.
Oprócz walki wieczoru karta główna oferuje kilka starć o naprawdę wyrównanym potencjale. Randy Brown (20-8) zmierzy się z niepokonanym Jacobe Smithem (13-0) w kategorii półśredniej do 77.1 kg – dla młodego Amerykanina będzie to pierwszy prawdziwy test na tym poziomie. W dywizji kobiet kogucych do 61.2 kg Yana Santos (17-8) zagra przeciwko Luanie Santos (11-2). Na karcie znajdzie się też pojedynek w kategorii muszej między Ode Osbourne’em (13-9) i Codym Durdenem (18-11-1), a w średniej do 83.9 kg zobaczymy Zacha Reese’a (10-4) kontra Mickey Gall (7-7). Kartę główną zamknie walka w limicie półśrednim między Jean-Paulem Lebosnoyanim (11-2) i niepokonanym Farmanem Hasanovem (5-0).
Karta wstępna, choć startuje wcześniej, nie odstaje pod względem liczby ciekawych nazwisk. Francis Marshall (10-3) zmierzy się z Dakotą Hope (11-2) w kategorii lekkiej, a w półśredniej do 77.1 kg Rodrigo Sezinando (8-2) stanie przeciwko Theodorowi Berggrenowi (8-4). Weteran oktagonu Julian Erosa (31-13) zawalczy w piórkowej z Jeong Yeong Lee (11-3), a w kategorii średniej Nick Klein (6-3) skrzyżuje rękawice z Joe Kropschotem (9-3). Na przedkartę trafiły też dwa pojedynki kobiet: Piera Rodriguez (12-2) przeciwko Talicie Alencar (8-1-1) w słomkowej oraz Tainara Lisboa (7-4) kontra niepokonana Lucia Szabová (12-0) w kategorii koguciej.
„Arman Tsarukyan to czołowy zawodnik kategorii lekkiej UFC” — i tej nocy znów pokazał, że na macie nie znają litości. Na gali RAF 14 Ormianin pokonał Dillona Danisa w pojedynku zapaśniczym, a chwilę przed końcem starcia dołożył do zwycięstwa gest, o którym mówiło się głośniej niż o samej walce — podeptał leżącego już rywala.
Nie był to przypadek ani moment nieuwagi. Tsarukyan, który na gali RAF kolejny raz stawał w barwach swojej ojczyzny jako Ormianin, postawił na symboliczne upokorzenie Danisa tuż przed gongiem kończącym walkę. Kibice śledzący jego karierę wiedzą jednak, że taka pewność siebie u 28-letniego zawodnika to nic nowego.
Bilans Tsarukyana w MMA to obecnie 24 wygrane i 3 porażki. Starcie z Danisem na macie RAF to kolejny triumf w formule, w której Ormianin przegrywa rzadko — w rywalizacji zapaśniczej pod szyldem RAF udało się go pokonać tylko jednemu zawodnikowi, Colby’emu Covingtonowi.
Passa w oktagonie trwa
Dobra forma Tsarukyana nie kończy się na macie. W oktagonie UFC Ormianin ma już na koncie szóstą wygraną z rzędu, a ostatnią z nich zapieczętował nokautem Mauricio Ruffy’ego. To seria, która stawia go w gronie najgroźniejszych zawodników dywizji do 70 kilogramów. Jedynymi, którzy zdołali go pokonać w klatce UFC, pozostają Mateusz Gamrot i Islam Makhachev — dwa nazwiska, które same mówią o poziomie, na jakim Tsarukyan funkcjonuje od lat.
Pas mistrzowski kategorii lekkiej UFC należy obecnie do Justina Gaethje. Patrząc na passę Tsarukyana i jego przewagę na macie RAF, pytanie o to, kiedy dojdzie do walki o mistrzowski pas, brzmi dziś bardziej na miejscu niż kiedykolwiek.
„Brazylijczyk w maju znokautował Jacka Della Maddelenę” – to jednym zdaniem podsumowuje się, dlaczego Carlos Prates jest jednym z najgorętszych nazwisk w kategorii półśredniej UFC. Teraz 33-latek dostanie szansę na coś większego niż kolejny nokaut w statystykach – UFC potwierdziło jego starcie z Michaelem Moralesem o tymczasowy pas wagi półśredniej.
Pojedynek odbędzie się przed główną walką gali UFC 336, zaplanowanej na 30 stycznia 2027 roku w Scotiabank Arena w Toronto. Cała sprawa ma jedno podłoże: nie wiadomo, w jakiej formie zdrowotnej jest mistrz kategorii Islam Makhachev, dlatego organizacja musiała wyłonić tymczasowego posiadacza pasa.
Prates wejdzie do klatki z bilansem 24 wygranych i 7 porażek. Od lutego 2024 roku, kiedy trafił do UFC, Brazylijczyk notuje 7 zwycięstw – i każde z nich zakończył nokautem. Przegrał tam tylko raz. Trzy ostatnie występy, licząc ten majowy, gdy w trzeciej rundzie znokautował Jacka Della Maddelenę, skończyły się przed czasem i każdy przyniósł mu bonus od organizacji. Rok wcześniej na jego koncie wylądowali również Leon Edwards i Geoff Neal, obaj znokautowani. To nie przypadek – aż 22 z 24 zwycięstw w karierze Pratesa to starcia zakończone przed czasem. W rankingu wagi półśredniej UFC zajmuje obecnie 2. miejsce.
Niepokonany rywal z Ekwadoru
Po drugiej stronie klatki stanie Michael Morales, który w zawodowym MMA wciąż nie zna smaku porażki – jego rekord to 19 wygranych i 0 przegranych. Ekwadorczyk rywalizuje w amerykańskiej organizacji od 2022 roku i w tym czasie wygrał wszystkie siedem pojedynków w UFC. Ostatni z nich rozstrzygnął się już w pierwszej rundzie – w listopadzie 2025 roku, na gali UFC 322, Morales skończył ciosami Seana Brady’ego. Za trzy ostatnie zwycięstwa zebrał bonusy na łączną sumę 50 tysięcy dolarów. Podobnie jak Prates, jest maszyną do finiszowania walk: 15 z jego 19 zwycięstw przyszło przed czasem. W rankingu dywizji zajmuje 3. miejsce, o jedno niższe niż jego przyszły rywal.
Styczniowe starcie w Toronto zderzy więc dwóch zawodników, którzy rzadko oddają werdykt w ręce sędziów. Pas, o który powalczą, jest formalnie tymczasowy, ale jego waga pozostaje jak najbardziej realna – to właśnie niepewność co do zdrowia Islama Makhacheva zmusiła UFC do wyznaczenia tej walki na gali UFC 336.