Przy stanie 0:5 w trzecim secie Anna Kalinska podeszła do fotela sędziowskiego i oznajmiła, że kończy mecz. A jeszcze chwilę wcześniej wszystko wskazywało na jeden z jej lepszych wieczorów w tym sezonie – Rosjanka wygrała pierwszego seta w pojedynku III rundy WTA 1000 w Cincinnati z Soraną Cirsteą.
Ostatecznie spotkanie zakończyło się kreczem przy wyniku 6:7(4), 6:1, 5:0 dla Rumunki. Rozegrano je w poniedziałek, 17 sierpnia.
Kalinska, rozstawiona z numerem 18, zaczęła zmagać się z problemami zdrowotnymi zaraz po zdobyciu pierwszej partii. I to właśnie one przesądziły o dalszym przebiegu spotkania – od tego momentu inicjatywę na korcie przejęła piętnasta rakietka turnieju, Sorana Cirstea.
Odwrócony scenariusz
Ten mecz był kuriozalny nie bez powodu. Rosjanka, mając seta w kieszeni, nagle straciła kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Druga partia padła łupem Cirstei 6:1, a trzecia zaczęła się serią oddanych gemów – aż do 0:5. Przy takim wyniku Kalinska zdecydowała, że dalej grać nie będzie.
Cincinnati Open rozgrywany jest na twardych kortach, a pula nagród w tegorocznej edycji wynosi 7,433 mln dolarów. Do IV rundy awansowała Cirstea – walkower rywalki dał jej łatwiejsze niż mogła się jeszcze niedawno spodziewać zakończenie starcia, które przez dwa sety wymykało się jej spod kontroli.
Poniedziałek, 17 sierpnia, trzecia runda Cincinnati Open. W pewnym momencie na kort spadł deszcz i grę trzeba było przerwać na ponad pół godziny. Diana Sznajder zdążyła już wcześniej rozstrzygnąć na swoją korzyść pierwszego seta, więc po wznowieniu gry pozostało jej tylko dokończyć robotę. Pokonała Maję Chwalińską 6:2, 7:6(3).
Starcie miało wysoką rangę — obie zawodniczki rozstawione, Sznajder z numerem 14, Chwalińska z numerem 19. Turniej to WTA 1000 z pulą nagród sięgającą 7,433 mln dolarów.
Pierwsza partia należała jednoznacznie do Rosjanki — 6:2. W drugiej Polka pokazała pazur i doprowadziła do tie-breaka. Przy stanie 2:6 broniła jeszcze piłek meczowych, ale bez skutku. Sznajder zamknęła spotkanie wynikiem 7:6(3).
Rewanż za Roland Garros
To nie był ich pierwszy pojedynek o stawkę. Wcześniej spotkały się w pamiętnym starciu o finał Rolanda Garrosa. Tym razem, w Cincinnati, górą była Sznajder — i to właśnie ona wzięła rewanż za paryską porażkę.
Ponad cztery lata. Tyle Siergiej Kariakin walczył o zmianę zasad dotyczących neutralnej flagi dla rosyjskich zawodników. Międzynarodowa Federacja Samochodowa przez cały ten czas nie odpuszczała – Rosjanie od 2022 roku musieli startować pod neutralną flagą i koniec dyskusji. Teraz FIA zmieniła zdanie. I okazuje się, że Kariakin, zwycięzca Rajdu Dakar z 2017 roku, ma zupełnie inny kłopot na głowie.
35-letni kierowca nie ma po prostu pieniędzy, żeby myśleć o starcie. Zielone światło od FIA wcale nie gwarantuje, że pojawi się on na najtrudniejszym maratonie terenowym świata, który w 2027 roku poprowadzi trasę przez Arabię Saudyjską.
Pieniądze ważniejsze niż flaga
Formalna zgoda na start to dopiero początek. Żeby w ogóle zakwalifikować się do Dakaru, trzeba mieć samochód homologowany w klasie T4. A na taki wydatek Kariakin obecnie sobie nie pozwoli.
Paradoks jest aż nazbyt wyraźny. Federacja ustąpiła po latach nacisków, a bariera finansowa okazała się równie nie do przejścia, co ta regulaminowa. Mistrz z 2017 roku wciąż więc czeka na okazję, by wrócić na starcie rajdu, który kiedyś wygrał.
Jeszcze niedawno Alexander Albon rozglądał się po padoku Formuły 1 za alternatywą dla Williams. Teraz, jak przekazał dziennikarz Marc Limache, Tajlandczyk odpuścił te poszukiwania i usiadł do rozmów ze swoim obecnym pracodawcą.
Limache, autor magazynu „Business Book GP” zaglądającego za kulisy finansowe Formuły 1, jako pierwszy doniósł o tym zwrocie akcji. Według jego ustaleń Albon zrezygnował z szukania miejsca u innego zespołu i zamiast tego negocjuje przedłużenie z Williams.
Kierowcy został jeszcze rok obecnej umowy. Mimo to chce kontynuować współpracę z ekipą z Grove i podpisać nowy kontrakt. To sygnał, że mimo wcześniejszego sondowania rynku, Albon widzi swoją przyszłość właśnie w Williams.
Filar zespołu od 2022 roku
Albon jest filarem Williams od 2022 roku — dołączył do stajni po przerwie od regularnej jazdy w Formule 1. Od tego czasu zebrał dla zespołu 121 punktów, a jego najlepszym wynikiem w wyścigu wciąż pozostaje piąte miejsce.
Liczby mówią też o czymś więcej niż o samych punktach. Mistrz świata z 1992 roku Nigel Mansell rozegrał dla Williams 95 wyścigów. Albon dawno przekroczył tę granicę i sam ustanawia rekord startów dla brytyjskiej ekipy.
Koniec 2024 roku. Tor w pobliżu Las Vegas Motor Speedway, kilka dni przed Grand Prix Las Vegas. Yuki Tsunoda siada za kierownicą samochodu z numerem 93, napędzanego silnikiem Hondy i przygotowanego przez zespół Chip Ganassi Racing. Wtedy to była zwykła akcja promocyjna japońskiego producenta. Dziś, kilkanaście miesięcy później, ten test wygląda jak pierwszy krok w zupełnie inną stronę kariery.
Tsunoda ma za sobą 111 startów w Formule 1. Przez kilka lat jeździł dla Visa Cash App RB, a później dla Red Bull Racing. Tyle że Red Bull nie zaoferował mu przedłużenia kontraktu na sezon 2026 — a sam kierowca jeszcze niedawno był przekonany, że do stawki F1 wróci dopiero w 2027 roku.
Według ustaleń serwisu motorsport.com, 26-letni Japończyk rozważa przeprowadzkę do amerykańskiej serii IndyCar. Konkretnie chodzi o fotel w samochodzie numer 66, także z silnikiem Hondy, w zespole Meyer Shank Racing.
Układanka miejsc w MSR
Sprawa nie jest prosta, bo miejsce numer 66 zajmuje obecnie Marcus Armstrong. Nowozelandczyk ma jednak po zakończeniu sezonu przesiąść się do siostrzanego samochodu z numerem 60. Ten z kolei zwolni Felix Rosenqvist — zwycięzca tegorocznego Indianapolis 500. Warto przypomnieć, że podobną drogą poszedł swego czasu Takuma Sato: po nieudanej karierze w F1 przeniósł się do Stanów Zjednoczonych i dwukrotnie triumfował w Indianapolis 500.
Sam Tsunoda podczas testu w Las Vegas korzystał z bezpośrednich wskazówek Scotta Dixona, sześciokrotnego mistrza IndyCar. Jazda trwała 30 minut, na torze o szacowanej długości 1,3 mili.
„Jednak czuję, że to nie jest ten moment, bo nie wyobrażam sobie jazdy na Indianapolis Motor Speedway i to w wyścigu dłuższym niż dwie godziny, gdy co okrążenie przekraczamy 200 mil na godzinę” — przyznał wówczas Tsunoda.
Te słowa padły ponad rok temu, jeszcze przed rozstaniem z Red Bullem. Dziś sytuacja wygląda inaczej: drzwi do Formuły 1 na 2026 rok się przed nim zamknęły, a IndyCar z egzotycznej ciekawostki zamienia się w realną opcję zawodową.
W poniedziałek świat ujrzał barwy, w jakich załoga ORLEN Rally Team pojawi się na trasie Citroënem C3 WRC. Kajetan Kajetanowicz wraz z Maciejem Szczepaniakiem wystartują w 3. Polskim Rajdzie Legend samochodem Citroën C3 WRC. Auto zyskało nowe, efektowne oklejenie z motywami kosmicznymi i akcentami rodzinnymi, bliskimi sercu kierowcy.
Grafika na karoserii nawiązuje do projektu, który miał trafić na auto podczas finału sezonu 2022 – ostatecznie nigdy nie zobaczył światła dziennego. Teraz, kilka lat później, Citroën C3 WRC dostaje więc drugie życie w zupełnie nowej odsłonie.
Warto podkreślić, że to nie jest przypadkowy egzemplarz. Ten sam samochód jeździł w barwach fabrycznego zespołu w sezonach 2017-2019 – a więc w czasach, gdy Citroën realnie walczył o najwyższe pozycje w mistrzostwach świata WRC.
Sam Kajetanowicz staje na starcie z imponującym CV. Czterokrotny mistrz Polski, trzykrotny mistrz Europy, mistrz świata WRC2 Challenger – lista tytułów mówi sama za siebie.
Trasa i historia imprezy
3. Polski Rajd Legend odbędzie się w dniach 27-29 sierpnia. Na zawodników czeka blisko 70 kilometrów odcinków specjalnych, rozłożonych na dwanaście oesów. Areną zmagań będą drogi Kotliny Kłodzkiej.
To wciąż młoda impreza na polskiej mapie rajdowej – pierwsza edycja odbyła się dopiero w 2024 roku. Za organizacją stoją pasjonaci z Auto Moto Klubu Kłodzko.
Trzydzieści dziewięć okrążeń londyńskiego toru, na mecie przewaga 5,7 sekundy – tak zakończył się sezon, w którym Pascal Wehrlein po raz drugi w karierze sięgnął po tytuł mistrza świata Formuły E. Decydujący wyścig sezonu 2026/2027 rozegrano w Londynie, a Niemiec wygrał go bez większych nerwów.
Najlepszej pozycji startowej Wehrlein nie miał – ruszał z trzeciego pola, jego kolega z zespołu Porsche, Mueller, startował z czwartego. W trakcie wyścigu obaj spadali na dalsze miejsca. Nie przeszkodziło to jednak 31-letniemu kierowcy odrobić strat i dowieźć zwycięstwo do mety.
To drugi tytuł mistrzowski Wehrleina w Formule E. Od debiutu serii w 2014 roku sztuka ta udała się dotąd zaledwie dwóm zawodnikom. Finałowa klasyfikacja kierowców pokazuje, jak wyrównana była rywalizacja: Wehrlein zakończył sezon ze 169 punktami, tuż za nim uplasował się Brytyjczyk Jake Dennis ze 164 punktami, a podium zamknął Nowozelandczyk Mitch Evans ze 160 punktami.
Porsche świętuje jubileusz i dominację
Londyński finał miał wyjątkową oprawę – oba fabryczne bolidy Porsche pojawiły się na torze w specjalnym malowaniu upamiętniającym 75-lecie obecności marki w sportach motorowych. Tytuł Wehrleina potwierdził też techniczną przewagę modelu 99X Electric, który zdobył już sześć z dziesięciu tytułów mistrzowskich przyznanych w erze GEN3 – to najlepszy wynik wśród wszystkich bolidów tej generacji.
Fabryczny zespół Porsche zanotował w erze GEN3 16 wyścigowych zwycięstw. Licząc również ekipy klienckie korzystające z tego samego bolidu, łączny bilans triumfów 99X Electric sięgnął 23. W klasyfikacji zespołów górą był jednak Jaguar TCS Racing – Brytyjczycy zgromadzili 288 punktów, wyprzedzając Porsche Formula E Team z 271 punktami oraz Mahindra Racing ze 252 punktami.
Za każdym metrem przejechanym przez fabryczne Porsche kryła się też inna liczba, niezwiązana ze sportem. Producent przekazuje 400 euro za każde okrążenie pokonane przez dwa fabryczne bolidy 99X Electric na wsparcie ciężko chorych dzieci na całym świecie. Przed ogłoszeniem wyniku londyńskiego finału suma zebrana w ramach tej inicjatywy wynosiła już 421 200 euro.
Gdy LeBron James wchodził do NBA jako 18-latek z Akron, niewielu podejrzewało, że po latach jego nazwisko stanie się synonimem nie tylko koszykarskiej wielkości, ale i finansowej potęgi. Dziś, w wieku 41 lat, wciąż występuje na parkiecie. A jego majątek robi wrażenie nawet na tle najbogatszych sportowców świata.
Majątek netto Jamesa szacuje się obecnie na około 1,4 miliarda dolarów. To kwota, która stawia go w wąskim gronie sportowców-miliarderów — obok takich nazwisk jak Michael Jordan czy Tiger Woods.
Ta fortuna nie spadła z nieba. Przez 23 lata kariery w NBA James zarobił setki milionów dolarów samych kontraktów zawodniczych. Do tego dochodzi rozbudowane portfolio biznesowe, umowy sponsorskie i inwestycje daleko poza parkietem.
Nowy rozdział w Filadelfii
Mimo wieku i statusu jednego z najbogatszych sportowców na świecie, James nie zamierza kończyć kariery. Podpisał z Philadelphia 76ers dwuletni kontrakt wart 8 milionów dolarów — kwotę symboliczną przy jego całym majątku, ale wyraźny sygnał, że gwiazdor wciąż chce grać na najwyższym poziomie.
Dla 76ers to ruch łączący sportowy prestiż z marketingowym rozgłosem. Dla samego Jamesa — kolejny etap kariery, która od dawna wykracza poza statystyki i tytuły. To dziś przypadek biznesowy, studiowany jak osobna marka.
Sto tysięcy dolarów za jedno nazwisko na liście płac – taką ofertę wyłożył na stół właściciel Hapoelu Tel Awiw. Ofer Yannay zaproponował tę kwotę Dennisowi Rodmanowi, jednej z najbardziej ekscentrycznych postaci w historii koszykówki.
Rodman od lat kojarzy się bardziej z awanturniczym stylem życia niż z boiskiem. Sportowy dorobek broni się jednak sam – to właśnie za niego w 2011 roku trafił do Basketball Hall of Fame.
Teraz izraelski klub, kierowany przez Yannaya, chce sprawdzić, czy legenda NBA zechce związać się z Hapoelem za sto tysięcy dolarów. W świecie koszykówki trudno nazwać to standardową transakcją transferową. To bardziej próba ściągnięcia symbolu niż wzmocnienia składu.
Czy Rodman odpowie na propozycję Yannaya – na razie nie wiadomo. Sam fakt, że taka oferta w ogóle padła, pokazuje jednak, ile wciąż znaczy nazwisko byłego gwiazdora Chicago Bulls, choć od końca jego kariery minęło już wiele lat.
21 października Indiana Pacers zagrają na wyjeździe z New Orleans Pelicans. Tego wieczoru na parkiet wraca Tyrese Haliburton – po szesnastu miesiącach przerwy spowodowanej jedną z najcięższych kontuzji, jakie mogą przytrafić się koszykarzowi.
Rozgrywający Pacers zerwał ścięgno Achillesa w siódmym meczu finałów NBA w 2025 roku. To przekreśliło cały jego sezon 2025/26. Sam powrót po takiej kontuzji byłby wydarzeniem. A w wykonaniu gwiazdy, która jeszcze rok wcześniej prowadziła zespół do finału ligi, powinien przyciągnąć uwagę całej koszykarskiej Ameryki.
Tyle że w ogólnokrajowej telewizji nikt tego meczu nie zobaczy. Tego samego wieczoru stacje krajowe postawiły na starcia Minnesota Timberwolves z Miami Heat oraz Golden State Warriors z Los Angeles Lakers. Sam Haliburton nie krył zdziwienia decyzją ligi.
„Gdyby zerwał ścięgno Achillesa i pauzował 16 miesięcy, myślicie, że jego pierwszy mecz po powrocie byłby pokazywany w ogólnokrajowej telewizji?”
Kibice w Indianie poczekają dłużej
Sprawy nie ułatwia fakt, że sam powrót odbędzie się z dala od domowej hali Pacers. Przed własną publicznością zespół zagra dopiero 23 października, z Dallas Mavericks. A na krajową transmisję kibice Indiany poczekają jeszcze dłużej – aż do 28 października, kiedy Pacers zmierzą się z Philadelphia 76ers.
Do tego czasu powrót jednego z najlepszych rozgrywających ligi śledzić będzie można wyłącznie przez lokalne transmisje i statystyki na żywo w internecie.