Jedenaste miejsce — tyle zostało z nadziei Romana Bilińskiego po sobotnim sprincie Formuły 2 w Madrycie. 22-letni Polak nie upilnował dobrej pozycji wywalczonej w kwalifikacjach i wyścig skończył bez punktów.
W piątek wyglądało to zupełnie inaczej. Biliński zajął szóste miejsce w kwalifikacjach do wyścigów F2 w Madrycie i dawał sobie realne szanse na punktowy finisz w sobotnim sprincie. Wystarczyło jednak kilkanaście okrążeń, by te plany się posypały — Polak spadł aż na jedenaste miejsce, tuż za strefą punktowaną.
Kto triumfował w Madrycie
Na najwyższym stopniu podium stanął Ritomo Miyata, który wygrał sobotni sprint. Tuż za nim finiszował Emmerson Fittipaldi Jr.. Dla Bilińskiego to gorzka lekcja — dystans do czołówki pozostaje spory, mimo obiecującej pozycji startowej wywalczonej dzień wcześniej.
Weekend w Madrycie się jednak nie kończy. Polaka czeka jeszcze niedzielny wyścig główny — kolejna, tym razem być może ostatnia w tym Grand Prix, okazja do zdobycia punktów. Dopiero ten start pokaże, czy sobotnia wpadka była jednorazowym potknięciem, czy objawem głębszego problemu z tempem wyścigowym.
„Zabrakło zaledwie 0,075 s, ale miałem trzecie pole startowe i zamierzałem walczyć” – te słowa 18-letniego kierowcy z Rossoszycy najlepiej oddają charakter jego pierwszego zwycięstwa we Formule Regional European Championship. Na niemieckim torze młody Polak napisał kawałek historii, wygrywając swój pierwszy wyścig w FREC.
18-latek, protegowany Akademii Motorsportu Orlen, w kwalifikacjach otarł się o pole position. Od najlepszego czasu dzieliło go zaledwie 0,075 s – drobiazg, który i tak dał mu trzecie miejsce na starcie. Stamtąd postanowił ruszyć do ataku.
Wyścig rozegrano na niemieckim torze o długości 4,574 km. Ten sam obiekt Polak polubił już wcześniej, podczas przedsezonowych testów FREC na przełomie marca i kwietnia. Startując z trzeciej pozycji, kierowca reprezentujący zespół RPM przebił się na pierwsze miejsce.
Droga do zwycięstwa nie była jednak pozbawiona dramatyzmu. Z przodu stawki doszło do starcia dwóch rywali – w wyniku kolizji obaj niemal odpadli z wyścigu, a całe zamieszanie omal nie przerwało również jazdy 18-latka z Rossoszycy. On jednak przetrwał ten moment i dowiózł prowadzenie do mety, zapisując się w historii FREC jako zwycięzca swojego debiutanckiego wyścigu w tej serii.
Co dalej?
Sobotni sukces otwiera przed kierowcą z Rossoszycy kolejny rozdział weekendu. W niedzielę chce kontynuować progres i powalczyć o jak najwyższe miejsce.
„Wynik meczu Hiszpania – USA w poszczególnych kwartach to 18:21, 18:18, 22:19, 8:18” — te liczby najlepiej tłumaczą, jak potoczył się ten półfinał. Reprezentacja USA kobiet w koszykówce awansowała do finału MŚ 2026, pokonując Hiszpanię 76:66.
Łatwo nie było. O zwycięstwie zdecydowała dopiero ostatnia kwarta — a właściwie jej pierwsze pięć minut, gdy podopieczne Kary Lawson odjechały rywalkom serią 12:2. Wcześniej Hiszpanki trzymały się blisko, momentami wręcz dyktowały tempo. Trzecią odsłonę wygrały nawet 22:19. Dopiero końcówka, różnica 8:18 w ostatniej cząstce, przesądziła o wszystkim.
Statystyki rzutowe Amerykanek daleko odbiegały od tego, do czego przyzwyczaiła nas koszykarska potęga zza oceanu. Zespół trafił zaledwie 3 z 18 prób za trzy punkty, skuteczność z gry zatrzymała się na 40 procentach. Do tego 16 strat. W innym meczu takie liczby mogłyby oznaczać porażkę.
Mimo słabszej celności to defensywa i upór w kluczowych minutach dały USA bilet do finału. Najlepszą zawodniczką spotkania została 27-letnia Jackie Young — 12 punktów, pięć zbiórek, cztery asysty. Obok niej punktowo zabłysnęły Stewart (16) i Copper (13).
Po stronie Hiszpanii najwięcej do powiedzenia miały Conde i Martin, obie z dorobkiem po 17 punktów. To jednak nie wystarczyło, by przełamać amerykańską obronę tam, gdzie liczyło się to najbardziej.
Finał z Francją w niedzielę
USA zagra teraz o złoto z Francją. Finał wyznaczono na niedzielę, 13 września, początek o godzinie 20:00.
„Według ustaleń sport.interia.pl 24-letni skrzydłowy podpisał umowę typu exhibit-10 z New York Knicks” — donosi sport.interia.pl, wskazując na polski trop w szeregach obecnych mistrzów NBA.
Mowa o Milicíciu, 24-letnim skrzydłowym, który — jak ustalili dziennikarze — związał się właśnie z klubem z Nowego Jorku. Podpisany dokument to umowa typu exhibit-10, czyli roczny kontrakt NBA za minimalną pensję, dający klubom prawo przetestowania zawodnika na obozie treningowym. To typowa ścieżka dla graczy, którzy próbują wbić się do rosterów najlepszej ligi świata. Knicks akurat są w świetnym momencie — to oni są aktualnymi mistrzami NBA.
Formularz gotowości i liczby z boiska
Sam zawodnik nie krył optymizmu. Milicić przyznał, że czuje się fizycznie gotowy, a jego sytuacja na rynku transferowym wygląda obiecująco. Za nim sezon, w którym rozegrał 45 meczów. Statystyki nie powalają, ale to solidna wizytówka dla kogoś, kto walczy o miejsce przy stole NBA: średnio 6,9 punktu na mecz i 4,8 zbiórki.
Kontrakt exhibit-10 nie daje jednak żadnej gwarancji miejsca w kadrze na sezon zasadniczy. To raczej bilet wstępu na obóz przygotowawczy Knicks, gdzie Milicić będzie musiał udowodnić trenerom, że zasługuje na coś więcej niż jednorazową szansę. Dla polskiego koszykarza to i tak krok, o jakim marzy niejeden gracz z Europy — testy u aktualnego mistrza ligi.
„Batur vrací porážku Andryszakovi, ukončil ho ve 2.kole na GNP” – tak chorwaccy komentatorzy podsumowali wieczór na gali FNC 33 w Zagrzebiu. Michał Andryszak (31-13) przegrał przed czasem z Martinem Baturem (12-5).
Chorwat dopiął swego w drugiej rundzie, kończąc pojedynek ciosami z pozycji górnej, czyli klasycznym ground and pound. Dla Andryszaka to bolesna porażka – panowie mierzyli się już wcześniej, w lutym 2025 roku, a starcie w Zagrzebiu było rewanżem.
Rewanż za 37 sekund z Zadaru
Pierwsze starcie obu zawodników odbyło się na gali FNC 21 w Zadarze. Trwało zaledwie 37 sekund. Batur musiał wtedy uznać wyższość okoliczności – walkę przerwano z powodu kontuzji nogi, jakiej doznał Chorwat. Ten wynik zostawiał niedosyt i otwierał drzwi do rewanżu.
W Zagrzebiu Batur nie zostawił już złudzeń. Tym razem to on zakończył sprawę przed czasem, biorąc odwet za przerwane starcie sprzed miesięcy.
„Piotr Strus (17-11-2) szybko przegrał z Đanim Barbirem (9-1) w pojedynku o pas wagi średniej na gali FNC 33 w Zagrzebiu” — tyle wystarczy, by opisać przebieg głównej walki wieczoru w chorwackiej stolicy. Polak nie zdążył się nawet rozkręcić, a szansa na koronację w organizacji FNC już przepadła.
Przed pojedynkiem bilans Strusa wynosił 17 zwycięstw, 11 porażek i 2 remisy. Barbir wchodził do klatki z dorobkiem 9 wygranych przy zaledwie jednej przegranej. Na papierze doświadczenie zdawało się przemawiać na korzyść Polaka. W klatce było jednak inaczej — to Chorwat od pierwszych sekund narzucił swój rytm.
Sam pojedynek poprzedziła kontrowersja związana z wagą. Đani Barbir nie zszedł do wymaganego limitu. Zgodnie z regulaminem FNC oznaczało to konsekwencje jeszcze przed gongiem — „Zgodnie z zasadami organizacji FNC, Barbir rozpoczął pojedynek z ujemnym punktem z powodu nieudanej wagi”. Mimo tej straty Chorwat nie musiał sięgać po kartę sędziowską. Sprawę załatwił szybko, bez zbędnej zwłoki.
Trzeci pas obroniony, mimo kary punktowej
Dla Barbira to już trzecia udana obrona mistrzowskiego tytułu w FNC. Za sobą ma też epizod w Dana White’s Contender Series — tam jednak przegrał i kontraktu z UFC nie wywalczył. W 2026 roku pokonał na pełnym dystansie Willa Currie, zawodnika znanego z występów w Cage Warriors. Ten wynik dawał nadzieję na walkę o pas. Starcie ze Strusem pokazało jednak, że droga do tytułu w FNC musi jeszcze poczekać.
„Były gwiazdor KSW szykuje się do najważniejszej walki w karierze”.
Krótko można to ująć właśnie tak: Damian Piwowarczyk dostał szansę życia. 28-letni zawodnik, dobrze znany kibicom jeszcze z czasów KSW, 22 września powalczy o kontrakt z UFC.
Nic nie zostawił przypadkowi. Do Stanów Zjednoczonych poleciał już w środę, 9 września — z ponadtygodniowym zapasem, żeby zdążyć się zaaklimatyzować przed najważniejszą walką w karierze.
Na drodze Polaka stanie zawodnik znany jako Quissua. Rywal, który jak dotąd nie przegrał żadnej walki. Pokonanie kogoś niepokonanego to zadanie karkołomne — ale właśnie taki egzamin czeka Piwowarczyka u progu wielkiej ligi.
Stawka: miejsce w największej organizacji MMA na świecie
Wygrana z niepokonanym Quissuą otworzyłaby przed Piwowarczykiem drzwi do grona polskich zawodników walczących w UFC. I to właśnie ta perspektywa sprawia, że wrześniowe starcie urasta do rangi wydarzenia, które wykracza poza zwykłą kartę walk.
Do walki zostało już tylko kilkanaście dni. Podróż za ocean ma za sobą, teraz przyszedł czas na ostatni etap przygotowań na miejscu — w oczekiwaniu na starcie, które może odmienić bieg jego kariery.
„Daniel Olsson Trkulja ma nowy klub” – tym krótkim komunikatem szwedzki Nyköpings SK zamknął trzyletni rozdział napastnika w Unii Oświęcim. 35-letni Szwed podpisał kontrakt z zespołem występującym na trzecim poziomie rozgrywkowym w Szwecji.
Olsson Trkulja trafił do TAURON Hokej Ligi przed sezonem 2023/2024. Od pierwszych meczów było widać, że do Polski nie przyjechał na wycieczkę. Już w debiutanckim sezonie pomógł Unii Oświęcim sięgnąć po mistrzostwo Polski, a w rundzie zasadniczej 2023/2024 zdobył 22 gole – tyle samo co Patryk Krężołek, z którym podzielił tytuł najlepszego strzelca ligi.
Bilans trzyletniego pobytu w Oświęcimiu robi wrażenie. W 152 rozegranych meczach Szwed zdobył 62 bramki i zaliczył 92 asysty. Był też okres, gdy grał jeszcze skuteczniej: na przestrzeni 55 spotkań piętnastokrotnie pokonywał bramkarzy rywali i dołożył do tego 41 kluczowych podań.
Ale liczby to nie wszystko. Równie charakterystyczna jak skuteczność była jego postawa z dala od szajby. Na ławce kar spędził w Oświęcimiu zaledwie 20 minut przez cały pobyt – stąd przydomek „szwedzkiego dżentelmena”.
Sparta Sarpsborg odpadła z gry
Zanim padła decyzja o Nyköpings SK, wśród kandydatów do pozyskania napastnika najczęściej wymieniano norweską Spartę Sarpsborg. To właśnie tam Olsson Trkulja grał w sezonie 2021/2022, więc powrót wydawał się naturalnym kierunkiem. Plany pokrzyżowały jednak finanse klubu – jak podawały norweskie media, łączny dług Sparty Sarpsborg sięgał 9,4 mln koron norweskich.
Ostatecznie transfer oficjalnie potwierdził Nyköpings SK. Doświadczony napastnik, który w karierze rozegrał już 170 spotkań w szwedzkiej ekstralidze, wraca więc do rodzimego kraju – choć na niższy szczebel rozgrywek.
„Ruiz tak zbity, nie jest już ninja” — tak skomentowano występ Damiana Knyby, który pokonał byłego mistrza świata Andy’ego Ruiza Jr. To nie był jednostronny spacerek. Walka trwała aż do siódmej rundy, co doceniono jako wartość samą w sobie: „a siódma runda, no takie coś cenię”.
Zwycięstwo nad Ruizem to dla Knyby coś więcej niż kolejny wpis w karierze. To paliwo dla spekulacji, które już krążą po bokserskim środowisku. Padło nawet nazwisko Mosesa Itaumy — Anglika ze słowackimi korzeniami, który jak dotąd ma na koncie tylko jedną wpadkę: w jednej z walk trafił na deski.
Kabayel rozdmuchuje temat
Za pomysłem zestawienia Knyby z Itaumą stoi między innymi Agit Kabayel, który otwarcie promuje ten scenariusz. Sposób, w jaki to robi, nie umknął uwadze: „Kabayel wymyśla, jak dobry wujek poleca, docenia i bajki nam pisze”.
Nie brakuje jednak głosów chłodzących te oczekiwania. Autor tekstu przyznaje wprost, że taka walka na obecnym etapie po prostu „się nie spina” — i nie widzi w niej sensu.
Jedno pozostaje faktem: po pokonaniu Ruiza Damian Knyba awansował w rankingach wagi ciężkiej. Czy to wystarczy, żeby realnie postawić go naprzeciw Itaumy w ringu? To już zupełnie inna sprawa.
Krótko i dosadnie: „Ryan Garcia wygrał z Conorem Bennem przez techniczny nokaut w 2.” Tak zakończyła się główna walka wieczoru na gali Zuffa Boxing 10 w Las Vegas.
Amerykanin nie zostawił rywalowi złudzeń – pojedynek rozstrzygnął się już w drugiej rundzie. Sędzia ringowy Thomas Taylor przerwał walkę po kolejnej serii ciosów Garcii, widząc, że Benn nie jest już w stanie się bronić. Chwilę wcześniej, w tej samej rundzie, padł potężny cios podbródkowy – Benn zachwiał się, cofnął o kilka kroków i było widać, że jest wyraźnie ogłuszony.
Obaj pięściarze wchodzili do ringu z solidnym dorobkiem na koncie. Ryan Garcia miał bilans 26 zwycięstw i 2 porażki, z czego aż 21 razy wygrywał przez nokaut. Conor Benn przystępował do walki z bilansem 25-2-14 w rozbiciu na zwycięstwa, porażki i nokauty. Dla Brytyjczyka był to jednak powrót do kategorii półśredniej po czterech latach przerwy – i to mogło zaważyć na jego dyspozycji w ringu.
Dla Garcii starcie z Bennem znaczyło jednak więcej niż kolejny wpis do CV. To była pierwsza obrona jego tytułu WBC. Do walki podchodził w dobrej formie – wcześniej pokonał na punkty Mario Barriosa, także w Las Vegas.
Garcia wyzywa Teofimo Lopeza
Po walce Garcia nie krył ambicji. Wywołał do ringu mistrza świata WBA w wadze półśredniej Teofimo Lopeza, dając jasno do zrozumienia, że marzy mu się zjednoczenie pasów. Po tak dominującym występie w Las Vegas taki pojedynek wydaje się naturalnym kolejnym krokiem.
Gala Zuffa Boxing 10 miała jeszcze jeden mocny akcent. W drugiej walce wieczoru Jai Opetaia pokonał Noela Mikaeliana w 9. rundzie – kolejna efektowna końcówka tego wieczoru.